Rzecz o stratnej kompresji historii

Najwyższa pora na kolejny wpis spłodzony gdzieś między snem a jawą.

Every great magic trick consists of three parts or acts. The first part is called »The Pledge« . The magician shows you something ordinary: a deck of cards, a bird or a man. He shows you this object. Perhaps he asks you to inspect it to see if it is indeed real, unaltered, normal. But of course…it probably isn’t. The second act is called »The Turn«. The magician takes the ordinary something and makes it do something extraordinary. Now you’re looking for the secret… but you won’t find it, because of course you’re not really looking. You don’t really want to know. You want to be fooled. But you wouldn’t clap yet. Because making something disappear isn’t enough; you have to bring it back. That’s why every magic trick has a third act, the hardest part, the part we call »The Prestige«.

Narracja otwierająca nolanowski „Prestiż”

I. Obietnica.

Kompresja bezstratna (ang. lossless compression) – ogólna nazwa metod kompresji informacji do postaci zawierającej zmniejszoną liczbę bitów, pod warunkiem że metoda ta gwarantuje możliwość odtworzenia informacji z postaci skompresowanej do identycznej postaci pierwotnej.

Wikipedia

Zaczęło się niepozornie. W ramach porządkowania pokoju, zagraconego stertą nośników, składających się na moją kolekcję audio, uzupełnioną niedawnymi zakupami, postanowiłem jak to na człowieka leniwego, zadać sobie trochę pracy. Lenistwo w tym wypadku sprowadza się do niechęci żonglowania płytami. Autentycznie nie lubię nimi manipulować; wyjmować z pudełek, uważać by nic im się nie stało, czyścić i ogólnie rzecz biorąc, przejmować się podtrzymywaniem ich istnienia w dobrej formie. Między innymi z powodu tej niechęci wyrobiłem sobie zwyczaj zgrywania treści z nośników mniej na te bardziej pojemne (według odpowiedniego klucza) i następnie odkładania tych pierwszych, odpowiednio zabezpieczonych w jakieś miejsce, w którym nie będą przez nikogo i nic niepokojone, być może nawet do końca ludzkiej cywilizacji. Kiedy moja kolekcja się rozrasta, bądź gdy kupię reedycję albumu, którego miks spodoba mi się bardziej, dokonuję aktualizacji i wypalam nową płytę. Właśnie podczas jednej z takich rytualnych archiwizacji jakoś tak zamyśliłem się nad formatem FLAC.

Skupiłem się na jego głównym atucie — bezstratności. Czyniąc z niej centralny punkt, następnie zaś odnosząc do swoich działań i wartościowań (takich jak już samo uznanie jej za atut), z łatwością odkryłem, iż nawet na poziomie świata materialnego te zmagania z rzeczami i walka o zachowanie ich w niezmiennej, nominalnej formie, zmierzają właśnie ku temu punktowi.* Nie tylko zresztą w świecie fizycznym. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, także moje intelektualne sympatie czy preferowane metody poznania podporządkowują się właśnie dążeniu do wychwytywania właściwości, ostatecznie też składania z nich modelu tożsamości intencjonalnego przedmiotu, czyli wspomnianej bezstratności, właśnie w odniesieniu do niego. Być może moje zamiłowanie do spekulacji, rozstrzygania problemów opartego o analizę jakichś koniecznych relacji między ustalonymi, nieruchomymi koncepcjami, swoje źródło znajduje w dokładnie tym samym punkcie? Temu, co się zmienia, nie można do końca zaufać.

Gdzie jednak szukać początku wykształcenia takiego stosunku wobec tożsamości i zmiany? Czy miało to miejsce we wczesnym dzieciństwie? Związało się ze zużyciem pierwszego, ukochanego pluszaka, takimże przykrym spostrzeżeniem na temat przemijania, wobec którego należało znaleźć sposób sprzeciwu? Chociażby poprzez częściowe opuszczenie świata namacalnego, narażonego na nie w największym stopniu, ograniczenia kontaktu z nim do pośredniego, przez sprawdzone i pewne, niezmienne esencje? Doprawdy, tego nie wiem i raczej do bezpośredniej przyczyny wytworzenia się owego nastawienia nie uda mi się dotrzeć. Podobnie zresztą jak ostatecznie udowodnić, że wszelakie stanowiska rozstrzygające o nadrzędności Bytu nad Pozorem, ten pierwszy lokujący w świecie przedmiotów inteligibilnych, drugi — bezpośrednich postrzeżeń, doznań, wrażeń i wreszcie zjawisk, stanowią następstwo, jednocześnie zaś świadectwo przyjęcia takiej, a nie innej strategii stawiania oporu wobec spraw wymykających się spod naszej kontroli, przyjętej w wyniku wcześnie przeżytego, silnego poczucia straty. Zdaję sobie natomiast sprawę z szeroko niosącego się echa tego stosunku, odbijającego i odzywającego się gdzieniegdzie w moim życiu.

Oczywiście, rysowałbym autokarykaturę nie wprowadzając następującego zastrzeżenia: nie staram się unikać za wszelką cenę uczucia straty. Nie, stanowi ona po prostu najsilniejszy bodziec, na jaki odpowiadam. Na nią jestem w największym stopniu uwrażliwiony. To właśnie ona jest w stanie najdoskonalej mnie poruszyć, zarówno w sferze estetyki, jak i etyki. Zdarza mi się więc nie tylko jej nie unikać, ale wręcz nią sycić. Dążyć do niej. Sztukę umiejętnie wykorzystującą jej motyw, jeśli w ogóle nie całkowicie na niej opartą, cenię zdecydowanie najwyżej, tym bardziej gdy jest w stanie zaoferować w finale potężne katharsis. Wobec straty i jej pochodnych: cierpienia, desperacji, rezygnacji, zwątpienia i wszelkich innych form negacji nie jestem bezradny, one wszakże otwierają przede mną możliwość działania; stanowią problem do rozwiązania, zmuszają do aktywności. Wobec spełnienia i szczęścia staję się bezradny: skłaniają do bierności, nie mogą stanowić żadnej bariery do przezwyciężenia, nudzą mnie i pozostawiają bezczynnym. Strata zdaje się pełnić rolę głównej porządkującej moje życie, stanowi w nim odpowiednik północnego kierunku w kartografii. To wedle niej orientuję hierarchię wartości, dzieląc sprawy wedle stopnia dopuszczalnej podatności na nią. Najmniej istotne są najłatwiejsze do poświęcenia. Nie jestem pesymistą, jednakże potrzebuję pesymizmu jako solidnej bazy do działania, punktu startu dla sprzeciwu wobec beznadziei.

Wśród ludzi szczęśliwych, na dłuższą metę, czuję się niekompetentny, nie na miejscu, zbędny. Sądzę, że nie bez przyczyny zwrot: „i żyli długo i szczęśliwie” zamyka baśnie, a nie je otwiera. Po „szczęśliwie” nie ma już w nich miejsca dla czegokolwiek godnego uwagi, stanowi definitywny koniec opowieści. Spełnionym z całą pewnością warto umierać, niekoniecznie jednak żyć.

II. Zwrot.

Kompresja stratna — metoda zmniejszania liczby bitów potrzebnych do wyrażenia danej informacji, które nie dają gwarancji, że odtworzona informacja będzie identyczna z oryginałem. Dla niektórych danych algorytm kompresji stratnej może odtworzyć informację w sposób identyczny.

Kompresja stratna jest możliwa ze względu na sposób działania ludzkich zmysłów, tj. wyższą wartość pewnych części danych nad innymi. Algorytmy kompresji stratnej zazwyczaj posługują się modelami psychoakustycznymi, psychowizualnymi itd., aby odrzucić najmniej istotne dane o dźwięku, obrazie, pozostawiając dane o wyższej wartości dla rozpoznawania tej informacji (akustycznej, wizualnej) przez zmysły. Ilość odrzucanych danych jest zazwyczaj określana przez stopień kompresji.

Zwykle kompresję stratną stosuje się do:

– obrazków

– dźwięków

– ruchomych obrazów, np. w filmie

Też Wikipedia

Większość z moich dziwactw, tudzież natręctw — często wymagających misternego zaangażowania, włączając w to wspomniane cykliczne archiwizacje, opiera się więc na imperatywie zachowywania najcenniejszych przedmiotów w niezmiennym, opierającym się wszelkim czynnikom zewnętrznym, stanie. Jeśli jest to niemożliwe, przynajmniej najwierniejszym. To ciężka walka o ocalenie tego, co ocalić się da. FLAC to jeden z nielicznych przypadków kompletnego tryumfu w tej dziedzinie. Przy pomocy tego kodeka, można przekształcić jeden przedmiot w inny, mniejszy, nie roniąc z niego ni krztyny tego, czym jest.** To niejako zdefiniowany ideał, a takie są nam dane jedynie w środowiskach zakładających ich bezpośrednią obecność i możliwość realizacji — w tym przypadku w technice. Już poza jej obrębami, najczęściej musimy liczyć się z ich nieobecnością, pełnieniem tylko i wyłącznie roli normatywnej i co za tym idzie, niemożliwością ich urzeczywistnienia, nieuchronną stratą.

Człowiek już organicznie, na codzień, nawet w najistotniejszych dla siebie, sprawach zmuszony jest do stosowania kompresji stratnej. Kompresji, bo nie jest istotą ukierunkowaną na zbieranie i zachowywanie informacji — dziedzictwo przeszłości służy mu głównie jako zasób przydatny do realizacji spodziewanych, pragmatycznych celów przyszłości. Stratnej, bo ludzka pamięć jest zawodna, selektywna, podatna na zewnętrzną i wewnętrzną manipulację, nietrwała. Zapominamy, zachowujemy tylko to, co ważne bądź nietypowe, tudzież w inny sposób charakterystyczne, przede wszystkim zaś wyłącznie to, co chcemy zapamiętać.

Kiedy przypominam sobie zainteresowania mojego dzieciństwa, jednym ze sztandarowych była historia. W międzyczasie zdążyłem się już na nią parokrotnie obrazić, nie mogę jednak zaprzeczyć, że gdybyście mieli okazję spotkać mnie jakieś dwie dekady temu, najprawdopodobniej znaleźlibyście, starającego się nakłonić otoczenie do podjęcia swego rodzaju historycznych misteriów — zabawy w odtwarzanie dawnych realiów, osadzonej w okolicach jakiegoś przełomowego wydarzenia. Niekoniecznie widzącego się w roli pierwszoplanowych bohaterów, często przehandlowującego swą pozycję, w zamian za samą możliwość zabawy w wybranym przez siebie świecie przedstawionym. Innymi słowy, w moim dzieciństwie mogliście mnie spotkać jako: jednego z wznoszących świątynię Amona w Karnaku, ścigającego w rydwanie zbiegających z Egiptu Żydów, ginącego na polu bitwy pod Hastings wiarołomnego Harolda II, gromiącego Francuzów pod Crécy anonimowego angielskiego łucznika, czy Champolliona odczytującego hieroglify. Dzisiaj nazywa się to fachowo „rekonstrukcją historyczną”, dla mnie wtedy było po prostu codziennością. Co jednak istotne, zawsze pojawiał się ten krytyczny głos, powątpiewający w wierność naszego odtwórstwa, nie tyle wymierzonego w samą zabawę i moje ustępstwa na rzecz kolegów chcących interpretować odgrywane postaci po swojemu (czasem znacznie odbiegając od „oficjalnej wersji wydarzeń”), co raczej niedostateczność przekazów, z jakich można było wnioskować: kim ci ludzie w istocie byli? Jacy byli? Co sprawiło, że podjęli takie decyzje? Co motywowało ich do takiego, a nie innego zachowania? W książkach nie było didaskaliów, podpowiadających jak kogo odgrywać, bazowaliśmy więc na wyobraźni, a w jeszcze większej mierze: archetypach opartych na pełnionej przez nią funkcji. Niestety. Czymś trzeba było zapełnić pustkę.***

Oczywiście, moglibyście powiedzieć: „trzeba Ci było, szczylu, biografie czytać”. Ale na Matkę Boską Goddamnitańską, stanowczo oponuję! To, że byłem z lekka nerdowatym dzieckiem, nie znaczyło wcale, iż zamierzałem przestać być dzieckiem w ogóle! Tak czy owak, nie spędziłbym (całego) dzieciństwa w bibliotekach, historia miała szczęście oraz ogromny zaszczyt, że mogła stać się inspiracją dla moich podwórkowych wyczynów i właśnie tak należy to rozpatrywać. Bo mogłem sobie nabijać sińce, zdzierać kolana i wybijać mleczaki ze stukroć razów mniej edukacyjnych powodów. Poza tym, biografie nie rozwiązują wszystkich problemów — bo albo ich nie ma o tych postaciach, które mnie interesowały, albo gdy ich autorzy chcą stąpać twardo po ziemi, opierając się jedynie na źródłach, są suchym opisem działań, bez psychologicznych odniesień, którymi można byłoby tamte wyjaśnić, bądź też są w dużej mierze niepewną fikcją, interpretacją danej postaci tworzoną przez autora, często bez uzasadnienia skąd ten wnosi o tym, co pisze. Generalnie zatem, historia wskazuje nam często dowody istnienia pewnych ludzi i ich dokonań, jednak o nich samych mówi naprawdę niewiele. Co dla mnie, wtedy dziesięciolatka było wyjątkowo irytujące. Na szczęście państwowa edukacja zabiła we mnie te pokłady naturalnej ciekawości, także w dziedzinie historii, zapał do radosnych personifikacji obróciła w niwecz i na tym poprzestańmy.

Temu, że historia pełna jest dziur, nawet w przypadku postaci o których coś mówi, temu nie powinniśmy się temu dziwić. By przestać, wystarczy rzucić okiem na naszą teraźniejszość. Czy potrafimy opisywać spotkanych przez siebie, zupełnie współczesnych nam ludzi? Nawet tych, wśród których żyjemy przez lata? Najbliższych, z którymi dzielimy życie? Czy potrafimy opowiadać o nich ludziom ich znających, znajdując sposób, aby chociaż trochę im ich przybliżyć? Czy znamy aspiracje swoich bliskich i ich powody? A czy chociaż staramy się to robić wobec samych siebie? Wykrystalizować chociaż parę motywów przewodnich swojego życia, wokół których zdaje się nam ono kluczyć?

Cobb: I can’t stay with her anymore because she doesn’t exist.
Mal: I’m the only thing you do believe in anymore.
Cobb: I wish. I wish more than anything. But I can’t imagine you with all your complexity, all you perfection, all your imperfection. Look at you. You are just a shade of my real wife. You’re the best I can do; but I’m sorry, you are just not good enough.

Na większość tych pytań, globalnie rzecz biorąc, odpowiedź brzmi: nie. Nie, niczego takiego nie robimy. Nawet zwyczaje pogrzebowe mamy dziś niemalże całkowicie anonimizujące zmarłych. Widzieliście jeden pogrzeb — widzieliście wszystkie. One nie są przykre, przynajmniej dla mnie, z tego powodu, że panuje na nich przygnębiająca atmosfera, że obecni tam są ludzie, którzy cierpią z powodu straty i ich emocje na nas w określony sposób oddziałują, a dlatego, że najlepsza ze wszystkich okazji, by podsumować czyjś żywot, w którym nie będzie dopisany już żaden rozdział, najmniejszy nawet epizod — by właśnie wtedy, gdy zbierają się wszystkie najważniejsze osoby, dla których zmarły coś znaczył, nie robi się absolutnie niczego, aby publicznie podsumować jego obecność, wkład i dążenia, czy nawet same zamiary, oczekiwania wobec świata lub samego siebie, które jakoś przecież przejawiał, nim opuścił ostatecznie nasz padół łez. Nie przedstawia się jego osobistego stosunku do życia, nie oddaje mu należnego honoru za element piękna i dobra jaki ze sobą przyniósł, którym mogliśmy się nacieszyć, nie robi absolutnie niczego, by utrwalić pamięć o nim, chociaż formalnie rzecz rozważając, głównie temu te uroczystości mają służyć. Trumna nie bez przyczyny zajmuje przecież eksponowane miejsce. Tymczasem sam zmarły, w ramach takiego dysonansu poznawczego, pomijany jest niemal całkowicie, sprowadzony zostaje do jakiegoś absolutnego ogółu i wykorzystuje się go jako pretekst do przypomnienia innym ich własnej śmiertelności oraz doktryny religii na temat śmierci i tego co po niej.

Później mamy stypę, która w polskich realiach jest wyjątkowo podłą imprezą, chociaż niekoniecznie przecież taką być musi. Bo podła jest znowu sama praktyka bezczelnej wyżerki na koszt rodziny bez jakiegokolwiek, najmniejszego nawet listka figowego. I znowuż, sprowadza się ona do utracenia okazji wspomnienia zmarłego. A przecież mogłaby przerodzić się w coś innego: być ucztą na jego cześć, w której warunkiem uczestnictwa byłoby wygłoszenie upamiętniającej go mowy, opowiedzenie o swojej znajomości ze zmarłym, o tym co mu się zawdzięcza. Nie miałoby to więcej sensu, także dla rodziny?

No i wreszcie cykliczne święto zmarłych, czyli Zaduszki czy w ogóle cały, katolicki początek listopada. Ludzie w ramach rytuału jeżdżą na groby, często sami do nich trafiają, zabijając się po drodze w wypadkach komunikacyjnych, najczęściej jednak są to po prostu spotkania, w których spotykają się z dalszą, zamiejscową rodziną i tu także kwestia zmarłych traktowana jest po macoszemu, o ile w ogóle.

I tak też pamięć o ludziach z biegiem lat zamiera. Nie potrafi się nic o nich powiedzieć, nie przekazuje się informacji dalej. W ramach eksperymentu, spróbujcie sobie przedstawić w miarę spójny i kompletny obraz Waszych pradziadków. Potrafilibyście powiedzieć co ich charakteryzowało? Wymienić chociaż parę cech ich wyróżniających, czyniących ich w opowieści kimś więcej niż tylko funkcją bycia czyimiś w łańcuchu przyczyn i skutków, rodzicami i dziećmi, dzięki którym także i Wy ostatecznie znaleźliście się na świecie? Ja nie potrafię. Tak jak zresztą nie potrafiłem skłonić swoich rodziców, do wytworzenia takiego obrazu ich dziadków. Nie ma się zatem dziwić lukom w historii, skoro i na krótszych dystansach, także pod względem genetycznym i emocjonalnym, informacje ulegają unicestwieniu.

III. Prestiż.

Reflektując się nad swym dzieciństwem, wyjaśniłem sobie najwcześniejszą z moich historycznych fascynacji. Zamiłowanie do cywilizacji Starożytnego Egiptu. Do czegoś, co najtrafniej określić można, dzisiaj tak często nadużywanym epitetem — cywilizacji śmierci. Świata, z którego wydawać by się mogło, nie pozostało nic organicznego, wznoszonego z budulca innego niż kamień. Nie przetrwały pałace, nie przetrwały proste domostwa, świątynie i grobowce natomiast stoją po dziś dzień. A jednak ten kamień zdołał zachować pamięć, cywilizacja śmierci natomiast doskonale przekazała informacje o życiu jakie w niej tętniło. Życiu codziennym, o jego rozrywkach, sztuce, ale też pracy i jej organizacji, handlu czy cenach. Bogusław Kwiatkowski we wstępie swego Pocztu faraonów ujął rzecz następująco:

Kamień nauczył również Egipcjan, że na świecie tak naprawdę nie wszystko przemija i istnieją rzeczy, które zdaje się, trwają wiecznie i są niezniszczalne. […] To dzięki kamieniowi poznajemy imiona i dzieła całych pokoleń egipskich władców oraz wnikamy w dzieje państwa i narodu. Narodu, o którym Herodot, podróżujący po Egipcie w połowie V wieku p.n.e., pisał, że »bardziej niż jakikolwiek inny naród kultywuje pamięć przeszłości i lepiej zna historię«.

Od jego czasów, nie pojawiła się żadna kultura, która byłaby w stanie go pod tym względem przebić. Egipt zatem leżał w pobliżu atrakcyjnego dla mnie krańca spektrum, od którego nasza epoka coraz to bardziej odbiega. Jego mieszkańcy starali się podobnie jak ja, zachować jak najwięcej. Nawet pylony ich świątyń, poza oczywistą funkcją sakralną, stanowią w znacznej części kroniki, uwieczniające kluczowe wydarzenia. Konserwująca tym bardziej, wiara w życie po śmierci, będące kontynuacją tego obecnego, do którego należy się przygotować, czyniąc odpowiednie zapasy i zabierając ze sobą potrzebne do utrzymania swego stylu życia przedmioty, opisując na ścianach grobowców, na czym dokładnie on polegał, tym bardziej wskazuje, że ci ludzie potrafili cieszyć się swoim życiem. I dlatego mieli co zachowywać.

My natomiast nie potrafimy celebrować śmierci, ale przez to nie jesteśmy również w stanie do końca podkreślić wartości życia, ani tym bardziej zachować jego osiągnięć. Tezy o końcu historii, o końcu wielkich systemów filozoficznych, o końcu wielkich narracji są niezmiernie lotne. Ludzie zdają się je podchwytywać i im ufać, uznając ich prawdziwość. Ich poparcie jednak wcale o tej nie świadczy. Nie jest żadnym performatywnym dowodem. Wskazuje jedynie na fakt utraty przez nich zdolności narracyjnych, bądź motywacji ich wykorzystywania, najpewniej zaś jednego i drugiego. O nieumiejętności spojrzenia na swój, bądź cudzy, żywot z dystansu, znalezieniu w nim klucza i uczynienia zeń sensownej opowieści, w której o coś chodzi i coś jednak jest w niej istotne, tym samym godne i warte uwiecznienia. Powszechne odmówienie sobie istotności i roli swego istnienia, musi ostatecznie przenieść się na upowszechnieniem takich tez na jakimś wyższym, ogólnym poziomie.

Tymczasem wcale nie trzeba się z takim stanem rzeczy godzić! Nie wszystko jest przecież stracone. Moją osobistą bazą do kontry wobec zastanej sytuacji, uczyniłem uczucie, o którym wspomniałem, kończąc „Lustro puchem obleczone” — nostalgię. To właśnie poprzez nią znajdziemy istotne dla siebie fragmenty przemijających ładów, to właśnie dzięki niej znajdziemy swoją odpowiedź na pytanie: „Co warto zachować?”, wykorzystamy to, co się nam jawi, jako swoistą sieć boi nawigacyjnych, dzięki którym będziemy w stanie wytyczyć i przedłużyć kurs jakim biegnie nasze życie, określając czego naprawdę potrzebujemy i gdzie chcemy zmierzać.

Kadr z „Nuovo Cinema Paradiso”. Toto przegląda swój, przechowany latami przez niedawno zmarłego przyjaciela, skarb.

To taki mój mały sposób na stworzenie świata, w jakim w leniwy poranek, każdy z nas, nie mając nic specjalnego do roboty, mógłby wybrać się do najbliższej świątyni na pogrzeb kogoś zupełnie nieznajomego, a po całej ceremonii byłby w stanie zorientować się, kim zmarły był, co zdołał do rzeczonego świata wnieść i dlaczego powinno być nam żal, że nie udało się poznać go za życia. Obecne zwyczaje zdają się sugerować, że wraz ze śmiercią człowieka, ani niczego nie tracimy, ani niczego nie zyskujemy. Bezczelnie ośmielam się z tym nie zgodzić.

Asteryskowisko:

* Cieszę się, że większość mojego życia przypada na cyfrowe czasy; gdybym miał kolekcję winyli pewnie nigdy bym ich nie słuchał, każde odtworzenie skutkowałoby świadomością degeneracji samego nośnika, więc i wpłynięcia na zapisaną na nim treść, utratę pierwowzoru! To byłaby udręka. Z drugiej strony, być może muzyka byłaby wtedy jeszcze ważniejsza?

** Pomijam w tym miejscu to, na co wpływu nie mam, czyli ograniczenia cyfrowego zapisu dźwięku z analogowego świata, arbitralnie wybierane przez innych, kompromisowe jego standardy, etc. Zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, działam po prostu tak, by nie dopuścić do jeszcze dalej posuniętej degeneracji informacji tam, gdzie mam na to wpływ.

*** Uważni czytelnicy, zaznajomieni z moją twórczością, zapewne z łatwością znajdą obustronne powiązanie między rzeczonym ustępem, bądź nawet całym bieżącym tekstem a pewnym fragmentem „[…]suwerenności właściciela[…]”. Mianowicie, rozważając drabinę bytów fizycznych według skali ich wielkości, jakie jeszcze mogłyby uzyskać genezę antropiczną, wyczerpując ostatecznie zdolności twórcze człowieka i wspierającego go w tych wysiłkach ustroju politycznego, doszedłem do etapu produkcji wszechświatów. Aby jednak postulować obrót handlowy wszechświatami, należałoby podać przynajmniej jedną przyczynę, jeden motyw, dla którego ktoś chciałby je kupować. Oczywiście, mogłem wymyślić ich dziesiątki, jednak pierwszym jaki przyszedł mi do głowy i jaki zdecydowałem się z miejsca wybrać, była eksploracja historii, chęć poznania przeszłości i uczestnictwa w niej, wbrew intuicyjnemu poczuciu braku szansy na nie.

Tym samym, chociaż w symboliczny sposób, zaspokoiłem głód chłopca z przeszłości, jakim niegdyś byłem, który to nawet po, zdaniem jego towarzyszy, udanej zabawie, potrafił wrócić do domu niezadowolony, kwestionując stopień wierności swej rekonstrukcji. Który wciąż i wciąż wypatrywał kolejnych teoretycznych przeszkód, stojących mu na przeszkodzie osiągnięcia pożądanego high fidelity w tej dziedzinie. O dziwo, nigdy nie przyszły mu na myśl jego własne ograniczenia — na przykład fakt, że był tylko dzieckiem i jego koledzy też nimi byli. Niemniej jednak postanowiłem oddać mu taki pokłon za samą bezkompromisową postawę pełną perfekcjonizmu i pasji dążenia do czegoś więcej, łącząc jego zamiłowanie do historii z tymi późniejszymi: literaturą science fiction i filozofią, licząc po cichu, że w zamian za rozwiązanie jego dawnego problemu, podzieli się szczyptą swych przymiotów ducha, które u mnie nieco wyblakły i przydałaby się ich restauracja.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę: