Zmierzając w stronę antropicznej teorii form

Wstałem i zobaczyłem za oknem kupę śniegu. W lany poniedziałek. Ponieważ tradycji powinno dziać się zadość, młodzi ludzie zabrali się za dyngusowanie, tyle że wodą w innym stanie skupienia i teraz dybią na naszą rzekomą nietykalność cielesną śnieżkami i soplami. Momentalnie narzuciło mi się, że aktualnie furorę robi przecież temat rosnącej średniej temperatury na Ziemi i prognoz dalszego jej wzrostu oraz powiązanych z tym: eksterminacją wiosny, wydłużaniem jesieni i przesunięciem zimy, znany popularnie pod hasłami »globalnego ocieplenia« i »zmian klimatu«. Toczy się dyskusja na temat przyczyn tego zjawiska, no i jak wiadomo, część środowiska naukowego uznaje, że jest one spowodowane działalnością człowieka. Temat ten nie jest dla mnie istotny. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu, nie mam żadnych wyraźnych preferencji względem pogody i klimatu, nie robi mi większej różnicy, czy śnieg będzie padał w grudniu, czy czerwcu i czy w ogóle będzie padał, ani to czy będzie cieplej, czy zimniej. W zasadzie mógłbym mieszkać w każdej strefie klimatycznej. Po drugie, żyję dość ascetycznie, więc tak czy owak, nie mam już zbytniego pola manewru, by cokolwiek ograniczać czy poświęcać na rzecz ewentualnego ratowania świata. Skoro zatem nie wiążę z klimatem, ani żadnego interesu w jego zmianie czy konserwowaniu obecnego stanu, ani też nie dysponuję środkami, jakie ten interes pomogłyby zrealizować, sprawa jest całkowicie poza moją kontrolą, a skoro tak, to nie zamierzam zaprzątać sobie nią głowy.

Natomiast cała ta sytuacja związana z poniedziałkowym śniegiem, globalnym ociepleniem a zwłaszcza hipotezą o antropogenicznych jego przyczynach, przypomniała mi, że miałem się za coś zabrać. Za coś, co i tak gdzieniegdzie przebijało z moich tekstów. Widzicie, wspomniana hipoteza jest próbą (mniejsza o to, czy skuteczną, czy nie) wyjaśnienia zaistnienia pewnego zjawiska w określony sposób: przez postawienie jako przyczyny — działań człowieka.

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uczynienia czegoś podobnego, ale na szerszą skalę. Zamierzam w następnych notach przyjąć taką strategię eksplanacyjną, która polegałaby na wyprowadzaniu zasad racji bytu danych przedmiotów, w oparciu o jakości przedmiotów będących ich przyczynami. Tam, gdzie przyczynę stanowi człowiek, w rezultatach jego działań należy doszukiwać się jego charakterystyki. Podpisu czy pieczęci odciśniętej przez jego czyny, stojących za nimi motywów, opartych na jakichś marzeniach i nadziejach, też utrzymujących przecież jakąś tożsamość, złożonych z jakości, które również zostały wygenerowane, odciśnięte w określonym kształcie przez takie, a nie inne formy odczuwania i myślenia. Do pewnego stopnia zrobiłem to w przypadku wpisu o Platonie portretującym w swej filozofii samego siebie. Wpis ten stanowił wprawkę. W jej zakończeniu pozostawiłem sobie otwartą furtkę, by w nieokreślonej przyszłości powrócić do tego sposobu czynienia zrozumiałym efektów naszej działalności.

Prawdą jest to, iż zdarzało mi się z niego korzystać w przeszłości, jako że łatwo oprzeć go na widzeniu istotnościowym, do którego mam tak wielką słabość, ale odbywało się to raczej okazjonalnie. Tym razem chciałbym spróbować zaprzęgnąć tę strategię do bardziej konsekwentnego użytku, być może wypracowując poprzez nią jakąś kolejną teorię form. Jak zdążyłem już zauważyć w pierwszym moim blogowym tekście, w coraz większym stopniu byt staje się i będzie stawał się antropocentryczny. W związku z tym, jeszcze bardziej uzasadnionym krokiem przestawiać się na uzasadnianie bytu i jakości rzeczy, istnieniem i jakościami ludzi, którzy działają, pozostawiając po sobie wszelkiego rodzaju pamiątki.

Pampalini, narzekając kiedyś na moją skłonność do ekshibicjonistycznego ujawniania swojego strumienia świadomości (a przede wszystkim dalszego babrania się w nim i zastanawiania jak kształtuje się myśl, z jakich idei jest formowana, krótko mówiąc: podejmowania prób ustalenia jej źródeł oraz w drugą stronę: dociekania takich spraw jak to, w imię czego jest konstruowana, co jest interesem jaki za tym stoi i motywem do jej wytwarzania?), stwierdził podobieństwo do procesów gastrycznych i uznał, że jego interesuje jedynie gotowy produkt ostateczny — sama myśl, koncepcja, uzasadnienie czegoś i tegoż praktyczna wartość, a nie pochodzenie, środki produkcji i inne tym podobne. Żachnąłem się wtedy, bo z tego porównania nieuchronnie wynikało, że myśl ludzką zrównał z ekskrementami. Dziś jednak pójdę za tym wnioskiem, bowiem zamierzam w najbliższym czasie nauczyć się tropienia. Tak jak możemy nauczyć się po odchodach w lesie rozpoznawać zwierzęta, tak ja chciałbym nauczyć się rozpoznawać ludzi po ich pozostałościach intelektualnych w nauce, kulturze czy biznesie.

Ponieważ Dziewic wciąż montuje swoją steampunkową ontologię maszynową, za jaką być może pójdzie następnie ciekawa, oryginalna typologia:

Staram się tak skonstruować ontologię maszynową, aby pozwalała ona na badanie zjawisk o różnej skali: od indywidualnych typów psychicznych (psychicznych w Nietzscheańskim sensie, fizjologicznych) po globalne systemy społeczne.

(którą z chęcią przetestuję, jeśli się już pojawi, ale do tego jeszcze długa droga pewnie…), a ja zamierzam zaczynać teraz, postanowiłem skorzystać z już gotowego narzędzia, wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. Dlaczego wybrałem akurat ten system? Sprawdzałem już wiele typologii, łącznie z Global 5, R-Drivem czy MOTIVem, „wielką piątką”, testem osobowości Eysencka, ale żadna z nich nie wyznacza swoich podziałów poprzez wytyczenie równie fundamentalnych cech biegunowych, względem których można byłoby się orientować, a tym bardziej, za żadną z nich nie stoi większa przewodnia myśl, którą można byłoby wykorzystać do podobnego przedsięwzięcia, jakie sobie zamierzyłem. Owszem, niektóre z nich są całkiem ciekawe ze względów technicznych, ale same w sobie niewiele wyjaśniają — grupują jedynie ludzi pod pewnymi, dość powierzchownymi, względami.

A Ty którym "mostem" jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

A Ty którym „mostem” jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

Przewaga MBTI zawiera się w podstawie systemu – jungowskim podziale funkcji kognitywnych, które same mogą być skierowane do wewnątrz (introwertycznie) bądź na zewnątrz (ekstrawertycznie). O ile z większości testów starających się jakoś podsumować osobowość, oczywiście, dowiemy się, czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami, o tyle w przypadku MBTI dostaniemy pełniejszy wgląd, bo okaże się, że nie jesteśmy ekstrawertykami bądź introwertykami w całości, a poniekąd stajemy się nimi, głównie ze względu na ukierunkowanie najsilniejszej funkcji poznawczej. W każdym introwertyku znajdziemy zatem coś ekstrawertycznego, w każdym ekstrawertyku – coś introwertycznego. Kluczowe jest jednak, co to takiego i do jakiego stopnia na tym bazujemy. Dopiero z rozkładu i ukierunkowania tychże funkcji można zbudować szkielet osobowości danej osoby, wraz z wieloma jej skłonnościami bądź talentami. Każda funkcja ma jakąś swoją tożsamość oraz za coś odpowiada. Każda jest więc rozpoznawalna, bo wiadomo za co odpowiada, więc i na podstawie samego zachowania jesteśmy w stanie wywnioskować, która z nich doszła w danej osobie do głosu.

Rozkładówka 16 typów z ich czterema głównymi funkcjami kognitywnymi

Oczywiście, w większości wypadków będą one ze sobą zgodnie współpracować, często na zasadzie komplementarności. Jednak co interesujące, niejednokrotnie będziemy mogli odnieść wrażenie, że zdają się one mieć pewną autonomię i starają się wypłynąć na wierzch, dominując nad pozostałymi — dobrą tego ilustrację stanowią dylematy powodujące wewnętrzne rozdarcie. Bardzo często bowiem, sprowadzają się one do sporu postulatów o treściach reprezentujących dane funkcje, które walczą ze sobą o wolicjonalny prymat realizacji własnej opcji. Poczucie sprzeczności, działania wbrew sobie samemu, a jednocześnie zgodnie ze swoją wolą, wyjaśnić możemy konfrontacją tych naszych wewnętrznych struktur. Ponieważ każdy typ psychologiczny ma swój, unikalny zestaw funkcji, u każdego z nich wspomniane, potencjalne rozdarcia będą przebiegały względem innych „uskoków”, odmienna będzie także ich specyfika. Stąd też mamy wytłumaczyć, z jakiego powodu dla jednych ludzi niektóre pary alternatyw wcale nie będą stanowić dylematów, wręcz przeciwnie, wybór któregoś ich członu będzie dla nich banalnie łatwy i nie przestaną zachodzić w głowę, jak dla kogoś innego, podobny wybór w ogóle może być problematyczny czy tym bardziej, ze względów egzystencjalnych, destruktywny. I vice versa. Po prostu, każdy z typów osobowości ma ulokowane gdzie indziej swoje, że się posłużę gwiezdnowojennym terminem, punkty przełomu — newralgiczne miejsca, najwrażliwsze i najbardziej podatne na wzajemne kruszenie i rozłam.

Innymi słowy, solą MBTI nie jest sam podział na typy, wtórne wobec sposobów postrzegania, odczuwania czy myślenia (do wewnątrz, bądź na zewnątrz), a wyszczególnienie tych ostatnich, co jest najbardziej obiecujące dla moich zamierzeń, jako że sposoby te stanowią jednocześnie środki produkcji wobec wszelkich decyzji i jako takie są używane przez działające jednostki. Sam wybór typologii jest zresztą kwestią drugorzędną. Jeśli znajdzie się lepsza, dogłębniej wyszczególniająca formy, za pośrednictwem których ludzie postrzegają zjawiska i przekształcają świat, będzie mogła zająć miejsce wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. W każdym razie, to akurat jest element wymienny i nie będę się specjalnie przy nim upierał, jeśli znajdę, stworzę czy dostanę lepszy. Nie ukrywam też wcale, że częściowo, mój wybór podyktowany jest popularnością tej akurat propozycji – dzięki niej mogę „wysłużyć się” innymi (czytaj: skorzystać ze spostrzeżeń jakich dokonali, zaoszczędzając swój czas), w jakimś stopniu też weryfikować swoje sądy na podstawie porównań i konfrontacji przeczących sobie interpretacji danych zachowań. Praktyka zresztą potwierdza potencjał, jaki dostrzegam w tym systemie: w przeciwieństwie do innych, ludzie korzystający z tego narzędzia podejmują próby rozpoznawania typu osobowości historycznych postaci poprzez owoce ich działań. Przykładem może być serwis Celebrity Types, w którym znajdziemy takie oto soczyste infografiki z porównaniami:

Za każdym z wynotowanych tam poglądów czy zachowań stoją jakieś funkcje kognitywne. Ponieważ sam jestem INFJ, najłatwiej, bo z miejsca, będzie mi Wam rozszyfrować Spinozę i Platona. Otóż, jeśli zestawimy ich ze sobą, zauważymy też pewne podobieństwa w ich pracach, zwłaszcza w charakterze filozofii jaką tworzyli. Obie były unifikujące, wymierzone przeciw konfliktowi. Obie były aprioryczne. Obie bliskie mistycyzmowi. Obaj filozofowie podobnie radzili sobie ze sprzecznościami, tworząc na szczeblu wyżej ich syntezę, podporządkowując je jakiejś nadrzędnej im myśli, hierarchizując swą narrację.

Te zbieżności są nieprzypadkowe. U obu dominującą z funkcji była introwertyczna intuicja (Ni), którą możecie wyobrazić sobie jak soczewkę skupiającą światło – premiującą myślenie konwergentne, nad którą nie ma się żadnej kontroli, bo zasilanie leży poza nią. W pewnym momencie wskazuje ona to właściwe, aczkolwiek najczęściej dalekosiężne rozwiązanie, które trzeba później opracować, ale co do którego ma się niezachwianą pewność i robi się to z przeświadczeniem o jego niezaprzeczalności – grzebanie w empirii jest zbędne. W połączeniu z introwertycznym myśleniem (Ti) (zauważcie, obie funkcje stricte poznawcze skierowane są do wewnątrz!), kończy się na aksjomatyzowaniu wyabstrahowanych z jakiś abstraktów kolejnych abstraktów, określanie relacji między nimi, które ostatecznie są i tak bliższe, bardziej oczywiste oraz nurtujące w o wiele znaczniejszym stopniu, niż ta sensualna, rozedrgana, namacalna plama za oknem, która nam ich dostarcza, zwana przez Was rzeczywistością. Więc jaki, kurwa, empiryzm? ;) Empiryzm to policzek dla naszej swojości, wszakże metoda eksperymentalna jest okazywaniem braku szacunku wobec rzeczy wzniosłych.

Jednakże nie wszystko w twórczości Spinozy i Platona można wyjaśnić połączeniem tych dwóch funkcji. O ile umiłowanie aprioryzmu, i owszem, o tyle unifikacji – już nie. To znaczy, samą jej „techniczną” i intelektualną stronę, jak najbardziej, bo w gruncie rzeczy najczęściej też sprowadza się do użycia myślenia konwergencyjnego, ale nie wytłumaczymy tym motywu snucia rozważań o jakichś nadrzędnych całościach, Jedniach czy jedynej substancji. Skąd więc to się bierze? Z ekstrawertycznego czucia (Fe), które u nas jest drugą po intuicji najsilniejszą funkcją. Ponieważ jest zwrócona na zewnątrz, odpowiada za potrzeby emocjonalnego kontaktu z innymi ludźmi, nie sobą samym – na ogół więc czujemy się tak, jak czuje się rezonujące w nas otoczenie. Funkcja ta determinuje nasze towarzyskie ciepło, taktowność i układność, czasami chęć utrzymywania pozorów, po to by kogoś nie zasmucić. Jeżeli dochodzi do jakiegoś konfliktu, często zdarza się, iż stajemy w roli samozwańczych mediatorów, wchodzących między wódkę a zakąskę, po to tylko by je rozładować, bądź zakończyć, bo to jest także naszym interesem: źle czujemy się tam, gdzie źle czuje się ktoś inny, co nam się udziela. Generalnie więc, ta funkcja odpowiada też za sporo zachowań mesjanistycznych, romantycznych i ogólnie rzecz biorąc, samobójczych. Rozumiecie już? Sprzeczności w myśli filozoficznej są po prostu metaforą konfliktu między ludźmi. Konfliktu, który nas rani. Jeśli jest jakaś sprzeczność, to w końcu ktoś może opowiedzieć się jednym stanowiskiem, a inny za drugim. I o ile większość ludzi oczekuje wtedy poparcia jednego bądź drugiego bądź nie wtrącania się w taki spór, o tyle INFJ zazwyczaj zachowują neutralność, uznając że żadna ze stron nie zasługuje na ich poparcie (bo w końcu tamci walczą o jakieś swoje interesiki, które my co prawda rozumiemy, ale są dla nas nieistotne i niewarte spięcia), ani też na eliminację, jednak konflikt trzeba i tak wygasić i tu pojawia się potrzeba syntezy na jakimś wyższym poziomie, czyli odpowiednik jakiegoś salomonowego wyroku. I tu wkraczają Jednie i inne panteizmy, Absoluty, Byty od Parmenidesa i reszta maksymalnie inkluzywnych przedmiotów, w których może mieścić się WSZYSTKO, czyli w domyśle – WSZYSCY. Dopóki jest możliwość uwzględnienia wszystkiego, bez odrzucania i rezygnowania z czegokolwiek (i bycia niemiłym dla tegoż), będziemy z niej korzystać.

 A czym innym podyktowane było moje dążenie do ideału systemu politycznego, który pozwoliłby jednostce, w ramach jej uprawnień, na kreowanie własnego, dowolnego aksjologicznie ładu? Systemu, który powstał, gdy libertarianizm okazał się w swej budowie zbyt wykluczający? Rozwijałem i będę rozwijał nadal koncepcję świata najbogatszego pod względem ontycznym jako jednocześnie najbardziej wolnościowego, w którym rzekomo konkurencyjne i sprzeczne względem niego stanowiska nie są wykluczone, ale stanowią możliwy do wyprodukowania towar. Czy to nie jest ten sam manewr ucieczki w górę? Wolnorynkowy odpowiednik czegoś w największym stopniu inkluzywnego, czegoś co będzie manifestacją przedmiotu najuboższego treścią, lecz o najszerszym zakresie, z genezą antropogeniczną? Niewątpliwie! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę infografikę ze Spinozą i na niej:

when faced with a logical contradiction, adds up both positions to form a greater whole

pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było: „Przecież to jest niemalże mój znak rozpoznawczy! Robię dokładnie to samo. Wdrapuję się na jakieś szczyty, by uspokajać skłóconych, znajdując im obu miejsce w systemie, jakąś funkcję, dzięki czemu uda się zachować obu.” Baruch zadziałał podobnie. Chciał zachować majmonidesowy mistycyzm i kartezjańską racjonalność. Stworzył coś, co połączyło jedno z drugim. I choć w more geometrico jak najbardziej widoczne są wpływy Ni i Ti, sam motyw ukucia czegoś takiego, wynika jak najbardziej z Fe. Spory filozoficzne są więc w dużej mierze sporami między ludzkimi charakterami. Skłonności do danych stanowisk wyjaśnić można wewnętrzną budową implikującą sposób bycia i życia, preferowanych sposobów postrzegania.

Antropiczna teoria form, nawet gdyby powstała, miałaby oczywiście swoje ograniczenia i to dość znaczne. Nie obejmowałaby oczywiście tego, na co człowiek nie ma wpływu. Zarówno w sferze makro — nie mogłaby wyjaśnić właściwości praw fizyki, bo one są „odciśnięte” przez coś innego niż ludzi, jak i mikro; nie wyjaśniłaby biologicznych mechanizmów dziedziczenia. (Chociaż mogłaby wyjaśnić już ewentualne starania człowieka, by odpowiednio zarówno jedne i drugie, zmienić czy nagiąć do swoich potrzeb.) W obu przypadkach takie filozofowanie musiałoby ustąpić „prawdziwej nauce” w postaci odpowiednio: fizyki i genetyki, należy zauważyć, że i one same korzystają z podobnej teorii odciśnięć, tyle że ogólniejszej, gdy poszukują dróg przekazywania informacji czy jakichś zbiorów stałych, determinujących jakość czy rację bytu przedmiotów od nich zależnych. Natomiast z całą pewnością to podejście odniosłoby sukces w innych kwestiach, dotyczących dynamiki świata ludzkich działań, wyjaśniania kształtu kultury i jej zmian. Przykładowo, na polu estetyki pomogłoby wypracować teorię gustów, a dzięki takowej można byłoby przewidywać, co się komu ma szansę spodobać i z jakich powodów (harmonizowanie dzieła ze specyfiką funkcji poznawczych odbiorcy).

Myślę, że gra jest warta świeczki. Całość opiera się na prostej myśli: podobieństwa generują podobieństwa. Trzeba znaleźć tylko odpowiednio dobry miernik podobieństwa i nauczyć się patrzeć, a jest przecież na co… Rozedrgana plama za oknem drga, drga, drga…

Inspiracje?

Nie podaruję tego, co irytuje tak pampiego — postaram się znaleźć źródła tego pomysłu. Główną rzeczą przychodzącą mi na myśl, jest oczywiście metafizyka klasyczna i jej pierwsze zasady. Mógłbym też nawiązać pewnie do mistyków i ich przekonania o równoważności mikrokosmosu wewnątrz człowieka i makrokosmosu na zewnątrz, które są tym samym, pochodzą z tego samego źródła, więc badając siebie przez bardzo głęboką introspekcję, możemy dojść także do pewnych jakości świata zewnętrznego, z którym jesteśmy kompatybilni i musimy mieć coś wspólnego. Można byłoby tę intuicję rozciągnąć i poszerzyć w duchu ewolucjonistów: skoro istniejemy w dzisiejszych warunkach, bo jesteśmy przystosowani do istnienia w dzisiejszych warunkach — zatem, jeśli przystosowanie uznać za relację pewnej zbieżności, jakie są dzisiejsze warunki i jacy jesteśmy my sami? Gdzieś trzeba postawić paralelę, skoro jesteśmy zdolni żyć w takim otoczeniu. A dalej to już prosto, wystarczy zapytać o naszą bytność, efekty naszych działań, o ich jakości, wywnioskować z własnej budowy, dlaczego one są takie, a nie inne.

Albo wrócić do tego cytatu z Platona, skoro był podobny i pisał takie rzeczy:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

Pewnie mógłbym wyjaśnić to w ten sposób, ale wydaje mi się, że tak naprawdę ta rzecz przyszła z bardziej pop-kulturowych źródeł, w czasach gdy filozofią się nie zajmowałem (a były takie?!), przynajmniej nie wprost — w dzieciństwie. Właściwa, najstarsza i najbardziej prostolinijna część tej myśli, najprawdopodobniej pochodzi z filmów kryminalnych, w których ze sposobu mordu (najczęściej seryjnego), wyboru ofiar i innych dość skromnych, nieoczywistych poszlak, śledczy starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji i na ich podstawie stworzyć portret psychologiczny sprawcy, wnioskując z jego dzieła o nim samym, zawężając w ten sposób grono podejrzanych, czy w ogóle je typując. To sprawka takiego Obywatela X”, „Milczenia owiec” i innych hannibalowych filmów (w sumie, faworyzując swoich, powinienem z tego cyklu wybrać „Czerwonego smoka” ze względu na postać Willa Grahama) czy też zdecydowanie mojego ulubionego „Seven” Finchera. W każdym z tych obrazów, bardzo wyraźnie pojawia się ten motyw.

Ale mogę podrążyć temat jeszcze głębiej, znajdując chyba najbardziej bezpośredni i najlepiej pasujący wpływ. Na początku wydawało mi się to dość mgliste, bo zupełnie zapomniałem o tych książkach. W przyrodzie jednak nic nie ginie, a użycie terminu zaczerpniętego, niby przypadkowo, z „Gwiezdnych wojen” wcale okazało się nie być przypadkowe. Czyżby chodziło o podchwycenie pomysłu fikcyjnego Wielkiego Admirała Thrawna? Zresztą sami zobaczcie:

  • Pierwsze spotkanie czytelnika z Thrawnem. Fragment rozdziałuotwierającego„Dziedzica Imperium”: 1, 2, 3, 4

  • Jedyny raz, gdy się nie udało – koniec rozdziału piętnastego. 5

W skrócie:

Thrawn na podstawie kultury tworzonej przez jakiś gatunek czy populację danego świata, z jakim się mu przyszło potykać, potrafił określać ewentualne niedostatki, psychologiczne słabe strony wroga, jakie przekładał później na język wojny. Następnie wybierał taktykę w największym stopniu te słabości wykorzystującą, co sprawiało, że był przeciwnikiem wyjątkowo trudnym, bo rzucającym na swego oponenta jego największe demony, często pewnie takie, z jakich istnienia tamten nie zdawał sobie nawet sprawy — dopóki nie było już za późno…

Teraz zresztą przypomina mi się, że nawet bezpośrednio po lekturze tych książek, gdzieś w okolicach 1996, byłem dość sceptycznie nastawiony wobec możliwości przeprowadzenia analizy pod akurat takim kątem. Głównej trudności upatrywałem w odróżnianiu, przy dość skąpych informacjach, tego co jednostkowe, od tego co ogólne. O ile zgodziłbym się, że na podstawie dzieła możemy powiedzieć coś o jego twórcy, o tyle naciągana wydała mi się ekstrapolacja jego cech na resztę populacji, z jakiej pochodzi. Jak na podstawie rozpracowania jego dzieła wyodrębnić własności charakteryzujące wszystkich, spośród tych charakteryzujących wyłącznie jego samego, czyniących go pod pewnymi względami specjalnym? Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś cechy twórcy, na podstawie analizy jego dzieła, skąd właściwie możemy wiedzieć, czy ta cecha jest reprezentatywna dla ogółu? Tym bardziej w przypadku sztuki, którą przecież często, o ile nie zazwyczaj, uprawiają osobniki wyróżniające się pod pewnymi względami spośród pobratymców. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, iż w jakimś stopniu, jako reprezentant danego zbioru, artysta musi w jakimś zakresie być podobnym do pozostałych członków swojej społeczności, ale nie wiemy w jakim. I dlatego, chociaż ta metoda rozpoznania przeciwnika jest interesująca w zarysie i z pewnością imponująca w opisie, to już przy detalach i know-how staje się dziurawa jak sito. Co wcale, mimo tych zastrzeżeń nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą. Fantastyka ma być fantastyczna. Thrawn był widocznie geniuszem i znalazł jakiś sposób na obejście tych problemów albo był skłonny do większego ryzyka. Cykl Timothy’ego Zahna jest jednym z bardziej udanych franczyzowych zapychaczy spod znaku gwiezdnej sagi i w sumie szkoda, że to nie z niego zostanie wykrojona kolejna filmowa trylogia, tym razem pod patronatem kombinatu Disneya. Zresztą… nietrudno będzie zrobić coś lepszego od prequeli…

Koneser sztuki gromiący Rebeliantów, esteta, erudyta i geniusz wojenny – Mitth’raw’nuruodo. Jedna z ciekawszych postaci antagonisty, jaka została wykreowana na potrzeby starwarsowej franczyzy.

 

Wersja offline – PDF

Wiener Schnitzel Arystoklesa

Pra-początek prakseologii

 — No, to — powiada Sokrates — zachowaj jeszcze dla siebie i to sobie pamiętaj, czego on jest miłością, a mnie powiedz tylko tyle, czy Eros pragnie tego, do czego się odnosi, czy nie?

— Oczywiście — powiada.

— A czy on ma to, czego pragnie i co kocha, a mimo to dalej pragnie i kocha, czy też on tego nie ma?

— No, może i nie ma.

Pomyśl no — powiada Sokrates — czy tylko „może”, czy też raczej musi tak być, że się pragnie tego, czego się nie ma, a gdzie nie ma braku, tam i pragnienia nie ma. Bo mnie się ciągle zdaje, mój Agatonie, że tak już musi być. A tobie jak?

— No, i mnie się też — powiada — zdaje.

— To ładnie; a proszę cię, czy może ktoś, będąc już słusznym, pragnąć, żeby był słusznym, albo będąc silnym, pragnąć, żeby był silny?

— Nie może, wobec tego, cośmy powiedzieli. — Aha, bo mu tego nie brak, skoro już takim jest.

— Prawda.

— Gdyby zresztą ktoś silny pragnął być silnym — powiada Sokrates — a szybki w nogach szybkim, a zdrów zdrowym by chciał być — no, mógłby ktoś w tych i tym podobnych wypadkach powiedzieć, że tu przecież ludzie o pewnych cechach i właściwościach pragną jednak tego, co każdy z nich ma — żeby nie było nieporozumienia, dlatego to mówię — otóż, uważasz, Agatonie, każdy z tych ludzi musi obecnie mieć to, co posiada, czy chce, czy nie chce, a gdzieby tam kto pragnął takich rzeczy? Ale gdyby ktoś mówił, że oto ja jestem zdrów, ale i chcę być zdrowym, albo: jestem bogaty, ale i chcę być bogatym i chcę właśnie tego, co mam, powiedzielibyśmy mu zapewne, że „Ty, człowieku, masz majątek i zdrowie, i siłę, a chciałbyś te rzeczy i w przyszłości posiadać, bo teraz je masz, czy chcesz, czy nie chcesz. Więc zastanów się, czy, kiedy powiadasz: »Pragnę tego, co mam obecnie«, czy ty nie mówisz właściwie: »Ja chcę i w przyszłości mieć to, co mam obecnie«”. Zgodziłby się na to, nieprawdaż?

Agaton przyznał słuszność.

A Sokrates powiada: — A więc, czyż i to nie jest kochanie tego, czego człowiek jeszcze nie posiada obecnie, to pragnienie, żeby to coś w przyszłości istniało?

— A tak — powiada.

— Więc i w tym wypadku, i w każdym innym, kto tylko pragnie, ten zawsze pragnie tego, co jeszcze nie istnieje, czego jeszcze nie ma, czego nie posiada, pragnie być takim, jakim jeszcze nie jest, pragnie tego, czego mu brak; taki, mniej więcej, jest przedmiot każdego pragnienia, miłości?

— Oczywiście — powiada.

— Ano — mówi Sokrates — zestawmy to, cośmy powiedzieli. Więc najpierw, że Eros musi się do czegoś odnosić, a potem, że do tego, czegoś komuś brak. Prawda?

— Tak jest — powiada.

— A teraz przypomnij sobie, do czego to się Eros odnosi, jakeś powiedział w swojej mowie? A teraz pozwolisz, że ja ci przypomnę. Zdaje mi się, żeś tak jakoś mówił, że pośród bogów porządek jakiś nastał, odkąd w nich wstąpiło zamiłowanie do tego, co piękne: bo nie masz Erosa ku temu, co szpetne jest i złe. Nie tak jakoś mówiłeś?

— A mówiłem — powiada Agaton.

— Bardzo słusznie, mój przyjacielu — powiada Sokrates. — Więc jeżeli tak, to Eros byłby miłością tego co piękne, a tego, co szpetne nie? Czy może inaczej?

— Przyznał.

— No, a nie zgodziliśmy się już, że miłość odnosi się zawsze do tego, czego jej brak, czego nie ma?

— Tak — powiada.

— A zatem Erosowi piękna brak i on go nie ma.

— Musi być tak — powiada.

Fragment „Uczty” w znanym, lubianym i egalitarnym tłumaczeniu Władysława Witwickiego. PWN, Warszawa, 1984

Proponuję uruchomić tryb swobodnej i niezobowiązującej spekulacji im. Jonasa Corvuxa Mickeya i pomyśleć, jak mógłby wyglądać świat, gdyby facet poszedł w tę stronę – zajął się rozwijaniem myśli o celowości działania i przykładając ją do realiów ateńskich, zamiast narzekać na plebs, negując wszelką wartość jego trywialnych czynów, takich jak codzienna praca czy robienie kasy lub kariery, nie przystające do jego arystokratycznego poczucia smaku. W przytoczonym fragmencie możemy dostrzec, że miał niezłe zadatki ku temu i nie byłoby to wielce nieprawdopodobne – już w tym dialogu przeszedł bowiem blisko. A nawet jeśli sam nie zostałby prakseologiem czy austriackim ekonomistą à rebours, ale dostatecznie wyraźnie zaakcentował możliwość rozwoju myśli w tym kierunku, znając jego wpływ (impact factor), zrobiłby to ktoś inny – może już nawet Arystoteles, który ekonomią i tak się zajął, tyle że raczej tą makro-. Co akurat nie jest niczym dziwnym – znamy umiłowanie pierwszych zasad i globalnego ujmowania zjawisk, charakteryzujące greckich myślicieli tamtych czasów.

Impact factor

Wpływy Platona na współczesnych nam ludzi są zresztą wciąż zaskakująco duże. W dalszym ciągu wielu na jego pracach zaczyna swą przygodę z filozofią, wielu także niestety i na nich ją kończy. Jeszcze inni, bywają na tyle zafascynowani ich estetyką, że dla niej samej są w stanie bronić treści, nawet tam gdzie jest ona dziś nie do obronienia. Niestety nie pamiętam nazwiska tej poczciwej i czcigodnej osoby z kręgów akademickich, która w wywiadzie opowiadała o swym zaczadzeniu postacią Arystoklesa, na tyle mocnym, że starała się bronić nawet jego poglądów dotyczących niewolnictwa i opamiętanie przyszło dopiero później. Czytałem ten wywiad parę lat temu, wątpię abym był go w stanie odszukać, ale wywarł niezapomniane wrażenie. Wciąż możemy znaleźć ludzi, którzy stosują się do platońskich rad z zakresu wielu dziedzin, wciąż możemy znaleźć ludzi, którzy chcieliby być mu bliskimi, bo i on jest dla nich bliski. „Pan i jego filozof” A.D. 2012 chciałoby się rzec.

Jestem w stanie zrozumieć tych ludzi, tak samo zresztą jak i samego Platona. Jeśli przeczytacie wstęp Witwickiego do najpopularniejszego w Polsce zbioru dialogów i sięgniecie do charakterystyki filozofa, jaka się w nim znajduje, w zasadzie otrzymacie obraz bliski mojej osobie.

Chłopak znakomicie umiał opowiadać i nadzwyczajnie naśladować ludzkie ruchy,tony mowy, sposób bycia. Rwał się na przedstawienia do teatru i po całych dniach czytał dramaty. Komedie Epicharma musiał mieć zawsze pod poduszką. Wcześnie też zaczął sam pisywać dytyramby i tragedie.

W towarzystwach bywał, oczywiście; zbierał wzorki, obserwował, jak kto mówi i jaka się w towarzystwie wytwarza sytuacja wzajemnych zamiarów i myśli skrytych poza słowami; bywał, bawił się, uczył się, służył w konnicy, życie miał jedwabne, a jednak nie był zadowolony do dna. Robić nic nie musiał z obowiązku; polityka go mierziła; nie miał najmniejszej ochoty iść na Pnyks czy na rynek, przedzierać się przez brudny tłum i polemizować z mównicy z lada kim. Czuły był jak mimoza na wszelkie zbyt grube dotknięcia. Toteż nachodziły go nieraz dziwne roztęsknienia i smutki: jakaś potrzeba płaczu na czyjejś piersi, jakieś pragnienia rzeczy niewidzialnych, górnych, jakieś marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, innych niż ci krzykliwi politycy w Atenach.

Czytywał pieśni orfickie o początkach wszechrzeczy, ciekawie słuchał wieści o dalekim, pełnym cudów i tajemnic Egipcie, marzył o oddalonych wyspach w słońcu, godzinami patrzał po nocy nad morzem, jak wschodziły gwiazdy a w nieokreślonej dali połyskiwały światełka na trójrzędowcach. Skąd płynęły, nie wiadomo; ale to pewne, że z innych, dalekich, pewnie cudnych krain. Jakiś głód rzeczy nowych, innych, odmiennych, lepszych; jakaś żądza poznania i podniesienia się ponad pospolity świat.

Miałem, co prawda, trochę inne lektury i nie służyłem w konnicy, ale reszta – zwłaszcza opisywanych skłonności się zgadza, włącznie z zainteresowaniem (starożytnym już dzisiaj) Egiptem. Znajdziecie we mnie podobne wyrafinowanie i subtelność, słabość do sztuki, przejawiającą się nieco teatralnym sposobem bycia. Podobnie jak u Arystoklesa dziecięce marzycielstwo z czasem utemperowane logicznym rygoryzmem dyskusji zmieniło się w spekulację, rozedrgana egzaltacja rzeczami niewidzialnymi i wzniosłymi – w holistyczną, monistyczną i hierarchiczną wizję mechanizmów–zasad rządzących światem, także tym ludzkich dążeń, podbita nieco wyżej sakralnym tonem. Czy wreszcie to samo zmęczenie nieoptymalnymi realiami politycznymi, skutkujące stworzeniem własnego ideału, racjonalizującego je. Na dobrą sprawę, jeśli przyjrzeć się bliżej temu, jak Platon postrzegał ustrój państw, a mianowicie jako emanację odpowiednich charakterów:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

bądź przyjąć jedną z interpretacji, mówiącą że „Państwo” de facto jest jedynie moralitetem odnoszącym się wyłącznie do człowieka i jego wewnętrznego ustroju (moralnego), zestawiwszy to z moimi pracami, zauważymy uderzające podobieństwo – z tą różnicą, że ja postuluję faktyczną możliwość uzewnętrzniania tej „struktury duchowej ludzi prywatnych” poprzez nadanie im suwerenności, która wpłynie dalej na pełniejszą realizację wszelakich potencjalnych bytów i relacji między nimi, jakie wyniknąć mogą, gdy da się [ludziom] całkowicie wolną rękę w obrębie ich własności. Mimo odmiennego charakteru państwowości wtedy i dziś, historia w jakimś stopniu zatoczyła jednak koło.

Tajemnica teorii form

No i ta platońska teoria form… Zdradzić Wam jej sekret? Tajemnicę długowieczności graniczącej z nieśmiertelnością? Wyjaśnić, z jakich powodów ludzie do dziś są jej gotowi bronić, pomimo istnienia kontrargumentów w rodzaju „trzeciego człowieka”?

Zajmował go Sokrates zrazu jako znakomity motyw artystyczny, jako pyszna figura charakterystyczna, od której trudno było oczy odwrócić, jako nadzwyczajny aranżer szczególnych sytuacji w rozmowach; obaj mieli artystyczną żyłkę, obaj się dusili w mieszczańskiej atmosferze Aten; tylko gdy młody, subtelny Platon stał wobec tego środowiska ze wstrętem i obawą marzyciela wobec ordynarnej rzeczywistości — Sokrates, wychowany w tłumie, nie brzydził się i nie obawiał walki wręcz z jego najtęższymi wodzami, i wychodził zawsze zwycięsko.

Jakże go po kosmatych rękach całować musiał biały Platon po takiej nadzwyczajnej rozmowie z tępym Eutyfronem o pobożności i jak mu smutne oczy błyszczeć musiały, kiedy trzeźwy inżynier Kallikles bronił wartości i zwycięstwa siły w walce o byt, a Sokrates mówił o moralnym tryumfie dusz bezbronnych a jasnych, chociażby padły nawet, złamane przemocą gawiedzi.

(…)

A kiedy godzinami rozmawiał Sokrates o dzielności, o pięknie, o miłości, rozkoszy, odwadze, kiedy pracowicie odrzucał jednostkowe odpowiedzi pytanych, bo szło nie o poszczególne przykłady, tylko o treść pojęcia ogólnego, kiedy się przechodziło szeregi przykładów z życia, odrzucało cechy nieistotne, a zbierało cechy wspólne, kiedy się w umysłach młodych ludzi z wolna formowała abstrakcja jasna i skończona jak kryształ, Platon czuł, że się przed nim jakiś nowy, upragniony świat otwiera. Zdawało mu się, że Sokrates mówi właśnie tak, jak on od dawna pragnął, żeby ktoś mówił. Tak jest! (…) To nie może być, żeby w świecie wszystko wciąż musiało ginąć, żeby żywiołem wszystkiego była brutalna walka, żeby z manowców myśli nie było innego wyjścia nad pięść czy też lisi spryt życiowy, żeby nauki eleatów o czymś, co naprawdę jest niezależne od ludzkiego widzimisię, miały być tylko fantazją. Oto Sokrates wychodzi z manowców: oto wciąż przytacza i odrzuca konkretne przykłady i odsłania w nich kolejno jakieś jedno wspólne znaczenie. Jakaż rozkosz była Platonowi słuchać tego i iść myślami śladem mistrza z zapartym tchem i świecącymi oczyma. Zdawało mu się, że już gdzieś, kiedyś podobnie cudne chwile przeżywał. Chyba w innym, lepszym świecie — nie tu. „Wszelkie nabywanie wiedzy, to tylko przypomnienie tego, co dusza kiedyś w innym świecie oglądała.” Tak uczył później Platon, mistrz szkoły. Ale oto już się miał ku końcowi dialog, już prawie cała i skończona abstrakcja świeciła odsłonięta spod nawału marnych, mamiących i niejasnych konkretów, już wiedzieli towarzysze rozmowy, co to jest ,,piękno samo”, a nie ta lub owa rzecz piękna; Platon nie wiedział, Platon je widział prawie, prawie dotykał, czuł, że ono jest, bardziej jest, niż zmysłowe przedmioty znikome.

Czuł, że przebywa w lepszym, wyższym, wiecznym, oderwanym świecie, że prawie obcuje z bytami wiecznymi, ogólnymi, nie dającymi się uchwycić ręką ani potrącić oczyma śmiertelnymi. Jak towarzysze jego widzieli i pamiętali tylko zmysłowe przedmioty podczas rozmów potocznych, tak on, kiedy Sokrates modelował definicje, czuł, że widzi prawie oczyma duszy jakieś przedmioty nadzmysłowe, ponazywane imionami ogólnymi, unoszące się niby duchy czyste nad ziemią.

Ideami je nazwał później, kiedy przetopił te chwile nastrojów na teorię nie zawsze jasną i nie zawsze konsekwentną. A nie była „nauka” o ideach dość jasna, bo mu nie wyszła ta koncepcja poetycka ze spokojnych dumań nad pergaminowymi zwojami, tylko mu wykwitła z dreszczów zachwytu i blasku oczu rozwartych, i z chwil, w których nie czuł, gdzie jest, i słów mu brakło w zaciśniętej krtani.

Teraz Sokratesa kochał jak dziecko i czcił go, jak się bohaterów czci. Nie wierzył może nawet później chwilami, żeby Sokrates mógł był idej nie oglądać, skoro mu je sam odsłonił; kiedy stary milczał na jego zachwyty, on był przekonany, że Sokrates mówić tylko nie chce. Jemu się przecież niekiedy to narzucać musiało, że Sokrates z ideami obcował.

Większość z pewnością powie, iż zapewne chodzi o tę wieczność, dającą możliwość zakotwiczenia dla nieśmiertelności, dla nauki o duszach, stawiając na ewentualny spirytualizm obrońców teorii form, w nim doszukując się głównego ich interesu. I pewnie jacyś spośród nich faktycznie takim się kierują, powiedzmy fanatyczni katolicy, którzy bronią Platona o tyle, o ile jest im to potrzebne do obrony swej własnej wiary, która z niego czerpie. Ale to nie jest jakaś dominująca i specjalnie ważna grupa.

To może chodzi o warstwę estetyczną? Ludzie bronią teorii form, bo im się podoba. Uznają ją za tak piękną, elegancką czy dającą to uniesienie, opisywane przez Witwickiego, że nieistotne stają się nawet jej kluczowe niedostatki i dzisiejsza niewielka wartość poznawcza. Mimo upływu ponad dwóch tysięcy i trzystu lat z kawałkiem jest po prostu wspaniałym przedmiotem estetycznym i jako taki nie może być mieszana z błotem. Gdy już jest, podnosi się larum. Ale znowu, ilu ludzi decydowałoby się na jej obronę z takiego powodu? „Wszyscy!” zakrzykniecie. „Głupio jest im z tego powodu nawet we własnym gronie, więc skurwiele się maskują i nigdy nie przyznają, że trzymają się memu wymyślony przez jakiegoś Ateńczyka w starożytności, narażając na ośmieszenie, tylko dlatego że im się podoba.” Nie. Samą estetyką tego fenomenu też nie wyjaśnicie.

Pomogę Wam. Sam rozwikłałem tę zagadkę dość niedawno, a mianowicie gdy ponownie przeczytałem dwa ostatnie akapity swego komentarza, pozostawionego u Smootnego oraz jego odpowiedź i zestawiłem je z filmikiem pod własną notką o Spencerze. Przy charakterystyce jednej z jungowskich funkcji poznawczych, introwertycznej intuicji (Ni), słyszymy coś takiego:

When you’re explaining something to INFJ or when they’re trying to learn about something, they’re gonna have this inclination to push away all the details of what you’re saying or what they’re learning about and really dive in to the core ideas about something, the core meaning. What is really all about. So, in their topics of interest they’re gonna want to dive deeply into them, in order to extract that core idea, that meaning.

Teraz powinniście już dostrzegać dokąd zmierzam. Pomijając pewną niezgrabność jaką powoduje angielskie ”idea” ze swym platońskim rodowodem odnoszącym się do tego, czego pochodzenie chcę dopiero wyjaśnić, należałoby zapytać: czym są te szczegóły odrzucane przez INFJ i czym jest to rdzeniowe znaczenie, sedno rzeczy? Otóż sądzę, że gdybyście zebrali młodych, niewyrobionych jeszcze filozoficznie reprezentantów tego typu osobowości, zapytali ich „Co to znaczy »mieć wiedzę o przedmiocie?«”, przygotowali kilka odpowiedzi do wyboru, a wśród nich, jakąś sugerującą znajomość jego cech konstytutywnych (np.: „Mieć wiedzę o przedmiocie, to znać jego własności, dzięki którym utrzymuje swoją tożsamość (pozostaje sobą), a których zmiana poskutkowałaby jej utratą.”), po czym kazali wybrać, ich zdaniem najbardziej adekwatną, to właśnie taka cieszyłaby się największym uznaniem i byłaby im intuicyjnie najbliższa.

Dodawanie, bez względu na to, czy sumujesz 2 z 2 czy 3 z 5, przejawia te same właściwości. Jeśli je znasz, rozpoznasz to działanie bez względu na kontekst dodawanych liczb. Bez trudu odróżnisz też je od odejmowania – na przykład po tym, że jedno jest przemienne, a drugie nie. Znaczy, przemienność lub jej brak jest potrzebna, aby coś pozostało tym, czym jest. Za pomocą zmian kontekstu w jakim znajduje się przedmiot, można natomiast uchwycić najbardziej stałe i niewrażliwe na te zmiany, elementy – to właśnie one stanowią o sednie, istocie rzeczy.

Oczywiście, każdy z nich doszedłby prędzej czy później, do wniosku, iż sporym ułatwieniem w szukaniu tychże cech, jest istnienie wielu egzemplarzy czegoś określanego tym samym mianem. Wystarczy zastanowić się nad ich częścią wspólną, abstrahując od różnic, a dzięki temu zyskujemy bardzo podstawowe konstytutywne każdego z tych przedmiotów, i to hurtowo. A przy okazji powszechniki, stanowiące w największej mierze, najtwardszą, najbardziej centralną część sedna, istoty danej rzeczy. Jesteśmy w domu?

Zdajecie sobie już sprawę, z tego na czym polega faktyczna niesamowitość teorii form? Nie na tym, że w pewnym momencie stanowiła jakąś odpowiedź na problemy postawione przez poprzedników, takie jak problem tożsamości, zmiany czy relacji między bytem a pozorem, z którą nie radziła sobie teoria Parmenidesa. Ale na tym, że Platon tworząc ją, uwiecznił zarówno w swej ontologii, jak i kosmologii tak naprawdę nic innego, jak swoją dominującą funkcję poznawczą. Stworzył w nich nieśmiertelny autoportret swego sposobu myślenia. Był człowiekiem ze skłonnością do nieustannego szukania istot rzeczy (językiem fenomenologii – widzenia istotnościowego), a tę prawdę o sobie odniósł do świata i jego budowy. I to jest całkowicie oczywiste, jeśli się nad tym zastanowicie. Skoro to głównie w ten sposób poznawał świat i odnosił w tym sukcesy (począwszy od skutecznego odróżniania od siebie przedmiotów, na działaniach matematycznych skończywszy), jasne było dla niego, że struktura świata musi być kompatybilna z tym sposobem poznania. I na jakimś poziomie nawet jemu podobna. Epistemologia zawsze pociąga za sobą jakąś ontologię. Opis sposobu poznania determinuje charakter poznawanych przedmiotów. Człowiek poznający świat poprzez poszukiwania i zestawienia istot rzeczy, ostatecznie uznał, iż wszystko w nim jest efektem ich odbicia, uczestnictwa w nich.

Mówi to Wam inny człowiek poznający świat w dokładnie ten sam sposób. Taka jest istota genezy teorii form. [śmiech]

Ten swoisty, odciśnięty, metafizyczny autoportret Arystoklesa przetrwał do dziś. Jest jak wampir, którego nie powalą kolejne drewniane kołki, wbijane w jego serce. Nie dlatego, że daje nadzieję na życie wieczne. Ani dlatego, że jest ładny czy elegancki. A z tej przyczyny: nie stanowi on tylko i wyłącznie portretu samego Platona, ale też wszystkich ludzi mu podobnych, których cechuje ta sama inklinacja do rozumowego ujmowania rzeczy, definiowania, opisywania ich budowy. Wyławiania z nich jakichś wewnętrznych jakości, uznawania je za kolejne przedmioty i poddawania ich temu samemu oglądowi. Gdy tacy ludzie po raz pierwszy stykają się z platońską filozofią, odnajdują świat, podporządkowany ich najbardziej naturalnemu sposobowi postrzegania go. Świat zbudowany tym sposobem postrzegania. I odnajdują w tej filozofii część siebie, siebie dosłownie i w przenośni. Dla żartu wtrącę – istotniejszą część siebie. [śmiech] Bardzo często mamy wtedy do czynienia z tym, co tak udanie oddał Witwicki, w przytoczonym wstępie – z uczuciem posiadania czegoś niewyrażalnego na końcu języka, co w końcu zostaje ujarzmione i objawione. Ten przez niego opisany zachwyt, jakiego doznał młody Ateńczyk, przeżywało następnie wielu jego czytelników. Ostatecznie jednak był to zawsze zachwyt ich swojością.

Jakże to cudownie introwertyczne i narcystyczne zarazem!

Twórczość filozoficzna emanacją charakteru jej twórcy

Motywacja wszechczasowego frontu obrony Platona powinna stać się dla Was oczywista. Sprawa nie tyczy jakichś nadziei na przyszłość pozagrobową, ani też upodobań estetycznych, a czegoś znacznie bardziej osobistego – czegoś czego, w odróżnieniu od tamtych spraw, nie można zmienić i zastąpić czymś innym – przynajmniej nie bez szkody dla siebie samego. Dlatego też walka ta jest zacięta i nieskończona, a stawka – bardzo wysoka. Tutaj dochodzimy do nieco przygnębiającego wniosku, że w sporej części nasze filozoficzne sympatie i preferencje determinowane są naszymi osobowościami. Niektórzy nigdy nie będą dobrymi materialistami, przekonującymi empirykami, sprawnymi apriorystami. A stąd, niedostępne będą dla nich pewne perspektywy, otwarte dla innych. I vice versa.

Osobiście jestem naprawdę beznadziejnym sensualistą, nigdy nie miałem zaufania do swoich bezpośrednich wrażeń zmysłowych, mój daltonizm zresztą w zdobyciu tegoż na pewno nie pomógł. Dlatego też prezentuję zupełnie odmienny stosunek do obserwacji niż inni ludzie. Co nie tyle uświadomiła, ale raczej zachęciła do otwartego przyznania wspomniana wyżej rozmowa na blogu mego imiennika.

Sympatie i preferencje jednak pozostają. Kto odnalazł się u Platona, ten z pewnością znajdzie i za najbliższych sobie filozofów uzna: Plotyna i resztę neoplatończyków, średniowiecznych realistów pojęciowych, następnie długo, długo nic, potem ciutkę Hegla i resztę niemieckich idealistów: Fichtego, Schellinga, Schopenhauera, następnie Meinonga z jego teorią przedmiotu (hah, mój wieloletni faworyt) czy wreszcie fenomenologów z Husserlem i Ingardenem na czele (analiza eidetyczna, oto co lubimy, nieprawdaż? fuck yeah!), a na Davidzie Lewisie kończąc.

Teza na dziś: wielość stanowisk filozoficznych w znacznej mierze wynika z indywidualnego sposobu postrzegania świata, spór między nimi jest w zasadzie sporem między samymi ludzkimi charakterami i ich poznawczymi preferencjami. Grzęźniemy w quasi-polilogizmie. Ale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W końcu jakiś wkład w filozofię mają wszystkie stanowiska – każde może zostać użyte jako nawóz dla nauki, tak było z platońskimi ideami w przypadku elektryczności, immaterializm Berkeleya znaleźć możemy wśród kwantów w mikroświecie, atomizm materialisty, Demokryta też się zresztą przydał.

Gdybym miał okazję dziś pogadać z Platonem, za ten fragment o dążeniu wyłącznie do tego, czego się nie ma, zaprosiłbym go do wiedeńskiego Figlmüllera na ich delikatnego sznycla z kartoflaną sałatką, bo miał zadatki żeby zostać prawdziwym (proto)austriakiem. Ale spieprzył sprawę po całości i pozostał bufoniastym Ateńczykiem. Przez którego jestem dziś narażony na wycieki pamięci w programach pisanych w Javie i czytanie Kardaszewskiego, który prezentuje dokładnie tę samą arystokratyczną butę wobec świata działań zwykłych ludzi, tak samo jest przekonany, że to jego wrażeniom estetyczno-moralnym należy podporządkowywać świat, który ma tę samą potrzebę uczestniczenia w sferze rzeczy szlachetniejszych i wyższych niż te, które oferuje szara codzienność. Dziwnym jednak trafem, ta potrzeba specyficznej duchowości jest w stanie zadowolić się czymś tak żenującym jak prymitywna statolatria, zwłaszcza w wydaniu narodowosocjalistycznym. No ale widocznie istnieje szlachetność i zbastardyzowana szlachetność…

Doktorowi Kardaszewskiemu serdecznie współczuję i życzę, aby znalazł wreszcie taki sposób wykorzystania swoich naturalnych talentów, który rzeczywiście przysłuży się jego lokalnemu otoczeniu i dla odmiany je nimi wzbogaci, co przyniesie mu społeczny szacunek, którego tak pragnie, a którego z pewnością nie zdobędzie, postępując jak do tej pory. Naprawdę, większą przyjemność sprawiają ludzie, którzy cenią nas z miłości, a nie dlatego, że trzymamy nad nimi bat i nachalnie pozujemy na ich wzory i wychowawców. A tym bardziej diagnozujących ich psychiatrów.

Tak więc Arystoklesie, ode mnie masz tego sznycla, a pod stołem solidnego kopniaka w łydkę i karnego kutasa za chujowe eksperymenty na Sycylii oraz kardaszewski stosunek do handlu i biznesu.

Wersja offline – PDF

Hmm. Ilustracją muzyczną tego tematu może być tylko jeden utwór.