Niewidzialny chłopiec do bicia

[człowiek] myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu którego wcale nie zamierzał osiągnąć.

Adam Smith, „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”

Pozwoliłem sobie rozpocząć od powyższego cytatu, by w ramach wstępu nawiązać do czasów, w jakich traktaty ekonomiczne stawały paralelą do greckiej tragedii. Takiego Edypa też przecież zgubiła jakaś niewidzialna ręka, co pokierowała nim tak, że nie tylko zdążał, ale i osiągnął cel, którego wcale nie zamierzał osiągnąć, a wręcz przeciwnie — ze wszystkich sił starał się go uniknąć. Kto wie, może odpowiedzialna za to była ta sama kończyna? Fatum czy wolny rynek — jak zwał, tak zwał. Gdy zdarza mi się czytać lewicową krytykę kapitalizmu, uzyskuję wrażenie obcowania z kolejną formą mitologii. Z jednej strony mamy w niej bowiem Bogu ducha winnych ludzi, starających się żyć w pokoju, harmonii i dobrobycie ze swymi bliźnimi, z drugiej natomiast, uwikłani w kapitalizm, determinowani są oni do wyrządzania wszystkim krzywdy, wzajemnego deptania swojej godności, rozpętywania między sobą przemocy. Można niemal rzec, że kapitalizm w świetle tej narracji zdaje się psuć ludzi, szlifować ich do najgorszych z możliwych wzorców, eksponując wszelkie ich wady. Tak przynajmniej wypada sądzić pośród zadeklarowanych antykapitalistów.

Otwarcie mówiąc, takie postawienie sprawy zawsze wydawało mi się bzdurne. Z przynajmniej paru powodów:

  1. Stawiam wyraźną linię demarkacyjną między -izmolandią, zamieszkiwaną przez wszelakie -izmy, a światem wrażeń zmysłowych, przez co sądzę, że nie jest możliwe spotkać się w nim bezpośrednio z jakąkolwiek ideą, a jedynie z czyimiś próbami urzeczywistnienia jej treści — w związku z czym mało sensownie jest oskarżać i dąsać się na idee, o zachowania jakich, w ostateczności, dopuszczają się i tak ludzie. Idee jako bezwolne w żadnym stopniu nie mogą być czynnikiem sprawczym czegokolwiek, takimi mogą być wyłącznie podmioty zdolne do ich rozumienia. (Jeśli interesuje was zagadnienie tego rozróżnienia, zajrzyjcie do komentarzy u smootnego.) Jeśli więc mówimy, że ktoś coś robi „pod wpływem jakiejś idei” albo „jest owładnięty jakąś ideą”, musimy zdawać sobie sprawę, iż posługujemy się metaforą, której jak to jest z metaforami, nie należy rozumieć dosłownie. Aby wyjaśnić z jakich powodów ludzie uznają taką ideę za atrakcyjną, należy potraktować ją jako narzędzie o pewnym potencjale. Jeżeli ten potencjał wydaje się komuś za wystarczający do zaspokojenia jakiejś jego potrzeby, uznaje ideę za wartościową i z niej korzysta, co czasem wygląda tak, jakby się jej poddawał. Motywów używania narzędzi należy szukać w użytkownikach; w ich budowie, wynikłych z niej potrzebach, a nie w samych narzędziach — chyba, że chcemy wyrobić sobie wrażenie życia w (bardziej) magicznym świecie.

  1. Często zdarza się, że mylnie identyfikujemy, która z nich jest w rzeczywistości implementowana, jako że nie jest to czynione w warunkach laboratoryjnych. W dodatku ludzie starają się urzeczywistniać wiele idei, często ze sobą sprzecznych i dających nieprzewidziane wyniki przy ich zderzeniu. W innych przypadkach za błędną identyfikacją stoi zwykła zła wola i nieuczciwość intelektualna.

  1. Jeśli już chcemy wykazać wpływ i efekt implementacji danej idei, powinniśmy liczyć się przede wszystkim z jej treścią, a nie tej treści czyjąś interpretacją czy takąż diagnozą efektów jej implementacji. Te bowiem stanowią już osobne przedmioty, które także mogą oddziaływać (bądź raczej »być oddziaływane« przez kogoś), ale nie są one przecież tożsame z pierwotną ideą, o jaką nam chodziło początkowo. Tymczasem często krytyka dotyczy właśnie tych pochodnych.

  2. Przy analizie efektów implementacji danej idei powinniśmy znaleźć jakiś sposób odróżniania tego, co pochodzi niewątpliwie i bezpośrednio od niej, od tego co ma inne źródła. W jakimś stopniu można tego dokonać przez logiczną analizę a priori. Pomaga ona odróżniać całe spektrum zachowań, począwszy od tych koniecznych, immanentnie związanych z treścią danej idei, które muszą wystąpić — po akcydensy, które siłą rzeczy będą mieć inne źródła. Oczywiście, możemy krytykować samą implementację danej idei, w okolicznościach w jakich istnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś niepożądanych akcydensów. Tymczasem, bardzo często krytyka nie bierze pod uwagę, ani skali występowania tychże, ani nie rozpoznaje ich źródeł, jedynym swoim punktem zaczepienia czyniąc ich współwystępowanie.

  3. Geneza każdej krytyki leży w oczekiwaniach krytykującego. Należy opracować ich pozytywny model i zastanowić się, czy jakakolwiek inna idea jest w stanie im sprostać. Jeśli nie, taka krytyka jest niekonstruktywna. Jeżeli natomiast istnieje, należy zastanowić się, czy nie nosi w sobie jakichś poważniejszych skaz, dyskwalifikujących jej w innym miejscu.

W bieżącej notce zajmę się właśnie kwestiami tego rodzaju, przy okazji pokazując, dlaczego idee kapitalizmu i wolnego rynku stanowią tak wdzięczny obiekt ataków. Nie będę ukrywał; długo rezonował we mnie komentarz Jasia Skoczowskiego z anegdotą o sprzedaży telefonu komórkowego osobie po wylewie. To niechybny znak, że najwidoczniej nie odpowiedziałem tak jasno i bez pozostawienia cienia wątpliwości, jakbym sobie tego życzył. Nic straconego. Tym bardziej, że ta anegdota znakomicie nadaje się do zilustrowania problemu krytyki kapitalizmu i refleksji nad tym, na ile ona może być uzasadniona, a na ile ukierunkowana nań jest niesłusznie i powinna znaleźć innego adresata. Zatem do rzeczy.

Przede wszystkim, powinniśmy wyraźnie określić „podejrzanych”, odróżniając jednego od drugiego, by potem móc prześledzić jak rozkłada się na nich odpowiedzialność. Wprowadźmy ich więc.

Poza tym: empatia nie rozwiązuje wszystkich problemów, które wskaże Ci w wolnym rynku człowiek przywiązany do swojej i cudzej wolności zarazem. Na wolnym rynku, tym kapitalistycznym, jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się. Tracą wiec wolność za nieposłuszeństwo. To jest jasna oznaka braku wolności i to jest podstawowe źródło krytyki wolnego rynku, które pominąłeś.

Wolny rynek, ten kapitalistyczny. Hmm. Narzuca się od razu pierwsze pytanie — czy jest ich więcej, skoro trzeba jakiś wyróżniać? Czym w zasadzie różni się wolny rynek i kapitalizm? Jakie są zależności między nimi? Żeby nie narażać się na zarzuty Strony, o posługiwaniu się definicjami, które uznaje jedna osoba, sięgnijmy po taką do Wikipedii:

Wolny rynek – rodzaj rynku, na którym wymiana dóbr dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi, a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie. Na wolnym rynku kupujący i sprzedający nie podlegają żadnym ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (np. władzy publicznej), a warunki transakcji – w szczególności cena – zależą jedynie od ich obopólnej zgody. Przeciwieństwem wolnego rynku jest rynek regulowany.

OK, coś już wiemy. Wymiana dóbr, dobrowolność transakcji, dobrowolność ustalania cen, nie podleganie ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (podmiotom, nie czynnikom: stąd wolnorynkowcy nie muszą przejmować się tzw. „przymusem ekonomicznym”). Zgadza się. A kapitalizm? Cóż, o ile w przypadku wolnego rynku Wiki dała radę, o tyle w przypadku kapitalizmu jej definicja jest bełkotliwa i do niczego nam się nie przyda. To by było na tyle, gdy idzie o definicyjny konformizm. Sami sobie coś sklecimy. Skorzystajmy z opisu wrzuconego przez Jasia:

jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się.

Ponieważ ten opis pasuje równie dobrze do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który wolnorynkowy nie był, musimy zrobić z tego coś bardziej sensownego. „Rozkazy” to po prostu polecenia pracodawcy, bądź osoby przez niego uprawnionej do wydawania takowych, komuś kto uprzednio zdecydował się je w zamian za zapłatę wykonywać, rezygnując z dalszej kontroli nad owocami swojej pracy i możliwości czerpania z nich zysków. Kapitalizm zatem oznacza pewną formę stosunków pracy.

Teraz, gdy już wiemy, czym jest jedno i drugie, możemy określić ich zakresy i wzajemne relacje. No i powiedzieć czym jest ten kapitalistyczny wolny rynek. Sam wolny rynek jest pojęciem zdecydowanie szerszym i zawierającym w sobie kapitalizm — ten drugi nie może być sprzeczny z założeniami pierwszego (dobrowolność transakcji, brak podlegania przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych, etc.). Stąd kapitalizm musi być wolnorynkowy, ale wolny rynek wcale nie musi być kapitalistyczny, jako że możemy wyobrazić sobie, że pracownicy na nim wcale nie rezygnują z prawa kontroli nad wyprodukowanym przez siebie towarem albo są wiązani z firmą stając się jej akcjonariuszami czy współwłaścicielami, w każdym razie z pewnością nie kimś, kogo można określić mianem najmity. Kapitalizm jest więc niczym innym, jak jednym z możliwych modeli dobrowolnych zachowań między jednostkami, w którym predefiniowana jest relacja między stronami, utowarowiająca samą pracę, określająca strony pracodawcy, pracobiorcy i ich wymiany, w której pracownik nie rości sobie żadnych dalszych praw wobec swojego wkładu. I tyle.

Cała reszta, taka jak style zarządzania (na jakie składa się przykładowo to, ile szef pozostawia autonomii w rozwiązywaniu określonych problemów swoim pracownikom), środki dyscyplinujące, strategia, wybrane cele i motywacje prowadzenia biznesu to zmienne, owszem kompatybilne i możliwe do naniesienia na zbiory kapitalizmu i wolnego rynku, ale w swojej mnogości niekonieczne i zależne od realizacji idei innych niż sam kapitalizm czy wolny rynek. Przykładem mogą być kary cielesne. W teorii nie ma problemu, by strony dobrowolnie zawarły umowę, zgodnie z którą za odstępstwa od jej warunków groziłoby im 10 batów na gołe plecy albo parę pociągnięć linijką po rękach zamiast cięcia pensji, pomijania przy premiach czy dyscyplinarnych zwolnień, w praktyce dzisiaj takich rozwiązań się nie stosuje, (i to nie tylko z powodów instytucjonalnych, takich jak kodeksy-szmeksy pracy: na czarnym rynku też ludzie się nie okładają czym popadnie) bądź stanowią margines i poza kontaktami z jakimiś mafiami takich raczej nie uświadczymy. Nie stosuje się ich raczej z powodu samego kulturowego otoczenia, realizowania jakichś idei humanitarnych, w świetle których uznaje się stosowanie kar cielesnych za niedopuszczalne. Ponieważ tak pojęty humanitaryzm jest dzisiaj rozpowszechniony w naszym kręgu cywilizacyjnym, przenosi się w postaci oczekiwań jednostek i sprawia, że nie są skłonne akceptować takich działań, które godziłyby w jego treść. No i to właśnie sprawia, że ludzie nie są dziś skłonni podpisywać umów, z jakich wynikałoby traktowanie pejczem innych osób. Sam kształt jaki uzyskuje realizacja kapitalistycznego wolnego rynku zależny jest przede wszystkim od wypadkowej oczekiwań, mniemań na temat skuteczności jakichś działań, wybranych celów, które z kolei sa zależne od innych czynników. Nie stanowi jednak przecież sama źródła dla tegoż, co najwyżej jest katalizatorem. Nie od niej zależy, co ludzie będą skłonni dobrowolnie robić. A od czego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, możemy skorzystać z tego, co zarysowałem w poprzednim wpisie, antropicznej teorii form. Wedle niej rzeczywistość za oknem stanowi zbiorowy autoportret istot w niej uczestniczących; tego w co wierzą, czemu ufają i temu jak się do siebie wzajemnie odnoszą, bo to wszystko składa się na ich decyzje, także biznesowe. Sama idea wolnego rynku (czy kapitalizmu) jest czymś zakresowo bardzo szerokim, co może wchodzić w reakcje i wiązać ze sobą, inkorporować, niemal wszystko. Żeby zstąpić do źródeł, skorzystajmy z mojego niedawnego zainteresowania pochodnymi typologii jungowskiej. Przypomnę, według nich ludzi możemy podzielić ze względu na stopień występowania kilku funkcji poznawczych, ukierunkowanych do wewnątrz bądź na zewnątrz. Funkcje te, stanowią coś w rodzaju klisz czy soczewek, powodujących, między innymi to, że ludzie są skłonni oceniać czy wartościować różnie te same rzeczy – pociągają też w konsekwencji różne sposoby bycia. W tym także i pracy.

W polskojęzycznym internecie nie znajdziemy wielu stron poświęconych, ani stricte analitycznej psychologii Junga, ani wskaźnikowi psychologicznemu Myers-Briggs czy bazującemu na niej KTS) — trochę lepiej jest z najmłodszą spośród nich socjoniką. Generalnie jednak na tym bezrybiu samotnym blaskiem majaczy blog Beaty Stefańskiej, »Potencjał osobowości«. Przybytek ten jest o tyle interesujący, że zaprzęga MBTI głównie pod kątem pracy, spraw zawodowych i tym podobnych. Co prawda, autorka okazjonalnie pisze coś o związkach, generalnie jednak skupia się na biznesie. Na stronach »Potencjału…« znajdziecie więc charakterystykę z mocnymi i słabymi stronami każdego z typów oraz noty inspirowane sytuacjami z codziennej praktyki, polegającej, jak mniemam, na uświadamianiu pracodawcom, że ludzie których zatrudniają, odpowiednio się od siebie (i od nich samych) różnią, zatem należy brać na to poprawkę w sposobie komunikacji, przypisywania im odpowiednich dla nich obowiązków czy przypisaniu im roli, jaką będą pełnić w zespole. Chociaż większość tych wpisów mogłaby być poprowadzona dogłębniej, trafiają się też prawdziwe perełki, takie jak nota „Cele, cele, cele…”. Jest ona o tyle cenna, że z łatwością pozwoli nam na wyjaśnienie, dlaczego często bywa jak bywa.

Pani Stefańska dokonała trochę innego podziału temperamentów na: ST, SF, NT, NF (innego w stosunku do „klasycznego” na: SJ, SP, NT, NF), najprawdopodobniej z tej przyczyny, że poprowadzony w ten sposób dawał jej większe pole manewru do stworzenia ciekawych opisów, lepszego zaznaczenia różnic w rozumieniu i dążeniu do celów. Jeśli zapoznacie się z charakterystyką grupy typów ST, zwróćcie uwagę na następujący ustęp:

Częściej w tej grupie pojawia się myślenie o tym, by czegoś uniknąć, zatrzymać, obronić status quo – niż zdobyć czy stworzyć coś nowego (nową jakość, innowacyjne czy systemowe rozwiązanie, itp.). Ponieważ cele i wyzwania same w sobie są ogromnie ważne i priorytetowe, a możliwość sprawdzenia się jest czynnikiem motywującym – to osoby o tym profilu mogą znacznie częściej wchodzić w rywalizację i za wszelką cenę dążyć do realizacji celów (nawet kosztem innych).

Uzyskujemy obraz ludzi, generalnie rzecz biorąc, znakomicie radzących sobie z wyzwaniami codzienności, zdolnymi świetnie radzić sobie z rutyną, w dość znacznym stopniu zachowawczymi, ale co gorsza – w swej zachowawczości wręcz krótkowzrocznymi i skłonnymi do postrzegania rzeczywistości w formie gry o sumie zerowej, w której ktoś musi przegrać i jak się domyślamy, nie zamierzają to być oni. Oczywiście tę skłonność przenoszą także na sferę gospodarczą: przede wszystkim, jak się domyślacie, objawiać się to może w postaci, przykładowo, „bycia cwanym” i obarczania wszelkimi możliwymi kosztami transakcyjnymi drugą stronę. To bowiem jest częścią „stawki” w ichniej „grze” i generalnie wygrywa ten, kto nie da przerzucić na siebie tego, co można uznać w niej za ciężar. Niezaznajomionym bądź niewystarczająco biegłym w tej rywalizacji, w najbardziej niewyrafinowanej jej odmianie (i przy zachowaniu polskiej terminologii), przypada rola „frajera”, którego się „goli”, bo jest łatwym celem (takiego zresztą trudno nazywać przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia).

Inaczej rzecz ujmując, reprezentantom typów xSTx zdarza się częściej postrzegać świat z punktu widzenia oblężonej twierdzy, jakiej przychodzi im bronić, stosują więc bardzo wyraźnie zaznaczony, antagonistyczny podział na swoich i obcych. Interes i dobro obcych, z którymi się nie identyfikują, nie stanowi ich zmartwienia i częściej niż ludzie o innych profilach będą dążyli do eksternalizacji kosztów. Mają naturalną inklinację do zachowań, przez jakie musimy później stosować regułę caveat emptor.

Jeśli natomiast zapoznacie się ze specyfiką ludzi o temperamencie NF (do grona których zaliczamy się obaj z Jasiem), w szczególności zaś z tym fragmentem:

Osoby NF– myślą o celach w kategoriach tworzenia, inspiracji, znaczenia na przyszłość (perspektywa długoterminowa). Ważne – by realizacja celów była ekologiczna dla nich i ich otoczenia.

zauważycie skłonność zgoła przeciwną. To, co autorka »Potencjału osobowości« ujęła w jednym przymiotniku, możemy rozwinąć i skonfrontować z charakterystyką omawianych wcześniej ST. Potrzeba „ekologiczności” realizacji celów wynika z wyższej emocjonalności/wrażliwości (F) i patrzenia z szerszej perspektywy (N).Za syntezą obu tych rzeczy idzie więc raczej inkluzywne nastawienie w stosunku do innych ludzi i brak wyraźnego podziału na swoich i obcych – obcy wszakże cierpią tak samo jak swoi, a przynajmniej NF odczuwają to jednako. Stąd też wyraźnie ograniczoną mają drogę przerzucania obciążeń, przemilczania czegoś, co ktoś mógłby uznać za niekorzystne dla siebie, praktykowania wszelkiej „picówy”, traktowania drugiej strony jak przeciwnika, którego można mniej lub bardziej wprowadzić w błąd, bo ostatecznie i tak okupią tego rodzaju nieuczciwości w postaci dużo bardziej dla siebie dokuczliwej: wyrzutów sumienia. NF postępują więc odwrotnie niż ST– są skłonni koszta internalizować, ciężary brać na siebie. Dlatego też preferują rozpoznawanie potrzeb nieprzygotowanych do zakupów, niźli wykorzystywanie ich niewiedzy, częstokroć starając się usługi świadczyć „na miarę” klienta. (Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć.)

Co usiłuję Wam pokazać, rozpisując część aspektów tych dwu wydzielonych temperamentów? Prostą zależność: kapitalizm będzie wyglądał tak, jak wyglądamy my,bo nie jest niczym wobec nas zewnętrznym, narzuconym z kosmosu – kapitalizm jest w nas i nasz kształt definiuje jego kształt. Inawet gdybyśmy chcieli utworzyć jakąś generalizację tego, co jest celem działania kapitalistycznej firmy, w postaci twierdzenia, że maksymalizowania zysków, musimy i tak brać poprawkę na to, co kto za takie uznaje. Inaczej będzie działała firma kierowana przez kogoś o temperamencie ST, inaczej NT, inaczej NF czy SF. Możemy się spodziewać, że każda z tych grup będzie troszkę coś innego uznawała za korzyść i stratę, a co za tym idzie, będzie pierwotną przyczynądla powstania odmiennych, charakterystycznych dla siebie metod zarządzania, utrzymywania dyscypliny czy całych etosów opartych na bliskich sobie wartościach, stanowiących pochodne ich charakterów, które mogą istnieć samodzielnie już niezależnie od nich samych i być zapośredniczane, przejmowane w całości czy części przez innych ludzi.

Jeśli więc zastanawia Was, dlaczego żyjemy w świecie umów–pułapek z gwiazdkami, haczykami i drobnym druczkiem, dlaczego Grabaż żyje w kraju, w którym wszyscy chcą go zrobić w ch*** (za jego kasę…), odpowiedź nie tkwi w kapitalistycznym wolnym rynku, bo z jego definicji nie wyprowadzicie konieczności wzajemnego wprowadzania się w błąd, a w skłonnościach jego uczestników i ich liczebności. A ta wedle szacunków przedstawia się mniej więcej tak:

ST – 37,5%   SF – 36%   NT – 12,5%   NF –14%

Skoro najliczniejszą grupę w ludzkiej populacji stanowią osobniki ze skłonnościami do ostrej rywalizacji i dążenia po trupach do celu, nie ma niczego dziwnego w tym, że to ich pochodne będą wyznaczać zręby kultury (także) biznesowej, dominujące w niej normy, wynikłe z ich punktu widzenia, nim nasączone i jemu podporządkowane – ogólnie rzecz biorąc, że będą oni układać świat na swój obraz i podobieństwo. Gdyby te proporcje uległy zmianie, odwróciły się, praktyczna egzemplifikacja kapitalizmu także uległaby jakościowej zmianie, bo w jego ramach realizowane byłyby inne, bądź inaczej postrzegane cele.

Ale żeby dojść do takiego wniosku, trzeba umieć odróżnić to, co konieczne, od tego co możliwe. To co na stałe przypisane do czegoś i z niego bezpośrednio wynikające, od tego co zmienne. Podstawową wadą większości krytyki kapitalizmu jest tego nieumiejętność bądź niechęć wobec tego. Co, zresztą, jest zrozumiałe, zważywszy na jej zazwyczaj marksistowskie pochodzenie oraz wynikły z niego, ograniczający i pozbawiający szerszego kontekstu historycyzm. Aby dobrze zanalizować daną ideę i dalej, jej realizacje, trzeba zbadać ją w każdym zakresie – nie tylko tego co i jak było, ale także jak mogłoby być, zatem przede wszystkim, co w jej ramach jest logicznie możliwe, a co nie. Tylko w ten sposób można bowiem zbudować pełny obraz tego, za co ona może odpowiadać, a za co już nie, tworząc sobie punkt wyjścia do badania innych przedmiotów.

Stąd i krytyka jaką wyprowadza Jaś:

Kompletnie nie są. Wystarczy, że wmanipulują człowieka odpowiednio w sytuacje, a do tego czyjeś potrzeby mogą mieć w dupie. A czasem nawet muszą, bo nie mogą zwyczajnie powiedzieć; “moim zdaniem, na ile pana rozumiem, to nie mam nic panu do zaoferowania”. Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

[…]

Dopóki nie płaci się ludziom za to, że będą odradzali kupno towaru, bredzisz, bo to jest zakaz podstawowej czynności wyrażającej troskę. Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć. Ja wiedziałem, że tak kobieta mogła nie chcieć tego telefonu i nawet nie powiedziałem jej, że może być trudny w obsłudze.

jest chybiona: nie dotyczy nawet samego wolnego rynku, czy kapitalizmu, a jedynie jakichś jednostek (uściśliliśmy zresztą jakich), które żyją dzisiaj, coś robią i mają takie preferencje, a nie inne. Dlaczego? Dlatego, że brak praktyki niepłacenia sprzedawcom za odradzanie kupna towaru, który nie jest najlepiej dostosowany do potrzeb danego klienta, nie wynika z istoty tego, czym jest wolny rynek/kapitalizm. W teorii możemy sobie podstawić taką postulowaną przez Jasia praktykę i jeśli nie będzie ona kolidowała z dobrowolnością umów, wymiany handlowej, dobrowolnością ustalania cen i tym podobnych konstytuujących to, czym jest wolny rynek, jakie wyszczególniliśmy na początku (a nie będzie kolidowała), będzie zawierała się w zbiorze dozwolonych działań wolnorynkowych. Tak samo zresztą jak praktyka przeciwna, czyli ta, z którą spotkał się Jaś. A skoro tak, to należy zastanowić się nad preferencjami ludzi, wybierających spośród wszystkich praktyk akurat tę, co nie przypada do gustu wspomnianemu a także nad preferencjami innych, którzy godzą się na nią dobrowolnie, czyniąc ją wolnorynkową (zamiast jak w przypadku kar cielesnych, odmawiać). Ja za wystarczającą odpowiedź uznaję właśnie wewnętrzną budowę ludzi, z której wynikają opisane trendy i dalej ich odpowiednio proporcjonalne nawarstwienie powodowane takimi różnicami w częstotliwości występowania w populacji.

No dobrze – możecie powiedzieć – ale czy nie jest tak, że zakładając, iż ludzkość przez całe dzieje mniej-więcej jest złożona z tak samo skomponowanej mieszaniny charakterów, jesteśmy skazani na taki, a nie inny obraz wolnego rynku czy kapitalizmu i zachowania na nim panujące? Czy więc Jaś nie ma racji, gdy idzie o charakter pracy najemnej i podporządkowanie ludziom, którzy w większości przypadków nie poprą jego sposobu działania? Czy nie należy poszukać rozwiązania, które systemowo niwelowałoby pewne zachowania, przejawiane naturalnie przez sporą część ludzkości?

I ma, i nie ma. To znaczy, o ile zrozumiałe jest dla mnie, że można żywić aż tak wielką niechęć do ryzyka pracy pod kimś oczekującego od nas zachowań, na które nie chcemy przystać, by dyskwalifikować całkowicie jej pomysł, o tyle w świetle tego co do tej pory napisałem, nie widzę większego pożytku z jakiejkolwiek alternatywy. Zakładając bowiem, że ludzie będą mieli podobny wgląd w siebie i innych, że charakteryzować się będą dokładnie tymi samymi inklinacjami, wynikającymi z określonej wewnętrznej specyfiki, generować będą te same pochodne, tyle że w innych okolicznościach. ST nie stracą wcale swego zapału do przerzucania kosztów na innych: będą go prezentować po prostu w odmiennych warunkach, także instytucjonalnych. Czy będą pracować w czymś na kształt średniowiecznej, feudalnej manufaktury, anarchokomunistycznym kolektywie, mutualistycznym warsztacie czy kapitalistycznej firmie, należy się spodziewać po nich dokładnie tego samego. Ich modus operandi się nie zmieni, bo w dużej mierze podyktowany jest tym, co podpowiada ich aparat poznawczy. Jeśli nie macie jakiegoś magicznego dowodu, że zmiana ustroju ekonomicznego spowoduje zmiany w liczebności reprezentantów danych temperamentów, ani nie zakładacie czystek osób o ‚nieprawowiernych’ charakterach, czyli rzeczywiście uznajcie stałość proporcji składników tej całej społecznej mieszaniny, nie wyrugujecie ze społeczeństwa tego, co wadzi Wam w nim dziś. Liczniejsi, tak jak dziś, będą podporządkowywać mniej licznych swojej, popularniejszej, perspektywie, a Jaś zamiast pisać o szefach zmuszających swych podwładnych do wykonywania poleceń, z jakimi oni się osobiście nie zgadzają, będzie skarżył się na równie niegodziwą politykę handlową kolektywów, manufaktur czy innych whateverów.

Atak na hierarchiczność pracy najemnej ze względu na masowość występowania wspomnianego zjawiska, przy uznaniu takiej jego genezy, jest zatem także chybiony. Sama hierarchiczność nie ma bowiem wpływu na masowość jego występowania, wręcz przeciwnie, daje szansę mniejszości na wyraźne zaznaczenie jej interesu – arystokracja, elitaryzm i tym podobne zawsze opierają się na dychotomii nieliczni-liczni. Paradoksalnie więc dla egalitarystów sądzących, iż spłaszczenie stosunków międzyludzkich poprawi sytuację, może być wręcz przeciwnie. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że liczniejsi są generujący to, co z naszego punktu widzenia jest niepożądane. Mniej licznym opłaca się zatem popierać hierarchiczność, bo ona daje im możliwość nie zostania zdominowanymi, a nawet otwarcia jakiejś niszy dla dominacji własnej, więc i swoich pochodnych. Innymi słowy, praca najemna daje większą szansę ludziom o jakichś niepopularnych poglądach, unikalnym spojrzeniu, rzadkich potrzebach niż jej brak. Egalitaryzm kończy się tyranią głównego nurtu.

Ostatecznie jestem skłonny sądzić, że przeważną cześć, jeśli nie wszystkie, z tych trudności, którymi dotąd zabawiali się filozofowie, a które zagradzały drogę do poznania, zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: najpierw wznieśliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy.

George Berkeley „Traktat o zasadach poznania ludzkiego”

Kończę akurat tym cytatem nie bez przyczyny. Pojęciom ogólnym bądź metaforom często zdarza się robić karierę w postaci właśnie takiego kurzu, który zamiast ułatwiać pojmowanie spraw, czyni je nieprzejrzystymi. Z perspektywy czasu, niewątpliwie możemy powiedzieć to o „niewidzialnej ręce” Smitha, jawiącej się ludziom jako czymś od nich zewnętrznym, narzuconym, kierującym ich losem. Tymczasem wolny rynek jest uzewnętrznieniem ich samych, bo to pojęcie denotuje, w uproszczeniu, wszystkie dobrowolne transakcje. Zawierane między takimi ludźmi, jakimi byliśmy, jesteśmy i będziemy. Tak, a nie inaczej wytyczającymi granice swej zgody na coś i jej brakiem. Krytyka wolnego rynku sprowadza się zazwyczaj do uznania, że granice tego, co dobrowolne są poprowadzone zbyt szeroko, w ten czy w inny sposób. Ale tych granic ostatecznie nie wyznacza żadna niewidzialna ręka, a my sami. Krytyka wolnego rynku jest więc niczym innym, jak tylko zawoalowanym sposobem powiedzenia: „Nie lubię Cię, Twoich celów bądź sposobów działania i najchętniej zakułbym Cię w kajdany, byś nie mógł robić tego, co robisz i na co się godzisz.”, wybieranym przez tych, którzy nie są w stanie nam tego powiedzieć otwarcie. Warto o tym pamiętać.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Deus ex machina — rozszerzenie zapisków z łoża

Notes przy łóżku, pamiętaj o tym cholernym notesie…

O najsilniejsze inspiracje najłatwiej przed snem, w czasie snu bądź w międzyśnie, kiedy to bodźce z zewnątrz są w największym stopniu wyciszone, a myśl kołacze się gdzieś w odmętach pamięci długotrwałej. Jak grom z jasnego nieba pojawia się pomysł, człowiek potrafi ująć go z każdej strony. Jest w stanie objąć umysłem wszelkie możliwe ścieżki rozwinięcia tego pomysłu, bądź jak natchniony rozwiązuje w jednej chwili postawiony wcześniej problem.

Ileż to razy obiecywałem sobie przed zapadnięciem w sen, że jutro się nad tym olśnieniem zastanowię, a gdy jutro wreszcie nadchodziło, nie pamiętałem czym miałem się zająć! Stwierdziłem wreszcie — dosyć, nie będę dłużej marnotrawił krótkotrwałych błysków intelektu swego, muszę to notować.

Owszem, czasem zdarzało się, iż podekscytowany czymś zrywałem się na równe nogi, zaczynając i w środku nocy pracę nad materiałem objawienia, ale zazwyczaj efekt końcowy pozostawiał wiele do życzenia. Noc, poza nastrojem niezwykłości takich chwil i poczuciem rozumienia meandrów Wszechrzeczy, nie oferuje klarowności przelewania myśli w słowa. Najlepiej więc zanotować hasło czy parę skojarzeń w nadziei, że w blasku światła uda odtworzyć się wczorajszą myśl, a noc pozostawić sobie na pławienie się w wizjonerskich nastrojach. Otóż wczoraj mi się widziało, coś też zapisałem. Postaram się odtworzyć większą tego część. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Zaczęło się niewinnie. Jak zwykle. Najprawdopodobniej pod wpływem ostatniego wpisu poświęconego empatii, kolejną próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”, tym razem dotykającego genezy własnego światopoglądu, postanowiłem przemyśleć sprawę ukorzenienia idei w człowieku. Gdzie szukać początków swoich przekonań? Co determinuje, że pewna myśl staje się dla nas atrakcyjna, a inna odpychająca? Czy można zawczasu przewidzieć, które przyjmiemy, a które odrzucimy? Z pewnością w przypadku tych pytań jestem epigonem i wielu ludzi zdążyło zadać je wcześniej, być może doszli nawet do jakichś rozstrzygnięć, ja jednak w ramach swej racjonalnej ignorancji nie podjąłem nawet próby ich odnalezienia. Domyślam się, że najbliżej będzie im pewnie kognitywistyki i jej okolic, ale wolę dochodzić do pewnych rzeczy o swoich siłach, chociażbym miał wyważać otwarte drzwi.

Od czego jednak zacząć? Gdzie znaleźć punkt zaczepienia? Przyjąłem założenie, że świat w dużym stopniu jest odbiciem ludzi, którzy w nim działają. Upodabnia się więc do nich, a oni odciskają w nim swe piętno. Myśli na ogół stanowią próbę uchwycenia określonych, możliwych oddziaływań na otoczenie, czyli świat właśnie. Idee stanowią ich bardziej sformalizowane ujęcia. Ostatecznie jednak, antropiczna część świata, jak sama nazwa wskazuje, źródło swojego sensu ma w człowieku. I to w nim, jego własnościach i chęci uzgodnienia wnętrza z zewnętrzem, należy szukać źródła przywiązania do jakichś zewnętrznych względem niego samego przedmiotów. Takich jak idee, chociażby. Chodzi zatem o harmonizację obu stron swoich relacji intencjonalnych. Podmiotu z przedmiotem. To, czego nie sposób ze sobą pogodzić — odrzuca się.

Na warsztat wziąłem swoje przywiązanie do idei wolnego rynku. O ile niemożliwe jest wyznaczyć jakąś konkretną, graniczną datę, która wskazywałaby na świadomą decyzję akceptacji tej idei w formie jakiegoś przełomowego postanowienia, o tyle gdy przyglądam się swemu życiu, zauważam że w zasadzie od samego dzieciństwa nie miałem najmniejszych problemów z jej internalizacją. Nigdy też nie przeszedłem etapu sprzeciwu wobec niej, a kiedy zdawszy sobie z tego sprawę, spróbowałem taki w sobie wzbudzić (w imię osiągnięcia ideału człowieka sprawiedliwego, krytycznego względem nie tylko siebie samego, ale i swoich poglądów) efekty były doprawdy mizerne. Nie byłem w stanie wyprodukować na tyle sensownej krytyki wolnego rynku, abym potrafił się nią przekonać do istnienia jakiegoś przyczynku do jej teoretycznego odrzucenia. Szukałem więc wytworzonej przez innych i szukam jej nadal, ale wszystko co znajduję okazuje się tak samo nieprzekonujące, odległe i niemalże organicznie obce. Jedynie w ramach grzeczności, mogę udawać przy kontaktach towarzyskich, iż traktuję stanowiska opozycyjne mojemu serio. Z drugiej strony, gdy nie staram się dystansować od swoich poglądów, nawet na tę nieprzekonującą krytykę (zatem niegroźną), reaguję z rozdrażnieniem, wskazującym że został mi uczyniony jakiś osobisty afront. Tak jakby moje stanowisko, akurat ta idea, była częścią mnie, przedłużeniem mojej osoby w świecie inteligibilnym i jej krytyka jednocześnie dotykała personalnie mnie.

Wreszcie, dzięki temu nocnemu olśnieniu dotarło to do mnie jasno i wyraźnie — po części, poprzez analogię, ona jest częścią mnie! Zagadka została rozwiązana. Trzecią część swojego niedawnego cyklu introspekcyjnego poświęciłem empatii. Właśnie ona okazała się kluczowa i rozstrzygająca. Połączyłem kropki i wszystko pasuje. To co wewnątrz uzupełnia się z tym co na zewnątrz. Wiecie już, dlaczego wolny rynek jest mi tak organicznie bliski?

Dlatego, że podporządkowuje twórczość empatii. Jest zasadą wymuszającą od jednostek jej użycia na wyższym szczeblu — poziomie życia społecznego, w gospodarce. Reguły wolnego rynku skłaniają ludzi do dobrowolnego podporządkowania swoich talentów i umiejętności, ogólnie pojętej kreatywności i twórczości, potrzebom innych. Kto nie potrafi postawić się w sytuacji drugiego człowieka, wyobrazić sobie jego potrzeb i znaleźć sposobu ich optymalnego zaspokojenia, nie jest wynagradzany. Społeczność wolnorynkową tworzy się poprzez wzajemną służbę opartą o ciągłe pytanie o cudze potrzeby. Przez nasłuchiwanie ich. Stałe odgadywanie.

Kto przestaje o nie pytać, a sam zaczyna o nich mówić, definiować je, ustalać, twierdząc że je zna, dzielić na „prawdziwe i uzasadnione” oraz „fanaberie” — zrywa z wolnym rynkiem. Zrywa więc i z empatią, którą zastępuje tym, co się mu roi w głowie, usiłując wszystkich do tego dopasować. Nie interesują go już faktyczne, aktualne potrzeby innych ludzi, co najwyżej wizja tego jakimi powinny być, dyktowana przez wybraną ideologię. Wolny rynek nigdy nie zgromadzi żadnej trwałej, ponadczasowej wiedzy, dlatego stale słucha, stale szuka. Ktoś kto uznaje, że już wie — słuchać i szukać przestaje. Bo uznaje, że już wie.

Z tego jak bardzo adekwatna jest analogia między słuchaniem i mówieniem a wolnym rynkiem i etatyzmem, zdamy sobie sprawę gdy przyjrzymy się naszej smutnej teraźniejszości.

Dzisiaj się nie słucha. Dzisiaj się żąda i szantażuje, a więc mówi. Branża samochodowa w Stanach nie musiała słuchać, odgadywać potrzeb motoryzacyjnych ludzi. Ignorowała je, produkując szmelc, który sprzedawał się marnie. Czy poniosła jakieś konsekwencje w związku z tym, że nie była empatyczna wobec potencjalnych konsumentów? Nie. Wystarczyło, że bezczelnie uznała się za too big to fail, strasząc krótkoterminowymi następstwami swojego upadku i szantażując moralnie kogoś innego, kto ją wybailoutował, kradzionymi zresztą pieniędzmi.

Żyjemy w czasach, w których wielkich producentów nie obchodzą potrzeby konsumentów, a ich własne. Są wobec nich roszczeniowo nastawieni, bądź traktują ich jak następny surowiec, a sprzedaż swoich wyrobów jak kolejny etap produkcji. Jeśli coś nie schodzi, to dla nich nie informacja, iż należałoby coś zmienić i dostosować się do potrzeb innych, a że trzeba na tych innych podziałać w taki sposób, by wreszcie zaczęło schodzić bez wprowadzania jakichkolwiek zmian w ofercie. U Carsona możemy znaleźć genialny cytat z Friedenberga poświęcony właśnie temu zjawisku:

Chociaż nazywani „klientami”, członkowie „poborowych klienteli” nie są uznawani za klientów przez biurokratów, którzy ich obsługują, jako że nie mogą oni swobodnie wycofać się ani odmówić kupienia produktu, ani poszukać go gdzie indziej. Postrzegani są jako surowiec, którego sektor usługowy potrzebuje do wypełnienia swoich społecznych funkcji i do kontynuowania swojej egzystencji. Nie trzeba wielu godzin obserwacji działalności szkoły państwowej – ani szczególnej uwagi – żeby stwierdzić, iż dzieci są tam, bo to szkoła ich potrzebuje, a nie odwrotnie.

(…)

[Wydatki szkół publicznych] są pieniędzmi wydawanymi na zapewnienie dóbr i usług dla ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia o tym, czym te usługi mają być i jak mają być administrowane; i dla tych, którzy nie mają żadnego prawa, żeby odmówić tego zwyczaju przez nieuczestniczenie w nim, nawet gdy oni sami i ich rodzice czują, że to, czego szkoły dostarczają jest odrażające i szkodliwe. Daje się im podręczniki, których w przeciwieństwie do innych dzieł, od Biblii do najlichszej pornografii, żaden człowiek nie kupiłby dla własnej satysfakcji. Nie są one, ściśle biorąc, „książkami na zbyt”; raczej, komitety, których żaden członek nie kupiłby takich książek do własnej biblioteki, przyjmują je dla przymusowego użytku setek tysięcy ludzi.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s.215

tłum. Krzysztof Śledziński

Ale nie tylko wielcy producenci przesiąkają tą antyrynkową logiką. Równie roszczeniowi potrafią być ludzie ze społecznych nizin. Oni także, skupieni wyłącznie na swoich potrzebach, domagają się by to właśnie one zostały zaspokojone, a oni sami mogli pracować w tym samym miejscu, w ten sam sposób, w głębokim poważaniu mając konsumentów. Tylko taki mają produkt do zaoferowania, tylko taki chcą sprzedawać, praca istnieje zaś jedynie po to, aby dawać im pieniądze do ręki, a nie by jej efekty miały wychodzić naprzeciw czyimś potrzebom. Ludzie z nizin społecznych też mają swoją metodę na szantaż. Najczęściej sprowadza się do epatowania trudną sytuacją finansową rodziny na utrzymaniu i własną, zazwyczaj w formie masowych protestów.

To właśnie tacy ludzie zostają klientami lewicy, która później w ramach zapobieżenia lokalnej „katastrofie humanitarnej” ratuje „miejsca pracy” w postaci przedsiębiorstw, które są too big to fail, bailoutując je. Szantaż moralny buraków z dołu zostaje użyty jako karta przetargowa przez tyle samo wartych arogantów z góry i staje się trwałą częścią w stałym repertuarze zetatyzowanej kultury biznesowej. Przenosi się to następnie na politykę państw przez oczekiwania wyborców odnośnie do „tworzenia miejsc pracy”. Co z kolei stanowi dalszą zachętą dla krzykaczy nie mających najmniejszego zamiaru słuchać głosu konsumenta, ale nieodparty by narzucić mu swą wolę, traktować go jak surowiec do przerobienia na etapie sprzedaży. Nieważne czego chce, ważne że my mamy swój chłam do wciśnięcia, metody na wyciśnięcie z niego pieniędzy i gęby do wykarmienia w domu, nie?

Niezmiernie bawią mnie, gdy podawani są w małych dawkach, osobnicy przypisujący wolnemu rynkowi jakieś demoniczne cechy, oskarżający go o korumpowanie ludzkiej natury czy też okrucieństwo, czemu zapobiec może wyłącznie trzymanie go w ryzach przez jakąś instytucję rządzącą się innymi prawami, zawiadującą sprawowaniem nad nim kontroli. Może to być państwo, czasem jakaś mniej formalna część społeczności. Dosadniejszym rozwiązaniem jest całkowite wybicie kłów rynku, w postaci własności prywatnej. Tymczasem, nie. Demoralizuje głównie jego brak. To jego brak zachęca do nieliczenia się z innymi. Ułatwia odwrócenie tej relacji, stawiania na piedestale siebie, swoich zdolności wytwórczych i podporządkowywania im innych, miast dopasowywać je do czyichś potrzeb. Wodzi na bezdroża biznesowej grafomanii. Brak wolnego rynku pociąga za sobą także utratę konieczności posługiwania się empatią w znacznej części życia społecznego, konkretniej tej odpowiedzialnej za wytwórczość i jej gratyfikację.

Nie ma większego znaczenia czy od rynku odchodzimy na rzecz etatyzmu, komunizmu, syndykalizmu czy jakiegokolwiek innego -izmu. Przestajemy słuchać potrzeb innych ludzi, zaczynamy słuchać potrzeb -izmu.

Niestety, kolektywistyczne formy anarchizmu, jak syndykalizm czy wolnościowy komunizm, napotykają na ten sam problem. Bardzo dobrze kwestię tę obrazuje powieść Ursuli LeGuin The Dispossessed. Jest to historia osadzona w anarchokomunistycznym świecie Anarres, który wpadł we władanie biurokratycznej klasy rządzącej. Przemysłowe syndykaty i federacyjne ciała planistyczne na przestrzeni dłuższego czasu nieuchronnie zaczęły korzystać z usług planistów i ekspertów. Bez względu na to, jak nominalnie demokratyczne były te ciała, niezależnie od tego, że np. wybierani do nich delegaci mogli być w każdej chwili odwołani, w praktyce wybrani członkowie zawsze opierali się na ekspertyzach doradców. Syndykaty i federacje, nominalnie odpowiedzialne przed pracownikami, spełniały funkcję niby pieczątki Gosplanu. I, rzecz jasna, kiedy planowanie zastępuje rynek, nie można uniknąć podobnej ossyfikacji.

Co gorsza, przykładów podobnej degeneracji zarządzania wcale nie musimy szukać w fikcji literackiej. W fascynujących badaniach nad „niechęcią pracowników do pracy”, Michael Seidman poddał analizie identyczny proces w kontrolowanym przez pracowników przemyśle Katalonii. CNT-UGT stopniowo przyjęło managerską postawę wobec pracowników, przed którymi formalnie była odpowiedzialna; co więcej, zaczęło obsesyjnie zwalczać brak posłuszeństwa i nieobecność w pracy, narzucając dyscyplinę pracy w identycznym stylu, jak za kapitalistycznych szefów. Rada Techniczno-Administracyjna CNT, przykładowo, ostrzegała, że nastąpi katastrofa, jeśli pracownicynie wyzbędą się szkodliwych „burżuazyjnych wpływów” (co najwyraźniej oznaczało, że wybierali czas wolny zamiast dodatkowej pracy bez wynagrodzenia), a dyscyplina w pracy nie zostanie przywrócona. UGT „przekazało swoim członkom informację, żeby nie wysuwali żądań w czasie wojny i ponaglało ich do pracowania więcej”. Podobnie jak siedemnastowieczni purytanie, CNT-UGT uznało, że obchodzenie świąt religijnych przez robotników jest poważnym utrudnieniem dla osiągnięcia odpowiedniej produktywności.

W obliczu sabotażu, kradzieży, nieobecności, spóźnień, symulowania chorób i innych form oporu klasy pracującej wobec pracy i miejsca jej wykonywania, związki zawodowe i kolektywy współpracowały ze sobą w narzucaniu surowych zasad i regulacji, analogicznych do tych, które wprowadzali kapitaliści, a często nawet ostrzejszych.

 W niektórych kolektywach przemysłu odzieżowego, wyznaczano „towarzysza”, który kontrolował wejścia i wyjścia, a także wymagano bezwarunkowej akceptacji wyznaczonej pracy i poleceń.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s. 340-341

tłum. Bartosz Stopel

Paradoksalnie więc, anarchiści tak często wycierający sobie gęby budowaniem świata bardziej przyjaznego człowiekowi, nie mają większego pojęcia, czego faktycznie człowiek chce i co uznaje za przyjazne sobie. Nie pytają, nie zastanawiają się, nie proponują. Oczekują. Wymagają. Podporządkowują, nie dając szansy na z alternatywę. O „anarchistycznej empatii” okazywanej ludziom, którzy z jakichś powodów nie chcieli na wsiach przyłączyć się do kolektywów i woleli żyć po swojemu, poczytać można na blogu Włodzimierza Gogłozy, w tłumaczonym przez niego tekście Caplana „Anarcho-etatyści z Hiszpanii. Historyczna, ekonomiczna i filozoficzna analiza hiszpańskiego anarchizmu”.

Wielce przewrotne dla wszelkich pięknoduchów przychylnych ludzkości musi być spostrzeżenie, że ideologie, jakimi się fascynują, obiecujące udoskonalenie systemu ekonomicznego, uniknięcia wad czy wręcz zastąpienia wyrachowanego, bezlitosnego, barbarzyńskiego mechanizmu wolnego rynku inną metodą dystrybucji dóbr, w efekcie ich wprowadzenia, rugują to, na czym najbardziej im zależało. Wolny rynek w ogromnym stopniu może być faktycznie wyrachowany, bezlitosny i barbarzyński, ale na poziomie produkcji z całą pewnością zachęca do korzystania z empatii, eliminując producentów (czy to małych, czy wielkich) nie potrafiących identyfikować i zaspokajać potrzeb innych ludzi, tworzących nikomu nie potrzebne przedmioty i usługi. Dylemat więc tkwi w wyborze: czy decydujemy się na rozwiązanie empatyczne w formie czy treści? Wolny rynek i znacząca większość jego apologetów zdecydowanie nie jest empatyczna w formie, o czym powszechnie zresztą wiadomo. Ich idea jednak ostatecznie empatię i empatów faworyzuje. Deus ex machina. Jej przeciwnicy, wręcz przeciwnie – w pijarze cierpią za miliony żyjące w niedoli, za jaką z pewnością odpowiada swoboda gospodarcza, szczerze chcą nieść im pomoc swymi rozwiązaniami, które w konsekwencji swej treści empatię i potrzebę z niej korzystania, unicestwiają – zastępując ideologicznym posłuszeństwem.

Czy zatem dalej dla kogoś wciąż stanowi tajemnicę fakt, że ataki na tę ideę zdarza mi się traktować personalnie? Tym bardziej dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę z roli jaką w moim życiu odgrywa zdolność stawiania się w czyimś położeniu, tak emocjonalnym jak i intelektualnym? Afirmacja wolnego rynku w moim przypadku wynika w znacznej mierze z autoafirmacji – afirmacji samego siebie. Spoiwem, wspólnym mianownikiem między podmiotem i przedmiotem, moim wnętrzem a otoczeniem, w tym wypadku ideą, jest empatia właśnie. Nic innego. Stąd bierze się ten odczuwalny organicyzm koncepcji wolnego rynku, niezdolność do przyswojenia jego krytyki, uznanie tejże za całkowicie pozbawioną sensu. Nie istnieje sensowna krytyka empatii dla kogoś, kto się na niej opiera — tym bardziej gdy obserwuje świat, w jakim brakuje jej właśnie w miejscu, w którym broniona przez niego idea ją zapewnia, zapobiegając degeneracji w jednej z najistotniejszych sfer życia. Pracy.

Ona nie istnieje po to, byś otrzymywał swoje kieszonkowe, ale po to, by służyła innym ludziom. Kieszonkowe dostajesz tylko dlatego, że komuś faktycznie do czegoś się przysłużyła i zrobiła mu dobrze – za to, że domyśliłeś się czego ten ktoś potrzebuje, bądź domyślił się tego Twój szef. Jeśli przestaniesz się domyślać i wsłuchiwać w potrzeby innych, a skupisz na sobie (bądź zrobi to Twój szef), kieszonkowego najprawdopodobniej nie będzie. I będę miał w dupie, ile osób masz w domu na utrzymaniu, czy ilu ludzi wyleci na bruk, gdy upadnie nierentowne przedsiębiorstwo, produkujące jakieś gówno. Oto najdosadniejszy, najbardziej bezwzględny trening lustrzanych neuronów i zarazem gwarancja, iż ludzie chociażby dla samego zysku, będą mieli motywację do zajęcia się potrzebami kogoś innego i trafnego ich określenia. A jeśli już chociażby zasugerujesz, że jestem Ci coś winien tylko z racji, że odniosłeś porażkę, obiję Ci ten zdemoralizowany, durny ryj. Staram się pomagać ludziom, o ile widzę, że klęski czynią ich pokornymi i gotowymi do korygowania błędów. Na innych szkoda mojego czasu. Niech gryzą glebę do momentu otrzeźwienia. Dopiero wtedy porozmawiamy ponownie.

Kto sprzeciwia się wolnemu rynkowi, sprzeciwia się stosowaniu empatii na gospodarczej płaszczyźnie naszej egzystencji. Kto sprzeciwia się stosowaniu tam empatii, stawia się w opozycji do mnie, jako że ja niej bazuję. Kto staje przeciw mnie i neguje zewnętrzny przejaw tego, co uznaję za najszlachetniejszą cząstkę, zarówno samego siebie jak i innych, ten z mojej perspektywy zasługuje na bezlitosne wdeptanie w ziemię. I o ile wcześniej nie skapituluje, także na to, że pozostanę jego zaprzysięgłym wrogiem po kres mego żywota. Ze skurwysyństwem, nawet nieświadomym, jestem gotów walczyć do utraty sił. Sprawa staje się osobista, bo to co charakteryzuje wolny rynek, charakteryzuje także moją wewnętrzną budowę.

W ramach bonusowych materiałów zamieszczam treść nocnej notatki. To stanowiło zarodek bieżącego wpisu:

świat zewnętrzny jest nawarstwionym obrazem ludzkiego wnętrza, wolny rynek to empatia na szczeblu życia społeczno-gospodarczego, sformalizowana. ludzka kreatywność i twórczość podporządkowana pytaniu o czyjeś potrzeby, forowani najlepiej rozumiejący innych

Alternatywa: państwo jako zasada zaprzeczenia empatii, podporządkowywanie innych zamiast odgadywania czego pragną, nakazywanie zamiast słuchania

zastanowić się nad atrakcyjnością oczekiwań wobec organizacji społecznej pod kątem cech własnych

Nie zapomnij o notesie…

Wersja offline – PDF

W obronie suwerenności właściciela, czyli wolny rynek kontra libertarianizm.

Na początek, mój ostatni tekst dotyczący zagadnienia suwerenności właścicieli w indywidualistycznym propertarianizmie i jej braku w libertarianizmie:

Polecam jednak lekturę z pliku pdf – lepsze formatowanie tekstu znacznie jednak ułatwia czytanie.