Re: Co dziedziczymy?

Smootny wyrwał dziś swego bloga z apatii udaną, lekkostrawną notką. Ponieważ sam także zarzuciłem pisanie i zaniedbałem Ustronny Zakątek z podobnych powodów co mój imiennik (i gdzie się podziało to twoje optymistyczne założenie o tworzeniu minimum trzech wpisów miesięcznie, panie autorze?), postanowiłem wykorzystać pracę, jaką wykonał, do wydźwignięcia i mojego bloga z odmętów zapomnienia, po części stawiając kontrę w stosunku do tego, co napisał.

Zacznę też powoli i przystępnie, odnosząc się najpierw do tej kwestii obyczajowej – plakatu i stojącej za nim nagonki na celebrytów. Smootny wskazuje tutaj na pewną niesprawiedliwość, jaka dotyka te osoby, uzasadniając tezę o niej tym, że dzieci nie odpowiadają za czyny swoich rodziców. Bo też nie odpowiadają. Tyle tylko, że przy takim uchwyceniu tematu, nie za bardzo sens ma stosowanie kryterium sprawiedliwości, wynikającego po cichu z koncepcji wolnej woli. Skoro smootny ujmuje rzecz tak, że:

Lubimy myśleć, że tylko od nas zależy, kim jesteśmy. Lubimy myśleć, że sami jesteśmy sobie sterem, że jesteśmy właścicielami samych siebie – i pewnie jesteśmy, ale na bardzo ograniczonym poziomie. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że nasze postawy nie są po prostu nasze – należą do naszego niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Upraszczając, możemy powiedzieć, że wysysamy je z mlekiem matki.

przyjmuje, iż w niewielkim tylko stopniu odpowiadamy za swoje życie, czemu mielibyśmy stosować do rozstrzygania problemów moralnych, koncepcji sprawiedliwości przynależnej do zupełnie innego oglądu świata, zakładającego autonomię człowieka znacznie szerszą? Zachowajmy konsekwencję i nie mieszajmy tych dwóch porządków. Z punktu widzenia takiej deterministycznej sprawiedliwości, nagonka jest całkowicie uzasadniona: można atakować ludzi za ich pochodzenie, bo najpewniej „wyssali grzechy swoich rodziców z mlekiem matki” – w końcu nie mieli wyjścia, bo sami są sobie sterem w niewielkim tylko stopniu, a telewizyjne kariery, tak często ordynarnie stronnicze i bezczelne są ostatecznym dowodem, że perfidia jest jednym z tych grzechów.

Jeszcze lepiej podwójne standardy tego rodzaju możemy zaobserwować w innej sytuacji. Często ludzie przyjmują podobną strategię obrony innych; powołując się na ich trudne dzieciństwo. Argumentują, że przestępcy przez patologię w jakiej wzrastali, nie mieli wielu szans by wyjść na ludzi i w zasadzie byli skazani na złą drogę, której zwieńczeniem było dokonanie danego przestępstwa. Przyjmują w tym momencie optykę determinizmu, racja? Natomiast zwróćcie uwagę, że chwilę później, po przedstawieniu tak całej sprawy, odwołują się do sumienia kogoś, kto ma taką osobę sądzić, zakładając indeterminizm i jego wolną wolę. Skąd to wiadomo? Bowiem w momencie, gdy wyda skazujący wyrok, ignorując punkt widzenia obrońców, mają oni do niego pretensje, że postąpił tak, a nie przychylił się do ich stanowiska. Gdzie podziewa się ich determinizm w ocenie sędziego? Czemu nie uzasadnią wydania jego decyzji w ten sam, deterministyczny sposób? Sędzia przecież też był zdeterminowany całym dotychczasowym przebiegiem swego życiem i najprawdopodobniej odezwało się w nim wdrukowane przez rodziców przekonanie, że do morderców się strzela, a złodziei wiesza. Równie wdrukowane jak przekonanie o opłacalności popełniania przestępstw przez skazanego. Więc o co tyle krzyku, złorzeczeń i żalu? Skoro mamy panujący w świecie determinizm, to obaj byli w tym samym stopniu zdeterminowani, by zrobić swoje i nie można było wymagać od żadnego, by nie uczynił tego, co uczynił. Czemu od jednego zatem nie wymagają, a od drugiego, i owszem?

To, w jak wielkim stopniu odpowiadamy za swoje życie, nie musi mieć żadnego przełożenia na to, czy powinniśmy pewne rzeczy penalizować. Pomysł, by przyjąwszy determinizm zaniechać wyciągania odpowiedzialności wobec ludzi, którzy nie panują przecież tak naprawdę nad swoim życiem, bierze się właśnie z tego rodzaju niekonsekwencji. Przyjmujemy determinizm dla jednych, a indeterminizm dla drugich. Albo: uznajemy, że panuje determinizm, ale przykładamy do niego dawną, wolnowolą, indeterministyczną koncepcję sprawiedliwości, kompletnie doń nieprzystającą.

Nie za bardzo lubię pewne tezy. Ta, przytoczona z notki smootnego, jest jedną z nich. Nie dlatego, że nie są prawdziwe. Są. Jestem w stanie się z zgodzić, z tym co napisał. Osobiście, lubię czasem popadać w fatalizm, uznając, że wolna wola jest iluzją, moje przeznaczenie jest przypieczętowane przez potężniejsze ode mnie siły i jedyne co mogę zrobić, to się z pogodzić z tym, co mnie spotkało i spotka. Sprawia mi to taką estetyczną przyjemność, gdy rozpatruję swoje życie jak, nie przymierzając, jakąś grecką sztukę, dodając swemu żywotowi szlachetnego, tragicznego posmaku. Natomiast mimo przyjęcia prawdziwości tezy, że niewiele od nas samych zależy, protekcjonalnie uznaję, że jej rozpowszechnianie jest szkodliwe dla ogółu ludzi, ich dobrostanu i nie należy tego robić, podobnie jak czasami nie przekazuje się złych informacji ciężko chorym czy nawet już umierającym.

Ted Honderich napisał cieniutką książeczkę (mały format i tylko 160 stron) pod tytułem „Ile mamy wolności?” Między innymi problemami, omawia łączącą się z myślą o determinizmie, kwestię jej oddziaływania na ludzi. Zauważa, że wraz z przyjęciem determinizmu za obowiązujący, u wielu pojawia się pewien rodzaj rezygnacji, apatii, bierności, pesymizmu, utraty radości z życia czy nawet depresji. Z tego co pamiętam, autor podawał także strategie zapobiegania tym skutkom ubocznym, ale należy uznać, że nie są one intuicyjne i w wielu wypadkach, zwłaszcza u prostych ludzi, byłyby one nieskuteczne. Karmienie ludzi determinizmem przypomina eksperymenty Seligmana i Maiera – wywołuje wyuczoną bezradność. Ponieważ akcent przyczyny sprawczej w obu przypadkach przesuwa się poza nich samych – na otoczenie i przeszłość, przestają wierzyć, że mają kontrolę nad swoim życiem. Generuje się w ten sposób masowy problem, który nie występuje, gdy naiwnie wierzą sobie w mit całkowicie wolnej woli, pozwalający im zachować optymizm, aktywność, wiarę w siebie i to, że mogą pokonywać kolejne granice.

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Mem z Obamą znalazł się tu nieprzypadkowo. Szeroko pojęta lewica, moim zdaniem, działa celująco destruktywnie pod tym względem. Zakładam najbardziej dobrodusznie jak tylko jestem w stanie, że ta próba holistycznego spojrzenia na produkcję („sami tego nie zbudowaliście”) nie miała być prymitywną metodą na usprawiedliwienie przymusowych danin, lecz była podyktowana wybitnie szczytną intencją: zwalczenia tego paskudnego egoizmu i pychy osobników dokładających zaledwie ostatnią cegiełkę. Skłonienia ludzi do dostrzeżenia także i innych, mających cichy wkład w to, co zostało wyprodukowane. Podkreślenia roli wspólnotowości, wykrzesania odrobiny ciepła i pluszu.

Sęk w tym, że nawet jeśli uznamy taką przytulaśną intencję, fakt jest faktem, że próba przeniesienia chociaż trochę akcentu na wspólnotę, jest jednocześnie przeniesieniem przyczyny sprawczej poza indywiduum. Widzicie już do czego zmierzam? Kolektywistyczne ujęcie zawarte w lewicowości, antyegoizm ją charakteryzujący, powoduje ostatecznie więcej problemów, niż rozwiązuje. Przyjęcie tej perspektywy już a priori musi wiązać się w jakimś stopniu z pozbawieniem ludzi poczucia kontroli nad własnym życiem. I przestają w tym momencie dziwić bliskie związki bezrobotnych i lewicy. Tworzy się pewnego rodzaju błędne koło; im ktoś bardziej bezradny, tym bardziej skłonny sprzedać swą duszę lewicy, która oczywiście da pocieszenie, znosząc jego odpowiedzialność i szukając nieszczęścia poza nim samym, przyczyn upatrując w systemie, innych ludziach, złych kapitalistach, natomiast jednocześnie to czyniąc, wpędzi go w tę samą bezradność co determinizm, świetnie wynajdując kolejne powody, dla których nie może mu się bez niej udać.

Istnieją takie konserwatywno-drobnomieszczańskie archetypy: self-made mana, kowala swego losu, szeryfa przywracającego w pojedynkę porządek we wsi czy innego samotnego vigilante, ochoczo obśmiewane przez bystrzachów z lewicy, mylnie traktujących je jako prawicowe opisy rzeczywistości*. Ludzie ci demaskują je tryumfalnie, wykazując, jak bardzo nie przystają one do panujących realiów, uznając za fałszywe, zbędne i szkodliwe. Sęk w tym, że to nie jest żaden opis, lecz część prawicowej mitologii, czegoś mającego działać normatywnie. Każda z tych figur, zwróćcie uwagę, kompletnie internalizuje przyczynę sprawczą. Działa więc dokładnie przeciwnie do obamowskiego „You didn’t build that.”. Jest pomnikiem pychy postawionym samodzielnej jednostce, dumnej ze swoich i wyłącznie swoich osiągnięć, który daje kopniaka kolejnej, by podjęła próbę i poszła w jej ślady.

Jeśli więc zastanawiacie się, czemu ludzie wierzą w takie naiwne bzdury jak randyzm, to jedną z podpowiedzi będzie taka: niektóre złudzenia, mitologiczne przekłamania wpływają na ludzi korzystniej niż prawda i dlatego opłaca się je zachowywać. Nie widzę sensu tłuc pospólstwu do głów tez, że życie w małym stopniu zależy od nas samych, jeśli większość zastanawiając się później nad takimi prawdami, ustali granicę swej niemocy bliżej, niż gdyby zrobiła to żyjąc w poczuciu, że jest dokładnie odwrotnie, nie wykorzystując części swoich talentów i twórcych mocy. No po co?

I teraz zgodnie z treścią tej notki, mógłbym oczywiście wskazać ponownie smootnego, jako tego, dzięki któremu ona powstała, ale zdemotywowałbym się, dzieląc się z nim chwałą i sławą, powiem więc:

To jest notka na skalę moich dzisiejszych możliwości. Wiecie co ja nią robię? Otwieram oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówię – to moje, tylko moje i to nie jest moje ostatnie słowo! (w tym miesiącu!)

I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest notka prywatna, napisana w oparciu o moje doświadczenia i przemyślenia, stoi na moim blogu, która sobie zniknie pod stertą następnych, gdy zechce mi się je napisać.

* – osobną kategorią geniuszy są prawicowcy, wierzący że te archetypy stanowią część opisu rzeczywistości…

Reklamy

Wiener Schnitzel Arystoklesa

Pra-początek prakseologii

 — No, to — powiada Sokrates — zachowaj jeszcze dla siebie i to sobie pamiętaj, czego on jest miłością, a mnie powiedz tylko tyle, czy Eros pragnie tego, do czego się odnosi, czy nie?

— Oczywiście — powiada.

— A czy on ma to, czego pragnie i co kocha, a mimo to dalej pragnie i kocha, czy też on tego nie ma?

— No, może i nie ma.

Pomyśl no — powiada Sokrates — czy tylko „może”, czy też raczej musi tak być, że się pragnie tego, czego się nie ma, a gdzie nie ma braku, tam i pragnienia nie ma. Bo mnie się ciągle zdaje, mój Agatonie, że tak już musi być. A tobie jak?

— No, i mnie się też — powiada — zdaje.

— To ładnie; a proszę cię, czy może ktoś, będąc już słusznym, pragnąć, żeby był słusznym, albo będąc silnym, pragnąć, żeby był silny?

— Nie może, wobec tego, cośmy powiedzieli. — Aha, bo mu tego nie brak, skoro już takim jest.

— Prawda.

— Gdyby zresztą ktoś silny pragnął być silnym — powiada Sokrates — a szybki w nogach szybkim, a zdrów zdrowym by chciał być — no, mógłby ktoś w tych i tym podobnych wypadkach powiedzieć, że tu przecież ludzie o pewnych cechach i właściwościach pragną jednak tego, co każdy z nich ma — żeby nie było nieporozumienia, dlatego to mówię — otóż, uważasz, Agatonie, każdy z tych ludzi musi obecnie mieć to, co posiada, czy chce, czy nie chce, a gdzieby tam kto pragnął takich rzeczy? Ale gdyby ktoś mówił, że oto ja jestem zdrów, ale i chcę być zdrowym, albo: jestem bogaty, ale i chcę być bogatym i chcę właśnie tego, co mam, powiedzielibyśmy mu zapewne, że „Ty, człowieku, masz majątek i zdrowie, i siłę, a chciałbyś te rzeczy i w przyszłości posiadać, bo teraz je masz, czy chcesz, czy nie chcesz. Więc zastanów się, czy, kiedy powiadasz: »Pragnę tego, co mam obecnie«, czy ty nie mówisz właściwie: »Ja chcę i w przyszłości mieć to, co mam obecnie«”. Zgodziłby się na to, nieprawdaż?

Agaton przyznał słuszność.

A Sokrates powiada: — A więc, czyż i to nie jest kochanie tego, czego człowiek jeszcze nie posiada obecnie, to pragnienie, żeby to coś w przyszłości istniało?

— A tak — powiada.

— Więc i w tym wypadku, i w każdym innym, kto tylko pragnie, ten zawsze pragnie tego, co jeszcze nie istnieje, czego jeszcze nie ma, czego nie posiada, pragnie być takim, jakim jeszcze nie jest, pragnie tego, czego mu brak; taki, mniej więcej, jest przedmiot każdego pragnienia, miłości?

— Oczywiście — powiada.

— Ano — mówi Sokrates — zestawmy to, cośmy powiedzieli. Więc najpierw, że Eros musi się do czegoś odnosić, a potem, że do tego, czegoś komuś brak. Prawda?

— Tak jest — powiada.

— A teraz przypomnij sobie, do czego to się Eros odnosi, jakeś powiedział w swojej mowie? A teraz pozwolisz, że ja ci przypomnę. Zdaje mi się, żeś tak jakoś mówił, że pośród bogów porządek jakiś nastał, odkąd w nich wstąpiło zamiłowanie do tego, co piękne: bo nie masz Erosa ku temu, co szpetne jest i złe. Nie tak jakoś mówiłeś?

— A mówiłem — powiada Agaton.

— Bardzo słusznie, mój przyjacielu — powiada Sokrates. — Więc jeżeli tak, to Eros byłby miłością tego co piękne, a tego, co szpetne nie? Czy może inaczej?

— Przyznał.

— No, a nie zgodziliśmy się już, że miłość odnosi się zawsze do tego, czego jej brak, czego nie ma?

— Tak — powiada.

— A zatem Erosowi piękna brak i on go nie ma.

— Musi być tak — powiada.

Fragment „Uczty” w znanym, lubianym i egalitarnym tłumaczeniu Władysława Witwickiego. PWN, Warszawa, 1984

Proponuję uruchomić tryb swobodnej i niezobowiązującej spekulacji im. Jonasa Corvuxa Mickeya i pomyśleć, jak mógłby wyglądać świat, gdyby facet poszedł w tę stronę – zajął się rozwijaniem myśli o celowości działania i przykładając ją do realiów ateńskich, zamiast narzekać na plebs, negując wszelką wartość jego trywialnych czynów, takich jak codzienna praca czy robienie kasy lub kariery, nie przystające do jego arystokratycznego poczucia smaku. W przytoczonym fragmencie możemy dostrzec, że miał niezłe zadatki ku temu i nie byłoby to wielce nieprawdopodobne – już w tym dialogu przeszedł bowiem blisko. A nawet jeśli sam nie zostałby prakseologiem czy austriackim ekonomistą à rebours, ale dostatecznie wyraźnie zaakcentował możliwość rozwoju myśli w tym kierunku, znając jego wpływ (impact factor), zrobiłby to ktoś inny – może już nawet Arystoteles, który ekonomią i tak się zajął, tyle że raczej tą makro-. Co akurat nie jest niczym dziwnym – znamy umiłowanie pierwszych zasad i globalnego ujmowania zjawisk, charakteryzujące greckich myślicieli tamtych czasów.

Impact factor

Wpływy Platona na współczesnych nam ludzi są zresztą wciąż zaskakująco duże. W dalszym ciągu wielu na jego pracach zaczyna swą przygodę z filozofią, wielu także niestety i na nich ją kończy. Jeszcze inni, bywają na tyle zafascynowani ich estetyką, że dla niej samej są w stanie bronić treści, nawet tam gdzie jest ona dziś nie do obronienia. Niestety nie pamiętam nazwiska tej poczciwej i czcigodnej osoby z kręgów akademickich, która w wywiadzie opowiadała o swym zaczadzeniu postacią Arystoklesa, na tyle mocnym, że starała się bronić nawet jego poglądów dotyczących niewolnictwa i opamiętanie przyszło dopiero później. Czytałem ten wywiad parę lat temu, wątpię abym był go w stanie odszukać, ale wywarł niezapomniane wrażenie. Wciąż możemy znaleźć ludzi, którzy stosują się do platońskich rad z zakresu wielu dziedzin, wciąż możemy znaleźć ludzi, którzy chcieliby być mu bliskimi, bo i on jest dla nich bliski. „Pan i jego filozof” A.D. 2012 chciałoby się rzec.

Jestem w stanie zrozumieć tych ludzi, tak samo zresztą jak i samego Platona. Jeśli przeczytacie wstęp Witwickiego do najpopularniejszego w Polsce zbioru dialogów i sięgniecie do charakterystyki filozofa, jaka się w nim znajduje, w zasadzie otrzymacie obraz bliski mojej osobie.

Chłopak znakomicie umiał opowiadać i nadzwyczajnie naśladować ludzkie ruchy,tony mowy, sposób bycia. Rwał się na przedstawienia do teatru i po całych dniach czytał dramaty. Komedie Epicharma musiał mieć zawsze pod poduszką. Wcześnie też zaczął sam pisywać dytyramby i tragedie.

W towarzystwach bywał, oczywiście; zbierał wzorki, obserwował, jak kto mówi i jaka się w towarzystwie wytwarza sytuacja wzajemnych zamiarów i myśli skrytych poza słowami; bywał, bawił się, uczył się, służył w konnicy, życie miał jedwabne, a jednak nie był zadowolony do dna. Robić nic nie musiał z obowiązku; polityka go mierziła; nie miał najmniejszej ochoty iść na Pnyks czy na rynek, przedzierać się przez brudny tłum i polemizować z mównicy z lada kim. Czuły był jak mimoza na wszelkie zbyt grube dotknięcia. Toteż nachodziły go nieraz dziwne roztęsknienia i smutki: jakaś potrzeba płaczu na czyjejś piersi, jakieś pragnienia rzeczy niewidzialnych, górnych, jakieś marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, innych niż ci krzykliwi politycy w Atenach.

Czytywał pieśni orfickie o początkach wszechrzeczy, ciekawie słuchał wieści o dalekim, pełnym cudów i tajemnic Egipcie, marzył o oddalonych wyspach w słońcu, godzinami patrzał po nocy nad morzem, jak wschodziły gwiazdy a w nieokreślonej dali połyskiwały światełka na trójrzędowcach. Skąd płynęły, nie wiadomo; ale to pewne, że z innych, dalekich, pewnie cudnych krain. Jakiś głód rzeczy nowych, innych, odmiennych, lepszych; jakaś żądza poznania i podniesienia się ponad pospolity świat.

Miałem, co prawda, trochę inne lektury i nie służyłem w konnicy, ale reszta – zwłaszcza opisywanych skłonności się zgadza, włącznie z zainteresowaniem (starożytnym już dzisiaj) Egiptem. Znajdziecie we mnie podobne wyrafinowanie i subtelność, słabość do sztuki, przejawiającą się nieco teatralnym sposobem bycia. Podobnie jak u Arystoklesa dziecięce marzycielstwo z czasem utemperowane logicznym rygoryzmem dyskusji zmieniło się w spekulację, rozedrgana egzaltacja rzeczami niewidzialnymi i wzniosłymi – w holistyczną, monistyczną i hierarchiczną wizję mechanizmów–zasad rządzących światem, także tym ludzkich dążeń, podbita nieco wyżej sakralnym tonem. Czy wreszcie to samo zmęczenie nieoptymalnymi realiami politycznymi, skutkujące stworzeniem własnego ideału, racjonalizującego je. Na dobrą sprawę, jeśli przyjrzeć się bliżej temu, jak Platon postrzegał ustrój państw, a mianowicie jako emanację odpowiednich charakterów:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

bądź przyjąć jedną z interpretacji, mówiącą że „Państwo” de facto jest jedynie moralitetem odnoszącym się wyłącznie do człowieka i jego wewnętrznego ustroju (moralnego), zestawiwszy to z moimi pracami, zauważymy uderzające podobieństwo – z tą różnicą, że ja postuluję faktyczną możliwość uzewnętrzniania tej „struktury duchowej ludzi prywatnych” poprzez nadanie im suwerenności, która wpłynie dalej na pełniejszą realizację wszelakich potencjalnych bytów i relacji między nimi, jakie wyniknąć mogą, gdy da się [ludziom] całkowicie wolną rękę w obrębie ich własności. Mimo odmiennego charakteru państwowości wtedy i dziś, historia w jakimś stopniu zatoczyła jednak koło.

Tajemnica teorii form

No i ta platońska teoria form… Zdradzić Wam jej sekret? Tajemnicę długowieczności graniczącej z nieśmiertelnością? Wyjaśnić, z jakich powodów ludzie do dziś są jej gotowi bronić, pomimo istnienia kontrargumentów w rodzaju „trzeciego człowieka”?

Zajmował go Sokrates zrazu jako znakomity motyw artystyczny, jako pyszna figura charakterystyczna, od której trudno było oczy odwrócić, jako nadzwyczajny aranżer szczególnych sytuacji w rozmowach; obaj mieli artystyczną żyłkę, obaj się dusili w mieszczańskiej atmosferze Aten; tylko gdy młody, subtelny Platon stał wobec tego środowiska ze wstrętem i obawą marzyciela wobec ordynarnej rzeczywistości — Sokrates, wychowany w tłumie, nie brzydził się i nie obawiał walki wręcz z jego najtęższymi wodzami, i wychodził zawsze zwycięsko.

Jakże go po kosmatych rękach całować musiał biały Platon po takiej nadzwyczajnej rozmowie z tępym Eutyfronem o pobożności i jak mu smutne oczy błyszczeć musiały, kiedy trzeźwy inżynier Kallikles bronił wartości i zwycięstwa siły w walce o byt, a Sokrates mówił o moralnym tryumfie dusz bezbronnych a jasnych, chociażby padły nawet, złamane przemocą gawiedzi.

(…)

A kiedy godzinami rozmawiał Sokrates o dzielności, o pięknie, o miłości, rozkoszy, odwadze, kiedy pracowicie odrzucał jednostkowe odpowiedzi pytanych, bo szło nie o poszczególne przykłady, tylko o treść pojęcia ogólnego, kiedy się przechodziło szeregi przykładów z życia, odrzucało cechy nieistotne, a zbierało cechy wspólne, kiedy się w umysłach młodych ludzi z wolna formowała abstrakcja jasna i skończona jak kryształ, Platon czuł, że się przed nim jakiś nowy, upragniony świat otwiera. Zdawało mu się, że Sokrates mówi właśnie tak, jak on od dawna pragnął, żeby ktoś mówił. Tak jest! (…) To nie może być, żeby w świecie wszystko wciąż musiało ginąć, żeby żywiołem wszystkiego była brutalna walka, żeby z manowców myśli nie było innego wyjścia nad pięść czy też lisi spryt życiowy, żeby nauki eleatów o czymś, co naprawdę jest niezależne od ludzkiego widzimisię, miały być tylko fantazją. Oto Sokrates wychodzi z manowców: oto wciąż przytacza i odrzuca konkretne przykłady i odsłania w nich kolejno jakieś jedno wspólne znaczenie. Jakaż rozkosz była Platonowi słuchać tego i iść myślami śladem mistrza z zapartym tchem i świecącymi oczyma. Zdawało mu się, że już gdzieś, kiedyś podobnie cudne chwile przeżywał. Chyba w innym, lepszym świecie — nie tu. „Wszelkie nabywanie wiedzy, to tylko przypomnienie tego, co dusza kiedyś w innym świecie oglądała.” Tak uczył później Platon, mistrz szkoły. Ale oto już się miał ku końcowi dialog, już prawie cała i skończona abstrakcja świeciła odsłonięta spod nawału marnych, mamiących i niejasnych konkretów, już wiedzieli towarzysze rozmowy, co to jest ,,piękno samo”, a nie ta lub owa rzecz piękna; Platon nie wiedział, Platon je widział prawie, prawie dotykał, czuł, że ono jest, bardziej jest, niż zmysłowe przedmioty znikome.

Czuł, że przebywa w lepszym, wyższym, wiecznym, oderwanym świecie, że prawie obcuje z bytami wiecznymi, ogólnymi, nie dającymi się uchwycić ręką ani potrącić oczyma śmiertelnymi. Jak towarzysze jego widzieli i pamiętali tylko zmysłowe przedmioty podczas rozmów potocznych, tak on, kiedy Sokrates modelował definicje, czuł, że widzi prawie oczyma duszy jakieś przedmioty nadzmysłowe, ponazywane imionami ogólnymi, unoszące się niby duchy czyste nad ziemią.

Ideami je nazwał później, kiedy przetopił te chwile nastrojów na teorię nie zawsze jasną i nie zawsze konsekwentną. A nie była „nauka” o ideach dość jasna, bo mu nie wyszła ta koncepcja poetycka ze spokojnych dumań nad pergaminowymi zwojami, tylko mu wykwitła z dreszczów zachwytu i blasku oczu rozwartych, i z chwil, w których nie czuł, gdzie jest, i słów mu brakło w zaciśniętej krtani.

Teraz Sokratesa kochał jak dziecko i czcił go, jak się bohaterów czci. Nie wierzył może nawet później chwilami, żeby Sokrates mógł był idej nie oglądać, skoro mu je sam odsłonił; kiedy stary milczał na jego zachwyty, on był przekonany, że Sokrates mówić tylko nie chce. Jemu się przecież niekiedy to narzucać musiało, że Sokrates z ideami obcował.

Większość z pewnością powie, iż zapewne chodzi o tę wieczność, dającą możliwość zakotwiczenia dla nieśmiertelności, dla nauki o duszach, stawiając na ewentualny spirytualizm obrońców teorii form, w nim doszukując się głównego ich interesu. I pewnie jacyś spośród nich faktycznie takim się kierują, powiedzmy fanatyczni katolicy, którzy bronią Platona o tyle, o ile jest im to potrzebne do obrony swej własnej wiary, która z niego czerpie. Ale to nie jest jakaś dominująca i specjalnie ważna grupa.

To może chodzi o warstwę estetyczną? Ludzie bronią teorii form, bo im się podoba. Uznają ją za tak piękną, elegancką czy dającą to uniesienie, opisywane przez Witwickiego, że nieistotne stają się nawet jej kluczowe niedostatki i dzisiejsza niewielka wartość poznawcza. Mimo upływu ponad dwóch tysięcy i trzystu lat z kawałkiem jest po prostu wspaniałym przedmiotem estetycznym i jako taki nie może być mieszana z błotem. Gdy już jest, podnosi się larum. Ale znowu, ilu ludzi decydowałoby się na jej obronę z takiego powodu? „Wszyscy!” zakrzykniecie. „Głupio jest im z tego powodu nawet we własnym gronie, więc skurwiele się maskują i nigdy nie przyznają, że trzymają się memu wymyślony przez jakiegoś Ateńczyka w starożytności, narażając na ośmieszenie, tylko dlatego że im się podoba.” Nie. Samą estetyką tego fenomenu też nie wyjaśnicie.

Pomogę Wam. Sam rozwikłałem tę zagadkę dość niedawno, a mianowicie gdy ponownie przeczytałem dwa ostatnie akapity swego komentarza, pozostawionego u Smootnego oraz jego odpowiedź i zestawiłem je z filmikiem pod własną notką o Spencerze. Przy charakterystyce jednej z jungowskich funkcji poznawczych, introwertycznej intuicji (Ni), słyszymy coś takiego:

When you’re explaining something to INFJ or when they’re trying to learn about something, they’re gonna have this inclination to push away all the details of what you’re saying or what they’re learning about and really dive in to the core ideas about something, the core meaning. What is really all about. So, in their topics of interest they’re gonna want to dive deeply into them, in order to extract that core idea, that meaning.

Teraz powinniście już dostrzegać dokąd zmierzam. Pomijając pewną niezgrabność jaką powoduje angielskie ”idea” ze swym platońskim rodowodem odnoszącym się do tego, czego pochodzenie chcę dopiero wyjaśnić, należałoby zapytać: czym są te szczegóły odrzucane przez INFJ i czym jest to rdzeniowe znaczenie, sedno rzeczy? Otóż sądzę, że gdybyście zebrali młodych, niewyrobionych jeszcze filozoficznie reprezentantów tego typu osobowości, zapytali ich „Co to znaczy »mieć wiedzę o przedmiocie?«”, przygotowali kilka odpowiedzi do wyboru, a wśród nich, jakąś sugerującą znajomość jego cech konstytutywnych (np.: „Mieć wiedzę o przedmiocie, to znać jego własności, dzięki którym utrzymuje swoją tożsamość (pozostaje sobą), a których zmiana poskutkowałaby jej utratą.”), po czym kazali wybrać, ich zdaniem najbardziej adekwatną, to właśnie taka cieszyłaby się największym uznaniem i byłaby im intuicyjnie najbliższa.

Dodawanie, bez względu na to, czy sumujesz 2 z 2 czy 3 z 5, przejawia te same właściwości. Jeśli je znasz, rozpoznasz to działanie bez względu na kontekst dodawanych liczb. Bez trudu odróżnisz też je od odejmowania – na przykład po tym, że jedno jest przemienne, a drugie nie. Znaczy, przemienność lub jej brak jest potrzebna, aby coś pozostało tym, czym jest. Za pomocą zmian kontekstu w jakim znajduje się przedmiot, można natomiast uchwycić najbardziej stałe i niewrażliwe na te zmiany, elementy – to właśnie one stanowią o sednie, istocie rzeczy.

Oczywiście, każdy z nich doszedłby prędzej czy później, do wniosku, iż sporym ułatwieniem w szukaniu tychże cech, jest istnienie wielu egzemplarzy czegoś określanego tym samym mianem. Wystarczy zastanowić się nad ich częścią wspólną, abstrahując od różnic, a dzięki temu zyskujemy bardzo podstawowe konstytutywne każdego z tych przedmiotów, i to hurtowo. A przy okazji powszechniki, stanowiące w największej mierze, najtwardszą, najbardziej centralną część sedna, istoty danej rzeczy. Jesteśmy w domu?

Zdajecie sobie już sprawę, z tego na czym polega faktyczna niesamowitość teorii form? Nie na tym, że w pewnym momencie stanowiła jakąś odpowiedź na problemy postawione przez poprzedników, takie jak problem tożsamości, zmiany czy relacji między bytem a pozorem, z którą nie radziła sobie teoria Parmenidesa. Ale na tym, że Platon tworząc ją, uwiecznił zarówno w swej ontologii, jak i kosmologii tak naprawdę nic innego, jak swoją dominującą funkcję poznawczą. Stworzył w nich nieśmiertelny autoportret swego sposobu myślenia. Był człowiekiem ze skłonnością do nieustannego szukania istot rzeczy (językiem fenomenologii – widzenia istotnościowego), a tę prawdę o sobie odniósł do świata i jego budowy. I to jest całkowicie oczywiste, jeśli się nad tym zastanowicie. Skoro to głównie w ten sposób poznawał świat i odnosił w tym sukcesy (począwszy od skutecznego odróżniania od siebie przedmiotów, na działaniach matematycznych skończywszy), jasne było dla niego, że struktura świata musi być kompatybilna z tym sposobem poznania. I na jakimś poziomie nawet jemu podobna. Epistemologia zawsze pociąga za sobą jakąś ontologię. Opis sposobu poznania determinuje charakter poznawanych przedmiotów. Człowiek poznający świat poprzez poszukiwania i zestawienia istot rzeczy, ostatecznie uznał, iż wszystko w nim jest efektem ich odbicia, uczestnictwa w nich.

Mówi to Wam inny człowiek poznający świat w dokładnie ten sam sposób. Taka jest istota genezy teorii form. [śmiech]

Ten swoisty, odciśnięty, metafizyczny autoportret Arystoklesa przetrwał do dziś. Jest jak wampir, którego nie powalą kolejne drewniane kołki, wbijane w jego serce. Nie dlatego, że daje nadzieję na życie wieczne. Ani dlatego, że jest ładny czy elegancki. A z tej przyczyny: nie stanowi on tylko i wyłącznie portretu samego Platona, ale też wszystkich ludzi mu podobnych, których cechuje ta sama inklinacja do rozumowego ujmowania rzeczy, definiowania, opisywania ich budowy. Wyławiania z nich jakichś wewnętrznych jakości, uznawania je za kolejne przedmioty i poddawania ich temu samemu oglądowi. Gdy tacy ludzie po raz pierwszy stykają się z platońską filozofią, odnajdują świat, podporządkowany ich najbardziej naturalnemu sposobowi postrzegania go. Świat zbudowany tym sposobem postrzegania. I odnajdują w tej filozofii część siebie, siebie dosłownie i w przenośni. Dla żartu wtrącę – istotniejszą część siebie. [śmiech] Bardzo często mamy wtedy do czynienia z tym, co tak udanie oddał Witwicki, w przytoczonym wstępie – z uczuciem posiadania czegoś niewyrażalnego na końcu języka, co w końcu zostaje ujarzmione i objawione. Ten przez niego opisany zachwyt, jakiego doznał młody Ateńczyk, przeżywało następnie wielu jego czytelników. Ostatecznie jednak był to zawsze zachwyt ich swojością.

Jakże to cudownie introwertyczne i narcystyczne zarazem!

Twórczość filozoficzna emanacją charakteru jej twórcy

Motywacja wszechczasowego frontu obrony Platona powinna stać się dla Was oczywista. Sprawa nie tyczy jakichś nadziei na przyszłość pozagrobową, ani też upodobań estetycznych, a czegoś znacznie bardziej osobistego – czegoś czego, w odróżnieniu od tamtych spraw, nie można zmienić i zastąpić czymś innym – przynajmniej nie bez szkody dla siebie samego. Dlatego też walka ta jest zacięta i nieskończona, a stawka – bardzo wysoka. Tutaj dochodzimy do nieco przygnębiającego wniosku, że w sporej części nasze filozoficzne sympatie i preferencje determinowane są naszymi osobowościami. Niektórzy nigdy nie będą dobrymi materialistami, przekonującymi empirykami, sprawnymi apriorystami. A stąd, niedostępne będą dla nich pewne perspektywy, otwarte dla innych. I vice versa.

Osobiście jestem naprawdę beznadziejnym sensualistą, nigdy nie miałem zaufania do swoich bezpośrednich wrażeń zmysłowych, mój daltonizm zresztą w zdobyciu tegoż na pewno nie pomógł. Dlatego też prezentuję zupełnie odmienny stosunek do obserwacji niż inni ludzie. Co nie tyle uświadomiła, ale raczej zachęciła do otwartego przyznania wspomniana wyżej rozmowa na blogu mego imiennika.

Sympatie i preferencje jednak pozostają. Kto odnalazł się u Platona, ten z pewnością znajdzie i za najbliższych sobie filozofów uzna: Plotyna i resztę neoplatończyków, średniowiecznych realistów pojęciowych, następnie długo, długo nic, potem ciutkę Hegla i resztę niemieckich idealistów: Fichtego, Schellinga, Schopenhauera, następnie Meinonga z jego teorią przedmiotu (hah, mój wieloletni faworyt) czy wreszcie fenomenologów z Husserlem i Ingardenem na czele (analiza eidetyczna, oto co lubimy, nieprawdaż? fuck yeah!), a na Davidzie Lewisie kończąc.

Teza na dziś: wielość stanowisk filozoficznych w znacznej mierze wynika z indywidualnego sposobu postrzegania świata, spór między nimi jest w zasadzie sporem między samymi ludzkimi charakterami i ich poznawczymi preferencjami. Grzęźniemy w quasi-polilogizmie. Ale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W końcu jakiś wkład w filozofię mają wszystkie stanowiska – każde może zostać użyte jako nawóz dla nauki, tak było z platońskimi ideami w przypadku elektryczności, immaterializm Berkeleya znaleźć możemy wśród kwantów w mikroświecie, atomizm materialisty, Demokryta też się zresztą przydał.

Gdybym miał okazję dziś pogadać z Platonem, za ten fragment o dążeniu wyłącznie do tego, czego się nie ma, zaprosiłbym go do wiedeńskiego Figlmüllera na ich delikatnego sznycla z kartoflaną sałatką, bo miał zadatki żeby zostać prawdziwym (proto)austriakiem. Ale spieprzył sprawę po całości i pozostał bufoniastym Ateńczykiem. Przez którego jestem dziś narażony na wycieki pamięci w programach pisanych w Javie i czytanie Kardaszewskiego, który prezentuje dokładnie tę samą arystokratyczną butę wobec świata działań zwykłych ludzi, tak samo jest przekonany, że to jego wrażeniom estetyczno-moralnym należy podporządkowywać świat, który ma tę samą potrzebę uczestniczenia w sferze rzeczy szlachetniejszych i wyższych niż te, które oferuje szara codzienność. Dziwnym jednak trafem, ta potrzeba specyficznej duchowości jest w stanie zadowolić się czymś tak żenującym jak prymitywna statolatria, zwłaszcza w wydaniu narodowosocjalistycznym. No ale widocznie istnieje szlachetność i zbastardyzowana szlachetność…

Doktorowi Kardaszewskiemu serdecznie współczuję i życzę, aby znalazł wreszcie taki sposób wykorzystania swoich naturalnych talentów, który rzeczywiście przysłuży się jego lokalnemu otoczeniu i dla odmiany je nimi wzbogaci, co przyniesie mu społeczny szacunek, którego tak pragnie, a którego z pewnością nie zdobędzie, postępując jak do tej pory. Naprawdę, większą przyjemność sprawiają ludzie, którzy cenią nas z miłości, a nie dlatego, że trzymamy nad nimi bat i nachalnie pozujemy na ich wzory i wychowawców. A tym bardziej diagnozujących ich psychiatrów.

Tak więc Arystoklesie, ode mnie masz tego sznycla, a pod stołem solidnego kopniaka w łydkę i karnego kutasa za chujowe eksperymenty na Sycylii oraz kardaszewski stosunek do handlu i biznesu.

Wersja offline – PDF

Hmm. Ilustracją muzyczną tego tematu może być tylko jeden utwór.