Rzecz o stratnej kompresji historii

Najwyższa pora na kolejny wpis spłodzony gdzieś między snem a jawą.

Every great magic trick consists of three parts or acts. The first part is called »The Pledge« . The magician shows you something ordinary: a deck of cards, a bird or a man. He shows you this object. Perhaps he asks you to inspect it to see if it is indeed real, unaltered, normal. But of course…it probably isn’t. The second act is called »The Turn«. The magician takes the ordinary something and makes it do something extraordinary. Now you’re looking for the secret… but you won’t find it, because of course you’re not really looking. You don’t really want to know. You want to be fooled. But you wouldn’t clap yet. Because making something disappear isn’t enough; you have to bring it back. That’s why every magic trick has a third act, the hardest part, the part we call »The Prestige«.

Narracja otwierająca nolanowski „Prestiż”

I. Obietnica.

Kompresja bezstratna (ang. lossless compression) – ogólna nazwa metod kompresji informacji do postaci zawierającej zmniejszoną liczbę bitów, pod warunkiem że metoda ta gwarantuje możliwość odtworzenia informacji z postaci skompresowanej do identycznej postaci pierwotnej.

Wikipedia

Zaczęło się niepozornie. W ramach porządkowania pokoju, zagraconego stertą nośników, składających się na moją kolekcję audio, uzupełnioną niedawnymi zakupami, postanowiłem jak to na człowieka leniwego, zadać sobie trochę pracy. Lenistwo w tym wypadku sprowadza się do niechęci żonglowania płytami. Autentycznie nie lubię nimi manipulować; wyjmować z pudełek, uważać by nic im się nie stało, czyścić i ogólnie rzecz biorąc, przejmować się podtrzymywaniem ich istnienia w dobrej formie. Między innymi z powodu tej niechęci wyrobiłem sobie zwyczaj zgrywania treści z nośników mniej na te bardziej pojemne (według odpowiedniego klucza) i następnie odkładania tych pierwszych, odpowiednio zabezpieczonych w jakieś miejsce, w którym nie będą przez nikogo i nic niepokojone, być może nawet do końca ludzkiej cywilizacji. Kiedy moja kolekcja się rozrasta, bądź gdy kupię reedycję albumu, którego miks spodoba mi się bardziej, dokonuję aktualizacji i wypalam nową płytę. Właśnie podczas jednej z takich rytualnych archiwizacji jakoś tak zamyśliłem się nad formatem FLAC.

Skupiłem się na jego głównym atucie — bezstratności. Czyniąc z niej centralny punkt, następnie zaś odnosząc do swoich działań i wartościowań (takich jak już samo uznanie jej za atut), z łatwością odkryłem, iż nawet na poziomie świata materialnego te zmagania z rzeczami i walka o zachowanie ich w niezmiennej, nominalnej formie, zmierzają właśnie ku temu punktowi.* Nie tylko zresztą w świecie fizycznym. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, także moje intelektualne sympatie czy preferowane metody poznania podporządkowują się właśnie dążeniu do wychwytywania właściwości, ostatecznie też składania z nich modelu tożsamości intencjonalnego przedmiotu, czyli wspomnianej bezstratności, właśnie w odniesieniu do niego. Być może moje zamiłowanie do spekulacji, rozstrzygania problemów opartego o analizę jakichś koniecznych relacji między ustalonymi, nieruchomymi koncepcjami, swoje źródło znajduje w dokładnie tym samym punkcie? Temu, co się zmienia, nie można do końca zaufać.

Gdzie jednak szukać początku wykształcenia takiego stosunku wobec tożsamości i zmiany? Czy miało to miejsce we wczesnym dzieciństwie? Związało się ze zużyciem pierwszego, ukochanego pluszaka, takimże przykrym spostrzeżeniem na temat przemijania, wobec którego należało znaleźć sposób sprzeciwu? Chociażby poprzez częściowe opuszczenie świata namacalnego, narażonego na nie w największym stopniu, ograniczenia kontaktu z nim do pośredniego, przez sprawdzone i pewne, niezmienne esencje? Doprawdy, tego nie wiem i raczej do bezpośredniej przyczyny wytworzenia się owego nastawienia nie uda mi się dotrzeć. Podobnie zresztą jak ostatecznie udowodnić, że wszelakie stanowiska rozstrzygające o nadrzędności Bytu nad Pozorem, ten pierwszy lokujący w świecie przedmiotów inteligibilnych, drugi — bezpośrednich postrzeżeń, doznań, wrażeń i wreszcie zjawisk, stanowią następstwo, jednocześnie zaś świadectwo przyjęcia takiej, a nie innej strategii stawiania oporu wobec spraw wymykających się spod naszej kontroli, przyjętej w wyniku wcześnie przeżytego, silnego poczucia straty. Zdaję sobie natomiast sprawę z szeroko niosącego się echa tego stosunku, odbijającego i odzywającego się gdzieniegdzie w moim życiu.

Oczywiście, rysowałbym autokarykaturę nie wprowadzając następującego zastrzeżenia: nie staram się unikać za wszelką cenę uczucia straty. Nie, stanowi ona po prostu najsilniejszy bodziec, na jaki odpowiadam. Na nią jestem w największym stopniu uwrażliwiony. To właśnie ona jest w stanie najdoskonalej mnie poruszyć, zarówno w sferze estetyki, jak i etyki. Zdarza mi się więc nie tylko jej nie unikać, ale wręcz nią sycić. Dążyć do niej. Sztukę umiejętnie wykorzystującą jej motyw, jeśli w ogóle nie całkowicie na niej opartą, cenię zdecydowanie najwyżej, tym bardziej gdy jest w stanie zaoferować w finale potężne katharsis. Wobec straty i jej pochodnych: cierpienia, desperacji, rezygnacji, zwątpienia i wszelkich innych form negacji nie jestem bezradny, one wszakże otwierają przede mną możliwość działania; stanowią problem do rozwiązania, zmuszają do aktywności. Wobec spełnienia i szczęścia staję się bezradny: skłaniają do bierności, nie mogą stanowić żadnej bariery do przezwyciężenia, nudzą mnie i pozostawiają bezczynnym. Strata zdaje się pełnić rolę głównej porządkującej moje życie, stanowi w nim odpowiednik północnego kierunku w kartografii. To wedle niej orientuję hierarchię wartości, dzieląc sprawy wedle stopnia dopuszczalnej podatności na nią. Najmniej istotne są najłatwiejsze do poświęcenia. Nie jestem pesymistą, jednakże potrzebuję pesymizmu jako solidnej bazy do działania, punktu startu dla sprzeciwu wobec beznadziei.

Wśród ludzi szczęśliwych, na dłuższą metę, czuję się niekompetentny, nie na miejscu, zbędny. Sądzę, że nie bez przyczyny zwrot: „i żyli długo i szczęśliwie” zamyka baśnie, a nie je otwiera. Po „szczęśliwie” nie ma już w nich miejsca dla czegokolwiek godnego uwagi, stanowi definitywny koniec opowieści. Spełnionym z całą pewnością warto umierać, niekoniecznie jednak żyć.

II. Zwrot.

Kompresja stratna — metoda zmniejszania liczby bitów potrzebnych do wyrażenia danej informacji, które nie dają gwarancji, że odtworzona informacja będzie identyczna z oryginałem. Dla niektórych danych algorytm kompresji stratnej może odtworzyć informację w sposób identyczny.

Kompresja stratna jest możliwa ze względu na sposób działania ludzkich zmysłów, tj. wyższą wartość pewnych części danych nad innymi. Algorytmy kompresji stratnej zazwyczaj posługują się modelami psychoakustycznymi, psychowizualnymi itd., aby odrzucić najmniej istotne dane o dźwięku, obrazie, pozostawiając dane o wyższej wartości dla rozpoznawania tej informacji (akustycznej, wizualnej) przez zmysły. Ilość odrzucanych danych jest zazwyczaj określana przez stopień kompresji.

Zwykle kompresję stratną stosuje się do:

– obrazków

– dźwięków

– ruchomych obrazów, np. w filmie

Też Wikipedia

Większość z moich dziwactw, tudzież natręctw — często wymagających misternego zaangażowania, włączając w to wspomniane cykliczne archiwizacje, opiera się więc na imperatywie zachowywania najcenniejszych przedmiotów w niezmiennym, opierającym się wszelkim czynnikom zewnętrznym, stanie. Jeśli jest to niemożliwe, przynajmniej najwierniejszym. To ciężka walka o ocalenie tego, co ocalić się da. FLAC to jeden z nielicznych przypadków kompletnego tryumfu w tej dziedzinie. Przy pomocy tego kodeka, można przekształcić jeden przedmiot w inny, mniejszy, nie roniąc z niego ni krztyny tego, czym jest.** To niejako zdefiniowany ideał, a takie są nam dane jedynie w środowiskach zakładających ich bezpośrednią obecność i możliwość realizacji — w tym przypadku w technice. Już poza jej obrębami, najczęściej musimy liczyć się z ich nieobecnością, pełnieniem tylko i wyłącznie roli normatywnej i co za tym idzie, niemożliwością ich urzeczywistnienia, nieuchronną stratą.

Człowiek już organicznie, na codzień, nawet w najistotniejszych dla siebie, sprawach zmuszony jest do stosowania kompresji stratnej. Kompresji, bo nie jest istotą ukierunkowaną na zbieranie i zachowywanie informacji — dziedzictwo przeszłości służy mu głównie jako zasób przydatny do realizacji spodziewanych, pragmatycznych celów przyszłości. Stratnej, bo ludzka pamięć jest zawodna, selektywna, podatna na zewnętrzną i wewnętrzną manipulację, nietrwała. Zapominamy, zachowujemy tylko to, co ważne bądź nietypowe, tudzież w inny sposób charakterystyczne, przede wszystkim zaś wyłącznie to, co chcemy zapamiętać.

Kiedy przypominam sobie zainteresowania mojego dzieciństwa, jednym ze sztandarowych była historia. W międzyczasie zdążyłem się już na nią parokrotnie obrazić, nie mogę jednak zaprzeczyć, że gdybyście mieli okazję spotkać mnie jakieś dwie dekady temu, najprawdopodobniej znaleźlibyście, starającego się nakłonić otoczenie do podjęcia swego rodzaju historycznych misteriów — zabawy w odtwarzanie dawnych realiów, osadzonej w okolicach jakiegoś przełomowego wydarzenia. Niekoniecznie widzącego się w roli pierwszoplanowych bohaterów, często przehandlowującego swą pozycję, w zamian za samą możliwość zabawy w wybranym przez siebie świecie przedstawionym. Innymi słowy, w moim dzieciństwie mogliście mnie spotkać jako: jednego z wznoszących świątynię Amona w Karnaku, ścigającego w rydwanie zbiegających z Egiptu Żydów, ginącego na polu bitwy pod Hastings wiarołomnego Harolda II, gromiącego Francuzów pod Crécy anonimowego angielskiego łucznika, czy Champolliona odczytującego hieroglify. Dzisiaj nazywa się to fachowo „rekonstrukcją historyczną”, dla mnie wtedy było po prostu codziennością. Co jednak istotne, zawsze pojawiał się ten krytyczny głos, powątpiewający w wierność naszego odtwórstwa, nie tyle wymierzonego w samą zabawę i moje ustępstwa na rzecz kolegów chcących interpretować odgrywane postaci po swojemu (czasem znacznie odbiegając od „oficjalnej wersji wydarzeń”), co raczej niedostateczność przekazów, z jakich można było wnioskować: kim ci ludzie w istocie byli? Jacy byli? Co sprawiło, że podjęli takie decyzje? Co motywowało ich do takiego, a nie innego zachowania? W książkach nie było didaskaliów, podpowiadających jak kogo odgrywać, bazowaliśmy więc na wyobraźni, a w jeszcze większej mierze: archetypach opartych na pełnionej przez nią funkcji. Niestety. Czymś trzeba było zapełnić pustkę.***

Oczywiście, moglibyście powiedzieć: „trzeba Ci było, szczylu, biografie czytać”. Ale na Matkę Boską Goddamnitańską, stanowczo oponuję! To, że byłem z lekka nerdowatym dzieckiem, nie znaczyło wcale, iż zamierzałem przestać być dzieckiem w ogóle! Tak czy owak, nie spędziłbym (całego) dzieciństwa w bibliotekach, historia miała szczęście oraz ogromny zaszczyt, że mogła stać się inspiracją dla moich podwórkowych wyczynów i właśnie tak należy to rozpatrywać. Bo mogłem sobie nabijać sińce, zdzierać kolana i wybijać mleczaki ze stukroć razów mniej edukacyjnych powodów. Poza tym, biografie nie rozwiązują wszystkich problemów — bo albo ich nie ma o tych postaciach, które mnie interesowały, albo gdy ich autorzy chcą stąpać twardo po ziemi, opierając się jedynie na źródłach, są suchym opisem działań, bez psychologicznych odniesień, którymi można byłoby tamte wyjaśnić, bądź też są w dużej mierze niepewną fikcją, interpretacją danej postaci tworzoną przez autora, często bez uzasadnienia skąd ten wnosi o tym, co pisze. Generalnie zatem, historia wskazuje nam często dowody istnienia pewnych ludzi i ich dokonań, jednak o nich samych mówi naprawdę niewiele. Co dla mnie, wtedy dziesięciolatka było wyjątkowo irytujące. Na szczęście państwowa edukacja zabiła we mnie te pokłady naturalnej ciekawości, także w dziedzinie historii, zapał do radosnych personifikacji obróciła w niwecz i na tym poprzestańmy.

Temu, że historia pełna jest dziur, nawet w przypadku postaci o których coś mówi, temu nie powinniśmy się temu dziwić. By przestać, wystarczy rzucić okiem na naszą teraźniejszość. Czy potrafimy opisywać spotkanych przez siebie, zupełnie współczesnych nam ludzi? Nawet tych, wśród których żyjemy przez lata? Najbliższych, z którymi dzielimy życie? Czy potrafimy opowiadać o nich ludziom ich znających, znajdując sposób, aby chociaż trochę im ich przybliżyć? Czy znamy aspiracje swoich bliskich i ich powody? A czy chociaż staramy się to robić wobec samych siebie? Wykrystalizować chociaż parę motywów przewodnich swojego życia, wokół których zdaje się nam ono kluczyć?

Cobb: I can’t stay with her anymore because she doesn’t exist.
Mal: I’m the only thing you do believe in anymore.
Cobb: I wish. I wish more than anything. But I can’t imagine you with all your complexity, all you perfection, all your imperfection. Look at you. You are just a shade of my real wife. You’re the best I can do; but I’m sorry, you are just not good enough.

Na większość tych pytań, globalnie rzecz biorąc, odpowiedź brzmi: nie. Nie, niczego takiego nie robimy. Nawet zwyczaje pogrzebowe mamy dziś niemalże całkowicie anonimizujące zmarłych. Widzieliście jeden pogrzeb — widzieliście wszystkie. One nie są przykre, przynajmniej dla mnie, z tego powodu, że panuje na nich przygnębiająca atmosfera, że obecni tam są ludzie, którzy cierpią z powodu straty i ich emocje na nas w określony sposób oddziałują, a dlatego, że najlepsza ze wszystkich okazji, by podsumować czyjś żywot, w którym nie będzie dopisany już żaden rozdział, najmniejszy nawet epizod — by właśnie wtedy, gdy zbierają się wszystkie najważniejsze osoby, dla których zmarły coś znaczył, nie robi się absolutnie niczego, aby publicznie podsumować jego obecność, wkład i dążenia, czy nawet same zamiary, oczekiwania wobec świata lub samego siebie, które jakoś przecież przejawiał, nim opuścił ostatecznie nasz padół łez. Nie przedstawia się jego osobistego stosunku do życia, nie oddaje mu należnego honoru za element piękna i dobra jaki ze sobą przyniósł, którym mogliśmy się nacieszyć, nie robi absolutnie niczego, by utrwalić pamięć o nim, chociaż formalnie rzecz rozważając, głównie temu te uroczystości mają służyć. Trumna nie bez przyczyny zajmuje przecież eksponowane miejsce. Tymczasem sam zmarły, w ramach takiego dysonansu poznawczego, pomijany jest niemal całkowicie, sprowadzony zostaje do jakiegoś absolutnego ogółu i wykorzystuje się go jako pretekst do przypomnienia innym ich własnej śmiertelności oraz doktryny religii na temat śmierci i tego co po niej.

Później mamy stypę, która w polskich realiach jest wyjątkowo podłą imprezą, chociaż niekoniecznie przecież taką być musi. Bo podła jest znowu sama praktyka bezczelnej wyżerki na koszt rodziny bez jakiegokolwiek, najmniejszego nawet listka figowego. I znowuż, sprowadza się ona do utracenia okazji wspomnienia zmarłego. A przecież mogłaby przerodzić się w coś innego: być ucztą na jego cześć, w której warunkiem uczestnictwa byłoby wygłoszenie upamiętniającej go mowy, opowiedzenie o swojej znajomości ze zmarłym, o tym co mu się zawdzięcza. Nie miałoby to więcej sensu, także dla rodziny?

No i wreszcie cykliczne święto zmarłych, czyli Zaduszki czy w ogóle cały, katolicki początek listopada. Ludzie w ramach rytuału jeżdżą na groby, często sami do nich trafiają, zabijając się po drodze w wypadkach komunikacyjnych, najczęściej jednak są to po prostu spotkania, w których spotykają się z dalszą, zamiejscową rodziną i tu także kwestia zmarłych traktowana jest po macoszemu, o ile w ogóle.

I tak też pamięć o ludziach z biegiem lat zamiera. Nie potrafi się nic o nich powiedzieć, nie przekazuje się informacji dalej. W ramach eksperymentu, spróbujcie sobie przedstawić w miarę spójny i kompletny obraz Waszych pradziadków. Potrafilibyście powiedzieć co ich charakteryzowało? Wymienić chociaż parę cech ich wyróżniających, czyniących ich w opowieści kimś więcej niż tylko funkcją bycia czyimiś w łańcuchu przyczyn i skutków, rodzicami i dziećmi, dzięki którym także i Wy ostatecznie znaleźliście się na świecie? Ja nie potrafię. Tak jak zresztą nie potrafiłem skłonić swoich rodziców, do wytworzenia takiego obrazu ich dziadków. Nie ma się zatem dziwić lukom w historii, skoro i na krótszych dystansach, także pod względem genetycznym i emocjonalnym, informacje ulegają unicestwieniu.

III. Prestiż.

Reflektując się nad swym dzieciństwem, wyjaśniłem sobie najwcześniejszą z moich historycznych fascynacji. Zamiłowanie do cywilizacji Starożytnego Egiptu. Do czegoś, co najtrafniej określić można, dzisiaj tak często nadużywanym epitetem — cywilizacji śmierci. Świata, z którego wydawać by się mogło, nie pozostało nic organicznego, wznoszonego z budulca innego niż kamień. Nie przetrwały pałace, nie przetrwały proste domostwa, świątynie i grobowce natomiast stoją po dziś dzień. A jednak ten kamień zdołał zachować pamięć, cywilizacja śmierci natomiast doskonale przekazała informacje o życiu jakie w niej tętniło. Życiu codziennym, o jego rozrywkach, sztuce, ale też pracy i jej organizacji, handlu czy cenach. Bogusław Kwiatkowski we wstępie swego Pocztu faraonów ujął rzecz następująco:

Kamień nauczył również Egipcjan, że na świecie tak naprawdę nie wszystko przemija i istnieją rzeczy, które zdaje się, trwają wiecznie i są niezniszczalne. […] To dzięki kamieniowi poznajemy imiona i dzieła całych pokoleń egipskich władców oraz wnikamy w dzieje państwa i narodu. Narodu, o którym Herodot, podróżujący po Egipcie w połowie V wieku p.n.e., pisał, że »bardziej niż jakikolwiek inny naród kultywuje pamięć przeszłości i lepiej zna historię«.

Od jego czasów, nie pojawiła się żadna kultura, która byłaby w stanie go pod tym względem przebić. Egipt zatem leżał w pobliżu atrakcyjnego dla mnie krańca spektrum, od którego nasza epoka coraz to bardziej odbiega. Jego mieszkańcy starali się podobnie jak ja, zachować jak najwięcej. Nawet pylony ich świątyń, poza oczywistą funkcją sakralną, stanowią w znacznej części kroniki, uwieczniające kluczowe wydarzenia. Konserwująca tym bardziej, wiara w życie po śmierci, będące kontynuacją tego obecnego, do którego należy się przygotować, czyniąc odpowiednie zapasy i zabierając ze sobą potrzebne do utrzymania swego stylu życia przedmioty, opisując na ścianach grobowców, na czym dokładnie on polegał, tym bardziej wskazuje, że ci ludzie potrafili cieszyć się swoim życiem. I dlatego mieli co zachowywać.

My natomiast nie potrafimy celebrować śmierci, ale przez to nie jesteśmy również w stanie do końca podkreślić wartości życia, ani tym bardziej zachować jego osiągnięć. Tezy o końcu historii, o końcu wielkich systemów filozoficznych, o końcu wielkich narracji są niezmiernie lotne. Ludzie zdają się je podchwytywać i im ufać, uznając ich prawdziwość. Ich poparcie jednak wcale o tej nie świadczy. Nie jest żadnym performatywnym dowodem. Wskazuje jedynie na fakt utraty przez nich zdolności narracyjnych, bądź motywacji ich wykorzystywania, najpewniej zaś jednego i drugiego. O nieumiejętności spojrzenia na swój, bądź cudzy, żywot z dystansu, znalezieniu w nim klucza i uczynienia zeń sensownej opowieści, w której o coś chodzi i coś jednak jest w niej istotne, tym samym godne i warte uwiecznienia. Powszechne odmówienie sobie istotności i roli swego istnienia, musi ostatecznie przenieść się na upowszechnieniem takich tez na jakimś wyższym, ogólnym poziomie.

Tymczasem wcale nie trzeba się z takim stanem rzeczy godzić! Nie wszystko jest przecież stracone. Moją osobistą bazą do kontry wobec zastanej sytuacji, uczyniłem uczucie, o którym wspomniałem, kończąc „Lustro puchem obleczone” — nostalgię. To właśnie poprzez nią znajdziemy istotne dla siebie fragmenty przemijających ładów, to właśnie dzięki niej znajdziemy swoją odpowiedź na pytanie: „Co warto zachować?”, wykorzystamy to, co się nam jawi, jako swoistą sieć boi nawigacyjnych, dzięki którym będziemy w stanie wytyczyć i przedłużyć kurs jakim biegnie nasze życie, określając czego naprawdę potrzebujemy i gdzie chcemy zmierzać.

Kadr z „Nuovo Cinema Paradiso”. Toto przegląda swój, przechowany latami przez niedawno zmarłego przyjaciela, skarb.

To taki mój mały sposób na stworzenie świata, w jakim w leniwy poranek, każdy z nas, nie mając nic specjalnego do roboty, mógłby wybrać się do najbliższej świątyni na pogrzeb kogoś zupełnie nieznajomego, a po całej ceremonii byłby w stanie zorientować się, kim zmarły był, co zdołał do rzeczonego świata wnieść i dlaczego powinno być nam żal, że nie udało się poznać go za życia. Obecne zwyczaje zdają się sugerować, że wraz ze śmiercią człowieka, ani niczego nie tracimy, ani niczego nie zyskujemy. Bezczelnie ośmielam się z tym nie zgodzić.

Asteryskowisko:

* Cieszę się, że większość mojego życia przypada na cyfrowe czasy; gdybym miał kolekcję winyli pewnie nigdy bym ich nie słuchał, każde odtworzenie skutkowałoby świadomością degeneracji samego nośnika, więc i wpłynięcia na zapisaną na nim treść, utratę pierwowzoru! To byłaby udręka. Z drugiej strony, być może muzyka byłaby wtedy jeszcze ważniejsza?

** Pomijam w tym miejscu to, na co wpływu nie mam, czyli ograniczenia cyfrowego zapisu dźwięku z analogowego świata, arbitralnie wybierane przez innych, kompromisowe jego standardy, etc. Zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, działam po prostu tak, by nie dopuścić do jeszcze dalej posuniętej degeneracji informacji tam, gdzie mam na to wpływ.

*** Uważni czytelnicy, zaznajomieni z moją twórczością, zapewne z łatwością znajdą obustronne powiązanie między rzeczonym ustępem, bądź nawet całym bieżącym tekstem a pewnym fragmentem „[…]suwerenności właściciela[…]”. Mianowicie, rozważając drabinę bytów fizycznych według skali ich wielkości, jakie jeszcze mogłyby uzyskać genezę antropiczną, wyczerpując ostatecznie zdolności twórcze człowieka i wspierającego go w tych wysiłkach ustroju politycznego, doszedłem do etapu produkcji wszechświatów. Aby jednak postulować obrót handlowy wszechświatami, należałoby podać przynajmniej jedną przyczynę, jeden motyw, dla którego ktoś chciałby je kupować. Oczywiście, mogłem wymyślić ich dziesiątki, jednak pierwszym jaki przyszedł mi do głowy i jaki zdecydowałem się z miejsca wybrać, była eksploracja historii, chęć poznania przeszłości i uczestnictwa w niej, wbrew intuicyjnemu poczuciu braku szansy na nie.

Tym samym, chociaż w symboliczny sposób, zaspokoiłem głód chłopca z przeszłości, jakim niegdyś byłem, który to nawet po, zdaniem jego towarzyszy, udanej zabawie, potrafił wrócić do domu niezadowolony, kwestionując stopień wierności swej rekonstrukcji. Który wciąż i wciąż wypatrywał kolejnych teoretycznych przeszkód, stojących mu na przeszkodzie osiągnięcia pożądanego high fidelity w tej dziedzinie. O dziwo, nigdy nie przyszły mu na myśl jego własne ograniczenia — na przykład fakt, że był tylko dzieckiem i jego koledzy też nimi byli. Niemniej jednak postanowiłem oddać mu taki pokłon za samą bezkompromisową postawę pełną perfekcjonizmu i pasji dążenia do czegoś więcej, łącząc jego zamiłowanie do historii z tymi późniejszymi: literaturą science fiction i filozofią, licząc po cichu, że w zamian za rozwiązanie jego dawnego problemu, podzieli się szczyptą swych przymiotów ducha, które u mnie nieco wyblakły i przydałaby się ich restauracja.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Ceglasty wieczór w Domu Muzyki i Tańca

Czasami marzenia się spełniają – częściej jednak robią to ich namiastki. Jeśli marzenie jest piękne, nawet spełniona jego namiastka potrafi zachwycić i oczarować. W moim przypadku coś takiego miało miejsce w ostatni piątek. Piątki oczywiście są dobre z reguły. Kiedy jednak uczestniczysz w wydarzeniu o którym fantazjowałeś, zazdroszcząc ludziom urodzonym parę pokoleń przed Tobą, swą młodość spędzających w latach ’60 i ’70 na Wyspach Brytyjskich, w wydarzeniu które zdawało się być przypisane do czasu dawno przeszłego, a jednak mimo całego nieprawdopodobieństwa, zaistniało w teraźniejszym – przypominasz sobie o regule dobra piątków, ciesząc się już samą unikalnością tego, co Ci się przytrafiło, łamiąc kompletnie przewidywalność, mającą w nawyku otępiające przedstawianie tego co możliwe jako niemożliwego.

Ian Anderson, pierwszy flet rocka, frontman Jethro Tull, kapeli której żadnego koncertu w kraju czy bliską zagranicą (Czechy) od 2004 roku nie zdarzyło mi się przegapić, zagrał w moim rodzinnym mieście. A co ważniejsze – przywiózł ze sobą to, co dla mnie w jego twórczości pozostało najcenniejsze. To, co nawet jeśli zdarzało mu się okazjonalnie grać, było sprowadzone do dwunastominutowego wycinka, streszczenia: „Thick as a Brick”. Teraz wybrzmiało w całej czterdziesto-i-trójminutowej okazałości – tak jak przed laty, w trasie koncertowej tuż po swojej premierze, w 1972. Tym razem w towarzystwie swojego nowopowstałego sequela.

Dzieła

Ludziom, którzy do czynienia z muzyką Jethro Tull nigdy nie mieli, jako jej reprezentanta pierwszego kontaktu TaaB raczej bym nie zalecał. Podrzuciłbym raczej sztampowo przełomowego dla zespołu „Aqualunga” (1971), paniom natomiast rustykalno-sielankowe, bukoliczne krótko mówiąc: „Songs from the Wood” (1978) czy „Heavy Horses” (1979) (ekhem, powiedzmy, że z autopsji wiem, że podryw na te dwa albumy i ich umiłowanie działa…). W każdym razie, albumy o dość standardowej konstrukcji – składające się z co najwyżej kilkuminutowych utworów.

„Thick as a Brick” takim zdecydowanie nie jest. Stanowi utwór-album (coś jak państwo-miasto), podzielony na dwie około dwudziestominutowe części, jako, że powstał w czasach, w których głównym nośnikiem dźwięku były płyty winylowe. Nieprzygotowanemu, współczesnemu słuchaczowi już przez sam swój „metraż” może sprawić kłopot. Tym bardziej komuś kto muzyki słuchać nie umie, traktuje ją jak tło (muzak) umilające robienie czegoś innego, przy okazji. Niestety, bądź stety i na szczęście, aby w ogóle dać szansę podobnym kompozycjom, nie mówiąc już o wyniesieniu z ich słuchania przyjemności, należy już umieć skupić się na nich. Słuchać świadomie, pamiętać poszczególne motywy, które będą powracać, podążać za artystami, próbując przewidzieć jak „wybrną” z pozornego impasu powtórzeń jakiegoś fragmentu, w co przerodzi się w niedalekiej przyszłości to, co słyszymy teraz. Innymi słowy, żeby umieć cieszyć się tego rodzaju muzyką, należy jednak na wejściu dysponować już jakimś przygotowaniem do jej odbioru. Nie, ceglasty album JT nie jest jakąś zupełnie niestrawną, atonalną awangardą. Powiedziałbym nawet, że jest jedną z przystępniejszych pozycji dla początkujących swoją przygodę rockiem progresywnym. To od tej kompozycji można się zacząć uczyć rozumienia tego rodzaju muzyki, ale cierpliwość, ciekawość i skupienie są absolutnymi minimalnymi wymaganiami.

TaaB powstało z przekory. Ian Anderson po recenzjach poprzedniego „Aqualunga” w których krytycy uznali go za album koncepcyjny, najprawdopodobniej z przewodnim motywem ascezy, jako że piosenki na nim poruszały tematy biedy, obskurantyzmu i religii, będąc w dodatku stylistycznie typowo bardowską krytyką społeczeństwa i moralitetem. Ponieważ jednak w założeniu, „Aqualung” tym nie był, Anderson postanowił pokazać krytyce jak takowybrzmiałby, gdyby rzeczywiście chciał nagrywać go celowo. Szkot postanowił więc stworzyć kompozycję, będącą absolutnym archetypem płyty o takiej konstrukcji; jak sam powiedział „matką wszystkich koncept-albumów”. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że mu się to udało. Jeśli zawitamy w progach http://www.progarchives.com/ , rzucimy okiem na ranking 100 najlepszych albumów tego gatunku muzyki, znajdziemy „Thick as a Brick” walczące o prymat na samym szczycie z „Close to the Edge” Yesu, a czasem odpierające ataki z pierwszego miejsca, w zależności od fluktuacji ocen słuchaczy. Nieźle jak na płytę, której geneza sprowadza się do trollingu dziennikarzy muzycznych, prawda?

Bo niewątpliwie ten album był jedną gigantyczną prowokacją. Takaż też była cała jej otoczka medialna. Anderson sfabrykował historię małego Geralda Bostocka, rzekomego 8-letniego autora poematu pod tytułem: „Thick as a Brick”, zwycięzcę w konkursie młodych, pisarskich talentów, którego po wybryku na antenie BBC, zdyskwalifikowano, uznano za psychicznie chorego i nagrodę ostatecznie przyznano niejakiej Mary Whiteyard, dwunastolatce – za chrześcijański esej „Umarł by uratować małe dzieci”. (Zapewne kąśliwe nawiązanie do konceptualności religijnej części „Aqualunga”) Okładka i wkładka albumu pomyślana była w formie przedruku lokalnej gazety, która opisała cały ten skandal, w którym społeczeństwo poprzez media w ramach swojego konformizmu prześladuje przenikliwe, utalentowane dziecko, „Małego Miltona”, który ośmielił się je skrytykować.

Jethro Tull w ramach protestu i nagłośnienia tej niesprawiedliwości, nagrało zatem album, będący przestrzenią dla uznanego, a potem odrzuconego tekstu Geralda Bostocka, w odwecie przeciw społeczeństwu. Trololololo.

„Thick as a Brick” jest nieprzerwanym strumieniem muzyki, która przechodzi szereg transformacji, zmian tempa i nastrojów. Perfekcyjnie uchwycona jest na niej dziecięca niewinność, naiwność i skromność, stanowiące fundamenty, na jakich osadzona jest legitymizacja dla krytyki społeczeństwa, budowa moralitetu i satyry. Co charakterystyczne dla Jethro Tull z tamtego okresu, możemy dosłuchać się energetycznej siermiężności, „deptania po akordach”, kontrastującego z delikatnością akustycznej gitary, co dla mnie stanowi muzyczną ilustrację podziału: społeczeństwo – młody poeta. Znajdziemy tu też trochę urokliwych fragmentów, chociaż nie podanych tak wprost jak na wspomnianych wyżej folkowych albumach z końca lat ’70. Instrumentarium także jest bogate, bo poza sztandarowymi instrumentami, spotkamy się tam z klawesynem, lutnią czy skrzypcami.

„Thick as a Brick” stanowi dla mnie płytą szczególną. Może poza oldfieldowskim „Ommadawn” od którego wszystko się zaczęło, jest najistotniejszą kompozycją, determinującą mój gust muzyczny, wyznaczającą dalsze kierunki poszukiwań i ostateczne zainteresowanie się prog-rockiem. Ukonstytuowała też pozycję Jethro Tull – z propozycji ojca, której ostatecznie można ewentualnie dać szansę, awansował na jeden z moich ulubionych zespołów. A to wszystko w burzliwych czasach liceum. Po latach, gdy dochodzi element nostalgii i osobistych spraw związanych z tą płytą, staje się ona jeszcze cenniejsza.

Dlatego też kiedy zobaczyłem youtube’owy klip, zwiastujący pracę nad jej sequelem, pomny tego co zrobił Lucas nowym „Gwiezdnym wojnom”, miałem ogólnie rzecz biorąc, bardzo ambiwalentne wrażenia względem tego pomysłu. Cholernie trudno mierzyć się ze swoją najlepszą pracą i porywać się na jej kontynuację. Zwłaszcza po czterdziestu latach.

Z drugiej strony, gdy Anderson udostępnił tekst części drugiej (a nawet znakomite jego polskie tłumaczenie w przekładzie Łukasza Hernika!), przejrzałem go i uznałem, że nie jest źle, a nawet całkiem w porządku. Sam pomysł uznałem za genialny. Dla tych, którzy znają moją spekulatywną naturę, umiłowanie możliwości, niezdeterminowania, nie będzie to niczym dziwnym. W końcu uwielbiam oddawać się w posiadanie „gdybaniom i byćmożom” – potencjonalności. Poświęcenie drugiego albumu rozpatrywaniom dalszych losów wyimaginowanego Geralda, przyglądnięcie się jego alternatywnym żywotom, było konceptem, jaki zwyczajniemusiał mi przypasować.

Kiedy wreszcie „Thick as a Brick 2: Whatever Happened to Gerald Bostock?” się ukazała, po jej przesłuchaniu najsilniejszym wrażeniem było u mnie poczucie niedokończenia. Nie byłem rozczarowany, bo nie jest to zły album (tak jak „A” na przykład… :P). Sęk w tym, że jeśli miał godnie nosić to samo miano co pierwsze TaaB, wypadałoby żeby miał podobną muzyczną budowę. To znaczy stanowił całość, zmienny proces, jedną długą kompozycję, która nie tyle składa się z jakichś części, co przeistacza się płynnie z jednej w drugą i kolejną i kolejną. Tymczasem sequel, mimo że niewątpliwie jest albumem koncepcyjnym (bo w całości poświęcony jest jednej idei), jest raczej zbiorem piosenek, z wyraźnie zaznaczonym początkiem i końcem. Część z nich moglibyście puścić w innej kolejności i nie miałoby to większego znaczenia. Nie wiem czy to próba uwspółcześnienia, z ukłonem dla iTunesa, sprzedającym pojedyncze piosenki, nawet jeśli, to moje oczekiwania były inne. Te piosenki zresztą nie są one złe – mamy tu trochę ładnych cegieł, brakuje po prostu między nimi zaprawy murarskiej, ciekawego wypełnienia. Stąd wrażenie słuchania zarysu, nad którym jeszcze powinna odbyć się jakaś praca. I niedosyt.

Najważniejsze jednak, że Ian Anderson nie poszedł na łatwiznę, nie zagrał oryginału wspak, nie nagrał jak żartuję, „Thick as Summerday Sands”, opartego o wiadomy motyw. Nawiązania do oryginału znalazły się, ale nie drażnią nachalnością. Chociaż lekki recykling pomysłów, tyle że z innych albumów, jednak się odbył. W „Swing it Far” i pochodnych można doszukać się „Cheerio”, „A Change of Horses” przypomina natomiast początek innej solowej kompozycji Iana, „In a Stone Circle” z „Divinities”.

Okładka, przewidywalnie przedstawiała zrzut ekranu z organem prasowym lokalnych, parafialnych społeczności St. Cleve, Linwell i Little Cruddock, tym razem w formie strony internetowej, bo XXI wiek zawitał nawet na angielską prowincję. Tutaj możemy znaleźć, postawioną jej rozszerzoną atrapę.

Spektakl

Oprócz samych wieści o premierze sequela, na oficjalnej stronie Jethro Tull pojawiła się także informacja o trasie koncertowej, mającej go promować. Było oczywiste, że zostanie zagrany wraz ze swoim wielkim poprzednikiem, dokładnie w ten sam sposób jak to bywało czterdzieści lat temu w przypadku „A Passion Play” (1973). Wtedy to, zespół przeżywał swój najbardziej nietypowy czas, jeżdżąc w trasę koncertową w zasadzie z dwoma utworami (po czterdzieści minut każdy), czasem uzupełniając repertuar o parę krótszych sztandarowych pozycji. Trudno zresztą widowiska te, okraszone mnóstwem absurdalnego humoru, nazywać było koncertami. Wiadomym było, że tym razem będzie podobnie; że będziemy mieli do czynienia raczej z czymś w formie przedstawienia, żartobliwego performance’u. Kiedy zabrałem się za poszukiwanie najbliższej mnie geograficznie lokacji, w jakiej odbędzie się jeden z takich pokazów, jakież było moje zaskoczenie a później wzruszenie, gdy zobaczyłem w rozpisce trasy miasto, w którym się urodziłem i wychowałem.

Automatycznie jednak tuż po chwili, przyszły obawy. O wokal. To zawsze są obawy o wokal. Anderson kiedyś, w połowie lat osiemdziesiątych ostro przeszarżował i uszkodził sobie struny głosowe. Od tamtego czasu nie dysponuje już dawną mocą, musiał zmienić sposób śpiewania, bardzo często podczas wyczerpujących tras koncertowych, przechodzi w zasadzie do recytacji tekstów i straszliwie męczy się, próbując interpretować swoje partie jak dawniej. O ile praca w studio nie sprawia większych problemów, to podczas koncertów zdarza się mu brzmieć dosyć żenująco, co muszę powiedzieć, mimo całej sympatii. Na ogół swe wokalne niedostatki nadrabia jednak instrumentalnie, aranżując utwory tak, by śpiew schodził na dalszy plan.

Obawy okazały się zresztą uzasadnione. Momentami, kiedy „Thick as a Brick” stawało się bardziej wymagające wokalne, było naprawdę kiepsko. Na szczęście problem ten w większości został rozwiązany poprzez zaangażowanie Ryana O’Donnella, który stał się scenicznym, młodszym alter ego Iana, przejął większość trudniejszych partii, znakomicie je interpretując. TaaB w jego wykonaniu nabrało niemalże szekspirowskiego charakteru. Był to absolutny strzał w dziesiątkę i bardzo zręczne obejście przykrej dyspozycji głosu Andersona.

Ryan O'Donnell i Ian Anderson (fot. Arkadiusz Gębka)

Ryan O’Donnell i Ian Anderson (fot. Arkadiusz Gębka)

David Goodier, Ian Anderson, Ryan O’Donnell (fot. mothclark62)

Młody Irlandczyk (jak sądzę, wnioskując po nazwisku) wykazał się zwłaszcza we fragmentach the poet & the painter i Later („I’ve come down from the upper class to mend your rotten ways.”). Muzycznie, było naprawdę bardzo dobrze. Mam co prawda zastrzeżenia do zubożonej, uproszczonej fragmentarycznie w stosunku do albumowej wersji – ścieżki perkusyjnej, ale oprócz tego, ludzie zebrani przez Szkota, odwalili kawał dobrej roboty, przywracając światu tego wieczora to dzieło, a mnie umożliwiając nacieszenie się nim w miejscu publicznym, wykonanym osobiście przez jego autora.

Druga cegła wypadła jeszcze lepiej. U wykonawców dało się zauważyć, że w przeciwieństwie do wielkiego poprzednika, to część druga jest tym naprawdę ich dziełem, w które włożyli mnóstwo pracy i znają ją jak własne kieszenie. Jako że stworzone niedawno, nie zawierało w sobie fragmentów sprawiających wokalnie Andersonowi trudności, rola O’Donnella uległa zmarginalizowaniu, chociaż jego występ w sutannie i przedstawienie kaznodziejsko-księżowskiego wcielenia Geralda na pewno zapadnie mi głęboko w pamięci.

Na ogromną pochwałę zasługuje wkład w oprawę, jaką zostaliśmy uraczeni. Całość okraszona jest wizualizacjami (z profesjonalnie przygotowanymi polskimi napisami), filmami w których Ian wciela się w różne postaci z okolic St. Cleve. A to psychiatrę dorosłego już Geralda, a to emerytowego żołnierza, który wraz ze sforą kotów i psów oprowadza nas po okolicy, przedstawiając rzeczy w większości o wątpliwej atrakcyjności turystycznej czy zaprasza nas na wspólnotową imprezę karaoke, na której repertuarem będą piosenki Phila Collinsa.

Święte oburzenie z powodu rozpustnego pierwszego rzędu (znalezienie na scenie biustonosza i zużytej prezerwatywy), płetwonurek w pełnym rynsztunku przemierzający angielską prowincję, szukający morza i w ramach kompensacji radośnie wskakujący do napotkanej samotnej kałuży, czy występ przerwany przez telefon komórkowy Andersona, rozmowa z jego ulubioną skrzypaczką, która później poprzez wideokonferencję wspiera z domu resztę artystów. Tak właśnie przedstawione zostały te dwa albumy. Z jajem, prowokacyjnie, czyli zgodnie z naturą ich samych, ale także ich genezy. Powrót do macierzy.

Słowo końcowe

Na wstępie zaznaczyłem różnicę między spełnionymi marzeniami a ich namiastkami. Nie ukrywam, że to wydarzenie należy do tej drugiej kategorii. Było realizacją namiastki, bo nadrzędne jej marzenie jest już nie do spełnienia. Wysoce wątpliwą sytuacją jest, iż kiedyś będę miał okazję użyć wehikułu czasu i zobaczyć chociaż jeden koncert z trasy A.D. 1972. Nie zobaczę swoich ulubieńców w klasycznym składzie (tu zabrakło nawet niestrudzonego Martina Barre), w najwyższej formie. Jestem skazany na co najwyżej wydania tamtych wydarzeń na płytkach czy bootlegi. Na koncerty Jethro Tull zawsze chodziłem z nastawieniem, że idę oglądać ludzi, którzy najlepsze mają za sobą, ale mimo wszystko potrafiły mi one sprawić przyjemność, gdy fragmentarycznie zbliżali się do dawnych standardów.

Oczywiście, możecie zapytać, dlaczego wydajesz kupę kasy na coś, z czego i tak nie będziesz ostatecznie zadowolony? Z tego powodu, dla którego poszedłbym na mecz w którym wzięliby dziś udział Pele, Maradona, Keegan i Best. Istnieją po prostu ludzie, którzy kiedyś byli w czymś znakomici. A ja lubię im tę dawną wielkość oddawać jako należną. Czasami zdarza się, że podczas takich występów, chwilowo ona się demonstruje w pełnej krasie. I chociażby dla tych momentów, warto iść. W piątek takich chwil było kilka. Zatem było warto.

Wersja offline – PDF