Szkice o samoposiadaniu: wyjątek z komentarza

Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe ma zaszczyt przedstawić Szanownym Czytelnikom przedruk fragmentu talk-show: „Wieczór z łowcą dzikiej zwierzyny”, w którym prowadzący pampalini gościł założyciela i opiekuna Zakątka, FatBanthę, umiejętnie prowokując go do udzielenia wywiadu–rzeki, będącego w zasadzie jednym, przydługawym monologiem. Przewodnim tematem odcinka jest kontrowersyjna kwestia przydatności samoposiadania i zasady nieagresji do formułowania spójnej, wolnościowej doktryny społeczno–politycznej, opartej na własności prywatnej.

pampalini: Trochę jest tak, że narzucając powszechny propertarianizm, a więc powszechną nietykalność terytorialną, rościsz sobie, wedle propertariańskich definicji, prawo własności do całej kuli ziemskiej, co jest wewnętrznie sprzeczne. Możesz przecież narzucać reguły jedynie wewnątrz własnego terytorium.

FatBantha: A czy ja narzucam powszechny propertarianizm? Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Przez etykę? Oczekiwania? Nie przesadzasz?

P: No przez etykę, przez tworzenie systemu normatywnego. Twierdzisz, że libertarianie bezzasadnie próbują innym narzucić NAP. [non-aggression principle] Ale tak samo Ty próbujesz bezzasadnie narzucić innym konieczność respektowania swoich terytoriów. Nie widzę różnicy między jednym a drugim w tym zakresie.

F: Samo tworzenie systemu normatywnego nie jest jego narzucaniem, chociaż taką możliwość otwiera. Nawet jego proponowanie nie jest narzucaniem.

Poza tym, wątpię abym „tak samo” bezzasadnie cokolwiek narzucał, skoro omijam cały bzdurny etap z uzasadnienia umową społeczną, własność wywodząc z praktyki powstrzymywania się z korzystania ze wszystkich swoich domyślnych uprawnień, poza obszarem, który będzie przez powstrzymującego się za takową uznany.

To, że tygrys szczerzy kły i na Ciebie warczy, broniąc swojego terytorium, nie znaczy wcale, że obowiązuje was umowa społeczna zakładająca istnienie własności prywatnej oraz katalogu dostępnych mu praw, w którym znajdują się pozycje: szczerzenie kłów, warczenie, którą zawarliście. Ani, że Ci swym warczeniem formułuje i narzuca system normatywny. On Ci jedynie sugeruje, że możesz mieć problem nie schodząc mu z drogi. Tyle.

Chyba, że chodzi Ci o arbitralność rozstrzygnięcia, iż ludzie w stanie natury, którzy niczego sobie nie obiecywali, nic nie są sobie winni i nie mogą oczekiwać od siebie czegokolwiek. Ale w środowisku wolnościowym akurat to nie powinno budzić protestów, w przeciwieństwie do rozstrzygnięcia twierdzącego, że domyślnie są sobie coś winni. Na przykład przestrzegania wydumanej NAP.

Jeśli o to chodzi, arbitralne wtedy stają się wszystkie stanowiska o czymś rozstrzygające, z racji bycia stanowiskami. Natomiast libertarianie są pretensjonalni nie dlatego, że dokonują arbitralnych rozstrzygnięć, bo to robią wszyscy, a dlatego, że część tych rozstrzygnięć opiera się o milczące założenia, że ludzie swoje prawa (o których libertarianie wspominają) zgodzili się zadysponować dokładnie tak, jak się to podoba libertarianom. Na przykład, że agresję będą interpretować dokładnie tak, a nie inaczej. Natomiast gdy ktoś oponuje, powołując się właśnie na te prawa i chęć odmiennego ich dysponowania, robi się afera.

Najpierw twierdzą, że właściciel ma wyłączność do decydowania o swoich rzeczach, ale okazuje się, że jednak jej w pewnych momentach nie ma. I tak, kiedy codziennie mógłby sobie kosić swoją trawę, swoją kosiarką, to gdy raz skosi ją wraz ze śpiochem, którego i tak sobie nie życzył w tamtym miejscu, jest jakieś halo. Wyłączność kontroli nad własnością okazuje się być względna i zależna od obecności intruzów.

A ja, mimo swojej arbitralności, tego nie robię. Rozstrzygam, za Hobbesem, że domyślnie ludzie mają wszelkie prawa do wszelkich rzeczy i czynów, więc przyznaję im całkowitą autonomię działania (czyli nie uznaję istnienia jakiejkolwiek umowy zawężającej katalogu ich praw i ich zasięgu), natomiast zauważam, że taki stan jest wysoce konfliktogenny (słynna wojna wszystkich ze wszystkimi) i rozwiązać ten problem można przez ograniczenie tejże autonomii do jakiegoś terytorium. I propozycję ładu opartego na praktyce powściągania prób realizacji swoich celów poza terytorium uznawanym za swoje, zapewniającą przewidywalność i zwiększenie szans na osiągnięcie wielu celów przez wielu ludzi, nazywam propertarianizmem.

Natomiast nie zrzekam się tych praw czy nie powściągam zakresu terytorialnego ich obowiązywania za kogoś, ani nie mówię jak ma to robić. A libertarianie to właśnie robią! Dlatego moje stanowisko w porównaniu z libertarianizmem, jest bardziej opisowe, niż normatywne. Przez to, że jest formułowane negatywnie w dużo mniejszym stopniu narzuca człowiekowi jakąś etykę.

Chociaż oczywiście implikuje, że pewne stanowiska będą bardziej opłacalne niż inne. Ta bardzo mi bliska, też się do takich zaliczy. :) Ale nie zostanie podana na talerzu z napisem „Musisz!”. Nie musisz, z definicji nic nie musisz. Nie ma żadnego Rothbarda, który Ci każe. Jeśli ją przyjmiesz, to dlatego, że praktyka Cię do tego skłoni, jak ten tygrys. Nikt nie będzie Ci tworzył teorii moralnego obowiązku dokonania takiego wyboru.

Być może podobnie wpływam na zaistnienie W PRAKTYCE konieczności respektowania swoich terytoriów; zaznaczając że to korzystne, gdy chcemy bez przeszkód ze strony innych ludzi dążyć do własnych celów. Ale to ostatecznie osoby chcące osiągać swe cele w sposób nieskrępowany, uznający moje spostrzeżenie, spowodują zaistnienie takiej konieczności, przez takie korzystanie ze swoich praw, które skutkować będzie jej powstaniem. One swymi chceniami, a nie ja, z jakąś normą czy nakazem.

„Tak samo”? No bez jaj. Libertarianie chcą systemu wspierającego i nakłaniającego wszystkich do przyjęcia ich libertariańskiej moralności, ja chcę systemu umożliwiającego istnienie wielu moralności, w tym także i libertariańskiej obok siebie.

Mogę się zgodzić z tym, że wszyscy czegoś chcą, ale nie wszyscy chcą tego bezprawnie. Bezprawie wynika tu z naruszenia uznanych przez siebie uprzednio praw jednostek. Ja nie mam wielu możliwości ich naruszenia, skoro na początku za Hobbesem uznaję, że wszyscy domyślnie mają prawo do czynienia wszystkiego, dopóki się tego nie wyrzekną. Jeśli gdzieś ludzie nie będą schodzić sobie z drogi i respektować swojej własności, uznam po prostu, że nie mamy tam propertarianizmu, chociaż katalog praw pozostanie nienaruszony.

Natomiast libertarianie nie potrafią uzasadnić czemu ten katalog praw powinien być węższy w takim a nie innym stopniu, dlaczego NAP powinna być przestrzegana, mimo tego, że ktoś może być nią niezainteresowany. Bo nawet te rozważania Rothbarda o samoposiadaniu i wykluczenie możliwości, że każdy należy do każdego, albo nikt do nikogo, nie są tak naprawdę wiążące. Stwierdza on tam, że potencjalnie wszystko inne poza samoposiadaniem byłoby po prostu absurdalnie niepraktyczne i niewygodne bądź krępujące, ale to nie jest wystarczający powód, by uznawać z góry konieczność przyjęcia tej koncepcji, a tym bardziej zmuszać innych do jej przyjęcia.

No ale dobra, przyjmijmy że każdy się samoposiada. To jest główne źródło jakichkolwiek uprawnień jednostki w libertarianizmie. Chroni na przykład przed popadnięciem w niewolę, bo nikt nie może nas posiadać, gdy tego nie chcemy. Z pozoru super, ale tylko do momentu popełnienia jakiegoś przestępstwa. Libertarianie są dość ekstrawaganccy i chcą pogodzić samoposiadanie z sądami. No to OK, sąd nas skazuje, mamy płacić grzywnę, odpracować coś, albo odsiedzieć czy jak już bardzo narozrabiamy, to pozbawią nas życia. Nieistotne teraz jest, że jak w każdej dobrej bajce, zło musi być ukarane, przyjrzyjmy się raczej transferowi uprawnień, w tym wypadku tego samoposiadania. Jakie są kryteria, które trzeba spełnić, by je utracić? Kto o tym decyduje? I z jakiej racji następuje przejęcie czyjegoś życia i robienie z nim, co się władzy sądowniczej podoba, włącznie z zakończeniem? Zwłaszcza gdy pełniący takie obowiązki też posiada przecież tylko sam siebie… No ale siłą rzeczy ma istnieć jakiś system karny, w którym ludzie będą ubezwłasnowolnieni, których ciała będące przecież ich własnością, będą przenoszone często wbrew ich woli do jakichś miejsc odseparowania. Z tego wynika, że można przestać się posiadać i kto inny może przejąć nasze uprawnienia. Ale na jakiej zasadzie? Nie może nas chyba ot tak zawłaszczyć, bo libertarianie musieliby uznać też jakieś porwania matrymonialne jak u Cyganów.

Nie wiąże się to z pewnością z superuprawnieniami sędziów, bo nie są nadludźmi i sam urząd też nie nadaje im uprawnień, których uprzednio by nie posiadali – gdyby tak było, to by się zanosiło na państwo, którego przecież ma nie być. No więc jedynym sensownym rozwiązaniem jest uznanie, że sam skazany musi je przekazać. Ale kiedy, jak i dlaczego miałby to robić? Na czyją rzecz miałby się zrzekać? Na korzyść właściciela, na którego terenie dokonano przestępstwa, jak chcieli propertarianie, gdy jeszcze uznawali się za libertarian? Ofiary? Sędziego? A dlaczego tak, a nie inaczej? Co decydowałoby o tym, co jest przestępstwem, a co nim nie jest? Rynek? Na jakim obszarze? Kamienicy? Dzielnicy? Miasta? Kontynentu? A czemu nie jednostka, skoro libertarianizm miał być taki oddolny i indywidualistyczny?

Ostatecznie, przy komunitariańskim nastawieniu ortodoksów skończyło się na prawie zwyczajowym, czyli w kwestii przekazywania uprawnień na jakiejś formie umowy społecznej, której się formalnie nie podpisuje, ale ona działa, może nawet od urodzenia. Generalnie wniosek był taki, że samoposiadasz się, dopóki ktoś, kto ma prawną możliwość, nie wiadomo z czego wynikającą, Cię nie ukradnie i nie można postulować, aby to był właściciel ziemi, który ustali za co Cię zawłaszczy, bo tak robi państwo, a państwo jest złe i libertarianie z nim walczą. Czyli uzyskaliśmy mniej więcej taką prawdę, że żyjesz dopóki nie umrzesz. To jest zresztą nagminne, że o samoposiadaniu mówi się tam, gdzie to wygodne, natomiast zahaczając o kwestie prawne, gładko przechodzi się do opisu praktyki, a nie uzasadnia się nigdy tego w jaki sposób jednostki, które mogą posiadać wyłącznie siebie, mogą w pewnych okolicznościach przejmować kogoś innego bez jego zgody i z czego miałoby to wynikać.

Innymi słowy, libertarianizm działać w praktyce może tylko wtedy, gdy zignoruje uprawnienia, które uprzednio nadał jednostkom, gdy przestaną być one [uprawnienia] użyteczne do celów, które musi realizować, by być sensowną propozycją. I na tym polega właśnie owo bezprawne narzucanie. Na nietrzymaniu się własnych założeń i oczekiwaniu podporządkowania doktrynalnym rozstrzygnięciom, mimo że one naruszają pakiet uprawnień najbardziej podstawowy.

Co najzabawniejsze, libertarianizm mógłby działać, ale dopiero gdyby oprzeć go właśnie na hobbesowskiej teorii praw i takimże ich katalogu. Tam gdzie nikt się do niczego by nie zobowiązywał, tam nie byłby do niczego zobowiązany. Natomiast tam gdzie libertarianie zobowiązaliby się do utrudniania życia swoimi aksjomatami i ich interpretacjami przy implementacji swojego ładu, każdemu kto się napatoczy, tam każdy kto wchodzi, wiedziałby, że korzystają ze swojego przyrodzonego uprawnienia, mogą robić różne głupoty i truć rzyć niespójną teorią, bo nie ma rzeczy, do której każdy nie miałby uprawnienia, jeśli się go nie zrzekł, a oni nie zrzekli się męczenia ludzi niespójnymi teoriami, jeśli więc nie chciałby w tym uczestniczyć, to nie wchodziłby im w drogę albo jeszcze lepiej, zszedłby z niej. Natomiast to zredukowałoby libertarianizm do jednej z wielu propozycji, a przecież miał on zwyciężyć, bo jak powiedział klasyk, jest prawdziwy. No i ostatecznie samoposiadanie nie byłoby obiektywnym nośnikiem wszelkich uprawnień jednostki i jednocześnie powodem i źródłem ich istnienia, tylko relatywnym ich źródłem, w jednym z wielu układów odniesienia.

Nie mogę narzucać nikomu propertarianizmu, uprzednio proponując teorię uprawnień Hobbesa. Mogę w jej ramach proponować jego osiągnięcie przez wielostronne, dobrowolne, terytorialne ograniczenie swoich uprawnień i zobowiązanie się do nie korzystania z nich poza tym, co uznaje się za swoje, bez zgody tego, kto zrobiłby podobnie kawałek obok. Gdy ktoś nie będzie chciał się zrzekać, to się nie zrzeknie i już.

Proponowanie dobrowolnego zaprzestania robienia czegoś poza jakimś obszarem, nie jest chyba narzucaniem czegokolwiek. Uznanie szerokiego katalogu uprawnień, czyli dopuszczenie, że człowiek może robić co chce, dopóki się nie zobowiąże, że nie będzie tego robił, też nie jest narzucaniem czegoś, ani nakazywaniem, co najwyżej obojętnym przyzwoleniem na dowolne działania do momentu obietnicy zaprzestania ich czynienia. Momentu dużo dalej posuniętego niż u konkurencji, która już z tego właśnie powodu, nie powinna czynić mi zarzutu, że cokolwiek narzucam, skoro nie narzucam nawet w przybliżeniu tak wiele, jak ona sama.

A że moja obojętność ma wpływ na tworzenie ładu, który komuś może nie odpowiadać? Że niby nic nie robiąc, coś robię i w ten sposób coś narzucam? To nie mam ucieczki od narzucania – zjem śniadanie, to narzucę komuś stan świata, w którym zjadłem śniadanie. Nie zjem, to narzucę taki, w którym nie zjadłem. Czegokolwiek bym nie zrobił, jestem zamordystą. Więc ja nie widzę, gdzie sensownie można powiedzieć, że narzucam coś „tak samo” jak libertarianie, poza tym, że piszę literki w necie, tak samo jak oni to czynią i to co obmyśliłem też kończy się na -izm.

Całą wymianę zdań w oryginalnej postaci, można prześledzić na blogu pampaliniego w następującym wpisie:

http://cywilizowanysposob.blogspot.com/2013/01/moje-poglady-etyczne.html

Wersja offline – PDF

Zabieram sobie ten tekst, posłuży mi jako punkt wyjścia do popracowania nad tematem paradoksogenności samoposiadania, którym zajmowałem się już wcześniej. I Trikster się zajmował.

Reklamy