Zmierzając w stronę antropicznej teorii form

Wstałem i zobaczyłem za oknem kupę śniegu. W lany poniedziałek. Ponieważ tradycji powinno dziać się zadość, młodzi ludzie zabrali się za dyngusowanie, tyle że wodą w innym stanie skupienia i teraz dybią na naszą rzekomą nietykalność cielesną śnieżkami i soplami. Momentalnie narzuciło mi się, że aktualnie furorę robi przecież temat rosnącej średniej temperatury na Ziemi i prognoz dalszego jej wzrostu oraz powiązanych z tym: eksterminacją wiosny, wydłużaniem jesieni i przesunięciem zimy, znany popularnie pod hasłami »globalnego ocieplenia« i »zmian klimatu«. Toczy się dyskusja na temat przyczyn tego zjawiska, no i jak wiadomo, część środowiska naukowego uznaje, że jest one spowodowane działalnością człowieka. Temat ten nie jest dla mnie istotny. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu, nie mam żadnych wyraźnych preferencji względem pogody i klimatu, nie robi mi większej różnicy, czy śnieg będzie padał w grudniu, czy czerwcu i czy w ogóle będzie padał, ani to czy będzie cieplej, czy zimniej. W zasadzie mógłbym mieszkać w każdej strefie klimatycznej. Po drugie, żyję dość ascetycznie, więc tak czy owak, nie mam już zbytniego pola manewru, by cokolwiek ograniczać czy poświęcać na rzecz ewentualnego ratowania świata. Skoro zatem nie wiążę z klimatem, ani żadnego interesu w jego zmianie czy konserwowaniu obecnego stanu, ani też nie dysponuję środkami, jakie ten interes pomogłyby zrealizować, sprawa jest całkowicie poza moją kontrolą, a skoro tak, to nie zamierzam zaprzątać sobie nią głowy.

Natomiast cała ta sytuacja związana z poniedziałkowym śniegiem, globalnym ociepleniem a zwłaszcza hipotezą o antropogenicznych jego przyczynach, przypomniała mi, że miałem się za coś zabrać. Za coś, co i tak gdzieniegdzie przebijało z moich tekstów. Widzicie, wspomniana hipoteza jest próbą (mniejsza o to, czy skuteczną, czy nie) wyjaśnienia zaistnienia pewnego zjawiska w określony sposób: przez postawienie jako przyczyny — działań człowieka.

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uczynienia czegoś podobnego, ale na szerszą skalę. Zamierzam w następnych notach przyjąć taką strategię eksplanacyjną, która polegałaby na wyprowadzaniu zasad racji bytu danych przedmiotów, w oparciu o jakości przedmiotów będących ich przyczynami. Tam, gdzie przyczynę stanowi człowiek, w rezultatach jego działań należy doszukiwać się jego charakterystyki. Podpisu czy pieczęci odciśniętej przez jego czyny, stojących za nimi motywów, opartych na jakichś marzeniach i nadziejach, też utrzymujących przecież jakąś tożsamość, złożonych z jakości, które również zostały wygenerowane, odciśnięte w określonym kształcie przez takie, a nie inne formy odczuwania i myślenia. Do pewnego stopnia zrobiłem to w przypadku wpisu o Platonie portretującym w swej filozofii samego siebie. Wpis ten stanowił wprawkę. W jej zakończeniu pozostawiłem sobie otwartą furtkę, by w nieokreślonej przyszłości powrócić do tego sposobu czynienia zrozumiałym efektów naszej działalności.

Prawdą jest to, iż zdarzało mi się z niego korzystać w przeszłości, jako że łatwo oprzeć go na widzeniu istotnościowym, do którego mam tak wielką słabość, ale odbywało się to raczej okazjonalnie. Tym razem chciałbym spróbować zaprzęgnąć tę strategię do bardziej konsekwentnego użytku, być może wypracowując poprzez nią jakąś kolejną teorię form. Jak zdążyłem już zauważyć w pierwszym moim blogowym tekście, w coraz większym stopniu byt staje się i będzie stawał się antropocentryczny. W związku z tym, jeszcze bardziej uzasadnionym krokiem przestawiać się na uzasadnianie bytu i jakości rzeczy, istnieniem i jakościami ludzi, którzy działają, pozostawiając po sobie wszelkiego rodzaju pamiątki.

Pampalini, narzekając kiedyś na moją skłonność do ekshibicjonistycznego ujawniania swojego strumienia świadomości (a przede wszystkim dalszego babrania się w nim i zastanawiania jak kształtuje się myśl, z jakich idei jest formowana, krótko mówiąc: podejmowania prób ustalenia jej źródeł oraz w drugą stronę: dociekania takich spraw jak to, w imię czego jest konstruowana, co jest interesem jaki za tym stoi i motywem do jej wytwarzania?), stwierdził podobieństwo do procesów gastrycznych i uznał, że jego interesuje jedynie gotowy produkt ostateczny — sama myśl, koncepcja, uzasadnienie czegoś i tegoż praktyczna wartość, a nie pochodzenie, środki produkcji i inne tym podobne. Żachnąłem się wtedy, bo z tego porównania nieuchronnie wynikało, że myśl ludzką zrównał z ekskrementami. Dziś jednak pójdę za tym wnioskiem, bowiem zamierzam w najbliższym czasie nauczyć się tropienia. Tak jak możemy nauczyć się po odchodach w lesie rozpoznawać zwierzęta, tak ja chciałbym nauczyć się rozpoznawać ludzi po ich pozostałościach intelektualnych w nauce, kulturze czy biznesie.

Ponieważ Dziewic wciąż montuje swoją steampunkową ontologię maszynową, za jaką być może pójdzie następnie ciekawa, oryginalna typologia:

Staram się tak skonstruować ontologię maszynową, aby pozwalała ona na badanie zjawisk o różnej skali: od indywidualnych typów psychicznych (psychicznych w Nietzscheańskim sensie, fizjologicznych) po globalne systemy społeczne.

(którą z chęcią przetestuję, jeśli się już pojawi, ale do tego jeszcze długa droga pewnie…), a ja zamierzam zaczynać teraz, postanowiłem skorzystać z już gotowego narzędzia, wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. Dlaczego wybrałem akurat ten system? Sprawdzałem już wiele typologii, łącznie z Global 5, R-Drivem czy MOTIVem, „wielką piątką”, testem osobowości Eysencka, ale żadna z nich nie wyznacza swoich podziałów poprzez wytyczenie równie fundamentalnych cech biegunowych, względem których można byłoby się orientować, a tym bardziej, za żadną z nich nie stoi większa przewodnia myśl, którą można byłoby wykorzystać do podobnego przedsięwzięcia, jakie sobie zamierzyłem. Owszem, niektóre z nich są całkiem ciekawe ze względów technicznych, ale same w sobie niewiele wyjaśniają — grupują jedynie ludzi pod pewnymi, dość powierzchownymi, względami.

A Ty którym "mostem" jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

A Ty którym „mostem” jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

Przewaga MBTI zawiera się w podstawie systemu – jungowskim podziale funkcji kognitywnych, które same mogą być skierowane do wewnątrz (introwertycznie) bądź na zewnątrz (ekstrawertycznie). O ile z większości testów starających się jakoś podsumować osobowość, oczywiście, dowiemy się, czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami, o tyle w przypadku MBTI dostaniemy pełniejszy wgląd, bo okaże się, że nie jesteśmy ekstrawertykami bądź introwertykami w całości, a poniekąd stajemy się nimi, głównie ze względu na ukierunkowanie najsilniejszej funkcji poznawczej. W każdym introwertyku znajdziemy zatem coś ekstrawertycznego, w każdym ekstrawertyku – coś introwertycznego. Kluczowe jest jednak, co to takiego i do jakiego stopnia na tym bazujemy. Dopiero z rozkładu i ukierunkowania tychże funkcji można zbudować szkielet osobowości danej osoby, wraz z wieloma jej skłonnościami bądź talentami. Każda funkcja ma jakąś swoją tożsamość oraz za coś odpowiada. Każda jest więc rozpoznawalna, bo wiadomo za co odpowiada, więc i na podstawie samego zachowania jesteśmy w stanie wywnioskować, która z nich doszła w danej osobie do głosu.

Rozkładówka 16 typów z ich czterema głównymi funkcjami kognitywnymi

Oczywiście, w większości wypadków będą one ze sobą zgodnie współpracować, często na zasadzie komplementarności. Jednak co interesujące, niejednokrotnie będziemy mogli odnieść wrażenie, że zdają się one mieć pewną autonomię i starają się wypłynąć na wierzch, dominując nad pozostałymi — dobrą tego ilustrację stanowią dylematy powodujące wewnętrzne rozdarcie. Bardzo często bowiem, sprowadzają się one do sporu postulatów o treściach reprezentujących dane funkcje, które walczą ze sobą o wolicjonalny prymat realizacji własnej opcji. Poczucie sprzeczności, działania wbrew sobie samemu, a jednocześnie zgodnie ze swoją wolą, wyjaśnić możemy konfrontacją tych naszych wewnętrznych struktur. Ponieważ każdy typ psychologiczny ma swój, unikalny zestaw funkcji, u każdego z nich wspomniane, potencjalne rozdarcia będą przebiegały względem innych „uskoków”, odmienna będzie także ich specyfika. Stąd też mamy wytłumaczyć, z jakiego powodu dla jednych ludzi niektóre pary alternatyw wcale nie będą stanowić dylematów, wręcz przeciwnie, wybór któregoś ich członu będzie dla nich banalnie łatwy i nie przestaną zachodzić w głowę, jak dla kogoś innego, podobny wybór w ogóle może być problematyczny czy tym bardziej, ze względów egzystencjalnych, destruktywny. I vice versa. Po prostu, każdy z typów osobowości ma ulokowane gdzie indziej swoje, że się posłużę gwiezdnowojennym terminem, punkty przełomu — newralgiczne miejsca, najwrażliwsze i najbardziej podatne na wzajemne kruszenie i rozłam.

Innymi słowy, solą MBTI nie jest sam podział na typy, wtórne wobec sposobów postrzegania, odczuwania czy myślenia (do wewnątrz, bądź na zewnątrz), a wyszczególnienie tych ostatnich, co jest najbardziej obiecujące dla moich zamierzeń, jako że sposoby te stanowią jednocześnie środki produkcji wobec wszelkich decyzji i jako takie są używane przez działające jednostki. Sam wybór typologii jest zresztą kwestią drugorzędną. Jeśli znajdzie się lepsza, dogłębniej wyszczególniająca formy, za pośrednictwem których ludzie postrzegają zjawiska i przekształcają świat, będzie mogła zająć miejsce wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. W każdym razie, to akurat jest element wymienny i nie będę się specjalnie przy nim upierał, jeśli znajdę, stworzę czy dostanę lepszy. Nie ukrywam też wcale, że częściowo, mój wybór podyktowany jest popularnością tej akurat propozycji – dzięki niej mogę „wysłużyć się” innymi (czytaj: skorzystać ze spostrzeżeń jakich dokonali, zaoszczędzając swój czas), w jakimś stopniu też weryfikować swoje sądy na podstawie porównań i konfrontacji przeczących sobie interpretacji danych zachowań. Praktyka zresztą potwierdza potencjał, jaki dostrzegam w tym systemie: w przeciwieństwie do innych, ludzie korzystający z tego narzędzia podejmują próby rozpoznawania typu osobowości historycznych postaci poprzez owoce ich działań. Przykładem może być serwis Celebrity Types, w którym znajdziemy takie oto soczyste infografiki z porównaniami:

Za każdym z wynotowanych tam poglądów czy zachowań stoją jakieś funkcje kognitywne. Ponieważ sam jestem INFJ, najłatwiej, bo z miejsca, będzie mi Wam rozszyfrować Spinozę i Platona. Otóż, jeśli zestawimy ich ze sobą, zauważymy też pewne podobieństwa w ich pracach, zwłaszcza w charakterze filozofii jaką tworzyli. Obie były unifikujące, wymierzone przeciw konfliktowi. Obie były aprioryczne. Obie bliskie mistycyzmowi. Obaj filozofowie podobnie radzili sobie ze sprzecznościami, tworząc na szczeblu wyżej ich syntezę, podporządkowując je jakiejś nadrzędnej im myśli, hierarchizując swą narrację.

Te zbieżności są nieprzypadkowe. U obu dominującą z funkcji była introwertyczna intuicja (Ni), którą możecie wyobrazić sobie jak soczewkę skupiającą światło – premiującą myślenie konwergentne, nad którą nie ma się żadnej kontroli, bo zasilanie leży poza nią. W pewnym momencie wskazuje ona to właściwe, aczkolwiek najczęściej dalekosiężne rozwiązanie, które trzeba później opracować, ale co do którego ma się niezachwianą pewność i robi się to z przeświadczeniem o jego niezaprzeczalności – grzebanie w empirii jest zbędne. W połączeniu z introwertycznym myśleniem (Ti) (zauważcie, obie funkcje stricte poznawcze skierowane są do wewnątrz!), kończy się na aksjomatyzowaniu wyabstrahowanych z jakiś abstraktów kolejnych abstraktów, określanie relacji między nimi, które ostatecznie są i tak bliższe, bardziej oczywiste oraz nurtujące w o wiele znaczniejszym stopniu, niż ta sensualna, rozedrgana, namacalna plama za oknem, która nam ich dostarcza, zwana przez Was rzeczywistością. Więc jaki, kurwa, empiryzm? ;) Empiryzm to policzek dla naszej swojości, wszakże metoda eksperymentalna jest okazywaniem braku szacunku wobec rzeczy wzniosłych.

Jednakże nie wszystko w twórczości Spinozy i Platona można wyjaśnić połączeniem tych dwóch funkcji. O ile umiłowanie aprioryzmu, i owszem, o tyle unifikacji – już nie. To znaczy, samą jej „techniczną” i intelektualną stronę, jak najbardziej, bo w gruncie rzeczy najczęściej też sprowadza się do użycia myślenia konwergencyjnego, ale nie wytłumaczymy tym motywu snucia rozważań o jakichś nadrzędnych całościach, Jedniach czy jedynej substancji. Skąd więc to się bierze? Z ekstrawertycznego czucia (Fe), które u nas jest drugą po intuicji najsilniejszą funkcją. Ponieważ jest zwrócona na zewnątrz, odpowiada za potrzeby emocjonalnego kontaktu z innymi ludźmi, nie sobą samym – na ogół więc czujemy się tak, jak czuje się rezonujące w nas otoczenie. Funkcja ta determinuje nasze towarzyskie ciepło, taktowność i układność, czasami chęć utrzymywania pozorów, po to by kogoś nie zasmucić. Jeżeli dochodzi do jakiegoś konfliktu, często zdarza się, iż stajemy w roli samozwańczych mediatorów, wchodzących między wódkę a zakąskę, po to tylko by je rozładować, bądź zakończyć, bo to jest także naszym interesem: źle czujemy się tam, gdzie źle czuje się ktoś inny, co nam się udziela. Generalnie więc, ta funkcja odpowiada też za sporo zachowań mesjanistycznych, romantycznych i ogólnie rzecz biorąc, samobójczych. Rozumiecie już? Sprzeczności w myśli filozoficznej są po prostu metaforą konfliktu między ludźmi. Konfliktu, który nas rani. Jeśli jest jakaś sprzeczność, to w końcu ktoś może opowiedzieć się jednym stanowiskiem, a inny za drugim. I o ile większość ludzi oczekuje wtedy poparcia jednego bądź drugiego bądź nie wtrącania się w taki spór, o tyle INFJ zazwyczaj zachowują neutralność, uznając że żadna ze stron nie zasługuje na ich poparcie (bo w końcu tamci walczą o jakieś swoje interesiki, które my co prawda rozumiemy, ale są dla nas nieistotne i niewarte spięcia), ani też na eliminację, jednak konflikt trzeba i tak wygasić i tu pojawia się potrzeba syntezy na jakimś wyższym poziomie, czyli odpowiednik jakiegoś salomonowego wyroku. I tu wkraczają Jednie i inne panteizmy, Absoluty, Byty od Parmenidesa i reszta maksymalnie inkluzywnych przedmiotów, w których może mieścić się WSZYSTKO, czyli w domyśle – WSZYSCY. Dopóki jest możliwość uwzględnienia wszystkiego, bez odrzucania i rezygnowania z czegokolwiek (i bycia niemiłym dla tegoż), będziemy z niej korzystać.

 A czym innym podyktowane było moje dążenie do ideału systemu politycznego, który pozwoliłby jednostce, w ramach jej uprawnień, na kreowanie własnego, dowolnego aksjologicznie ładu? Systemu, który powstał, gdy libertarianizm okazał się w swej budowie zbyt wykluczający? Rozwijałem i będę rozwijał nadal koncepcję świata najbogatszego pod względem ontycznym jako jednocześnie najbardziej wolnościowego, w którym rzekomo konkurencyjne i sprzeczne względem niego stanowiska nie są wykluczone, ale stanowią możliwy do wyprodukowania towar. Czy to nie jest ten sam manewr ucieczki w górę? Wolnorynkowy odpowiednik czegoś w największym stopniu inkluzywnego, czegoś co będzie manifestacją przedmiotu najuboższego treścią, lecz o najszerszym zakresie, z genezą antropogeniczną? Niewątpliwie! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę infografikę ze Spinozą i na niej:

when faced with a logical contradiction, adds up both positions to form a greater whole

pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było: „Przecież to jest niemalże mój znak rozpoznawczy! Robię dokładnie to samo. Wdrapuję się na jakieś szczyty, by uspokajać skłóconych, znajdując im obu miejsce w systemie, jakąś funkcję, dzięki czemu uda się zachować obu.” Baruch zadziałał podobnie. Chciał zachować majmonidesowy mistycyzm i kartezjańską racjonalność. Stworzył coś, co połączyło jedno z drugim. I choć w more geometrico jak najbardziej widoczne są wpływy Ni i Ti, sam motyw ukucia czegoś takiego, wynika jak najbardziej z Fe. Spory filozoficzne są więc w dużej mierze sporami między ludzkimi charakterami. Skłonności do danych stanowisk wyjaśnić można wewnętrzną budową implikującą sposób bycia i życia, preferowanych sposobów postrzegania.

Antropiczna teoria form, nawet gdyby powstała, miałaby oczywiście swoje ograniczenia i to dość znaczne. Nie obejmowałaby oczywiście tego, na co człowiek nie ma wpływu. Zarówno w sferze makro — nie mogłaby wyjaśnić właściwości praw fizyki, bo one są „odciśnięte” przez coś innego niż ludzi, jak i mikro; nie wyjaśniłaby biologicznych mechanizmów dziedziczenia. (Chociaż mogłaby wyjaśnić już ewentualne starania człowieka, by odpowiednio zarówno jedne i drugie, zmienić czy nagiąć do swoich potrzeb.) W obu przypadkach takie filozofowanie musiałoby ustąpić „prawdziwej nauce” w postaci odpowiednio: fizyki i genetyki, należy zauważyć, że i one same korzystają z podobnej teorii odciśnięć, tyle że ogólniejszej, gdy poszukują dróg przekazywania informacji czy jakichś zbiorów stałych, determinujących jakość czy rację bytu przedmiotów od nich zależnych. Natomiast z całą pewnością to podejście odniosłoby sukces w innych kwestiach, dotyczących dynamiki świata ludzkich działań, wyjaśniania kształtu kultury i jej zmian. Przykładowo, na polu estetyki pomogłoby wypracować teorię gustów, a dzięki takowej można byłoby przewidywać, co się komu ma szansę spodobać i z jakich powodów (harmonizowanie dzieła ze specyfiką funkcji poznawczych odbiorcy).

Myślę, że gra jest warta świeczki. Całość opiera się na prostej myśli: podobieństwa generują podobieństwa. Trzeba znaleźć tylko odpowiednio dobry miernik podobieństwa i nauczyć się patrzeć, a jest przecież na co… Rozedrgana plama za oknem drga, drga, drga…

Inspiracje?

Nie podaruję tego, co irytuje tak pampiego — postaram się znaleźć źródła tego pomysłu. Główną rzeczą przychodzącą mi na myśl, jest oczywiście metafizyka klasyczna i jej pierwsze zasady. Mógłbym też nawiązać pewnie do mistyków i ich przekonania o równoważności mikrokosmosu wewnątrz człowieka i makrokosmosu na zewnątrz, które są tym samym, pochodzą z tego samego źródła, więc badając siebie przez bardzo głęboką introspekcję, możemy dojść także do pewnych jakości świata zewnętrznego, z którym jesteśmy kompatybilni i musimy mieć coś wspólnego. Można byłoby tę intuicję rozciągnąć i poszerzyć w duchu ewolucjonistów: skoro istniejemy w dzisiejszych warunkach, bo jesteśmy przystosowani do istnienia w dzisiejszych warunkach — zatem, jeśli przystosowanie uznać za relację pewnej zbieżności, jakie są dzisiejsze warunki i jacy jesteśmy my sami? Gdzieś trzeba postawić paralelę, skoro jesteśmy zdolni żyć w takim otoczeniu. A dalej to już prosto, wystarczy zapytać o naszą bytność, efekty naszych działań, o ich jakości, wywnioskować z własnej budowy, dlaczego one są takie, a nie inne.

Albo wrócić do tego cytatu z Platona, skoro był podobny i pisał takie rzeczy:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

Pewnie mógłbym wyjaśnić to w ten sposób, ale wydaje mi się, że tak naprawdę ta rzecz przyszła z bardziej pop-kulturowych źródeł, w czasach gdy filozofią się nie zajmowałem (a były takie?!), przynajmniej nie wprost — w dzieciństwie. Właściwa, najstarsza i najbardziej prostolinijna część tej myśli, najprawdopodobniej pochodzi z filmów kryminalnych, w których ze sposobu mordu (najczęściej seryjnego), wyboru ofiar i innych dość skromnych, nieoczywistych poszlak, śledczy starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji i na ich podstawie stworzyć portret psychologiczny sprawcy, wnioskując z jego dzieła o nim samym, zawężając w ten sposób grono podejrzanych, czy w ogóle je typując. To sprawka takiego Obywatela X”, „Milczenia owiec” i innych hannibalowych filmów (w sumie, faworyzując swoich, powinienem z tego cyklu wybrać „Czerwonego smoka” ze względu na postać Willa Grahama) czy też zdecydowanie mojego ulubionego „Seven” Finchera. W każdym z tych obrazów, bardzo wyraźnie pojawia się ten motyw.

Ale mogę podrążyć temat jeszcze głębiej, znajdując chyba najbardziej bezpośredni i najlepiej pasujący wpływ. Na początku wydawało mi się to dość mgliste, bo zupełnie zapomniałem o tych książkach. W przyrodzie jednak nic nie ginie, a użycie terminu zaczerpniętego, niby przypadkowo, z „Gwiezdnych wojen” wcale okazało się nie być przypadkowe. Czyżby chodziło o podchwycenie pomysłu fikcyjnego Wielkiego Admirała Thrawna? Zresztą sami zobaczcie:

  • Pierwsze spotkanie czytelnika z Thrawnem. Fragment rozdziałuotwierającego„Dziedzica Imperium”: 1, 2, 3, 4

  • Jedyny raz, gdy się nie udało – koniec rozdziału piętnastego. 5

W skrócie:

Thrawn na podstawie kultury tworzonej przez jakiś gatunek czy populację danego świata, z jakim się mu przyszło potykać, potrafił określać ewentualne niedostatki, psychologiczne słabe strony wroga, jakie przekładał później na język wojny. Następnie wybierał taktykę w największym stopniu te słabości wykorzystującą, co sprawiało, że był przeciwnikiem wyjątkowo trudnym, bo rzucającym na swego oponenta jego największe demony, często pewnie takie, z jakich istnienia tamten nie zdawał sobie nawet sprawy — dopóki nie było już za późno…

Teraz zresztą przypomina mi się, że nawet bezpośrednio po lekturze tych książek, gdzieś w okolicach 1996, byłem dość sceptycznie nastawiony wobec możliwości przeprowadzenia analizy pod akurat takim kątem. Głównej trudności upatrywałem w odróżnianiu, przy dość skąpych informacjach, tego co jednostkowe, od tego co ogólne. O ile zgodziłbym się, że na podstawie dzieła możemy powiedzieć coś o jego twórcy, o tyle naciągana wydała mi się ekstrapolacja jego cech na resztę populacji, z jakiej pochodzi. Jak na podstawie rozpracowania jego dzieła wyodrębnić własności charakteryzujące wszystkich, spośród tych charakteryzujących wyłącznie jego samego, czyniących go pod pewnymi względami specjalnym? Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś cechy twórcy, na podstawie analizy jego dzieła, skąd właściwie możemy wiedzieć, czy ta cecha jest reprezentatywna dla ogółu? Tym bardziej w przypadku sztuki, którą przecież często, o ile nie zazwyczaj, uprawiają osobniki wyróżniające się pod pewnymi względami spośród pobratymców. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, iż w jakimś stopniu, jako reprezentant danego zbioru, artysta musi w jakimś zakresie być podobnym do pozostałych członków swojej społeczności, ale nie wiemy w jakim. I dlatego, chociaż ta metoda rozpoznania przeciwnika jest interesująca w zarysie i z pewnością imponująca w opisie, to już przy detalach i know-how staje się dziurawa jak sito. Co wcale, mimo tych zastrzeżeń nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą. Fantastyka ma być fantastyczna. Thrawn był widocznie geniuszem i znalazł jakiś sposób na obejście tych problemów albo był skłonny do większego ryzyka. Cykl Timothy’ego Zahna jest jednym z bardziej udanych franczyzowych zapychaczy spod znaku gwiezdnej sagi i w sumie szkoda, że to nie z niego zostanie wykrojona kolejna filmowa trylogia, tym razem pod patronatem kombinatu Disneya. Zresztą… nietrudno będzie zrobić coś lepszego od prequeli…

Koneser sztuki gromiący Rebeliantów, esteta, erudyta i geniusz wojenny – Mitth’raw’nuruodo. Jedna z ciekawszych postaci antagonisty, jaka została wykreowana na potrzeby starwarsowej franczyzy.

 

Wersja offline – PDF

Reklamy

Grafomańscy uszczęśliwiacze

W ramach wyprowadzkowych porządków, kilka miesięcy temu, z dawnego mieszkania wygrzebałem swoje stare szpargały. Ot, rzeczy jakich może od dekady nie widziałem, nie używałem, a w wielu przypadkach zdążyłem o ich istnieniu zapomnieć. Pośród nich, co typowe dla introwertyka, oczywiście także i książki. Te, które zostały pozostawione jako mniej istotne, cenne i których utratę stosunkowo łatwo byłoby przeżyć. Pochłaniane w całości w ciągu kilku godzin, zwłaszcza nocnych, kiedy to dom rodzinny się uspokajał i tempo życia spowalniało na tyle, że można było się wziąć za spokojną lekturę. Książki uznawane za wypełniacze, pozwalające miło spędzić czas, zamiast robienia czegoś innego – zadań do szkoły, obowiązków domowych czy grania na komputerze. Postanowiłem, że wezmę próbkę, sprawdzę co ja właściwie czytałem w młodości i w jaki sposób zmienił się mój odbiór tego przez lata. Do tej roli wytypowałem wyróżniającą się niemal odblaskowym kolorem okładki „Magię i złoto. Eseje” Isaaca Asimova.

Zbiór dzieli eseje legendarnego twórcy SF na kilka kategorii: część jest o fantasy, część o sprawach w ogóle pozaliteraturowych, kolejna o koniku autora – science fiction i wreszcie ostatnia, w której Asimov zdradza czytelnikom część tajników swojego warsztatu pisarskiego. Kategorie te oczywiście są dosyć luźne, bo eseista lubi czasem popaść w taką czy inną dygresję albo porównanie, które pozwoli mu na erudycyjną popisówę. „Magia i złoto” po latach wypada tak sobie, nawet bardzo tak sobie. Może dlatego, iż o ile jest w sam raz dla geeka na początku liceum, chociaż też nie stanowiła wielkiego objawienia, jeśli ten chociaż trochę interesował się tematyką poruszaną przez Asimova, tak dla geeka bliżej trzydziestki w większości jest zbiorem oczywistości. Nie znaczy to, że pozabeletrystyczna twórczość Asimova się postarzała czy zdezaktualizowała – z pewnością w dalszym ciągu ma tę zdolność do inspirowania, by świat próbować postrzegać racjonalnie, wciąż możemy znaleźć w niej pochwałę, chociaż nie tak bezkrytyczną, nauki. Jego tyrada przeciw narzędziu, jakie stanowią testy mierzące iloraz inteligencji i wyciąganiu pochopnych wniosków na ich podstawie, wciąż jest trafna. Tyle, że powtarzana dzisiaj na wykładach okrojonej psychologii wykładanej na uniwersytetach, nie ma już dawnej świeżości.

Asimov-eseista sprawdza się jako ktoś, kto wyciąga do młodzieży dłoń, by wprowadzić ją w meandry akademizmu, pokazać ciekawość odkrywania i opisywania świata, dla kogoś kto już je zna, a ciekawości tej nigdy nie zatracił – cóż, niezbyt wiele ma do zaoferowania. Wciąż można jednak znaleźć trochę dżusu, ale dużo bardziej interesującą kwestią jest refleksja: jak wiele treści mogło się wchłonąć przy lekturze i zinternalizować? I tym właśnie chciałbym się teraz zająć.

Nigdzie!

Podczas mniej nostalgicznej, niżbym się spodziewał, wyprawy w przeszłość natknąłem się na esej o utopiach. Twórca trzech praw robotyki zaczął tradycyjnie: od wyjaśnienia pochodzenia terminu, opisał zatem przypadek Tomasza Morusa…

More nie miał jednak żadnych złudzeń co do rzeczywistego świata. Słowo „utopia” pochodzi od greckich ou („nie”) i tópos („miejsce”), co razem znaczy „nigdzie”. Innymi słowy, More zdawał sobie sprawę, że ideał ten nigdzie nie zaistniał (a my wiemy, że jest tak do dzisiaj). W istocie jego książka opisująca idealne społeczeństwo posłużyła, mocą ostrego kontrastu, za narzędzie surowej krytyki rządzących jego czasów, w szczególności zaś władców rodzinnej Anglii, których rzecz jasna znał najlepiej.

Doszło jednak do całkowicie zrozumiałej pomyłki. Utopia, zgodnie z opisem, była tak cudownym miejscem, że nietrudno było usłyszeć w pierwszej sylabie zamiast ou greckie eu, które oznacza „dobry”, przez co „utopia” zmieniało znaczenie z „nigdzie” na „tam, gdzie jest dobrze”.

…następnie zaś przebrnął jeszcze ciut do przeszłości, wspominając „Państwo” Platona i biblijny Eden jako wcześniejsze literackie egzemplifikacje tego konceptu. Zabrakło mu chyba tylko Arkadii, możemy go jednak rozgrzeszyć, bo gnając dalej, podrzucił nam pozycję Bellamy’ego – „W roku 2000”, opowiadającą o Stanach Zjednoczonych pod rządami idealnego gabinetu socjalistycznego oraz „Walden Two” Skinnera

w którym przedstawione zostało idealne społeczeństwo zarządzane według zasad inżynierii społecznej, będących ekstrapolacją skinnerowskich teorii psychologicznych

Później powybrzydzał na potęgę, narzekając na niską wiarygodność i nikłą moc przekonywania czytelnika tych wszystkich pozycji, po czym, jak na orędownika SF przystało, przedstawił narodziny nowego nurtu utopii, w której to nauka i technika gra pierwsze skrzypce, poniekąd kompensując niedostatki moralne człowieka. Nie to jednak jest, moim zdaniem, najistotniejsze w jego tekście. Najciekawsze zarzuty wyprowadza z własnej pozycji pisarza a przez to i w jakimś stopniu dramaturga:

Wszystko na co pozwala taka literatura, to opis rzeczonego społeczeństwa i wyjaśnienie, w stosownie wyczerpujący sposób, jak dobre jest, jak doskonale sobie radzi i jak znakomicie przeciwdziała własnemu rozpadowi. Nie sposób jednak w ramach takich założeń umieścić żadnego dramatu, żadnych problemów, żadnego ryzyka, groźby katastrofy, wreszcie żadnej fabuły, która opisywałaby proces przezwyciężania najmniejszych choćby zgrzytów [utopijnej maszynerii]. Jasne jest bowiem, że gdyby którakolwiek z powyższych rzeczy była dopuszczalna, utopia nie byłaby utopią. Stąd prosty wniosek, że historie utopijne są z natury potwornie nudne […]

Opowieści utopijne są tak nudne, że praktycznie całkowicie paraliżuje to ich funkcję krytyki błędów i niedostatków istniejących społeczeństw. Czytelnik nie może porządnie wzruszyć się owymi usterkami, jeśli zasypia w trakcie lektury.

Asimov zwraca następnie uwagę, że próbą ominięcia tego problemu, było tworzenie dystopii:

A jednak czysto dystopijne opowieści są równie nudne i nieznośne jak jednoznaczne utopie. Weźmy pod uwagę najsłynniejszą ze współczesnych czysto dystopijnych historii, mianowicie „Rok 1984” George’a Orwella[…]. Osobiście uważam tę książkę za koszmarnie wręcz kiepską. Udało jej się zrobić wielką karierę tylko dlatego (moim zdaniem), że poniosła ją fala nastrojów zimnowojennych w Stanach Zjednoczonych.

Czysta utopijna opowieść potrafi grać tylko na jednej strunie: „Czyż to nie wspaniałe… wspaniałe… wspaniałe?” Czysta dystopia podaje wciąż tę samą nutę: „Czyż to nie okropne… okropne… okropne?” Nie da się w ten sposób napisać żadnej melodii.”

Jako rozwiązanie Amerykanin podaje trzymanie się z dala od takiej jednoznaczności. Zwraca uwagę na „Raj utracony” Miltona (ja pier… już automatycznie chciałem dopisać… Friedmana), w którym o ile autorowi udaje się stworzyć interesującą wizję Piekła, w jakiej nie mamy czystej dystopii, z tego powodu, iż Szatan ma w sobie cząstkę dobra, jaką stanowią wyrzuty sumienia, o tyle w przypadku Nieba, panuje w nim absolutna nuda:

nie istnieje bowiem technika literacka pozwalająca sensownie przedstawić zagrożenie władzy wszechmocnego i wszechwiedzącego Boga. Mówiąc krótko: dystopia Miltona nie jest czysta, utopia – tak.

Dzisiaj powiedziałbym więcej – nie tyle nie istnieje technika literacka, co nawet logiczna możliwość takiego zagrożenia, w przypadku gdy wolą Boga jest utrzymanie swojej władzy. Już a priori jest ono niemożliwe.

Rzeczą jasną jest, iż nie będę miał stuprocentowej pewności przy określaniu wpływu autora cyklu „Fundacja” na moje poglądy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę jednak mniemać, że w przypadku eseju zatytułowanego „Nigdzie!” jednak miał. Sąd ten opieram na przeświadczeniu, że nigdy wcześniej, ani też później nie pochylałem się specjalnie nad tematyką utopijności, jednak dzisiaj moje stanowisko w jej kwestii jest prostym przedłużeniem tego, co miał o niej do powiedzenia Amerykanin. Staram się jej unikać za wszelką cenę, bo jest dramaturgiczną śmiercią: utopijne wizje są koszmarami, o których nie chce mi się nawet czytać, a co tu dopiero mówić o możliwości ich urzeczywistnienia i stanie, w którym musiałbym żyć.

Utopia czy dystopia – to bez większego znaczenia. Dla mnie obie są jednakowo dystopiczne, pomimo odmiennych założeń. Dlatego też zorganizowane religie, ich obietnice i nadzieje jakie żywią ich wyznawcy, są dla mnie zdecydowanie przekleństwami, nie oferują w zamian za ich wyznawanie niczego, poza jakimś docelowym stanem, którego nie będzie można zmienić. Klatkę, z której nie będzie można wyjść. Ograniczają wolność zarówno w tej, a jeśli ich treść jest prawdziwa, także w przyszłej formie egzystencji. To, co niesie innym ludziom (najprawdopodobniej pozbawionym szerszej perspektywy) pocieszenie, dla mnie stanowi przerażającą wizję. Bo taką jest myśl, że moja istota, trafi w nie-miejsce, w którym albo będzie w nieskończoność chwalić Boga i śpiewać maryjne piosenki, albo będzie w tą samą nieskończoność dawać dupy stadom demonów (żeby to jeszcze jakimś rozsądnym sukkubom) jest jednakowo upiorna i odpychająca. W ten sam sposób niweczy sens nagrody czy kary. Zabija jakąkolwiek wartość czynu, unicestwia wszelkie stawki, uniemożliwia dalszego stawiania celów, osiągania zwycięstw i przeżywaniu porażek. Jest zabrnięciem w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. I w przeciwieństwie do ostatecznego unicestwienia, jest się tego świadomym.

Mary Sue saves the day again… and again… and again… and again… and again… oh sweet Jesus and you, powerful Godzilla – I beg you – stop her, please… make her stop!

Skoro siedzimy w tematyce fantastyczno-dramaturgicznej, może wypadałoby tę sprawę fabularnej nędzy utopistów ująć bardziej współcześnie. Powszechnym zjawiskiem jest dzisiaj pisanie tzw. fanfików. Najkrócej rzecz ujmując, są to nieoficjalne opowiadania, dotyczące istniejącego już kulturalnego fenomenu, bez względu czy jest nim książka, gra, film, sztuka teatralna czy cokolwiek innego, tworzone przez miłośników danego fenomenu i najczęściej stanowiące jego rozszerzenie lub alternatywną wersję. Fani tworząc fanfiki, zapożyczają wykreowany przez kogoś świat i reguły nim rządzące, także bohaterów. Równie często jednak tworzą i umieszczają w nim postaci swojego autorstwa. Jako że tę egalitarną rozrywkę uprawiają także ludzie, nie mający zielonego pojęcia o tworzeniu postaci, często dopiero rozpoczynający swoją przygodę z pisarstwem w ogóle, fanfiki stanowią dla nich niejako wprawkę. Bardzo często przy ich pierwszych próbach zmierzenia się tą trudną, twórczą materią, efektem końcowym jest marysuizm.

Marysuizm generalnie polega na tworzeniu bohaterów wyidealizowanych. Nie tyle może szablonowo archetypicznych, co raczej grotesko sztucznych i przede wszystkim odbierających autorowi pole manewru kreowania interesujących fabuł, opartych na zwrotach akcji, a czytelnikowi – jakikolwiek element suspensu. Typowa Mary Sue wyeksponowane posiada wszelkie zalety, zatem rzucanie przed nią spiętrzających się trudności i tak nie ma żadnego sensu, bo z góry wiadomo, że sobie z nimi poradzi. Nie ma też jakichś szczególnie dokuczliwych wad, które by ją ograniczały, sprowadziły na złą drogę, uniemożliwiły bądź utrudniły osiągnięcie powziętego zamierzenia, co zabija jakikolwiek sens interesowania się jej losem, z góry przecież wiadomo, że się jej uda. Generalnie problemem tych postaci jest ich skrajne niezbalansowanie. Bardzo często, jak się teraz okazuje, Mary Sue stanowi wyidealizowaną postać samego grafomana przy piórze (czy klawiaturze), który może dać szybko upust swemu ego i postawić swej próżności pomnik trwalszy niż ze spiżu, w ukochanym przez niego świecie przedstawionym.

Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko i wyłącznie amatorskiej pisaniny. Mamy z nim do czynienia także u części ‚profesjonalistów’. Typowymi Mary Sue są Superman, jak i w sumie większość amerykańskich superbohaterów, obdarzonych jakimiś ubermocami, dla których później trzeba tworzyć balast analogicznie super czarnych charakterów, żeby mieli rzucone jakiekolwiek kłody pod nogi, James Bond czy całe masy protagonistów serii w stylu „zabili go i uciekł”. Część osób zwraca uwagę, że startrekowy kpt. Kirk także wpisuje się w tę kategorię, aczkolwiek ja mam poważne wątpliwości, czy można go z czystym sercem za taką kreację uznać. Zalety Kirka często przemawiają jako wady, jest kobieciarzem i typowym action manem, ale często przez to popada w różne tarapaty i generalnie dzięki takiemu określeniu, komplikuje fabułę treków, zamiast ją zarżnąć łatwym rozwiązaniem. Z całą pewnością jest postacią wyidealizowaną, tyle że zaprojektowaną dość nietypowo, mianowicie sprowadzoną do funkcji przywódczo-decyzyjnej. Co charakterystyczne w Star Treku (ze starą załogą), zamiast ludźmi (bądź Wolkanami) postaci są raczej personifikacjami funkcji jakie pełnią.

W uproszczeniu: USS Enterprise stanowi niejako organizm, nad którym pieczę sprawuje trio Kirk-Spock-McCoy. Każdy z nich pełni jakąś funkcję – Spock jako oficer naukowy symbolizuje aspekt poznawczy statku, McCoy jako lekarz darzący troską nawet ginących masowo noname’owych redshirtów, ale też i kosmitów, czyli kogoś spoza okrętu – empatyczno-moralną, Kirk natomiast jako kapitan uzgadnia aspekt moralny z poznawczym i ogólnie decyduje o kierunku działania, zazwyczaj kompromisowym, odebrawszy informacje z obu tych źródeł, często sprzecznych i walczących między sobą o prymat. Koordynuje odpowiednio dążenia Spocka i McCoya, ustalając aktualne priorytety. Każdy z tych bohaterów solo żadną Mary Sue nie jest i być nie może. Często z powodu swoich ograniczeń i zredukowania do wymienionej funkcji, w pojedynkę nie jest w stanie udźwignąć wagi sytuacji w jakiej się znajduje; stąd Kirk bez wiedzy Spocka i sumienia McCoya też bywał odpałowy. Dopiero w kupie, grając swoją rolę, ten tercet w jakimś sensie staje się zbiorową Mary Sue, która jest w stanie wyjść z każdej opresji. Zbytnią tego łatwość można z kolei opóźnić, rozdzielając lub od czasu do czasu, konfliktując ze sobą protagonistów. Ta ich papierowa konstrukcja stanowi raczej celowy zabieg moralizatorski, niż niedostatek wynikający z nieumiejętności pisania postaci. Zresztą starego Treka, mimo tego uporczywie kolektywisteczno-komplementarnego przesłania, da się obejrzeć, natomiast lektura wielu fanfików graniczy z niemożliwością, z całą pewnością zaś wypełnia znamiona natrętnego masochizmu.

Nawiązując do „Raju utraconego”, który przytoczył Asimov, czy w ogóle tradycji teologicznej judeochrześcijaństwa, mogę wspomnieć, że JHWH w moim rankingu to Mary Sue wszechczasów. Nie ma żadnych możliwości upadku, ani też doskonalenia się, co zazwyczaj stanowi kanwę jakieś narracji. Ponieważ jest wyekspiony na maksa, każda jego cecha jest wybajerowana w kosmos albo i dalej, generalnie nie istnieje żaden sensowny, wewnętrzny lub zewnętrzny motyw działania. A Bóg jest osobowy. Nie można być bardziej wiedzącym niż wszechwiedzącym, bardziej zdolnym niż omnipotentnym. Nie dziwię się myśli Mainlandera, naprawdę. Wy też nie powinniście.

I żyli długo, szczęśliwie i dostatnio, ale co najważniejsze: poświęcając się celom, jakie MNIE, MNIE, MNIE, Wielkiemu Myślicielowi, się podobają, dążąc do nich sposobami które określiłem JA, JA, JA, Wielki Myśliciel!

W Wikipedii przy haśle „Mary Sue”, możemy znaleźć odnośnik do testu, którym twórcze dusze fandomu (w tym wypadku fandomu Gargoyles, którego marki absolutnie nie kojarzę, to chyba nic z moich czasów, nie chce mi się nawet sprawdzać co to takiego), mogą przetestować własne kreacje lub kreatury pod kątem oryginalności i balansu. Jest to swoisty wykrywacz marysueizmu popełnionej postaci, świadczący o ewentualnej grafomanii autora (lub w tym wypadku częściej – autorki, z tego co zdążyłem się zorientować). Pomysł jest prosty i jak to często bywa w takich przypadkach, także genialny. Pozwala na autodiagnozę i nie zamęczanie literackiego świata kolejnymi niezniszczalnymi protagonistami o mentalności dorównującej złożonością cepowi, dążącymi do tych samych celów i z łatwością je osiągającymi. Jak sądzę, należałoby pójść jednak trochę dalej.

Przydałoby się, na jego bazie zrobić podobny test, tyle że dla ludzi parających się filozofią polityki. Wszelkiej maści utopiści z wielką obietnicą uszczęśliwienia ludzkości, w istocie są nikim innym jak jedynie grafomanami tworzącymi swoją Mary Sue, następnie brandzlującymi się na samą myśl o jej świetności. Z tą różnicą, że w ich wizji jest ona personifikacją całego społeczeństwa, jeśli nie od razu gatunku. Bohaterka jest zbiorowa, ale identycznie idealna, niezbalansowana, kompletnie odrealniona, sprowadzona do paru wysoce stężonych wartości i ostatecznie – nudna. Istnieje też druga różnica: w przeciwieństwie do grafomanów fandomowych, ci już roszczą sobie prawo do urzeczywistnienia ich wizji, domagają się i tego oczekują, zbierając swoich popleczników. A my, zamiast potraktować ich jak każdego, kto nie potrafi pisać, czyli albo polecając im tworzyć takie głupoty do szuflady i nikomu więcej nie pokazywać, albo tłumacząc dlaczego to się nie nadaje, jest złym pomysłem – jeszcze się tym jaramy!

Ktoś mógłby uznać, że istnieje zasadnicza różnica: o ile w fikcji oczekujemy między bohaterami jakichś zgrzytów, trudności piętrzących się przed nimi, sprzecznych interesów, konfliktów, rywalizacji, sukcesów i porażek, adrenaliny, burzliwego rozwoju wewnętrznego i elektryzującej narracji, o tyle od ładu społecznego żądamy czegoś zupełnie przeciwnego: bezpieczeństwa, stabilizacji, zorientowania wokół konkretnego planu. Tyle, że to bzdura. Dowodem tego są chociażby „ustawki”, organizowane gdzieś w plenerze bójki pseudokobiców, którzy umawiają się na swego rodzaju turniej. Ludzie strasznie dziwili się, gdy wśród ustawkowiczów odnajdywano osoby wykształcone, pełniące jakieś nobliwe funkcje, z wysoką pozycją społeczną, a jednak okładające bezlitośnie wrogów, walczące ramię w ramię z jakimiś degeneratami ze świata przestępczego, w imię barw lokalnego klubu. Tymczasem jeśli przyłożymy do tego dramaturgiczną miarę, sytuacja stanie się zrozumiała. Ludzie nie chcą żyć w żadnych ciepłych bajorach utopii, chcą się realizować w wybrany przez siebie sposób, odróżniając się od innych, czasem zwyciężając ich w taki sposób. Dla ustawkowiczów obecny stan w którym osiągnęli swoją pozycję, stabilizację i majątek już poniekąd stanowił jakąś utopię. Z pewnością cieszyli się z wszystkiego co im zaoferowała, ale czy jednak na tym poprzestali i żyli zgodnie z jej regułami (prawem)? Nie. Przekroczyli je. Dlatego, że nie zaoferowała im tego, na co naprawdę mieli ochotę, albo na co zdążyli nabrać ochoty – na realizację siebie w formie jakiej utopia nie przewidziała, bądź nie chciała wyrazić na nią zgody. Jako współczesnych Rolandów, dących w róg, broniących się w weekend przed hordami okrutnych wrogów, zasłaniających sztandar, wykazujących się męstwem w obliczu zagrożenia (którego utopia nie oferuje): nie chcieli o tym jedynie czytać, oglądać filmów czy grać – chcieli to przeżyć, być takimi naprawdę. Mieli dość eskapizmu o takiej treści, tę treść przenieśli do rzeczywistości.

Żadna utopia nie jest w stanie osiągnąć swojego celu, jakim jest zapewnienie ludzkości szczęścia. Gdybyśmy pamiętali o prakseologicznej podstawie; że człowiek działa, nie gubilibyśmy z pola widzenia tej prawdy. Szczęście znajduje się tam, gdzie upatrują go ludzie – nie da się go zakląć w jakiejś jednej wizji życia społecznego, bo ludzie są istotami dynamicznymi; osiągając jakiś cel lub stan, szukają kolejnego, do którego znowuż będą mogli dążyć. Bo a nuż, może tam znowu znajdą szczęście, które jakoś utracili chwilę po tym, gdy zamajaczyło im tu, gdzie za nim podążyli. Gdyby nawet jakimś cudem udało im się zrealizować czyjąś utopię i tak ostatecznie by ją opuścili, bo na dłuższą metę byłaby nie do zniesienia: bo już tu byli, już ją widzieli, chcą czegoś innego poza stagnacją, jaką ma im do zaoferowania.

Niewątpliwie dopatruję się tutaj asimovskiego wpływu. Gdy ktoś mnie pyta, czy uważam swoją propozycję indywidualistycznego propertarianizmu za utopię, podobnie dokonuję rozróżnienia między ou—topią i eu-topią. Moje stanowisko jest ou-topijne, bo nie miało miejsca w historii i nie zostało nigdzie zrealizowane. Natomiast nie jest eu-topijne. Nie gwarantuje nikomu szczęścia, nie roztacza wizji jego powszechności. Jedyne co zapewnia, to możność jego swobodnego poszukiwania w wybranych przez siebie kierunkach, także tych, które w większości innych propozycji ładów społecznych są niedopuszczalne. Maksymalizuje wolność działania, nie dba jednak o eudajmonię. Możemy sobie z łatwością wyobrazić w nim ludzi, nie wiedzących czym szczęście dla nich naprawdę jest oraz jak je osiągnąć, którzy z całej tej swobody skorzystają w sposób, który uczyni ich nieszczęśliwymi. Którzy poświęcą środki i czas, dążąc do wymarzonych przez siebie utopii, mając możność lokalnego ich urzeczywistnienia, tylko po to by przekonać, że zbudowali tam dla siebie i swoich gości piekło. Mnie nie zależy na szczęściu ludzkości i prowadzeniu jej do niego za rączkę, a jedynie swobodzie, nawet jeśli miałaby unieszczęśliwiać. Indywidualistyczny propertarianizm opiera się bowiem na koncepcji wolności, która nieuchronnie prowadzi do najbogatszego ontologicznie świata. A zatem świata, w którym istnieje także cierpienie i może tętnić ono we wszystkich formach. Usunięcie cierpienia wcale nie sprawiłoby, że świat stałby się lepszy. Zabrakłoby w nim bowiem i tej części piękna, które w cierpieniu znajduje swój początek. Nie powstałaby klasa utworów opisujących je, a pośród nich i te o wielkiej wartości estetycznej. Ani klasa szlachetnych czynów, dokonywanych przez ludzi, na których cierpienie innych wywiera wpływ, któremu się sprzeciwiają i pragną nieść pomoc jego ofiarom. Jedno jest zależne od drugiego – aby maksymalizować dobro i piękno, trzeba też maksymalizować zło i brzydotę. Im więcej wolności, tym bliżej całkowitego nasycenia w jedno i drugie.

Moja propozycja nie dba o eudajmonię, to prawda. Przynajmniej nie tę naiwnie projektowaną przez technologię czy rozwiązania polityczne. Postuluje w jakiejś części świat dużo bardziej brutalny i okrutny, w innej z kolei bardziej subtelny i łagodny, a gdzieniegdzie dokładnie taki sam jak ten nasz dzisiejszy. Jednakowo silne prawo do decydowania o jego kształcie daje ludobójcom i tyranom, co i świętym oraz filantropom. Zatem już w samych założeniach unika groźby bycia nieznośną dystopią, jak i równie niedopuszczalnie nudną utopią. Jest w sam raz. Świat bogatszy ontologicznie, z takim też społeczeństwem, nie jest moralnie lepszy ani gorszy – jest po prostu bardziej urozmaicony, ciekawszy – podobnie jak książki, w których występują dobrze napisani bohaterowie.

Epilog – jak robić czytelnikowi dobrze.

Jeśli ktoś czyta ten tekst, głównie dla wtrętu literackiego i chciałby dla odmiany wiedzieć, jak moim zdaniem, powinno się kreować postaci, moją jedyną radą na początek byłaby ta: tak, aby autorowi pozostawiały mnóstwo swobody w kierowaniu fabułą. Nie ma jednej szkoły. W zależności od charakteru intrygi, można robić to w różny sposób. W książkach Asimova i innych dawnych mistrzów science-fiction, najczęściej postaci nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jak sam Isaac przyznał, on preferował:

wykorzystać intrygę w charakterze nośnika idei. Postacie przedstawić jako protagonistów o odmiennych sposobach życia i wizjach świata, a osią fabuły uczynić konflikt, w którym każda ze stron próbuje narzucić drugiej – perswazją lub przemocą – swój światopogląd. Aby przedsięwzięcie to odniosło sukces, strony konfliktu powinny zdradzić swe wizje świata (myląc stronę przeciwną, lecz nie czytelnika), czytelnik zaś faworyzować tę lub inną stronę (zwycięstwo jednej nie może pozbawić go efektów wynikających z suspensu). Gdy uda się wykonać to perfekcyjnie, żadna ze stron nie będzie personifikowała ani bieli, ani czarni, lecz tylko dwie szarości różniące się odcieniem tak nieznacznie, by czytelnik nie potrafił ostatecznie wybrać między nimi, ale musiał się zastanawiać i sam wyciągać wnioski. W moich książkach znajdziecie dużo tak właśnie skonstruowanych wątków fabularnych, ponieważ ten sposób pisania uważam za najcelniejszy.

Istnieje wiele jeszcze sposobów konstruowania fabuły, lecz najważniejsze to pamiętać, że nie wykluczają się one nawzajem. Powieść humorystyczna może na przykład przekazywać jak najbardziej poważne idee i jednocześnie zawierać interesujące charakterystyki postaci.

Z drugiej jednak strony pisarz może, mniej lub bardziej świadomie, poświęcić pewne elementy konstrukcyjne fabuły po to, by jak najprecyzyjniej zrealizować zasadniczy zamysł. Mnie na przykład do tego stopnia zależy na przedstawieniu konfliktowych idei, że nie czynię żadnych poważniejszych wysiłków, by tworzyć błyskotliwe wizerunki postaci albo zalewać opowieść powodzią humoru. Dużo już powiedziano o „papierowych postaciach” z moich książek i o ich „przegadaniu”. Oskarżenia takie wychodziły jednak spod piór krytyków, którzy nie zrozumieli (dlatego, być może, że zabrakło im inteligencji) moich zamiarów.

Jednak to rozwiązanie obciążone jest zasadniczą wadą. O ile dobrze ilustruje się za jego pomocą heglowskiego ducha historii, kierującego całymi społeczeństwami oraz znakomicie opisuje się za jego pomocą proces zmian bądź przełomów, dotykających ogromnych rzesz ludzi czy innych istot, bohaterowie stają się jedynie jego nieokreślonymi manifestacjami. Ich miejsce mógłby zająć ktokolwiek inny i nie byłoby żadnej różnicy. Opowiadania Asimova czytałem jakieś 10-12 lat temu, staram się teraz przypomnieć chociaż jednego opisanego w nich człowieka… i… nie umiem. Nic, zero. Pamiętam clou części z nich, ale za cholerę nie umiem Wam wskazać kogo dotyczyły i dlaczego powinniście się zainteresować jego losem.

Tymczasem umiejętne, wiarygodne określenie postaci, potrafi dać punkt wyjścia dla kreacji prawdziwego samograja. Czy sądzicie, że ludzie są w stanie wysiedzieć osiem sezonów serialu tak schematycznego, jak gra Grecji na ME 2004, opowiadającego o zdolnym, aczkolwiek aspołecznym lekarzu pracującym w szpitalu w New Jersey, dla samych zagadek medycznych? Z całą pewnością, „House M.D.” sprowadza przed telewizory sporą liczbę hipochondryków, wciąż i wciąż diagnozujących u siebie tocznia, jednak jego fenomen opiera się na sprytnie wybranych dramaturgicznych niciach, których zawsze jest kilka, wszystkie natomiast biorą swój początek od centralnej postaci i jej cech. Greg House ma bardzo jasno określone swoje silne, ale też słabe strony, często zresztą w jego przypadku, jedne okazują się być drugimi i vice versa. Na przykład, ta sama ciekawość, napędzająca go w pracy zawodowej potrafi sprawić, że w niewybredny sposób będzie testował swoich współpracowników bądź przyjaciela – Wilsona, sprawdzając z jakiej gliny są ulepieni. W sferze zawodowej inteligencja będzie służyć mu konstruktywnie, do rozwiązywania zagadek, w innej – prywatnej, destruktywnie, do komplikowania sobie życia i generowania w otoczeniu nowych napięć. Serial więc w głównej mierze opiera się na balansowaniu House’a nad krawędzią, testowania wyrozumiałości oraz cierpliwości szefostwa, wojenkach o władzę i swoją autonomię, zmaganiu się ze swoim kalectwem, zarówno fizycznym jak i emocjonalnym czy narzucaniem innym swojego światopoglądu, etc.

„House M.D.” wzoruje się na innym samograju, cyklu opowiadań o Sherlocku Holmesie (sprawdźcie ile kolejnych powstało jego kontynuacji, adaptacji, ekranizacji, „cytowań”, jeśli wahacie się nazwać go samograjem) i dodatkowo wykorzystuje dramaturgiczne nieużytki swego poprzednika. Na przykład, Sherlock Holmes był wolnym strzelcem. Nic dziwnego zresztą, zważywszy na jego trudny charakter, ale o ile ciekawiej byłoby, gdyby nie miał takiej swobody i był zmuszony do liczenia się z hierarchią. Owszem, Holmesowi londyńska policja także wchodzi w paradę, jest zmuszony pierwszeństwo oddawać Lastrade’owi, ale to raczej uprzywilejowany i na ogół niegroźny konkurent w śledztwie, a nie ktoś, kto ma bezpośrednią władzę nad bohaterem, który mógłby go odciąć od pensji. Holmes miał dość ograniczony kontakt ze światem, nie był zmuszany do zbytniej z nim integracji. House’owi więc dorzucimy upierdliwych pacjentów w przychodni, niech się zmaga. Albo, pełniej wykorzystajmy motyw niepełnosprawności i uzależnienia, grając tutaj na jakieś nutce nadziei na poprawę. Relacja Holmesa i Watsona też jest dosyć sielankowa, znajdźmy więc sposób, żeby House był dla Wilsona bardziej irytujący, i żeby wynikało to wiarygodnie z jego charakteru. Taki „Sherlock na sterydach” ułatwia twórcom skupienie zainteresowania publiczności, bo jeśli akurat wyczerpią napięcie w jednej jego sferze życia, zawsze są w stanie zgrabnie przejść na inną, która pozostawała w tle. A ponieważ jest ich przynajmniej kilka, trudno wyczerpać potencjał. Kiedy to już nastąpi, można zmienić bohaterowi: albo otoczenie, albo dać nowych partnerów, których będzie musiał znowuż odkryć, dotrzeć się z nimi i przebrnąć przez kolejną porcję konfliktów.

Niestety, umiejętność pisania takich postaci wymaga już jakiejś wiedzy o ludzkich charakterach, motywacjach i skłonnościach. Jeśli nie ma się zbytniego talentu do obserwowania, zawsze można się posłużyć jakimiś typologiami osobowości, w których rozpisane są charakterystyczne ich cechy, także jako listy zalet i wad. Można więc skorzystać z nich jak z form, z których odlewać się będzie swoich bohaterów, mając pod ręką kompletną listę ich mocnych i słabych stron. Mając do dyspozycji ich słabe strony, jesteśmy w stanie dobrać odpowiednio bolesne dla nich przeciwności losu, z jakimi będą się zmagać, natomiast ewentualne zwycięstwa odnosić będą, dzięki swym zaletom i talentom. Lub zbiegom okoliczności, wygenerowanych przez czyny innych bohaterów, wynikające z ich osobowości.

Inną metodą może być redukcja bohaterów do ich interesów, głównych celów do jakich będą dążyć. Najczęściej mamy z nią do czynienia w komediach omyłek, w których gromadzi się kilka postaci, ogranicza możliwość osiągnięcia przez nich wybranych celów poza własnym gronem. Ostatnio w mainstreamie z tym sposobem mieliśmy do czynienia w przypadku serii „Piratów z Karaibów” (dodatkowo bardzo przemyślnie opartym na teorii gier). Kiedy się uda, zyskujemy możliwość formowania gwałtownie zmiennych sojuszy między nimi, zdrad, zwrotów akcji i nieustannej redefinicji środków do osiągnięcia ostatecznego celu. Tyle, że tutaj także postaci będą dość „papierowe”, jak u Asimova, a tempo w jakim toczyć się będzie akcja nie będzie sprzyjało pogłębianiu ich charakterystyki.

Można także postawić na archetypy, zwłaszcza gdy zamierzamy pisać coś w stylu mitu. W klasycznych „Gwiezdnych wojnach” wypaliło to bardzo dobrze. Generalnie więc wypadałoby wiedzieć co chce się pisać, dla kogo i w jakim celu. Jeśli ma się tę wiedzę, problem marysuizmu nie istnieje. Stawiam więc tezę, że twórcy utopijnych wizji, (poza tymi którzy traktują je jako krytykę nie wprost aktualnego stanu rzeczy, stosowaną do przebrnięcia przez cenzurę), nie wiedzą po co piszą, dla kogo piszą oraz jak niestrawne to jest dla kumatych.

P.S. A dlaczego utopiści tworzą akurat zbiorową Mary Sue, a nie Gary’ego Stu? Odpowiedź na to jest prosta: jak śpiewał Ian Anderson, społeczeństwo jest kobietą.

Wersja offline – PDF