Wolność jest relacją

Jeśli przyszłoby Wam wolności szukać, to znaleźć możecie ją pomiędzy tym wszystkim, co zachowuje swą tożsamość…

Czasem bywa tak, że mamy coś pod samym nosem, a mimo to, tego nie dostrzegamy. Toczymy spory, korzystając z intelektualnych konstrukcji rozumianych przez siebie w niewielkim jedynie stopniu. Nie zdając sobie do końca sprawy z ich charakterystyki i właściwości, wyprowadzamy z nich jakieś implikacje. Na ogół nie odpowiadamy na tytułowe pytania, pomijając całkowicie kwestie ontologiczne, a gładko i pragmatycznie przechodzimy do tego co interesuje nas najbardziej — uzusu. To norma: ludzie potrafią policzyć pole prostokąta, określić wysokość drzewa bez jego mierzenia, na podstawie jedynie cienia jakie rzuca, jednym słowem: wykorzystać jakąś zdobytą wiedzę z zakresu geometrii, chociaż niewielu z nich zajmowało się pewnikami Euklidesa. Prosty człowiek mnoży a razy b i już wie, że ma tyle a tyle powierzchni, na której ziemniaki posadzi czy farbą pomaluje. To, czy każdy odcinek można przedłużyć uzyskując prostą, czy nie każdy — interesuje go mniej bądź wcale. Póki obliczenia się zgadzają, jest dobrze i nie ma sensu drążyć tematu.

Z rozmowami o polityce, ustrojach, władzy i wolności jest bardzo podobnie. Przejmujemy gotowe słowa, uznajemy, jakieś ich znaczenia i żonglujemy nimi jak popadnie. Póki utrzymujemy się w społecznej ortodoksji i zgadzamy z pozostałymi ich użytkownikami — nie ma sensu drążyć tematu. Jeśli jednak wykroczymy poza nią, osiągniemy jakieś nietypowe wnioski, wzbudzając nimi konfuzję, zadziwienie i niedowierzanie, wtedy sytuacja zmusi nas do poważnego zastanowienia. Coś skłoniło nas do powiedzenia tego, cośmy powiedzieli. Na czymś się przecież opieraliśmy, gdyśmy tak mówili, a nie inaczej. Musieliśmy przyjąć jakieś ukryte założenia, jakich pozostali nie poczynili i dlatego po drodze do swoich konkluzji, ostatecznie ich pogubiliśmy albo przestaliśmy odnosić się do tego samego przedmiotu. Należy więc rozstrzygnąć tę kwestię jako pierwszą. To jednakże najlepiej uczynić na polu ontologii, a nie filozofii polityki, która jest wobec niej dyscypliną wtórną. Być może gdybym wcześniej zdecydował się na taki krok, moje teksty szybciej zyskałyby na jasności i przejrzystości.

1. Relacyjny charakter wolności i jego podstawowe następstwo.

Kluczem do rozszyfrowania mojego mętnego, gdzieniegdzie, przesłania, zrozumienia dążeń do specyficznie postrzeganego ideału organizacji społecznej, wyborów politycznych, jest uznanie, że wolność — każda wolność jest relacją. To w zasadzie stanowi podstawę do zapowiadanego przełomu narracyjnego. Zamiast patrzeć na palec, spojrzymy na to, co on wskazuje. Obojętnie czy na tapetę weźmiecie wolność negatywną (wolność od), czy pozytywną (wolność do), to co powinno zwrócić Waszą uwagę to te wytłuszczone teraz przyimki. Zajmując się tematem wolności spotykamy się z nimi nieustannie i prawdopodobnie po części z tego powodu, tracimy czujność i nie przywiązujemy już do nich większej uwagi. Tymczasem odpowiedź leży właśnie w gramatyce, która zakłada już pewne ontologiczne rozstrzygnięcie: nie możemy mówić sensownie o jakiejkolwiek wolności, bez uznania jej relacyjnego charakteru. Nawet jej najbardziej immanentne ujęcia w postaci pojęć takich jak autonomia czy potencja, zdające się być zespojone całkowicie z opisywanym przedmiotem, jako jego cecha czy też pewna możność, zawierają w sobie milczące, ale jednak rozpoznawalne odniesienia do tego, co znajduje się poza tym przedmiotem. Gdyby założyć, że poza nim samym niczego innego nie ma, nie jest możliwe, nieosiągalny jest żaden odmienny stan w jakim może się ten przedmiot znajdować, oba znaczenia straciłyby jakikolwiek sens i stały się zbędne. Jeśli go utrzymują, to tylko powodu istnienia czegoś poza przedmiotem nimi określonym, co pozwala na zachowanie ich relacyjnego kontekstu.

W porządku, niech sobie wolność będzie relacją – powiecie – i co z tego? Przecież to truizm, banał i co z niego miałoby wyniknąć, gdzie tu przełom?

Odpowiem więc: przełom osiągnięcie, dostrzegając sposób istnienia relacji. Relacje są bowiem nietypowymi przedmiotami — nie istnieją samoistnie i samodzielnie. Jak mimochodem zdążyłem wspomnieć powyżej, potrzebują dla siebie odniesienia. Biegną skądś, dokądś. Od jednego punktu, jaki możemy wyszczególnić w bycie, do kolejnego. Łączą sobą coś z czymś. Pośredniczą. Rozpościerają się między przedmiotami — tam właśnie należy ich szukać: pomiędzy.

Spostrzeżenie to ma niebagatelny ciężar gatunkowy i ono właśnie stanowi o przełomie. Za jego pomocą jesteśmy w stanie uświadomić sobie, że jeśli wolność jest w swej istocie relacją (a nic nie wskazuje na to, żeby nie była), istnieć może tylko wtedy, gdy istnieje także coś, na co może być ukierunkowana. To twierdzenie jest zdaniem logicznie koniecznym — wynika z przyjętych założeń i należy uznać je za wiedzę a priori. Dzięki niemu uzyskujemy także pewny wgląd w warunki konieczne zaistnienia wolności. A to już całkiem sporo, bo pozwoli nam odrzucić te sądy, które zakładają, że pozbycie się czy wyeliminowanie pewnych przedmiotów ze świata, sprawi, że stanie się on tym samym bardziej wolnościowy. W świetle tego, co powiedzieliśmy jest to niemożliwe, bo usunięcie jakiegoś elementu ze świata, jest jednocześnie unicestwieniem możliwego przedmiotu odniesienia dla relacji, która odtąd nie będzie mogła do niego biec.

Skoro wolność jest relacją, a relacje mogą znajdować się jedynie między innymi przedmiotami i w swym bytowaniu są od nich zależne, ich liczba będzie w ogromnym stopniu zależna od liczby samych przedmiotów. Wolności możemy mieć zatem co najwyżej tyle, ile przedmiotów będzie nam dostępnych, bo tylko z nimi możemy ją wiązać i do nich odnosić. I to właśnie było moim, nie do końca uświadomionym, punktem wyjścia przy poszukiwaniu najbardziej wolnościowej propozycji politycznej. Uznając intuicyjnie tę ontyczną konieczność, zrozumiałem, że aby sformułować co sobie zamierzyłem, będę musiał celować jednocześnie w [propozycję] zakładającą świat najbogatszy w rzeczone punkty odniesień — przedmioty. Ponieważ wiele spośród nich zaistnieć może jedynie dzięki i poprzez ludzką twórczość, jest to także świat, w jakim dostępnych jest najwięcej działań (które też, możemy uznać za jakieś przedmioty, bo i one mają jakąś tożsamość), za pomocą których przedmioty te urzeczywistnimy. Indywidualistyczny propertarianizm jest więc niczym innym, jak próbą przeniesienia tych ontologicznych oczywistości na grunt filozofii polityki. Stąd bierze się jego panarchistyczny rys: za każdą formą ustrojową stoi jakiś unikalny dla niej katalog czynów (a także ich braków). Aby więc urzeczywistnić je wszystkie, należy dopuścić wszystkie możliwe formy rządów.

2. Intencjonalność i jej brak.

»Wolność uczy jedynie: oderwijcie się, uwolnijcie od tego, co uciążliwe; nie uczy Was tego, czym sami jesteście. Precz! Precz! – brzmi jej hasło; a Wy, żarliwie posłuszni jej wołaniu, pozbywacie się nawet Was samych […] Pod egidą wolności odrzucacie przeróżne rzeczy, ale niewolą Was coraz to nowe: „Złego pozbyliście się – a zło pozostało”. Jako swoi właśni odtrącacie rzeczywiście Wszystko, a to, co się ostało, zaakceptowaliście sami, taki był wasz wybór i upodobanie.«

„Jedyny i jego własność” Max Stirner

Oczywiście to prawda. Lecz, jak już wiemy, by móc powiedzieć czemuś „Precz!”, to musi najpierw być. Jeśli bowiem by nie było, nie można byłoby się do tego odnieść — zwłaszcza, poprzez odrzucenie tego. Gdybyście nie mieli żadnego przedmiotu odniesienia, czemu powiedzielibyście „Precz!”? Jednak oprócz wychwycenia samej relacyjności wolności w tym cytacie, naszą uwagę powinno zwrócić coś jeszcze bardziej subtelnego. Intencjonalność wolności, oparta na znajomości danego przedmiotu. Rzecz jasna, nie możemy powiedzieć „Precz!” temu, co nie istnieje. Ale także nie poprowadzimy tej relacji do czegoś, z czego obecności nie zdajemy sobie sprawy, choćby to nawet i istniało. Jeżeli nie potrafisz czegoś opisać, określić, scharakteryzować czy chociażby wskazać i leży to poza zasięgiem Twojej percepcji, nie jesteś też w stanie tego świadomie odrzucić. Zdolność rozpoznawania przedmiotów przez podmiot wpływa więc na jego możność aktywnego wytyczania do nich jakichkolwiek relacyjnych ścieżek.

Należy jednak zauważyć, że nie każda wolność musi być ukierunkowana na przedmiot intencjonalny, bo relacja bycia wolnym od czegoś nie zawsze wynika z naszej decyzji, jaką moglibyśmy się do tego odnieść. Czasami jest po prostu wynikiem określonego stanu świata, w jakim przychodzi nam żyć. Rozpatrując wątek naszych ograniczeń poznawczych należy już na początku zaznaczyć, że już sama śmiertelność kreśli jedno z najbardziej zasadniczych: nie jesteśmy w stanie za życia odnieść się do tożsamości przedmiotów powstałych po naszej śmierci. I żeby tylko! Śmierć możemy uznawać za najtwardszą granicę, ale już sama czasowość jest krępująca. W tej chwili nie są dostępne nam do oglądu nawet te przedmioty, których urzeczywistnienia dożyjemy, bądź też tych, z jakich obecności nie zdajemy sobie sprawy, ale zrobimy to w przyszłości. Siłą rzeczy jesteśmy z nimi wszystkimi powiązani relacjami: w żaden sposób nie musimy się od nich emancypować, bo wolni od nich jesteśmy już przed podjęciem jakichkolwiek działań. Jesteśmy wolni od doświadczeń i dokonań przyszłych pokoleń; ich wynalazków, dzieł sztuki, sposobów ujmowania świata, określanych i osiągniętych celów oraz konsekwencji z nich wynikłych. Nie jesteśmy jednak wolni od stanu negacji tych wszystkich nieznanych nam przedmiotów, w jakim jesteśmy zanurzeni w ten konieczny sposób nazywany rzeczywistością czy teraźniejszością. Niewątpliwie ludzie żyjący przed wynalezieniem pestycydów byli wolni od nich i skutków ich używania. Nie zdarzały się przypadki zatrucia nimi, nie niszczono za ich pośrednictwem zastanych ekosystemów. Z drugiej jednak strony, nie byli oni wolni od tego, co wiązało się z ich brakiem: epidemii i pomoru bydła, zwiększonej śmiertelności wśród ludzi.

Stąd, chociaż definitywne unicestwianie przedmiotów może wydawać się początkowo dobrą metodą zdobycia absolutnej wolności [od nich i ich egzystencji], sumarycznie jest oddawaniem się w podobną niewolę ich równie licznym „negatywom” [i konieczności ich egzystencji] — wszakże: »odrzucacie przeróżne rzeczy, ale niewolą Was coraz to nowe: „Złego pozbyliście się – a zło pozostało”«. Za każdym* przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość. W jednym miejscu, w tym samym czasie nie mogą być urzeczywistniane przedmioty wzajemnie się wykluczające. Jeśli więc już w szerszym zakresie (w wielu miejscach, bądź w innym czasie) jakiś przedmiot jest możliwy, ale nie jest konieczny, możliwe jest też występowanie jego „negatywu”. Natomiast jeżeli przedmiot jest nie tylko możliwy, ale i konieczny, dla jego braku nie ma już miejsca w tym zakresie, konieczność go wyklucza. Optymalną dla wolności jest sytuacja, w której nie mamy więc do czynienia, ani z koniecznością występowania danego przedmiotu, ani z koniecznością występowania jego braku, a kiedy oba z nich są możliwe i dzięki temu dostępne jako (intencjonalne) punkty odniesienia dokonywanego przez podmiot.

Za uproszczony model Bytu możemy uznać popularną dziecięcą zabawkę: sorter kształtów. Pudełko z wyciętymi sylwetkami brył i drewnianymi klockami do umieszczenia w odpowiednich otworach. Po nabraniu wprawy ;) większość, jeśli nie każdy z nas, nie będzie miała trudności w odróżnieniu od siebie różnych otworów, poszczególnych klocków i wreszcie konkretnych klocków od danych otworów. Innymi słowy, będziemy zdolni wyłonić jakości, cechy i wreszcie tożsamości przedmiotów, nie myląc żadnego z nich z pozostałymi, tak pozytywnych, jak i negatywnych. Byt to całość wszystkich tych elementów, wzajemnie wobec siebie komplementarnych.

Z przedmiotami negatywnymi, w postaci braków, mamy jednak pewien problem — najłatwiej dotrzeć nam do nich kontekstowo, wychodząc początkowo od tożsamości przedmiotów pozytywnych. Nie jesteśmy zdolni rozpoznać nieobecności słonia, jeśli nie wiemy czym słoń jest. A skoro tak, nie zdamy sobie nawet sprawy, że w danym momencie nie jesteśmy wcale wolni od jego negacji i ona nam jakkolwiek doskwiera. Podobnie nie jesteśmy w stanie rozpoznać nieobecności wynalazków wyprzedzających naszą epokę czy nie napisanych jeszcze poematów. One są, po prostu kiedy indziej i przez to dla nas niedostępne.

3. Twórczość i wolność.

Uznawszy relacyjny charakter wolności i jej zależność od innych przedmiotów, a także biorąc poprawkę na to, iż część z nich stanowi specyficzną klasę — artefaktów, dostrzeżemy jak znaczącą rolę w istnieniu wolności pełni świadomość, nie tylko już samej realnej ich obecności, lecz nawet samej tego możliwości. Artefakty, czyli pochodne człowieka, powstać i tym samym ujawnić się mogą tylko przy znaczącym i na ogół, celowym jego udziale. Racja dostateczna ich egzystowania po części leży także w nas. Każdy znany nam wynalazek wynika wprost z naszych cech, zdolności a przede wszystkim — ograniczeń; mają je dla nas przekraczać. Maszyny na ogół potęgują biegłości, jakimi jesteśmy już do pewnego stopnia obdarzeni. Każda z nich jest rozszerzeniem czy przedłużeniem nas samych. Podobnie jest ze sztuką, poprzez którą przejąć możemy przynajmniej po części sposób postrzegania innych czy udzielające się im emocje — jej formy zależą przecież już w prostej linii od właściwości nas samych i naszych zmysłów, przez jakie ją odbieramy, treść natomiast od tego co jawi się we wnętrzach.

Istotne jest jednak to, że artefakty powstają w efekcie ludzkiego działania. A działanie jest abstrahowaniem od stanu obecnego na rzecz jakiegoś pożądanego, upatrzonego czy wyobrażonego sobie, ale co najważniejsze — nierzeczywistego. Mówiąc Stirnerem, jest powiedzeniem „Precz!” temu, co tutaj i teraz. Odrzuceniem rzeczywistości w tej zastanej postaci — uwolnieniem się od niej. Kto cokolwiek tworzy, ten neguje negację. Negację tego, czego do tej pory nie znano. Wydobywa ten przedmiot na powierzchnię, umożliwia dostęp do niego tym, co nigdy sami by do niego nie dotarli, uzmysławiając wcześniejszą możliwość jego istnienia. Twórczość wiąże się z wolnością w ogromnym stopniu. Bardzo często stanowi wręcz jej najpotężniejsze symboliczne przedstawienie. Nieprzypadkowo. Aby tworzyć trzeba być już do jakiegoś stopnia wolnym, a jednocześnie w efekcie swego działania otwiera się możliwość wytyczania kolejnych relacji wolności przez innych, do tej pory nieświadomych odniesienia jej w stosunku do wytworzonego przedmiotu. Twórca pełni prometejską rolę, ukazując tożsamość tego, co było możliwe, ale wcześniej niedostrzegane. Dzięki niemu, wytyczającemu ten nowy punkt orientacyjny, kolejni mogą dokonywać dalszych przekształceń, wybrać część jego jakości, inspirować się nimi i powiązać je z innymi, osiągając nowe przedmioty i umożliwiając uświadomienie sobie ich „negatywów”. Między którymi będzie można, znowuż, poprowadzić intencjonalnie relacje — w tym wolności.

4. Ta, co umożliwia zachowanie tożsamości i podtrzymuje istnienie?

Wolność jest relacją. Rozpościera się między przedmiotami i tylko tam możemy ją znaleźć. Zwykliśmy o niej mówić, gdy spotykamy się z wyborem, dostrzegamy ją między członami alternatywy, zawartą w modalności. Zaklętą w twórczości czy w ogóle jakimkolwiek działaniu, jako że ono jest negowaniem tego, co aktualnie rzeczywiste. Wiążemy ją ze zmianą, ruchem, bo bez niej by ich nie było. Kojarzymy z pluralizmem, wielością, różnicowaniem, bo tylko w takim otoczeniu może wystąpić i przy naszym udziale takowe jeszcze bardziej potęguje, potęgując z naszego punktu widzenia i samą siebie. Wplatając w tym tekście cytat ze Stirnera, wyszedłem od wolności jako czegoś ludzkiego, a w każdym razie dostępnego świadomym podmiotom, tym co odrzucają i decydują, co chcą odrzucać. Na tym dynamicznym aspekcie najczęściej się skupiamy, na nim nam najbardziej zależy, z nim obcujemy najczęściej, zwłaszcza gdy uprawiamy filozofię polityki i określamy się mianem wolnościowców.

Ale rola wolności może okazać się tak naprawdę dużo bardziej fundamentalna, jeśli zajmiemy się jej aspektem, nazwijmy to, pasywnym. Powiedzieliśmy, że relacje nie mogą istnieć bez przedmiotów odniesień, jak i podmiotów, od których są odnoszone. Ale może jest tak, że wszystkie te elementy są wzajemnie dla siebie komplementarne, czyli same nierelacyjne przedmioty również nie mogą istnieć bez relacji, jakimi byłyby wiązane, w tym tą dla nas najistotniejszą — wolnością. I sądzę, że tak właśnie jest.

p <=> p

Zasada tożsamości. Banał, prawda? Ale co właściwie oznacza tożsamość? Co znaczy być p? Na tożsamość przedmiotu składa się jakaś treść. W tej treści zawiera się często zestaw odniesień do innych przedmiotów, prostszych, czasem już nieredukowalnych, jakichś właściwości. Być p to zachowywać właśnie tę unikalną dla p treść. Być p, to jednocześnie nie być pozostałymi literkami alfabetu, zachowującymi swoją, różniącą się od treści p, treść. Być p to mówić „Precz!” wszelkim treściom innym niż tej jednej, przynależnej sobie. Być p to być wolnym od właściwości innych niż swoje. Istnieć znaczy zachowywać swą tożsamość. Żeby zachowywać swą tożsamość, trzeba opierać się zmianie i wpływowi innych treści: być od nich wolnym. Być p oznacza więc także: wchodzić w określony, charakterystyczny dla siebie układ relacyjny z pozostałymi przedmiotami. Znajdować pokrewieństwa i bliskie sąsiedztwo z tymi o podobnej treści, znacząco różnić się od innych, mieć jakąś swą całkowitą negację.

Bez wolności, zarówno tożsamość jak i jej utrzymywanie stają się niemożliwe. Jest więc ona relacją kluczową dla bytu, byt podtrzymującą. Stanowi pewien stelaż rozdzielający przedmioty od siebie, sprawiając, że wzajemnie się określają przez to, czym nie są, przez zajmowanie odpowiedniej pozycji względem pozostałych. Usuń wolność, zniweczysz też możliwość jakiejkolwiek różnicy, nic nie będzie miało środka, do zachowania swojego kształtu, bo utrzymywać tożsamość to abstrahować od cech innych niż swoje. Jeśli przyszłoby Wam wolności szukać, to znaleźć możecie ją pomiędzy tym wszystkim, co zachowuje swą tożsamość…

Po napisaniu tekstu wklepałem w wyszukiwarkę „relacyjny charakter wolności” i znalazłem tekst Jana Krokosa. Trochę posmutkowałem, że nie okazałem się być tak oryginalny, jak wydawało mi się, że będę, nawet wśród ludności polskojęzycznej. Z drugiej strony, cieszę się, że nie jestem jedynym dostrzegającym te rzeczy. Autor „O prawdzie i wolności” nie skupia się tyle na ontycznych konsekwencjach relacyjności wolności (chociaż bywa tego bliski), nie doszukuje się też tak głęboko roli wolności, jak uczyniłem to ja, więc nie jestem aż do tego stopnia epigonem, jak sądziłem, że mogę być, gdy zacząłem czytać, co miał do powiedzenia w czasach, gdy ja chodziłem do podstawówki. W pewnych kwestiach z ks. Krokosem się nie zgadzam. Nie mam pojęcia co chciał powiedzieć, mówiąc, iż jedynie przez analogię można przypisywać wolność bytom nieosobowym. Wolność jest już do nich przypisana, bez żadnego naszego wkładu, co mam nadzieję, pokazałem w ostatnim punkcie tego wpisu. Pewnie jakieś personalistyczne koszałki-opałki, później się nad tym zastanowię. W każdym razie, zamieszczam linka, bo może w wolnym czasie będziecie się chcieli zapoznać i z tamtym tekstem.

Wersja offline – PDF

Jednym z większych tryumfów myśliciela jest uświadomienie sobie przez niego jego własnych ukrytych założeń. Tym tekstem się z nimi uporałem, więc w nagrodę sobie puszczę „Awaken”, bo Anderson coś tam śpiewał o „workings of man”, jest więc w temacie.

 No i może coś Focusa, bo trzeba było zachować skupienia troszku i jestem mniej więcej w takim nastroju.

Reklamy

Racjonalny irracjonalizm

Jakże niewdzięczną, skazującą na męki włóczenia się okrężnymi drogami po wszelakich manowcach bywa dla myśliciela intuicja. Nic nie dręczy tak jak świadomość znajomości rozwiązania, powiązana z nieświadomością poślednich kroków do niego prowadzających. Bez nich staje się ono hermetyczne i niedostępne nikomu, poza Tobą samym: nikogo bowiem nie przekonasz bez wyjawienia mu swojego toku rozumowania, a niemożliwym jest przekazać coś, do czego samemu nie ma się bezpośredniego dostępu.

Kiedy podejmujesz świadomy wysiłek intelektualny, myślisz celowo. Ucząc się języka, zdobywając pewną partię wiedzy czy robiąc research na jakiś temat, jesteś na ogół w stanie przekazać drugiej osobie know-how. Wiesz co robisz, wiesz jak to robisz, zdajesz sobie sprawę, chociażby orientacyjnie, ile zajmie Ci to czasu, by osiągnąć zamierzony cel. W przypadku intuicji zazwyczaj dostajesz jedynie olśniewającą bottom line, jakiś ostateczny, czasem bardzo daleko idący wniosek, bez wglądu w ścieżkę, jaka do niego doprowadziła.

Jest z tym trochę tak, jak z odnajdywaniem zasypanych w lawinie. Można, oczywiście, wytyczyć przybliżone miejsce, w jakim podejrzewa się ich obecność i warstwa po warstwie przebijać się tam, licząc na ich odnalezienie. To jest odpowiednik celowego, świadomego myślenia. Intuicja natomiast działa inaczej — w najmniej spodziewanym momencie przenosi Cię w miejsce, w jakim znajdują się zagubieni i to bez żadnego aktywnego wkładu z Twojej strony, bez wysiłku, bez ostrzeżenia. Powoduje uczucie euforii, wszakże dotarłeś do nich bez pudła, imponująco, prędzej niż ktokolwiek inny. Odnalazłeś poszukiwanych! Czy to nie najważniejsze? A chwilę później zdajesz sobie sprawę z tego, że chociaż owszem, dotarłeś we właściwe miejsce, nie znasz tak naprawdę przebytej drogi, nie orientujesz się więc wcale, gdzie ono leży. A przecież ostatecznie i tak musisz przebyć drogę powrotną do domu, by powiadomić resztę o swoim odkryciu. Wcale nie znajdujesz się w korzystniejszej sytuacji. Jesteś tak samo skazany na poszukiwania, tyle że innego celu — domu. Najważniejsze to dotrzeć tam jakkolwiek: nadkładając drogi, na czworakach, bez butów — byle tylko nie zapomnieć sedna, kluczowej informacji, swego odkrycia. Nawet jeśli Twoja relacja będzie niezrozumiała, ratownicy nie będą kojarzyć miejsc obok jakich to przechodziłeś albo będziesz jedynie w stanie pokazywać im coś na migi, kompletnie dla nich nieprzystępnie czy niewiarygodnie — nie ma to większego znaczenia: udało Ci się powrócić. Zastanów się teraz, jak inaczej mogłeś wytyczyć swą trasę i skąd przyszedłeś, bo wkrótce, tak samo niespodziewanie, otrzymasz kolejną szansę na przebycie podobnej drogi od zaginionych i wyjaśnienia gdzie leży to miejsce. Przy którejś próbie w końcu będziesz w stanie wyznaczyć nie tylko jakąkolwiek drogę prowadzącą na miejsce zdarzenia, ale wiele różnych dróg. Z wszystkich tych flashbacków złożysz wreszcie w miarę spójny obraz okolicy, uświadomisz sobie też w jaki sposób lepiej i użyteczniej mógłbyś o tym opowiedzieć innym. Ale tak naprawdę nie dowiesz się, kiedy ta chwila nadejdzie. A póki nie nastąpi, nie będzie Ci dane osiągnięcie stanu wewnętrznego spokoju i ciągle będziesz starać się znaleźć sposób na zrzucenie z siebie tego ciężaru.

Oczywiście większość ludzi wcale nie pomoże Ci w tych wysiłkach. Wręcz przeciwnie — możesz spodziewać się z ich strony rzucania kolejnych kłód pod nogi. I częstokroć nie będziesz się temu wcale dziwić. Trudno o zaufanie wobec procesów, w jakie nie mamy wglądu. Do ich źródeł, do jakich nie uzyskamy bezpośredniego dostępu. Do pewności wnioskowań przeprowadzanych nieprzytomnie, w granicach snu i jawy. Tym trudniej o to zaufanie dziś, w czasach zdominowanych metodą empiryczną, zakładającą pełną otwartość wspólnoty badaczy, powtarzalność ich eksperymentów, możliwość wglądu w metodę osiągania zamierzonych rezultatów. To wszystko składa się na swego rodzaju uniwersalność. Błyski intuicji są niepowtarzalne. Nie dość, że przytrafiają się pojedynczym osobom, to jeszcze nie mogą być przez nie świadomie przywoływane w celu lepszego zrozumienia ich treści. Procesu intuicyjnego wnioskowania nie można świadomie sprowokować, bo nie da się zaplanować pojawienia się odpowiednich skojarzeń, analogii czy bliskoznaczności wobec tego, co nie do końca uświadomione, nazwane i sklasyfikowane. Po prostu odpuszczacie, zajmujecie się czymś innym i rozwiązanie samo się znajduje. Jedyne co można zrobić świadomie pod tym kątem, to zatroszczyć się o środowisko nasycone bogactwem bodźców i powiązań między nimi, bo to daje wyższe szanse trafienia odpowiedniej, położniczej paraleli.

Intuicji, wbrew opiniom głoszonym przez część jej (historycznych?) użytkowników (na przykład zwolenników iluminacji), nie musimy wiązać z irracjonalnością, doszukując się jakichś jej transcendentnych źródeł. Możemy ją wyprowadzić równie dobrze z podświadomości. Charakterystyczne olśnienie w postaci uzyskania gotowej, długo oczekiwanej odpowiedzi na dręczący problem jest niczym innym, jak czubkiem góry lodowej, której reszta ukryta jest przed nami pod wodą. Na tę ukrytą część składa się cały proces intelektualny prowadzący do tejże odpowiedzi, z którego nie zdajemy sobie sprawy, ale on tam jest i się dokonuje. To nie tak, jak z początku mogłoby się wydawać; nie jest to żadna droga na skróty — magiczna teleportacja i nagłe przeniesienie w pobliże uwięzionych w lawinie, trzymając się naszego porównania, a raczej lunatykowanie tam ze swego miejsca zamieszkania i przebudzenie w chwili dotarcia. Wrażenie nagłego znalezienia się w odległym miejscu pozostaje w obu przypadkach podobne.

W paru miejscach zaznaczyłem, iż mam w zwyczaju wracać do swoich tekstów. Ze wstydem przyznam: nie czynię tego wcale, by następnie pracować nad stylem, przystępnością dla Czytelników (przynajmniej nie wprost) czy ogólnie pojmowanym doskonaleniem swojego warsztatu. Nie. Dla mnie one stanowią przede wszystkim próbki do przepuszczenia przez inżynierię wsteczną. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że w sporej mierze opieram się na materiale, opracowywanym poprzez takie właśnie „lunatykowanie”, staram się później odtworzyć przebytą drogę, która i dla mnie jest przecież zagadką, całkowicie już na jawie i w pełni świadomie, uzupełniając luki. Na początku jest ich przytłaczająca większość. Niezmiernie przydatne jest zapamiętanie tego, co naprowadziło nas na jakiś pomysł. Dzięki analizie jakości tego przedmiotu, dotrzemy pośrednio i do jakości tego z czym go powiązaliśmy skojarzeniem — a to niesamowicie ułatwia odtworzenie pierwszego kroku wstecz i jest wstępem do podglądnięcia fragmentu zanurzonej części góry lodowej, na razie tylko tego najbliższego lustra wody. Stałe doszukiwanie się inspiracji i źródeł zewnętrznych wpływów jest niezbędne przy podejmowaniu prób prześledzenia i wyodrębnienia potencjalnych przedmiotów czy związków między nimi, stanowiących odpowiedniki dla tych paralelnych, nieuświadomionych, co pozwoliłoby na utworzenie z nich rekonstrukcji możliwych ścieżek prowadzących do wniosku, z taką oczywistością i siłą wypływającego na powierzchnię świadomości w formie pierwotnego olśnienia.

Mimo trudnej do przełamania hermetyczności, to chyba najbardziej niezawodna metoda rozstrzygania, chociaż w kwestiach poznawczych, jak każda inna, obarczona pewnym ryzykiem nadużycia. Jakiego? Cóż, korzystając z niej, najprawdopodobniej nie otrzymacie fałszywych wniosków per se, to znaczy formalnie będą w porządku, ale jeśli przepuścicie przez nią jakieś pojęcia nie mające desygnatów w naszym świecie, tak czy owak dostaniecie swoją odpowiedź — tyle, że będziecie musieli wtedy pamiętać, iż nie dotyczącą już naszego świata. Należy zatem uważać z czym się pracuje. Tutaj pojawia się problem: skoro to nieświadomy proces, skąd możemy wiedzieć, co do niego zaprzęgamy? Absolutnej pewności, oczywiście, nigdy mieć nie będziemy, ale przy zachowaniu odpowiedniej higieny umysłowej; wychodzeniu od przemyślanych i sensownych problemów do rozwiązania, ryzyko maleje.

Kiedyś w »Zakątku« pojawił się wątek hipotezy istnienia języka mentalskiego (a tutaj rozszerzenie w postaci całego wykładu), którą to niewątpliwie uznaję za bardzo ciekawe potraktowanie tematu intuicji. Jeśli w istocie język naturalny jest jedynie nakładką wytworzoną do celów komunikacji interpersonalnej na strukturze wobec niego pierwotniejszej, intuicja byłaby niczym innym, jak zdolnością bezpośredniego sięgania do tejże struktury i pracy na niej. Jeżeli faktycznie całość tego mechanizmu jest taką biologiczną maszyną Turinga, jesteśmy wyposażeni w naprawdę potężny, wewnętrzny komputer. Czy racjonalnie zatem jest ignorować jego, rzekomo irracjonalne, podpowiedzi? Lżyć tych, którzy potrafią zaprząc go do pracy? Być może istnienie sawantów, potrafiących dokonywać skomplikowanych obliczeń matematycznych, świadczy na korzyść tej tezy i są to osoby ze stałym, bezpośrednim dostępem do tej maszyny, w bardzo ograniczonym stopniu cokolwiek na nią nadbudowujących — w tym sensie są intuicjonistami par excellence.

Ze swojej strony, mogę Was tylko zachęcić do pracy z tą częścią samych siebie. Ostatecznie zawsze macie wybór czy wygenerowaną odpowiedź potraktować serio i postarać się ją dalej oszlifować, opracowując, czy też nie. Czasem bywa to straszliwą orką na ugorze, ale jednak lepiej gdy znikąd coś tam się pojawia, co można wypróbować, niż gdyby tego w ogóle nie było. A skąd w ogóle ten temat? Powód jest prozaiczny: ostatnio właśnie przechodziłem okres takiej położniczej udręki, ale na szczęście byłem w stanie prześledzić przynajmniej część potencjalnej ścieżki przebytej uprzednio po omacku, a w pewnym momencie pomogłem sobie kolejnymi błyskami (na temat poprzednich błysków), zapamiętując co w nich było najważniejsze. Częstotliwość, powtarzalność i przede wszystkim utrzymanie i wydobycie ich treści, prowadzące do sukcesu, były na tyle długie i intensywne, że zdążyłem poddać je introspekcyjnemu oglądowi. Uznałem więc, że i temu zjawisku poświęcę tekst, ot choćby w ramach takiego hołdu zadziwieniem. Dzięki niemu w zasadzie rozwiązałem problem, który męczył mnie od dawna. Znacząco uprościłem i wyklarowałem sobie jedną z najbardziej istotnych dla siebie spraw — tę dotyczącą wolności. Chyba wreszcie znalazłem metodę na opowiedzenie o niej tak, byście w końcu zrozumieli; krok po kroku, od podstaw, stopień po stopniu, bez intuicyjnego jumping to conclusions, bez wprowadzania mglistych terminów i kolejnych metafor. Odkopałem w końcu tę najłatwiejszą do zapamiętania drogę do zasypanych. I to jakże znamienitych…

Klucz do rozwiązania leżał w Spinozie. Jak to dobrze, że o nim wspomniałem. Wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale o wolności to już następnym razem.

Wersja offline – PDF

Szkice o samoposiadaniu: teoria uprawnieniowa w ogniu prokreacyjnych dylematów

Rozmnażanie sprawia wszystkim mnóstwo kłopotów. Ot, są jakieś normy kulturowe, z którymi wypada być w zgodzie — czasami się to nie udaje i problemy mamy jak na zawołanie. Jeśli już się nawet uda przebrnąć przez ten etap bez większych komplikacji, trzeba wziąć na siebie ciężar bycia przewodnikiem, ostoją i inspiracją dla tego, co się stworzyło. Odpowiadać na pytania, na które nie zna się odpowiedzi, dbać o tego rozwój, ale przede wszystkim znosić presję odpowiedzialności, zapewnienia bytu, chronienia przed niebezpieczeństwami świata i wreszcie przygotowaniem potomka do samodzielnego życia, wcześniej odkrywając jego zalety, na których będzie w nim polegał oraz wady, z jakimi będzie musiał się zmierzyć. Niełatwo być rodzicem. Ale jest specjalna grupa ludzi, którzy mają przez to jeszcze trudniej. To libertariańscy teoretycy, z mozołem próbujący uzgodnić ze swym pomysłem na opis działania społeczeństw, ten złośliwy fakt, iż ludzie z samych siebie są w stanie tworzyć innych ludzi. Rozmnażanie człowieka jest naprawdę wredne. Burzy spójność libertarianizmu, stawia aksjomaty naprzeciw temu, co miało z nich wynikać, obraca w niwecz całą jego rzekomą prostotę, oczywistość oraz praktyczną wygodę.

I. Samoposiadanie jako aksjomat to ślepy zaułek.

W poprzednim tekście wskazałem, że samoposiadanie swą konstrukcją generuje problemy, wynikające z niewystarczającego potencjału przy takim określeniu uprawnień jednostki. Jego niedostateczność przekreśla możliwość wpływania na innych bez ich zgody, w wielu wypadkach czyni niemożliwym realizację jakiejkolwiek egzekucji sprawiedliwości, przynajmniej bez wprowadzania kolejnych ukrytych założeń. W przypadku dzieci, oprócz tego kłopotu, który oczywiście też będzie występował (władza rodzicielska to wciąż władza, możemy sobie powtarzać, że sprawujemy ją w imię dziecka, ale czy została nam przez nie przekazana? Skąd mamy to właściwie wiedzieć? Gdzie odpowiedni akt woli właściciela samego siebie — dziecka?), dochodzą kolejne sprzeczności — nawet tam, gdzie wcześniej teoria była bez zarzutu.

Zacznijmy od tego, czym w ogóle są uprawnienia. Generalnie, są to uzasadnione podstawy roszczeń jednostek. Twierdząc, że ktoś jest do czegoś uprawniony, mówimy nic innego, jak tylko to, iż jego roszczenia, jeśli takie by do tego wysunął, są słuszne. Jeśli natomiast ktoś jest do tego samego nieuprawniony, jego roszczenia są niesłuszne. Tak więc, jeżeli tworzymy propozycję jakiegoś ładu, powinniśmy zadbać o określenie uprawnień, ich zakresów, ale też sposobu ich przekazywania, rezygnowania z nich, uzyskiwania ich od kogoś oraz w ogóle sposobu ich powstania. Jeśli zrobimy to niedokładnie bądź coś przeoczymy, doprowadzimy do wystąpienia niejasności albo jeszcze gorzej: sprzeczności.

Libertarianizm jest próbą zbudowania takiej propozycji ładu, w którym wszystkie uprawnienia jednostek jednorodnie wynikają z istoty prawa własności i zamykają się w klasie relacji własnościowych. Samego pomysłu takiego rodzajowego monizmu uprawnień nie uważam za głupi, zwłaszcza gdy mamy na celu konstrukcję ładu wolnościowego, w którym uprawnienia nie są nadawane „z góry”, a pochodzą „z dołu” i nie podlegają żadnym negocjacjom z władzą, nie mogą więc zostać przez nią redefiniowane. Taki system musi być prosty i przejrzysty, aby każdy mógł się do niego odwołać i łatwo mógł bronić swoich posunięć, nie odnosząc się do żadnej centralnej władzy, która te uprawnienia miałaby tworzyć lub nimi jakkolwiek rozporządzać. W przypadku libertarianizmu ta próba sprowadza się do wprowadzenia podstawy jaką jest samoposiadanie i dołączenie do niej zestawu reguł umożliwiających apropriację dóbr zewnętrznych względem ciała oraz ich transferowanie między jednostkami.

Natomiast libertarianie, mimo podjęcia tego wysiłku, ostatecznie w nim zawodzą. A dzieje się tak, wcale nie z powodu przyjęcia wyłącznie jednego rodzaju uprawień, a z tego, iż starają się tworzyć teorię jednocześnie normatywną i opisową. W efekcie, w jej założeniach mieszają ze sobą te dwa porządki. Samoposiadanie należy do pierwszego, teoria uprawnień — drugiego. By unaocznić ich konflikt rozważmy kwestię statusu własności dzieci.

  1. Zakładamy, że mężczyzna się samoposiada.

    – jeśli tak, jego ciało wraz ze wszystkimi produktami jego organizmu należy do niego samego; implikuje to, że nasienie też stanowi jego własność.

  2. Zakładamy, że kobieta się samoposiada.

    – jeśli tak, jej ciało wraz ze wszystkimi produktami jej organizmu należy do niej samej; implikuje to, że komórki jajowe także stanowią jej własność

  3. Zakładamy, że samposiadanie jest całkowite, to znaczy: żadna z wyżej wymienionych osób nie przeniosła uprawnień do swoich organów bądź ich produktów w jakimkolwiek zakresie na inne osoby, poprzez: sprzedaż, wypożyczenie, zastaw, etc, jajników, macicy, jąder, komórek jajowych czy spermy. Musimy poczynić takie założenie, bo z tego, iż ktoś się samoposiada, nie znaczy, że nie może zawrzeć umowy przenoszącej uprawnienia do dysponowania swoim ciałem, jego częścią czy jej produktem na kogoś innego. To założenie nie powinno nas dziwić, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zjawiska istnienia dawców nasienia czy surogatek.

  4. Para odbywa stosunek seksualny, co dodatkowo możemy uznać za formę pracy. Jeśli nie jest to praca na czyjeś zamówienie, kwestia własności jej produktu tym bardziej nie powinna budzić żadnych wątpliwości.

  5. Płód jest własnością rodziców — jest produktem ich pracy i w całości składa się z materii stanowiącej ich własność.

  6. Urodziny także niczego nie zmieniają, można powiedzieć, że to dodatkowy nakład pracy, zwłaszcza dla kobiety. No chyba, że podpisze ona umowę, w której za przykładowo, asystowanie przy porodzie, zdecyduje się ona przekazać swe uprawnienia do dziecka lekarzowi.

  7. Rodzi się dziecko, jest niesamodzielne, nie zdobywa środków do życia, rodzice więc dalej mieszają swoją własność z nim samym (ze swoją własnością). Znowuż, jeśli nie używają do tego cudzego mienia, trudno wykazać najmniejsze nawet pole konfliktu co do własności dziecka. Jedynym konfliktem może być ten między nimi samymi. Roszczenia kogokolwiek innego są niesłuszne, jako że dziecko w żadnym stopniu nie składa się z niczego, co należy do kogoś innego.

  8. Dopóki rodzice nie zrzekną się swoich uprawnień do tego, co jest ich własnością, dopóty będzie to stanowiło ich własność. Co powoduje poważny kłopot, bo dziecko nie ma teoretycznie zagwarantowanego samoposiadania. Nie można doktrynalnie zmusić rodziców do rezygnacji z ich uprawnień czy własności, bez naruszenia tychże uprawnień wynikających zresztą z ich podstawy — samoposiadania…

Idee mają konsekwencje. Aksjomaty również. Libertarianie chcieliby, aby samoposiadający rodzice płodzili samoposiadające się dzieci, ale samoposiadanie jako forma własności, z racji bycia nią, rodzi pewne implikacje i jak widzimy, przenosi je na grunt teorii uprawnieniowej. W pewnym momencie zrozumiała intencja realizacji jednego postulatu wymaga zignorowania pozostałych, z niego wynikających. Powodem tej niespójności jest właśnie wymieszanie porządków. Tego, czego by się chciało (aby ludzie uznawali, iż KAŻDY posiada sam siebie), z tym co jest (śledzenie jak ludzie dysponują swoimi uprawnieniami i nie ingerowanie w to, jak to czynią i do czego im to służy, bo to w końcu ich uprawnienia, nie nasze).

Samoposiadanie trudno traktować na serio jako aksjomat, gdyż jednocześnie stanowi moralny cel. Gdy już uznamy aksjomaty geometrii Euklidesa i posługując się nimi, zaczniemy w ich ramach kreślić figury, nie dotrzemy w swojej praktyce do chwili, w której nasz wybór, czy skonstruować okrąg, czy koło, będzie rozstrzygał, czy wciąż mieścimy się w euklidesowej aksjomatyce. O libertarianizmie, jak możemy zauważyć powyżej, nie możemy powiedzieć tego samego.

II. Idąc w zaparte. By dzieci były swą własnością.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że libertariańscy teoretycy zupełnie nie zauważają tego problemu. Zauważają. Przykładowym tekstem ilustrującym to spostrzeżenie może być praca Stephana Kinselli pt.: „How We Come to Own Ourselves” (dostępna również w polskim tłumaczeniu, na liberalis.pl, takim sobie) Rzecz w tym, jak sobie z nim radzą.

Kinsella zwraca uwagę, że faktycznie dziecko może stanowić własność rodziców, natomiast by „uniknąć dyskomfortu związanego z widmem zniewolenia dzieci”, usiłuje znaleźć rozwiązania umożliwiające oddalenie tej groźby. Są to odpowiednio:

  1. propozycja uwolnienia całego rodu; nestor uznaje samoposiadanie swojego dziecka, ale warunkiem tej umowy jest to, że i ono w przyszłości zawrze podobną ze swoim potomstwem,

  2. propozycja uznania ‚pozytywnych praw’, obowiązków rodziców względem dziecka, jako sprawców jego pojawienia się na świecie — jest o tyle zabawna, że sugeruje dość natalistyczną interpretację narodzin jako formy agresji ze strony rodziców, winnych dziecku w ramach rekompensaty za wyrządzenie szkody, swojej opieki,

  3. odwołanie do Hansa Hermanna Hoppe — akcentowanie bezpośredniej kontroli nad ciałem przez dziecko, co miałoby wzmacniać siłę jego roszczenie do siebie samego. Przywołanie rothbardowskiej koncepcji stopniowego osiagania samoposiadania, wraz z dojrzewaniem oraz ostateczną zdolnością do ucieczki i złożenia odmowy.

Żadnej z tych opcji nie możemy uznać za satysfakcjonującą. To całkiem fajne narracyjki, po przebrnięciu przez które większość czytelników pokiwa głową, sądząc, że załatwiają one sprawę, jednak tak nie jest. Bo nie odnoszą się one do sedna — zakotwiczenia we własności prywatnej, powstałych z niej wszelkich uprawnień i jakichkolwiek operacji dokonywanych na nich przez tych, którzy nimi dysponują. I tak:

  1. to czy nestor rodu zawrze taką umowę, zależy tylko od niego samego. Nie można go do tego nijak zmusić, równie dobrze może jej nie podpisać. Ideolodzy nie ma wpływu na to, czy ludzie będą w ten sposób zabezpieczać interes swoich dziedziców, czy też nie. Nie mogą tego na nich wymóc.

  2. porównanie poczęcia do wepchnięcia kogoś do jeziora bardzo mi się podoba. Naprawdę. Ma w sobie tę nihilistyczną klasę powiązaną z pesymistycznym rozmachem. Ale sęk tkwi w tym, że agresję da się rozpoznać i wykazać przez wskazanie naruszenia cudzych uprawnień. To w zasadzie ją definiuje. I jeśli ludzie mieszają sobie dobrowolnie, stanowiące ich własność plemniki z komórkami jajowymi, to nie ma tu miejsca na żadną osobę trzecią, bo ona w tym momencie nie istnieje, nie ma więc siłą rzeczy żadnych uprawnień, które można byłoby naruszyć. Nie można wepchnąć do jeziora kogoś, kogo w danym momencie nie ma i tym samym wyrządzić mu agresji. Niestety to antynatalistyczne, epickie rozwiązanie nijak nie odnosi się do analizy uprawnień. Odwołuje się jedynie do naszych emocji. Jest kolejnym pustym postulatem.

  3. bezpośrednia kontrola nad ciałem przez dziecko, również nie jest dla nas nijak wiążąca. Niejednokrotnie złodzieje stają się posiadaczami cudzych rzeczy, mają wtedy pełną kontrolę nad nimi, w przeciwieństwie do ich prawowitych właścicieli, co nie znaczy, że poprzez dysponowanie nimi, stają się następnymi właścicielami.

Dodatkowo, możemy tutaj rozpatrzyć sprawę zwierząt. Nad ich ciałami również nie mamy żadnej kontroli, co upodabnia je do dzieci, a możemy uznawać je za swoją własność, dalej zaś rozmnożyć i ich potomstwo też uznać za swoją własność. Nikt w innych przypadkach nie kwestionuje tego, że jeśli jesteśmy właścicielami przedmiotów samoreplikujących się, takich jak sonda von Neumanna, to efekty ich pracy, jeśli korzystają z naszych surowców, pozostają również nasze. Nie widzę libertarian odbierających cielaka rolnikowi, twierdzących, iż krowa może być jego, ale wytwory jej życia płciowego już nie. Skoro krowa jest jego, należy uznać, że jest jego z całym swoim potencjałem twórczym. Mleko i cielęta także więc stanowić będą jego własność. A przecież aby uznawać dzieci za swą własność mamy dużo mocniejszą pozycję! Nad swoim ciałem mamy dużo większą kontrolę niż nad ciałami krów, nieprawdaż?

Zresztą sam Kinsella, w innej swojej pracy, „Przeciw własności intelektualnej”, sprawę rozstrzyga jednoznacznie:

„Widzimy na tych przykładach, że kreacja ma znaczenie dla zagadnienia własności w przypadku „stworzonych” zasobów rzadkich takich jak rzeźba, miecz czy farma jedynie wówczas, gdy akt tworzenia jest aktem wejścia w posiadanie, lub, innymi słowy, dowodem pierwotnego zawłaszczenia. Jednakże „tworzenie” samo w sobie nie uzasadnia własności rzeczy; nie jest ani konieczne, ani wystarczające. Nie można stworzyć rzadkiego zasobu bez uprzedniego użycia surowców niezbędnych do jego produkcji. Lecz surowce te są rzadkie, więc albo należą do mnie, albo nie. Jeżeli nie, wtedy nie posiadam końcowego wyrobu. Jeżeli wkład należy do mnie, wtedy na mocy takiego posiadania, zostaję właścicielem produktu.

Weźmy wykuwanie miecza. Jeżeli posiadam surowiec (ponieważ wydobyłem go z ziemi, którą mam na własność), wtedy również posiadam go po przekuciu na miecz. By twierdzić, że miecz jest moją własnością, nie muszę odwoływać się do kreacji, ale do posiadania czynników użytych do jego wyprodukowania.[77] Nie potrzebuję też kreacji, by stać się właścicielem czynników, gdyż mogę je przywłaszczyć poprzez wydobycie ich z ziemi, zostając w ten sposób ich pierwszym właścicielem. Z drugiej strony, jeżeli miecz wykonałem z twojego metalu, nie staję się jego posiadaczem. Mogę być nawet tobie winien odszkodowanie za szkody lub zmiany w twym mieniu.”

Konsekwentnie zatem, ażeby orzec o tym, czyją własnością są wytworzone dzieci, należy stwierdzić z czyjego surowca powstały. Surowce są rzadkie, więc: albo należą do mnie, albo nie. Plemniki należą, albo do mnie, albo nie. Komórka jajowa należy do mojej partnerki, albo nie. Jeśli libertarianie roszczą sobie jakiekolwiek prawa do moich dzieci, powinni udowodnić, że komórka jajowa albo plemniki, z których one powstały, była ich własnością. Jeśli takiej nie stanowiły, jakiekolwiek roszczenia libertarian w tym względzie są niesłuszne. Po prostu. Miecz przestanie być moją własnością, gdy się zrzeknę swoich praw do niego. Ani wcześniej, ani później.

Oczywiście, libertarianie nie poprzestaną w swych próbach ominięcia rodziców jako prawowitych właścicieli dzieci. Z prostej przyczyny: nie chcą ryzykować „libertarianizmu jednopokoleniowego”, który teoretycznie mógłby nastąpić, gdyby samoposiadający się nie uwolnili swoich dzieci. Samoposiadanie jest właściwie jedynym, zresztą podstawowym, prawem człowieka jakie libertarianie chcą zagwarantować. Z tymże nie mogą uczciwie go zagwarantować, bo nie leży to w sferze ich możliwości, stąd te różne wybiegi i wymyślane historyjki.

Ilekroć jakiś libertarianin dojdzie do wniosku, że dzieci nie mają żadnych praw, więc się też nie samoposiadają, jak na przykład Hillel Steiner, zawsze pod spodem odzywa się frakcja takich interpretatorów, stawiających jakieś wątpliwe konstrukcje w rodzaju tej:

Another way to look at it is to say children are self-owners from the start but their self-ownership is temporarily encumbered by legitimate interests of parents. I thank Cecilia Nalagon for this suggestion. In any case, parents are not owners of their children. They are not at liberty to dispose of their children. Perhaps they are stewards. Their mandate is to do what they think is best for the child. Part of what is involved in carrying out that mandate is relinquishing control to the child as the child becomes capable of making his or her own decisions. And if parents do not carry out that mandate in good faith, they lose it; other adults (and the child too, I would say) acquire the right to remove the child from the parents’ custody”

Świetne. Człowiek jako dziura w bycie, na której urywają się wszelkie ciągi uprawnień. Prawdziwy libertarianizm egzystencjalny. Super, nie trzeba już nawet sięgać do Sartre’a. Tylko w jaki sposób ma to nam pomóc w jednoznacznym określeniu tychże uprawnień i ich przepływów?

III. O tym jak postulaty kultury znoszą postulaty wolności.

Czy warto tworzyć wyłom, postulując upublicznienie dzieci i pozwalanie osobom trzecim na interwencję, gdy uznają, że rodzice wykazują złą wolę? Po co właściwie otwierać drogę kolektywizmowi „jeżowszczyźny”, stawiając samoposiadanie nad wszelkimi innymi formami własności, częstokroć je znosząc?

Chwileczkę. U Kinselli łatwo znajdziemy odpowiedź:

Second, it could be argued that even if the parent does own the child, in most cases a decent parent would manumit the child at a suitable age. This is probably true, but the possibility of a brutal parent selling his son or daughter into slavery is still unsettling.

No ba! Gdyby ludziom pozwolić, dranie sprzedawaliby swoje dzieci, więc pozwolić im nie można, nawet jeśli wynikałoby to z ich uprawnień, bo ta możliwość jest niepokojąca, a my nie lubimy być niepokojeni. Zatem wybieramy prewencję. Zresztą, możemy mnożyć takie niepokojące ewentualności w naszych spekulacjach; w anarchokapitalizmie rodzice zapewne sprzedawaliby dzieci zakładom masarskim kanibali albo wystawiali na aukcjach ich organy wewnętrzne, które kupowaliby inni rodzice, chcący uratować przeszczepami swoje dzieci. Albo sprzedawaliby niechciane dzieci parom homoseksualnym do adopcji (to dopiero wywołałoby butthurt, nieprawdaż?) bądź jakimś odpowiednikom Josefa Fritzla na wychowanie w ich piwnicach. #takbędziewakapie W końcu mieliby takie uprawnienia, więc mogliby do takich sytuacji bezkarnie doprowadzić.

Gmeranie przy wcześniej przyznanych jednostce uprawnieniach, bierze swój początek ze sprzeciwu, jaki budzi umożliwienie traktowania dzieci w sposób przedmiotowy, które może wystąpić przy takim zdefiniowaniu tychże uprawnień.

Zastanówmy się jednak teraz nad paroma kwestiami. Przede wszystkim, jaką genezę ma ten sprzeciw? Czy nie jest on aby przypadkiem sprawą kulturową? Wszakże w starożytnym Rzymie istniała instytucja pater familias, dająca podobną władzę nad dzieckiem, przynajmniej części rodziców. Z całą pewnością, można było znaleźć jej przeciwników, ludzi jakim się ona nie podobała, ale jednak mimo wszystko, zaistniała w historii. Albo egzekucje w obronie honoru rodziny mające miejsce w świecie islamu. Też są. W ich przypadku dziecko podobnie traktowane jest przedmiotowo i podrzędnie wobec bardziej abstrakcyjnej idei — czci. Też mają swoich przeciwników, ale są i przynależą po prostu do innego kręgu kulturowego. Nasz stosunek do dzieci i ich traktowania nie jest więc niczym uniwersalnym, też wynika z uwarunkowań kulturowych. Jeśli twierdzimy, że jest słuszniejszy od innych, przemawia przez nas nic innego jak tylko kultura do jakiej przynależymy: na jej gruncie, rzeczywiście jest słuszniejszy. Jeśli jednak narzucamy go ludziom, którzy sobie jej nie życzą, przemawia przez nas supremacja cywilizacyjna, arogancja, buta i nasza postawa nie ma wiele wspólnego z umiłowaniem wolności.

Teoretycy libertariańscy, a przynajmniej ich część starająca się przyznać na siłę dzieciom samoposiadanie, rozbijając sensowność reszty doktryny, czyni to tylko z tej przyczyny, że usiłuje przemycić do myśli wolnościowej fragment osiągnięć swego kręgu cywilizacyjnego, jaki uważa za godny zachowania. Ludzie wychowani w środowisku, w którym panuje powszechnie taki właśnie stosunek do dzieci, gdzie państwa powołują urzędy takie jak Rzecznik Praw Dziecka, gdzie państwa mają zdolność odbierać ludziom dzieci, jeśli ci nie zajmują się nimi w sposób uznawany za stosowny, przesiąkają panującymi tam wartościami. Bez nich, czuliby się nieswojo i źle. Chcą zatem, by postulowane wolne społeczeństwo zachowywało się podobnie, a żeby to osiągnąć, muszą pogmerać w budowie swojej ideologii, naciągnąć parę reguł, inne zignorować, wymyślić parę chybotliwych konstrukcji, wprowadzając kilka poprawek ad hoc, by osiągnąć pożądany przez siebie stan.

Podobnie zachowują się przecież chrześcijańscy libertarianie bądź generalnie cały nurt pro-life tej wolnościowej myśli. Próbują forsować koncepcję samoposiadania od momentu poczęcia, by w ten sposób zaspokoić swój religijny interes, zabezpieczyć społeczeństwo przed grzechem aborcji i dać możliwość ścigania dopuszczających się agresji aborterów. Podporządkować przyszły, wymarzony anarchokapitalistyczny świat własnym normom. Dokładnie ta sama sztuczka co w przypadku gorliwych obrońców dzieci. Jak możemy zauważyć, samoposiadanie robi się aksjomatem podwójnie normatywnym — stawką jest nie tylko już zaspokojenie postulatu libertarian, ale wiążą się z nim także normy środowiska, chcącego ugrać jakiś swój moralny cel, przy odpowiedniej do tego interpretacji czym samoposiadanie jest i kogo ma dotyczyć.

Co o tym sądzę? Oczywiście rozumiem intencje, wiem że „bliższa ciału koszula” i wielu nie umie się powstrzymać, by nie przenosić własnych oczekiwań wobec świata czy zachowania innych ludzi, sformułowanych oraz obecnych w otaczającej nas kulturze, przed nadawaniem im specjalnej pozycji w doktrynie, ale mimo wszystko uznaję to za proceder niegodny etosu wolnościowca i pospolitą nieuczciwość intelektualną. Kim jesteś, by decydować jaki stosunek do dzieci i dzieciństwa, winna mieć inna, niezależna od Ciebie osoba? Czemu niby ten ktoś miałaby się podporządkować Twoim normom i standardom? Dlaczego one miałyby go obowiązywać, skoro nie masz nad nią żadnej formalnej władzy? Możesz sobie uznawać dzieci za ósmy cud świata, wierzyć iż przynależna jest im z tego tytułu wszelka protekcja i podporządkowywać swoje życie takim postulatom, ale jeśli ktoś wartość dzieci widzi głównie w tym, że można zrobić z nich sławetne carpaccio Krzysia, jego poglądy są równoważne Twoim i żaden z Was nie ma prawa narzucać ich drugiemu.

Widzicie, tak naprawdę możność wymyślania podobnych makabresek na gruncie teorii uprawnieniowej nie świadczy wcale o jej słabości, wręcz przeciwnie; o tym, że znakomicie się sprawdza w swojej roli — nie poddając się żadnemu szczególnemu światopoglądowi, pozostając neutralną wobec każdego z nich, nie mówi nam jak powinniśmy się zachowywać w różnych sytuacjach, a jedynie wyznacza granice obowiązywania naszych uprawnień. To właśnie boli zwolenników rozmaitych aksjologicznych opcji — że nie przyznaje im ostatecznego zwycięstwa. Że nie można z niej samej wywnioskować ich pozytywnego programu postrzegania i interpretowania świata oraz cudzych zachowań, jakimi chcieliby podporządkować innych. Właśnie dzięki temu sprawdza się w roli prawnej matrycy, w sposób decentralistalistyczny pomagającej rozstrzygać o tym, czyje roszczenia są słuszne, a czyje nie, bez przypisywania szczególnej sympatii jakiemukolwiek ze stanowisk, jakie za tymi roszczeniami stoją — bez względu na ich popularność, stopień zakotwiczenia w tradycji, czy cokolwiek innego. Otwiera tym samym możliwość urzeczywistniania indywidualizmu, bo system prawny nie opiera się też na tym, co w okolicy uznaje się za słuszne bądź nie — nie można za pomocą samej liczebności zwolenników jakiegoś rozwiązania, obalić czyjegoś roszczenia, bo jego słuszność lub brak tejże wynika z legitymistycznego łańcucha zależności między uprawnieniami jakie nabył czy zbył i dozwolonych operacji w ich ramach, a nie tego, co myśli o tym roszczeniu motłoch na ulicy, domagający się od jednostki konformizmu względem wyznawanych przez niego wartości.

Jeśli przeszkadza nam występowanie wspomnianych makabresek i z ich powodu jesteśmy gotowi odrzucić teorię uprawnieniową, dzieje się tak jedynie dlatego, iż nie potrafimy spojrzeć poza ramy kultury w jakiej wzrastamy, wychowania jakie otrzymujemy, zinternalizowanych przez nas norm moralnych, co do których mamy życzenie, aby obowiązywały wszystkich, wszędzie i zawsze. Moim zdaniem, nie jest to postawa wybitnie sprzyjająca wolności, ale stanowi poniekąd odpowiedź na pytanie, „dlaczego ruchy wolnościowe nie odgrywają, nie odgrywały i najprawdopodobniej nie będą nigdy odgrywały większej roli w historii ludzkości?” Bo jesteśmy kompletnie zanurzeni w kulturze w jakiej przyszło nam żyć, dla większości z nas wyściubienie nosa poza nią jest obarczone wysiłkiem niemożliwym do przyjęcia i prawie zawsze wybierzemy opcję narzucania swoich norm innym, niźli będziemy od tego się w stanie powstrzymać. Na przykładzie libertarian i problemu dzieci widać to bardzo dobrze. Nawet oni, uznający się za pionierów wolności, gdy temat uznają za bliski swemu sercu („panie, toż to przecie dzieci!”), nie są w stanie zdystansować się od swego etnocentryzmu.

IV. Etatystyczna groźba domniemanych umów społecznych.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt tej sprawy. Załóżmy, że zwolennicy samoposiadania dzieci nie chcą doszczętnie zniszczyć teorii uprawnieniowej, a jedynie nagiąć ją odpowiednio do swoich potrzeb. Dajmy na to, zwyciężyła opcja pro-life, a mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś spędził płód, czy jak kto woli, zabił dziecko nienarodzone. W tym momencie, jak sądzą obrońcy życia, mogliby oni dochodzić sprawiedliwości, reprezentując stronę poszkodowanego, samoposiadającego się płodu, poddanego agresji. Jak sądzę, taką mają intencję, obstając przy owym stanowisku.

Jednakże, sprawa nie jest wcale tak prosta. Nawet uznając tę pozycję, odnieśmy się do uprawnień poszczególnych jednostek i tego co się z nimi dzieje. Dziecko zostaje zabite, ktoś zostaje oskarżony o morderstwo, ktoś o morderstwo oskarża. Dobrze, więc pytanie teraz brzmi: skąd biorą się uprawnienia oskarżyciela? Jeżeli będziemy mieli szczęście, odpowiedzią nie będzie, że jest to nieważne. A jakie mogą być odpowiedzi? Najwygodniejszą, z jaką można się spotkać, jest ta, zakładająca że non-aggression principle jest uniwersalną regułą i jeśli zostaje złamana, każdy ma prawo, jeśli nie obowiązek, zareagować. Jeśli jesteśmy świadkami kradzieży torebki, widzimy jak okradziona rozpoczyna pościg za złodziejem, a rabuś podąża w naszym kierunku, naturalnie powinniśmy utrudnić mu ucieczkę, odebrać to, co ukradł, pomagając w obronie pokrzywdzonej. Na tej samej zasadzie, gdy dzieje się krzywda dziecku, powinniśmy stanąć w jego obronie – jeśli natomiast już się taka zdarzyła, niczego to nie zmienia, bo agresor pozostaje przecież agresorem.

No ale chwileczkę… Czy jeśli zostanę okradziony albo pobity przez jakiegoś A(dama), natomiast świadkami tego zdarzenia będą B(ogdan), C(yprian), będą oni mogli sobie tak po prostu iść i wklupać A bez pytania mnie o zdanie? W końcu to moja własność ucierpiała, a nie żadne dobro wspólne o nazwie non aggression principle. Przecież, znając B oraz C i wiedząc, że w ich przypadku dochodzenie sprawiedliwości będzie przypominało polowanie na ogry z widłami przy świetle pochodni i akompaniamencie tam-tamów, mogę wprost nie życzyć sobie, aby cokolwiek robili w tej sprawie, bo wolę wynająć Z(enona), który załatwi to ciszej, nie płosząc A, dzięki temu – skuteczniej. Chyba jako ofiara agresji, mam prawo sam decydować, w jaki sposób na nią odpowiem, nie będąc skazanym na samosądy partaczy? W końcu to moje dobra zostały naruszone, nikogo innego. Nie jest zatem tak, że wszyscy są uprawnieni – gdyby nawet byli, wtedy zasada nieagresji nie wynikałaby z własności (dokładniej: samoposiadania). Nie byłby to zatem libertarianizm.

Kiedy rabuś ucieka z czyjąś torebką, zakładamy po prostu, iż w momencie padnięcia ofiarą przestępstwa ta osoba upoważniła nas (bądź kogokolwiek innego, kto jest w stanie jej pomóc) do działania w swym imieniu. I chociaż nie formalizujemy takiej umowy, zostaje ona zawarta, czego dowodem są ewentualne podziękowania poszkodowanej. Ponieważ z reguły ludzie w takich sytuacjach życzą sobie pomocy innych, na ogół nie mają do nich pretensji i nie podają za takie interwencje do sądów, nie mamy w ocenie większego problemu. Kluczową sprawą, zauważcie, jest to, że mamy możliwość sprawdzenia, czy takie upoważnienie dostaliśmy, czy nie – po fakcie, ale jednak wykonalna jest weryfikacja.

W przypadku aborcji / morderstw o tym samym powiedzieć nie możemy. Nie otrzymamy żadnego potwierdzenia, mamy same domniemania. Całkiem sporo:

  • zakładamy, że w ogóle mieliśmy do czynienia z morderstwem, a nie eutanazją (nie mamy pewności, czy to była agresja),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby w ogóle dochodzić swoich praw (nie ma przecież spraw z urzędu),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw ktokolwiek miał jej pomóc,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw pomogła jej akurat ta strona, która zgłasza roszczenie,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby dochodzić sprawiedliwości w takim zakresie, w jakim chce tego strona zgłaszająca roszczenie

I teraz wyobraźmy sobie, że dochodzi do aborcji, pojawia się pięć stron, z czego:

  • pierwsza domaga się kary śmierci dla lekarza, grzywny dla matki,

  • druga chce kary śmieci dla obojga,

  • trzecia chce odszkodowania wyłącznie od lekarza,

  • czwarta woli odciąć zbrodnicze ręce lekarzowi i wychłostać matkę,

  • piąta twierdzi, że nie należy nikogo karać, bo to była eutanazja.

Każda twierdzi, że reprezentuje interesy płodu. Roszczenie której z nich należy uznać za uzasadnione i z jakiego powodu? Kto ma o tym rozstrzygać? Jedną rzeczą jest oprzeć się gdzieś domniemaniu, jakie można zweryfikować, zupełnie inną pozwolić by domniemania wkradły się i rządziły sferą transferu uprawnień. Sferą niezmiernie newralgiczną.

Za każdym razem, gdy tworzymy wspomniane narracje, musimy zdać sobie sprawę, że implikują one w swych założeniach jakieś przekazywanie uprawnień, częstokroć oparte na bardzo wątpliwych podstawach, bez żadnych dowodów. Jeśli jesteście wolnościowcami, powinniście być pod tym względem szczególnie uwrażliwieni. Przypomnijcie sobie przynajmniej kilka teorii legitymizujących władzę państwa, zwłaszcza te zakładające zawieranie umów społecznych. Skoro nie odmawiamy komfortu konfabulacji osobnikom twierdzącym, że płody dokonały na nich cesję swych uprawnień, czemu mielibyśmy odmawiać tego samego etatystom, którzy twierdzą, że zrzekliśmy się swoich na rzecz państwa przy wyrabianiu dowodu osobistego? Bądźmy konsekwentni. Naciągana legitymacja to naciągana legitymacja, bez względu na nasze sympatie bądź antypatie…

Jakiekolwiek przejście od stanu dziecko – własność rodziców do stanu dziecko – samoposiadacz bez otwartej i jasnej deklaracji rodziców oświadczającej ich wolę zrzeczenia się swych uprawnień, zwłaszcza nie zakładające w tym ich udziału, będzie stanowiło naciąganą legitymację. Moim zdaniem, próby „ucywilizowania”, uzgodnienia obecnego stanu naszej kultury z teorią uprawnieniową, są grą niewartą świeczki. Zyskać można niewiele, stracić – niemalże wszystko.

V. Jak robią to propertarianie? Teoria a praktyka – czy jest o co kruszyć kopie?

Uznając za główną przyczynę sprzeczności libertarianizmu konflikt między tym, co normatywne a opisowe, łatwo możemy znaleźć rozwiązanie: jeśli dwie rzeczy się ze sobą gryzą, którąś z nich trzeba odrzucić. Wybór jest prosty: samoposiadanie jako aksjomat stanowi odpowiednik ogona usiłującego merdać psem. Jeśli jest cokolwiek wartościowego, czym może się pochwalić libertarianizm, to jest tym teoria uprawnień oparta na własności prywatnej i ją trzeba ocalić, bo to właśnie ona stanowi zdobycz najcenniejszą. Pełni rolę czegoś zbliżonego do kernela, jądra systemu operacyjnego; definiuje zasoby, określa najogólniejsze reguły ich przydziału i transferu, rozwiązywania konfliktów w dostępie do nich, jeśli takowe wystąpią i to wszystko tłumaczy na język własności. Co prawda, teorią tą nie wyrazimy explicite żadnego oczekiwanego stanu rzeczy, jak chcieli zrobić to libertarianie za pośrednictwem samoposiadania, nie będziemy w stanie zmusić ludzi, aby postępowali według naszego uznania, nie zadekretujemy im, że mają być wolni, wolność szanować i czynić wolnymi swe dzieci, ale już samo przyjęcie jej reguł, utrudni im tworzenie ładów, w których jedna instytucja będzie w stanie odgórnymi decyzjami zgromadzić władzę nad szerokimi rzeszami bez ich zgody. Innymi słowy, teoria uprawnień nie da nam żadnych absolutnych gwarancji, ale pozwoli zachować uzasadnioną nadzieję przy snuciu wolnościowych prognoz.

Propertarianie więc odrzucają aksjomatyczność samoposiadania. Nie może ono stanowić pewnika, bo również zależy od dyspozycji uprawnieniami i z nich wynika. Samoposiadaczem będzie ten, kto powstał z surowców, z których zrezygnowali właściciele i je sobie zawłaszczył, bądź ten komu je przekazano a on się ich nie zrzekł. Pozostali będą stanowić własność innych osób. Dla propertarian zatem globalnie nie ma znaczenia, czy człowieczeństwo uzyskuje się w chwili poczęcia, narodzin, w wieku lat trzech, pięciu czy stu, bo z człowieczeństwem nie wiążą się żadne specjalne funkcje, wpływające na przekazywanie uprawnień. Nie znaczy to, naturalnie, że już lokalnie, konkretni właściciele nie będą mogli stać na straży stanowisk pro-life czy pro-choice – bo jak najbardziej będą mogli.

Będą mogli nawet egzekwować ich treści w ramach prywatnego prawa obowiązującego w ich obszarze jurysdykcyjnym, wynikłym z ich własności czy umów zawartych z innymi. Ale przekonanie o słuszności, nadrzędności własnych poglądów filozoficznych, przekonań i gustów wychowawczych nie da im legitymacji do kontrolowania tego, co znajdować się będzie poza tym obszarem.

Możemy więc uznać, że propertarianizm sam w sobie nie zamierza unicestwiać jakichkolwiek z nich [poglądów, przekonań i gustów], jedynie podporządkować je rygorom legitymistycznych ciągów, określających co do kogo należy, by nie przekraczały one, bez zgody wszystkich zainteresowanych stron, ich granic. Ponieważ jest stanowiskiem dotyczącym wyłącznie uprawnień i ich cesji, nie powie nam jak mamy interpretować dane wydarzenia czy zjawiska i jak się wobec nich powinniśmy zachować; może najwyżej pomóc nam je opisać i przełożyć na swój język. Nie powie nam też kiedy powinniśmy uwolnić swoje dzieci i czy w ogóle należy to robić, bo nie jest to jego rolą. Powie nam jednak, że dopóki nie orzekniemy inaczej, pozostaną naszą własnością.

Właśnie z przyczyny niekompletności tej myśli i jej wąskich kompetencji, nie należy jej w znacznej mierze uznawać za coś, co kulturę zastąpi, stąd wątpliwe jest, aby w społecznościach propertariańskich jakoś diametralnie zmieniło się podejście do rodzicielstwa. Możemy, rzecz jasna, przewidywać, że przyjęcie tego podejścia wpłynie na przykład w wielu przypadkach na zwyczaje i wprowadzi jakąś odmianę rodzinnego obrzędu przejścia, gdzie jednostka z przedmiotu umów, stanie się podmiotem, zdolnym do ich zawierania i odtąd cała odpowiedzialność za jej czyny spadać będzie na nią samą, natomiast wątpliwe jest, by ludzie z tego powodu porzucili całe bogactwo sposobów wychowawczych, w znacznej mierze wynikłych z ich własnych temperamentów, bądź zatracili instynkt macierzyński.

Z tego powodu snucie wizji propertariańskiego ładu, w którym wszyscy pójdą w ślady potwora z Amstatten, bo będą mogli zrobić to w zgodzie z wymogami proceduralnymi doktryny, należy uznać za podobnie wiarygodne jak te twierdzące, iż ludzie będą tam masowo ginąć od deszczów meteorów, których nie strąci żadna rządowa agencja kosmiczna czy innych humorystycznych opowieści w stylu #takbędziewakapie. Nawet przy założeniu, że „wystarczającym powodem do zdobycia góry jest jej istnienie”, himalaistów w stosunku do całości populacji jest niewielu. Prawdopodobieństwo urodzenia się w domu, w którym będziemy niewolnikami wyrodnych rodziców, takich co nigdy nie pozwolą stać się nam podmiotami, nawet gdyby miało wzrosnąć z powodu ich formalnej bezkarności wynikłej z ich uprawnień, pozostanie i tak niewielkie, reszta dzieci natomiast nie utraci szansy na uzyskanie stanu całkowitej suwerenności, jaką cieszyli się ich rodzice. Natomiast w dowolnym ustroju troszczącym się, by nie dochodziło do sytuacji niewolenia dzieci, siłą rzeczy suwerenny nie będzie nikt, bowiem każdy będzie podporządkowany władzy stojącej na straży wolności dzieci i jej zarządzeń. Stąd nielicznych pechowo urodzonych i zniewolonych należy po prostu poświęcić na ołtarzu gwarancji większej wolności pozostałych. Okupić możliwością ich absolutnego zniewolenia brak konieczności najlżejszego nawet skrępowania całej reszty.

W większości przypadków bycie własnością nie będzie wiązało się z niczym złowrogim, najprawdopodobniej znaczyć będzie po prostu tyle, iż nie będziemy odpowiedzialni za swoje czyny względem innych podmiotów i za wszystkie nasze wybryki będą płacić nasi właściciele. Co nie jest niezgodne z doświadczeniem, nie widziałem bowiem nigdy, aby za spustoszenia dokonane w restauracjach obciążano odszkodowaniami paroletnich sprawców, niewypłacalnych zresztą, ani nie zamykano ich, by odpracowali straty, myjąc na przykład talerze, podobnie jak nie widziałem, aby stawiano przed sądem krowy idące komuś w szkodę. Zamiast wprowadzać odpowiednik ptolemejskich epicykli w postaci samoposiadania dzieci (lub krów), należy się pogodzić z faktami: ejże, przypomnijcie sobie swoje dzieciństwo! Niemal powszechnym przecież zjawiskiem wśród dzieci jest pragnienie bycia dorosłym, powodowane głównie zazdrością dysponowania możliwościami robienia tego, czego im samym czynić jeszcze nie wolno. Dzieci zdają sobie sprawę ze swojego podporządkowania, wiedzą że wolne nie są, ale chcą takowymi w końcu zostać. Jest jakiś sens w opowiadaniu im, że się samoposiadają a potem wymyślać nieintuicyjne, nienaturalne tłumaczenia, pozwalające uzasadnić, czemu tego samoposiadania nie widać ani nie mogą z niego skorzystać? Czy rozsądnie otwierać możliwość bycia pozywanym przez dzieci, które nakaz picia tranu, jedzenia zupy mlecznej albo mycia mleczaków, uznałyby za agresję (całkiem zrozumiale zresztą: zupa mleczna to prawdziwa tortura…)? Jak pogodzić samoposiadanie z władzą rodzicielską? Kolejnymi epicyklami? Jeśli nie jesteście następnym Stefanem Molyneux, dopasowującym metody wychowawcze do ideologii albo jakimś cholernie konsekwentnym anarchistą, walczącym z władzą w każdej postaci, uznacie to rozwiązanie za bzdurne.

O tym, że samoposiadanie dzieci byłoby najpewniej fikcją prawną można się przekonać słuchając Waltera Blocka (od 1:00:45), opowiadającego malowniczą anegdotkę o tym jak powstrzymałby swoje dziecko przed szorowaniem genitaliami po pisuarze w miejscu publicznym, podczas gdy identyczne powstrzymanie dorosłego uznałby za napaść i naruszenie zasady nieagresji. Innymi słowy, własne dziecko potraktowałby jak swoją własność, natomiast dorosłego już nie. No ale może nawet Block nie jest dobrym libertarianinem a sprawa jest oczywista, jak twierdzą inni

Pozycja dzieci w propertarianizmie nie jest więc specjalnie odmienna od tej w libertarianizmie, jak mogłoby się wydawać. Pomimo tego, iż to od rodziców zależy kiedy uwolnią dzieci, te jednak same mogą wpływać na decyzję rodziców. Pomijając przypadki skrajne (piwniczna bunkier-forteca a’la Fritzl), dzieci stanowią ruchomości. Jeśli patologiczni rodzice toczą swoistą wojnę z usamodzielniającym się potomstwem, stanowiącym ich własność, muszą liczyć się z odpowiedzialnością za ich czyny. Wystarczy dokonać odpowiednio dotkliwych zniszczeń, by wpędzić w tarapaty swoich właścicieli. W większości wypadków już sama strata władztwa nad dziećmi – wybyły z domu, nie wiemy dokąd, nie wiemy co robią i w dodatku komu, będzie dobrym powodem, by zrzec się do nich uprawnień, oświadczając wszem i wobec, że odtąd same odpowiadają za swoje czyny. Zwłaszcza jeśli mają powody do nienawiści, a zapewne mają, jeśli traktujemy je w sposób, uznawany przez nie za: niegodny, krzywdzący czy okrutny.

W innych sytuacjach traktowanie dzieci jako własności rozwiązałoby natomiast wiele częstszych problemów. Ułatwiłoby adopcję, w jakiejś mierze ograniczyłoby dzieciobójstwa dokonywane z niektórych powodów (patrz sprawa Madzi i jej matki Katarzyny), bo korzystniej byłoby sprzedać je komuś, kto je chce niż mordować. Bycie sprzedanym przez kogoś, komu na nas niezależy i uzyskanie szansy na ludzi, którym będzie zależeć jest chyba lepszym rozwiązaniem niż bycie pozbawionym życia. W końcu dzieci są dobrem, a wolny rynek zapewnia optymalną alokację dóbr… jeśli wiecie co mam na myśli. Pozostaje tylko odnieść się do słów Rothbarda z „Etyki wolności”:

„Lecz z pewnością matka lub rodzice nie mogą otrzymać dziecka na nieograniczoną własność, bo to sugerowałoby dziwaczny stan rzeczy, w którym pięćdziesięciolatek byłby poddany absolutnemu i niekwestionowanemu zwierzchnictwu swego siedemdziesięcioletniego rodzica. Tak więc rodzicielskie prawo własności musi być ograniczone w czasie. Musi być ono także ograniczone w rodzaju, gdyż z pewnością byłoby groteskowe, aby libertarianin wierzący w prawo do samoposiadania zalecał prawo rodzica do zabijania lub torturowania swych dzieci.

Musimy zatem orzec, że nawet od narodzin rodzicielskie prawo prawo własności nie jest absolutne, lecz „powiernicze” lub opiekuńcze. Krótko mówiąc, każde dziecko, jak tylko opuszcza ciało matki, posiada prawo do samoposiadania poprzez bycie oddzielną istotą i potencjalnym dorosłym”

Przede wszystkim, niezrozumiałe jest twierdzenie o otrzymywaniu dziecka na nieograniczoną własność (w oryginale: But surely the mother or parents may not receive the ownership of the child in absolute fee simple), bo to sugeruje, że ktoś inny przyznaje prawo własności w jakimś zakresie (kto ma przywilej ograniczania zakresu czyichś praw własności? Wspólnota libertarian? Dziecko? Bóg?). Drugą sprawą jest subiektywnie postrzegana dziwaczność stanu rzeczy, która skłania Rothbarda do odrzucenia pełnego zakresu czyichś praw własności. Jeśli uznamy, że bycie własnością jest konstrukcją prawną znoszącą odpowiedzialność tego, kto stanowi własność innej osoby, to zrozumiałe stają się nawet takie „dziwaczne stany” – jeśli obu panom nie przeszkadzała taka sytuacja i żadnemu z nich przez lata nie zależało na jej zmianie, to jest wyłącznie sprawa między nimi i ich sposobu na życie – sorry, Murray, nic Ci do tego. W przypadkach osób chorych psychicznie czy niezdolnych do samodzielnego egzystowania, tym bardziej nie powinno nas dziwić „absolutne i niekwestionowane zwierzchnictwo”, nawet siedemdziesięcioletniego rodzica, czyż nie?

Dla wszystkiego można znaleźć różne zastosowania. Teoria uprawnień spełnia więc swoją rolę w sposób adekwatny. Nie potrzeba jej naginać, omijać, tym bardziej bezsensowna jest jej krytyka opierająca się w swej podstawie na nieadekwatności zachowań innych ludzi względem naszych oczekiwań – inni ludzie nie żyją na świecie po to, by obligatoryjnie je spełniać. Jeśli zechcemy być konstruktywni, znajdziemy w niej narzędzie, które pomoże nam osiągnąć nasze cele. Jeśli zechcemy być destruktywni, podobnież. Pozostanie neutralna względem naszych wartości i tylko od nas samych będzie zależało, do czego nam posłuży i kim się poprzez nasze wybory staniemy. Jeśli naszym celem istotnie jest wolność, w tym obyczajowa, a więc dotycząca kultury, nie powinniśmy narzekać, gdy spotykamy się także z takimi obyczajami, które przyjdzie nam ocenić jako: nikczemne i tak perfidne, że aż burzące krew w żyłach, obleśne, odpychające, obrzydliwe, deprymujące, uwłaczające wszelkim formom sacrum czy poczuciu zdrowego rozsądku.

 Oczywiście to, czy faktycznie chcemy wolności w pełni, czy tylko jakiejś jej namiastki, pozostającej w zgodzie z wdrukowaną w nas kulturą, to zupełnie odrębna kwestia…

Wersja offline – PDF