Niewidzialny chłopiec do bicia

[człowiek] myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu którego wcale nie zamierzał osiągnąć.

Adam Smith, „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”

Pozwoliłem sobie rozpocząć od powyższego cytatu, by w ramach wstępu nawiązać do czasów, w jakich traktaty ekonomiczne stawały paralelą do greckiej tragedii. Takiego Edypa też przecież zgubiła jakaś niewidzialna ręka, co pokierowała nim tak, że nie tylko zdążał, ale i osiągnął cel, którego wcale nie zamierzał osiągnąć, a wręcz przeciwnie — ze wszystkich sił starał się go uniknąć. Kto wie, może odpowiedzialna za to była ta sama kończyna? Fatum czy wolny rynek — jak zwał, tak zwał. Gdy zdarza mi się czytać lewicową krytykę kapitalizmu, uzyskuję wrażenie obcowania z kolejną formą mitologii. Z jednej strony mamy w niej bowiem Bogu ducha winnych ludzi, starających się żyć w pokoju, harmonii i dobrobycie ze swymi bliźnimi, z drugiej natomiast, uwikłani w kapitalizm, determinowani są oni do wyrządzania wszystkim krzywdy, wzajemnego deptania swojej godności, rozpętywania między sobą przemocy. Można niemal rzec, że kapitalizm w świetle tej narracji zdaje się psuć ludzi, szlifować ich do najgorszych z możliwych wzorców, eksponując wszelkie ich wady. Tak przynajmniej wypada sądzić pośród zadeklarowanych antykapitalistów.

Otwarcie mówiąc, takie postawienie sprawy zawsze wydawało mi się bzdurne. Z przynajmniej paru powodów:

  1. Stawiam wyraźną linię demarkacyjną między -izmolandią, zamieszkiwaną przez wszelakie -izmy, a światem wrażeń zmysłowych, przez co sądzę, że nie jest możliwe spotkać się w nim bezpośrednio z jakąkolwiek ideą, a jedynie z czyimiś próbami urzeczywistnienia jej treści — w związku z czym mało sensownie jest oskarżać i dąsać się na idee, o zachowania jakich, w ostateczności, dopuszczają się i tak ludzie. Idee jako bezwolne w żadnym stopniu nie mogą być czynnikiem sprawczym czegokolwiek, takimi mogą być wyłącznie podmioty zdolne do ich rozumienia. (Jeśli interesuje was zagadnienie tego rozróżnienia, zajrzyjcie do komentarzy u smootnego.) Jeśli więc mówimy, że ktoś coś robi „pod wpływem jakiejś idei” albo „jest owładnięty jakąś ideą”, musimy zdawać sobie sprawę, iż posługujemy się metaforą, której jak to jest z metaforami, nie należy rozumieć dosłownie. Aby wyjaśnić z jakich powodów ludzie uznają taką ideę za atrakcyjną, należy potraktować ją jako narzędzie o pewnym potencjale. Jeżeli ten potencjał wydaje się komuś za wystarczający do zaspokojenia jakiejś jego potrzeby, uznaje ideę za wartościową i z niej korzysta, co czasem wygląda tak, jakby się jej poddawał. Motywów używania narzędzi należy szukać w użytkownikach; w ich budowie, wynikłych z niej potrzebach, a nie w samych narzędziach — chyba, że chcemy wyrobić sobie wrażenie życia w (bardziej) magicznym świecie.

  1. Często zdarza się, że mylnie identyfikujemy, która z nich jest w rzeczywistości implementowana, jako że nie jest to czynione w warunkach laboratoryjnych. W dodatku ludzie starają się urzeczywistniać wiele idei, często ze sobą sprzecznych i dających nieprzewidziane wyniki przy ich zderzeniu. W innych przypadkach za błędną identyfikacją stoi zwykła zła wola i nieuczciwość intelektualna.

  1. Jeśli już chcemy wykazać wpływ i efekt implementacji danej idei, powinniśmy liczyć się przede wszystkim z jej treścią, a nie tej treści czyjąś interpretacją czy takąż diagnozą efektów jej implementacji. Te bowiem stanowią już osobne przedmioty, które także mogą oddziaływać (bądź raczej »być oddziaływane« przez kogoś), ale nie są one przecież tożsame z pierwotną ideą, o jaką nam chodziło początkowo. Tymczasem często krytyka dotyczy właśnie tych pochodnych.

  2. Przy analizie efektów implementacji danej idei powinniśmy znaleźć jakiś sposób odróżniania tego, co pochodzi niewątpliwie i bezpośrednio od niej, od tego co ma inne źródła. W jakimś stopniu można tego dokonać przez logiczną analizę a priori. Pomaga ona odróżniać całe spektrum zachowań, począwszy od tych koniecznych, immanentnie związanych z treścią danej idei, które muszą wystąpić — po akcydensy, które siłą rzeczy będą mieć inne źródła. Oczywiście, możemy krytykować samą implementację danej idei, w okolicznościach w jakich istnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś niepożądanych akcydensów. Tymczasem, bardzo często krytyka nie bierze pod uwagę, ani skali występowania tychże, ani nie rozpoznaje ich źródeł, jedynym swoim punktem zaczepienia czyniąc ich współwystępowanie.

  3. Geneza każdej krytyki leży w oczekiwaniach krytykującego. Należy opracować ich pozytywny model i zastanowić się, czy jakakolwiek inna idea jest w stanie im sprostać. Jeśli nie, taka krytyka jest niekonstruktywna. Jeżeli natomiast istnieje, należy zastanowić się, czy nie nosi w sobie jakichś poważniejszych skaz, dyskwalifikujących jej w innym miejscu.

W bieżącej notce zajmę się właśnie kwestiami tego rodzaju, przy okazji pokazując, dlaczego idee kapitalizmu i wolnego rynku stanowią tak wdzięczny obiekt ataków. Nie będę ukrywał; długo rezonował we mnie komentarz Jasia Skoczowskiego z anegdotą o sprzedaży telefonu komórkowego osobie po wylewie. To niechybny znak, że najwidoczniej nie odpowiedziałem tak jasno i bez pozostawienia cienia wątpliwości, jakbym sobie tego życzył. Nic straconego. Tym bardziej, że ta anegdota znakomicie nadaje się do zilustrowania problemu krytyki kapitalizmu i refleksji nad tym, na ile ona może być uzasadniona, a na ile ukierunkowana nań jest niesłusznie i powinna znaleźć innego adresata. Zatem do rzeczy.

Przede wszystkim, powinniśmy wyraźnie określić „podejrzanych”, odróżniając jednego od drugiego, by potem móc prześledzić jak rozkłada się na nich odpowiedzialność. Wprowadźmy ich więc.

Poza tym: empatia nie rozwiązuje wszystkich problemów, które wskaże Ci w wolnym rynku człowiek przywiązany do swojej i cudzej wolności zarazem. Na wolnym rynku, tym kapitalistycznym, jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się. Tracą wiec wolność za nieposłuszeństwo. To jest jasna oznaka braku wolności i to jest podstawowe źródło krytyki wolnego rynku, które pominąłeś.

Wolny rynek, ten kapitalistyczny. Hmm. Narzuca się od razu pierwsze pytanie — czy jest ich więcej, skoro trzeba jakiś wyróżniać? Czym w zasadzie różni się wolny rynek i kapitalizm? Jakie są zależności między nimi? Żeby nie narażać się na zarzuty Strony, o posługiwaniu się definicjami, które uznaje jedna osoba, sięgnijmy po taką do Wikipedii:

Wolny rynek – rodzaj rynku, na którym wymiana dóbr dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi, a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie. Na wolnym rynku kupujący i sprzedający nie podlegają żadnym ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (np. władzy publicznej), a warunki transakcji – w szczególności cena – zależą jedynie od ich obopólnej zgody. Przeciwieństwem wolnego rynku jest rynek regulowany.

OK, coś już wiemy. Wymiana dóbr, dobrowolność transakcji, dobrowolność ustalania cen, nie podleganie ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (podmiotom, nie czynnikom: stąd wolnorynkowcy nie muszą przejmować się tzw. „przymusem ekonomicznym”). Zgadza się. A kapitalizm? Cóż, o ile w przypadku wolnego rynku Wiki dała radę, o tyle w przypadku kapitalizmu jej definicja jest bełkotliwa i do niczego nam się nie przyda. To by było na tyle, gdy idzie o definicyjny konformizm. Sami sobie coś sklecimy. Skorzystajmy z opisu wrzuconego przez Jasia:

jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się.

Ponieważ ten opis pasuje równie dobrze do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który wolnorynkowy nie był, musimy zrobić z tego coś bardziej sensownego. „Rozkazy” to po prostu polecenia pracodawcy, bądź osoby przez niego uprawnionej do wydawania takowych, komuś kto uprzednio zdecydował się je w zamian za zapłatę wykonywać, rezygnując z dalszej kontroli nad owocami swojej pracy i możliwości czerpania z nich zysków. Kapitalizm zatem oznacza pewną formę stosunków pracy.

Teraz, gdy już wiemy, czym jest jedno i drugie, możemy określić ich zakresy i wzajemne relacje. No i powiedzieć czym jest ten kapitalistyczny wolny rynek. Sam wolny rynek jest pojęciem zdecydowanie szerszym i zawierającym w sobie kapitalizm — ten drugi nie może być sprzeczny z założeniami pierwszego (dobrowolność transakcji, brak podlegania przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych, etc.). Stąd kapitalizm musi być wolnorynkowy, ale wolny rynek wcale nie musi być kapitalistyczny, jako że możemy wyobrazić sobie, że pracownicy na nim wcale nie rezygnują z prawa kontroli nad wyprodukowanym przez siebie towarem albo są wiązani z firmą stając się jej akcjonariuszami czy współwłaścicielami, w każdym razie z pewnością nie kimś, kogo można określić mianem najmity. Kapitalizm jest więc niczym innym, jak jednym z możliwych modeli dobrowolnych zachowań między jednostkami, w którym predefiniowana jest relacja między stronami, utowarowiająca samą pracę, określająca strony pracodawcy, pracobiorcy i ich wymiany, w której pracownik nie rości sobie żadnych dalszych praw wobec swojego wkładu. I tyle.

Cała reszta, taka jak style zarządzania (na jakie składa się przykładowo to, ile szef pozostawia autonomii w rozwiązywaniu określonych problemów swoim pracownikom), środki dyscyplinujące, strategia, wybrane cele i motywacje prowadzenia biznesu to zmienne, owszem kompatybilne i możliwe do naniesienia na zbiory kapitalizmu i wolnego rynku, ale w swojej mnogości niekonieczne i zależne od realizacji idei innych niż sam kapitalizm czy wolny rynek. Przykładem mogą być kary cielesne. W teorii nie ma problemu, by strony dobrowolnie zawarły umowę, zgodnie z którą za odstępstwa od jej warunków groziłoby im 10 batów na gołe plecy albo parę pociągnięć linijką po rękach zamiast cięcia pensji, pomijania przy premiach czy dyscyplinarnych zwolnień, w praktyce dzisiaj takich rozwiązań się nie stosuje, (i to nie tylko z powodów instytucjonalnych, takich jak kodeksy-szmeksy pracy: na czarnym rynku też ludzie się nie okładają czym popadnie) bądź stanowią margines i poza kontaktami z jakimiś mafiami takich raczej nie uświadczymy. Nie stosuje się ich raczej z powodu samego kulturowego otoczenia, realizowania jakichś idei humanitarnych, w świetle których uznaje się stosowanie kar cielesnych za niedopuszczalne. Ponieważ tak pojęty humanitaryzm jest dzisiaj rozpowszechniony w naszym kręgu cywilizacyjnym, przenosi się w postaci oczekiwań jednostek i sprawia, że nie są skłonne akceptować takich działań, które godziłyby w jego treść. No i to właśnie sprawia, że ludzie nie są dziś skłonni podpisywać umów, z jakich wynikałoby traktowanie pejczem innych osób. Sam kształt jaki uzyskuje realizacja kapitalistycznego wolnego rynku zależny jest przede wszystkim od wypadkowej oczekiwań, mniemań na temat skuteczności jakichś działań, wybranych celów, które z kolei sa zależne od innych czynników. Nie stanowi jednak przecież sama źródła dla tegoż, co najwyżej jest katalizatorem. Nie od niej zależy, co ludzie będą skłonni dobrowolnie robić. A od czego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, możemy skorzystać z tego, co zarysowałem w poprzednim wpisie, antropicznej teorii form. Wedle niej rzeczywistość za oknem stanowi zbiorowy autoportret istot w niej uczestniczących; tego w co wierzą, czemu ufają i temu jak się do siebie wzajemnie odnoszą, bo to wszystko składa się na ich decyzje, także biznesowe. Sama idea wolnego rynku (czy kapitalizmu) jest czymś zakresowo bardzo szerokim, co może wchodzić w reakcje i wiązać ze sobą, inkorporować, niemal wszystko. Żeby zstąpić do źródeł, skorzystajmy z mojego niedawnego zainteresowania pochodnymi typologii jungowskiej. Przypomnę, według nich ludzi możemy podzielić ze względu na stopień występowania kilku funkcji poznawczych, ukierunkowanych do wewnątrz bądź na zewnątrz. Funkcje te, stanowią coś w rodzaju klisz czy soczewek, powodujących, między innymi to, że ludzie są skłonni oceniać czy wartościować różnie te same rzeczy – pociągają też w konsekwencji różne sposoby bycia. W tym także i pracy.

W polskojęzycznym internecie nie znajdziemy wielu stron poświęconych, ani stricte analitycznej psychologii Junga, ani wskaźnikowi psychologicznemu Myers-Briggs czy bazującemu na niej KTS) — trochę lepiej jest z najmłodszą spośród nich socjoniką. Generalnie jednak na tym bezrybiu samotnym blaskiem majaczy blog Beaty Stefańskiej, »Potencjał osobowości«. Przybytek ten jest o tyle interesujący, że zaprzęga MBTI głównie pod kątem pracy, spraw zawodowych i tym podobnych. Co prawda, autorka okazjonalnie pisze coś o związkach, generalnie jednak skupia się na biznesie. Na stronach »Potencjału…« znajdziecie więc charakterystykę z mocnymi i słabymi stronami każdego z typów oraz noty inspirowane sytuacjami z codziennej praktyki, polegającej, jak mniemam, na uświadamianiu pracodawcom, że ludzie których zatrudniają, odpowiednio się od siebie (i od nich samych) różnią, zatem należy brać na to poprawkę w sposobie komunikacji, przypisywania im odpowiednich dla nich obowiązków czy przypisaniu im roli, jaką będą pełnić w zespole. Chociaż większość tych wpisów mogłaby być poprowadzona dogłębniej, trafiają się też prawdziwe perełki, takie jak nota „Cele, cele, cele…”. Jest ona o tyle cenna, że z łatwością pozwoli nam na wyjaśnienie, dlaczego często bywa jak bywa.

Pani Stefańska dokonała trochę innego podziału temperamentów na: ST, SF, NT, NF (innego w stosunku do „klasycznego” na: SJ, SP, NT, NF), najprawdopodobniej z tej przyczyny, że poprowadzony w ten sposób dawał jej większe pole manewru do stworzenia ciekawych opisów, lepszego zaznaczenia różnic w rozumieniu i dążeniu do celów. Jeśli zapoznacie się z charakterystyką grupy typów ST, zwróćcie uwagę na następujący ustęp:

Częściej w tej grupie pojawia się myślenie o tym, by czegoś uniknąć, zatrzymać, obronić status quo – niż zdobyć czy stworzyć coś nowego (nową jakość, innowacyjne czy systemowe rozwiązanie, itp.). Ponieważ cele i wyzwania same w sobie są ogromnie ważne i priorytetowe, a możliwość sprawdzenia się jest czynnikiem motywującym – to osoby o tym profilu mogą znacznie częściej wchodzić w rywalizację i za wszelką cenę dążyć do realizacji celów (nawet kosztem innych).

Uzyskujemy obraz ludzi, generalnie rzecz biorąc, znakomicie radzących sobie z wyzwaniami codzienności, zdolnymi świetnie radzić sobie z rutyną, w dość znacznym stopniu zachowawczymi, ale co gorsza – w swej zachowawczości wręcz krótkowzrocznymi i skłonnymi do postrzegania rzeczywistości w formie gry o sumie zerowej, w której ktoś musi przegrać i jak się domyślamy, nie zamierzają to być oni. Oczywiście tę skłonność przenoszą także na sferę gospodarczą: przede wszystkim, jak się domyślacie, objawiać się to może w postaci, przykładowo, „bycia cwanym” i obarczania wszelkimi możliwymi kosztami transakcyjnymi drugą stronę. To bowiem jest częścią „stawki” w ichniej „grze” i generalnie wygrywa ten, kto nie da przerzucić na siebie tego, co można uznać w niej za ciężar. Niezaznajomionym bądź niewystarczająco biegłym w tej rywalizacji, w najbardziej niewyrafinowanej jej odmianie (i przy zachowaniu polskiej terminologii), przypada rola „frajera”, którego się „goli”, bo jest łatwym celem (takiego zresztą trudno nazywać przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia).

Inaczej rzecz ujmując, reprezentantom typów xSTx zdarza się częściej postrzegać świat z punktu widzenia oblężonej twierdzy, jakiej przychodzi im bronić, stosują więc bardzo wyraźnie zaznaczony, antagonistyczny podział na swoich i obcych. Interes i dobro obcych, z którymi się nie identyfikują, nie stanowi ich zmartwienia i częściej niż ludzie o innych profilach będą dążyli do eksternalizacji kosztów. Mają naturalną inklinację do zachowań, przez jakie musimy później stosować regułę caveat emptor.

Jeśli natomiast zapoznacie się ze specyfiką ludzi o temperamencie NF (do grona których zaliczamy się obaj z Jasiem), w szczególności zaś z tym fragmentem:

Osoby NF– myślą o celach w kategoriach tworzenia, inspiracji, znaczenia na przyszłość (perspektywa długoterminowa). Ważne – by realizacja celów była ekologiczna dla nich i ich otoczenia.

zauważycie skłonność zgoła przeciwną. To, co autorka »Potencjału osobowości« ujęła w jednym przymiotniku, możemy rozwinąć i skonfrontować z charakterystyką omawianych wcześniej ST. Potrzeba „ekologiczności” realizacji celów wynika z wyższej emocjonalności/wrażliwości (F) i patrzenia z szerszej perspektywy (N).Za syntezą obu tych rzeczy idzie więc raczej inkluzywne nastawienie w stosunku do innych ludzi i brak wyraźnego podziału na swoich i obcych – obcy wszakże cierpią tak samo jak swoi, a przynajmniej NF odczuwają to jednako. Stąd też wyraźnie ograniczoną mają drogę przerzucania obciążeń, przemilczania czegoś, co ktoś mógłby uznać za niekorzystne dla siebie, praktykowania wszelkiej „picówy”, traktowania drugiej strony jak przeciwnika, którego można mniej lub bardziej wprowadzić w błąd, bo ostatecznie i tak okupią tego rodzaju nieuczciwości w postaci dużo bardziej dla siebie dokuczliwej: wyrzutów sumienia. NF postępują więc odwrotnie niż ST– są skłonni koszta internalizować, ciężary brać na siebie. Dlatego też preferują rozpoznawanie potrzeb nieprzygotowanych do zakupów, niźli wykorzystywanie ich niewiedzy, częstokroć starając się usługi świadczyć „na miarę” klienta. (Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć.)

Co usiłuję Wam pokazać, rozpisując część aspektów tych dwu wydzielonych temperamentów? Prostą zależność: kapitalizm będzie wyglądał tak, jak wyglądamy my,bo nie jest niczym wobec nas zewnętrznym, narzuconym z kosmosu – kapitalizm jest w nas i nasz kształt definiuje jego kształt. Inawet gdybyśmy chcieli utworzyć jakąś generalizację tego, co jest celem działania kapitalistycznej firmy, w postaci twierdzenia, że maksymalizowania zysków, musimy i tak brać poprawkę na to, co kto za takie uznaje. Inaczej będzie działała firma kierowana przez kogoś o temperamencie ST, inaczej NT, inaczej NF czy SF. Możemy się spodziewać, że każda z tych grup będzie troszkę coś innego uznawała za korzyść i stratę, a co za tym idzie, będzie pierwotną przyczynądla powstania odmiennych, charakterystycznych dla siebie metod zarządzania, utrzymywania dyscypliny czy całych etosów opartych na bliskich sobie wartościach, stanowiących pochodne ich charakterów, które mogą istnieć samodzielnie już niezależnie od nich samych i być zapośredniczane, przejmowane w całości czy części przez innych ludzi.

Jeśli więc zastanawia Was, dlaczego żyjemy w świecie umów–pułapek z gwiazdkami, haczykami i drobnym druczkiem, dlaczego Grabaż żyje w kraju, w którym wszyscy chcą go zrobić w ch*** (za jego kasę…), odpowiedź nie tkwi w kapitalistycznym wolnym rynku, bo z jego definicji nie wyprowadzicie konieczności wzajemnego wprowadzania się w błąd, a w skłonnościach jego uczestników i ich liczebności. A ta wedle szacunków przedstawia się mniej więcej tak:

ST – 37,5%   SF – 36%   NT – 12,5%   NF –14%

Skoro najliczniejszą grupę w ludzkiej populacji stanowią osobniki ze skłonnościami do ostrej rywalizacji i dążenia po trupach do celu, nie ma niczego dziwnego w tym, że to ich pochodne będą wyznaczać zręby kultury (także) biznesowej, dominujące w niej normy, wynikłe z ich punktu widzenia, nim nasączone i jemu podporządkowane – ogólnie rzecz biorąc, że będą oni układać świat na swój obraz i podobieństwo. Gdyby te proporcje uległy zmianie, odwróciły się, praktyczna egzemplifikacja kapitalizmu także uległaby jakościowej zmianie, bo w jego ramach realizowane byłyby inne, bądź inaczej postrzegane cele.

Ale żeby dojść do takiego wniosku, trzeba umieć odróżnić to, co konieczne, od tego co możliwe. To co na stałe przypisane do czegoś i z niego bezpośrednio wynikające, od tego co zmienne. Podstawową wadą większości krytyki kapitalizmu jest tego nieumiejętność bądź niechęć wobec tego. Co, zresztą, jest zrozumiałe, zważywszy na jej zazwyczaj marksistowskie pochodzenie oraz wynikły z niego, ograniczający i pozbawiający szerszego kontekstu historycyzm. Aby dobrze zanalizować daną ideę i dalej, jej realizacje, trzeba zbadać ją w każdym zakresie – nie tylko tego co i jak było, ale także jak mogłoby być, zatem przede wszystkim, co w jej ramach jest logicznie możliwe, a co nie. Tylko w ten sposób można bowiem zbudować pełny obraz tego, za co ona może odpowiadać, a za co już nie, tworząc sobie punkt wyjścia do badania innych przedmiotów.

Stąd i krytyka jaką wyprowadza Jaś:

Kompletnie nie są. Wystarczy, że wmanipulują człowieka odpowiednio w sytuacje, a do tego czyjeś potrzeby mogą mieć w dupie. A czasem nawet muszą, bo nie mogą zwyczajnie powiedzieć; “moim zdaniem, na ile pana rozumiem, to nie mam nic panu do zaoferowania”. Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

[…]

Dopóki nie płaci się ludziom za to, że będą odradzali kupno towaru, bredzisz, bo to jest zakaz podstawowej czynności wyrażającej troskę. Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć. Ja wiedziałem, że tak kobieta mogła nie chcieć tego telefonu i nawet nie powiedziałem jej, że może być trudny w obsłudze.

jest chybiona: nie dotyczy nawet samego wolnego rynku, czy kapitalizmu, a jedynie jakichś jednostek (uściśliliśmy zresztą jakich), które żyją dzisiaj, coś robią i mają takie preferencje, a nie inne. Dlaczego? Dlatego, że brak praktyki niepłacenia sprzedawcom za odradzanie kupna towaru, który nie jest najlepiej dostosowany do potrzeb danego klienta, nie wynika z istoty tego, czym jest wolny rynek/kapitalizm. W teorii możemy sobie podstawić taką postulowaną przez Jasia praktykę i jeśli nie będzie ona kolidowała z dobrowolnością umów, wymiany handlowej, dobrowolnością ustalania cen i tym podobnych konstytuujących to, czym jest wolny rynek, jakie wyszczególniliśmy na początku (a nie będzie kolidowała), będzie zawierała się w zbiorze dozwolonych działań wolnorynkowych. Tak samo zresztą jak praktyka przeciwna, czyli ta, z którą spotkał się Jaś. A skoro tak, to należy zastanowić się nad preferencjami ludzi, wybierających spośród wszystkich praktyk akurat tę, co nie przypada do gustu wspomnianemu a także nad preferencjami innych, którzy godzą się na nią dobrowolnie, czyniąc ją wolnorynkową (zamiast jak w przypadku kar cielesnych, odmawiać). Ja za wystarczającą odpowiedź uznaję właśnie wewnętrzną budowę ludzi, z której wynikają opisane trendy i dalej ich odpowiednio proporcjonalne nawarstwienie powodowane takimi różnicami w częstotliwości występowania w populacji.

No dobrze – możecie powiedzieć – ale czy nie jest tak, że zakładając, iż ludzkość przez całe dzieje mniej-więcej jest złożona z tak samo skomponowanej mieszaniny charakterów, jesteśmy skazani na taki, a nie inny obraz wolnego rynku czy kapitalizmu i zachowania na nim panujące? Czy więc Jaś nie ma racji, gdy idzie o charakter pracy najemnej i podporządkowanie ludziom, którzy w większości przypadków nie poprą jego sposobu działania? Czy nie należy poszukać rozwiązania, które systemowo niwelowałoby pewne zachowania, przejawiane naturalnie przez sporą część ludzkości?

I ma, i nie ma. To znaczy, o ile zrozumiałe jest dla mnie, że można żywić aż tak wielką niechęć do ryzyka pracy pod kimś oczekującego od nas zachowań, na które nie chcemy przystać, by dyskwalifikować całkowicie jej pomysł, o tyle w świetle tego co do tej pory napisałem, nie widzę większego pożytku z jakiejkolwiek alternatywy. Zakładając bowiem, że ludzie będą mieli podobny wgląd w siebie i innych, że charakteryzować się będą dokładnie tymi samymi inklinacjami, wynikającymi z określonej wewnętrznej specyfiki, generować będą te same pochodne, tyle że w innych okolicznościach. ST nie stracą wcale swego zapału do przerzucania kosztów na innych: będą go prezentować po prostu w odmiennych warunkach, także instytucjonalnych. Czy będą pracować w czymś na kształt średniowiecznej, feudalnej manufaktury, anarchokomunistycznym kolektywie, mutualistycznym warsztacie czy kapitalistycznej firmie, należy się spodziewać po nich dokładnie tego samego. Ich modus operandi się nie zmieni, bo w dużej mierze podyktowany jest tym, co podpowiada ich aparat poznawczy. Jeśli nie macie jakiegoś magicznego dowodu, że zmiana ustroju ekonomicznego spowoduje zmiany w liczebności reprezentantów danych temperamentów, ani nie zakładacie czystek osób o ‚nieprawowiernych’ charakterach, czyli rzeczywiście uznajcie stałość proporcji składników tej całej społecznej mieszaniny, nie wyrugujecie ze społeczeństwa tego, co wadzi Wam w nim dziś. Liczniejsi, tak jak dziś, będą podporządkowywać mniej licznych swojej, popularniejszej, perspektywie, a Jaś zamiast pisać o szefach zmuszających swych podwładnych do wykonywania poleceń, z jakimi oni się osobiście nie zgadzają, będzie skarżył się na równie niegodziwą politykę handlową kolektywów, manufaktur czy innych whateverów.

Atak na hierarchiczność pracy najemnej ze względu na masowość występowania wspomnianego zjawiska, przy uznaniu takiej jego genezy, jest zatem także chybiony. Sama hierarchiczność nie ma bowiem wpływu na masowość jego występowania, wręcz przeciwnie, daje szansę mniejszości na wyraźne zaznaczenie jej interesu – arystokracja, elitaryzm i tym podobne zawsze opierają się na dychotomii nieliczni-liczni. Paradoksalnie więc dla egalitarystów sądzących, iż spłaszczenie stosunków międzyludzkich poprawi sytuację, może być wręcz przeciwnie. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że liczniejsi są generujący to, co z naszego punktu widzenia jest niepożądane. Mniej licznym opłaca się zatem popierać hierarchiczność, bo ona daje im możliwość nie zostania zdominowanymi, a nawet otwarcia jakiejś niszy dla dominacji własnej, więc i swoich pochodnych. Innymi słowy, praca najemna daje większą szansę ludziom o jakichś niepopularnych poglądach, unikalnym spojrzeniu, rzadkich potrzebach niż jej brak. Egalitaryzm kończy się tyranią głównego nurtu.

Ostatecznie jestem skłonny sądzić, że przeważną cześć, jeśli nie wszystkie, z tych trudności, którymi dotąd zabawiali się filozofowie, a które zagradzały drogę do poznania, zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: najpierw wznieśliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy.

George Berkeley „Traktat o zasadach poznania ludzkiego”

Kończę akurat tym cytatem nie bez przyczyny. Pojęciom ogólnym bądź metaforom często zdarza się robić karierę w postaci właśnie takiego kurzu, który zamiast ułatwiać pojmowanie spraw, czyni je nieprzejrzystymi. Z perspektywy czasu, niewątpliwie możemy powiedzieć to o „niewidzialnej ręce” Smitha, jawiącej się ludziom jako czymś od nich zewnętrznym, narzuconym, kierującym ich losem. Tymczasem wolny rynek jest uzewnętrznieniem ich samych, bo to pojęcie denotuje, w uproszczeniu, wszystkie dobrowolne transakcje. Zawierane między takimi ludźmi, jakimi byliśmy, jesteśmy i będziemy. Tak, a nie inaczej wytyczającymi granice swej zgody na coś i jej brakiem. Krytyka wolnego rynku sprowadza się zazwyczaj do uznania, że granice tego, co dobrowolne są poprowadzone zbyt szeroko, w ten czy w inny sposób. Ale tych granic ostatecznie nie wyznacza żadna niewidzialna ręka, a my sami. Krytyka wolnego rynku jest więc niczym innym, jak tylko zawoalowanym sposobem powiedzenia: „Nie lubię Cię, Twoich celów bądź sposobów działania i najchętniej zakułbym Cię w kajdany, byś nie mógł robić tego, co robisz i na co się godzisz.”, wybieranym przez tych, którzy nie są w stanie nam tego powiedzieć otwarcie. Warto o tym pamiętać.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Zmierzając w stronę antropicznej teorii form

Wstałem i zobaczyłem za oknem kupę śniegu. W lany poniedziałek. Ponieważ tradycji powinno dziać się zadość, młodzi ludzie zabrali się za dyngusowanie, tyle że wodą w innym stanie skupienia i teraz dybią na naszą rzekomą nietykalność cielesną śnieżkami i soplami. Momentalnie narzuciło mi się, że aktualnie furorę robi przecież temat rosnącej średniej temperatury na Ziemi i prognoz dalszego jej wzrostu oraz powiązanych z tym: eksterminacją wiosny, wydłużaniem jesieni i przesunięciem zimy, znany popularnie pod hasłami »globalnego ocieplenia« i »zmian klimatu«. Toczy się dyskusja na temat przyczyn tego zjawiska, no i jak wiadomo, część środowiska naukowego uznaje, że jest one spowodowane działalnością człowieka. Temat ten nie jest dla mnie istotny. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu, nie mam żadnych wyraźnych preferencji względem pogody i klimatu, nie robi mi większej różnicy, czy śnieg będzie padał w grudniu, czy czerwcu i czy w ogóle będzie padał, ani to czy będzie cieplej, czy zimniej. W zasadzie mógłbym mieszkać w każdej strefie klimatycznej. Po drugie, żyję dość ascetycznie, więc tak czy owak, nie mam już zbytniego pola manewru, by cokolwiek ograniczać czy poświęcać na rzecz ewentualnego ratowania świata. Skoro zatem nie wiążę z klimatem, ani żadnego interesu w jego zmianie czy konserwowaniu obecnego stanu, ani też nie dysponuję środkami, jakie ten interes pomogłyby zrealizować, sprawa jest całkowicie poza moją kontrolą, a skoro tak, to nie zamierzam zaprzątać sobie nią głowy.

Natomiast cała ta sytuacja związana z poniedziałkowym śniegiem, globalnym ociepleniem a zwłaszcza hipotezą o antropogenicznych jego przyczynach, przypomniała mi, że miałem się za coś zabrać. Za coś, co i tak gdzieniegdzie przebijało z moich tekstów. Widzicie, wspomniana hipoteza jest próbą (mniejsza o to, czy skuteczną, czy nie) wyjaśnienia zaistnienia pewnego zjawiska w określony sposób: przez postawienie jako przyczyny — działań człowieka.

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uczynienia czegoś podobnego, ale na szerszą skalę. Zamierzam w następnych notach przyjąć taką strategię eksplanacyjną, która polegałaby na wyprowadzaniu zasad racji bytu danych przedmiotów, w oparciu o jakości przedmiotów będących ich przyczynami. Tam, gdzie przyczynę stanowi człowiek, w rezultatach jego działań należy doszukiwać się jego charakterystyki. Podpisu czy pieczęci odciśniętej przez jego czyny, stojących za nimi motywów, opartych na jakichś marzeniach i nadziejach, też utrzymujących przecież jakąś tożsamość, złożonych z jakości, które również zostały wygenerowane, odciśnięte w określonym kształcie przez takie, a nie inne formy odczuwania i myślenia. Do pewnego stopnia zrobiłem to w przypadku wpisu o Platonie portretującym w swej filozofii samego siebie. Wpis ten stanowił wprawkę. W jej zakończeniu pozostawiłem sobie otwartą furtkę, by w nieokreślonej przyszłości powrócić do tego sposobu czynienia zrozumiałym efektów naszej działalności.

Prawdą jest to, iż zdarzało mi się z niego korzystać w przeszłości, jako że łatwo oprzeć go na widzeniu istotnościowym, do którego mam tak wielką słabość, ale odbywało się to raczej okazjonalnie. Tym razem chciałbym spróbować zaprzęgnąć tę strategię do bardziej konsekwentnego użytku, być może wypracowując poprzez nią jakąś kolejną teorię form. Jak zdążyłem już zauważyć w pierwszym moim blogowym tekście, w coraz większym stopniu byt staje się i będzie stawał się antropocentryczny. W związku z tym, jeszcze bardziej uzasadnionym krokiem przestawiać się na uzasadnianie bytu i jakości rzeczy, istnieniem i jakościami ludzi, którzy działają, pozostawiając po sobie wszelkiego rodzaju pamiątki.

Pampalini, narzekając kiedyś na moją skłonność do ekshibicjonistycznego ujawniania swojego strumienia świadomości (a przede wszystkim dalszego babrania się w nim i zastanawiania jak kształtuje się myśl, z jakich idei jest formowana, krótko mówiąc: podejmowania prób ustalenia jej źródeł oraz w drugą stronę: dociekania takich spraw jak to, w imię czego jest konstruowana, co jest interesem jaki za tym stoi i motywem do jej wytwarzania?), stwierdził podobieństwo do procesów gastrycznych i uznał, że jego interesuje jedynie gotowy produkt ostateczny — sama myśl, koncepcja, uzasadnienie czegoś i tegoż praktyczna wartość, a nie pochodzenie, środki produkcji i inne tym podobne. Żachnąłem się wtedy, bo z tego porównania nieuchronnie wynikało, że myśl ludzką zrównał z ekskrementami. Dziś jednak pójdę za tym wnioskiem, bowiem zamierzam w najbliższym czasie nauczyć się tropienia. Tak jak możemy nauczyć się po odchodach w lesie rozpoznawać zwierzęta, tak ja chciałbym nauczyć się rozpoznawać ludzi po ich pozostałościach intelektualnych w nauce, kulturze czy biznesie.

Ponieważ Dziewic wciąż montuje swoją steampunkową ontologię maszynową, za jaką być może pójdzie następnie ciekawa, oryginalna typologia:

Staram się tak skonstruować ontologię maszynową, aby pozwalała ona na badanie zjawisk o różnej skali: od indywidualnych typów psychicznych (psychicznych w Nietzscheańskim sensie, fizjologicznych) po globalne systemy społeczne.

(którą z chęcią przetestuję, jeśli się już pojawi, ale do tego jeszcze długa droga pewnie…), a ja zamierzam zaczynać teraz, postanowiłem skorzystać z już gotowego narzędzia, wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. Dlaczego wybrałem akurat ten system? Sprawdzałem już wiele typologii, łącznie z Global 5, R-Drivem czy MOTIVem, „wielką piątką”, testem osobowości Eysencka, ale żadna z nich nie wyznacza swoich podziałów poprzez wytyczenie równie fundamentalnych cech biegunowych, względem których można byłoby się orientować, a tym bardziej, za żadną z nich nie stoi większa przewodnia myśl, którą można byłoby wykorzystać do podobnego przedsięwzięcia, jakie sobie zamierzyłem. Owszem, niektóre z nich są całkiem ciekawe ze względów technicznych, ale same w sobie niewiele wyjaśniają — grupują jedynie ludzi pod pewnymi, dość powierzchownymi, względami.

A Ty którym "mostem" jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

A Ty którym „mostem” jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

Przewaga MBTI zawiera się w podstawie systemu – jungowskim podziale funkcji kognitywnych, które same mogą być skierowane do wewnątrz (introwertycznie) bądź na zewnątrz (ekstrawertycznie). O ile z większości testów starających się jakoś podsumować osobowość, oczywiście, dowiemy się, czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami, o tyle w przypadku MBTI dostaniemy pełniejszy wgląd, bo okaże się, że nie jesteśmy ekstrawertykami bądź introwertykami w całości, a poniekąd stajemy się nimi, głównie ze względu na ukierunkowanie najsilniejszej funkcji poznawczej. W każdym introwertyku znajdziemy zatem coś ekstrawertycznego, w każdym ekstrawertyku – coś introwertycznego. Kluczowe jest jednak, co to takiego i do jakiego stopnia na tym bazujemy. Dopiero z rozkładu i ukierunkowania tychże funkcji można zbudować szkielet osobowości danej osoby, wraz z wieloma jej skłonnościami bądź talentami. Każda funkcja ma jakąś swoją tożsamość oraz za coś odpowiada. Każda jest więc rozpoznawalna, bo wiadomo za co odpowiada, więc i na podstawie samego zachowania jesteśmy w stanie wywnioskować, która z nich doszła w danej osobie do głosu.

Rozkładówka 16 typów z ich czterema głównymi funkcjami kognitywnymi

Oczywiście, w większości wypadków będą one ze sobą zgodnie współpracować, często na zasadzie komplementarności. Jednak co interesujące, niejednokrotnie będziemy mogli odnieść wrażenie, że zdają się one mieć pewną autonomię i starają się wypłynąć na wierzch, dominując nad pozostałymi — dobrą tego ilustrację stanowią dylematy powodujące wewnętrzne rozdarcie. Bardzo często bowiem, sprowadzają się one do sporu postulatów o treściach reprezentujących dane funkcje, które walczą ze sobą o wolicjonalny prymat realizacji własnej opcji. Poczucie sprzeczności, działania wbrew sobie samemu, a jednocześnie zgodnie ze swoją wolą, wyjaśnić możemy konfrontacją tych naszych wewnętrznych struktur. Ponieważ każdy typ psychologiczny ma swój, unikalny zestaw funkcji, u każdego z nich wspomniane, potencjalne rozdarcia będą przebiegały względem innych „uskoków”, odmienna będzie także ich specyfika. Stąd też mamy wytłumaczyć, z jakiego powodu dla jednych ludzi niektóre pary alternatyw wcale nie będą stanowić dylematów, wręcz przeciwnie, wybór któregoś ich członu będzie dla nich banalnie łatwy i nie przestaną zachodzić w głowę, jak dla kogoś innego, podobny wybór w ogóle może być problematyczny czy tym bardziej, ze względów egzystencjalnych, destruktywny. I vice versa. Po prostu, każdy z typów osobowości ma ulokowane gdzie indziej swoje, że się posłużę gwiezdnowojennym terminem, punkty przełomu — newralgiczne miejsca, najwrażliwsze i najbardziej podatne na wzajemne kruszenie i rozłam.

Innymi słowy, solą MBTI nie jest sam podział na typy, wtórne wobec sposobów postrzegania, odczuwania czy myślenia (do wewnątrz, bądź na zewnątrz), a wyszczególnienie tych ostatnich, co jest najbardziej obiecujące dla moich zamierzeń, jako że sposoby te stanowią jednocześnie środki produkcji wobec wszelkich decyzji i jako takie są używane przez działające jednostki. Sam wybór typologii jest zresztą kwestią drugorzędną. Jeśli znajdzie się lepsza, dogłębniej wyszczególniająca formy, za pośrednictwem których ludzie postrzegają zjawiska i przekształcają świat, będzie mogła zająć miejsce wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. W każdym razie, to akurat jest element wymienny i nie będę się specjalnie przy nim upierał, jeśli znajdę, stworzę czy dostanę lepszy. Nie ukrywam też wcale, że częściowo, mój wybór podyktowany jest popularnością tej akurat propozycji – dzięki niej mogę „wysłużyć się” innymi (czytaj: skorzystać ze spostrzeżeń jakich dokonali, zaoszczędzając swój czas), w jakimś stopniu też weryfikować swoje sądy na podstawie porównań i konfrontacji przeczących sobie interpretacji danych zachowań. Praktyka zresztą potwierdza potencjał, jaki dostrzegam w tym systemie: w przeciwieństwie do innych, ludzie korzystający z tego narzędzia podejmują próby rozpoznawania typu osobowości historycznych postaci poprzez owoce ich działań. Przykładem może być serwis Celebrity Types, w którym znajdziemy takie oto soczyste infografiki z porównaniami:

Za każdym z wynotowanych tam poglądów czy zachowań stoją jakieś funkcje kognitywne. Ponieważ sam jestem INFJ, najłatwiej, bo z miejsca, będzie mi Wam rozszyfrować Spinozę i Platona. Otóż, jeśli zestawimy ich ze sobą, zauważymy też pewne podobieństwa w ich pracach, zwłaszcza w charakterze filozofii jaką tworzyli. Obie były unifikujące, wymierzone przeciw konfliktowi. Obie były aprioryczne. Obie bliskie mistycyzmowi. Obaj filozofowie podobnie radzili sobie ze sprzecznościami, tworząc na szczeblu wyżej ich syntezę, podporządkowując je jakiejś nadrzędnej im myśli, hierarchizując swą narrację.

Te zbieżności są nieprzypadkowe. U obu dominującą z funkcji była introwertyczna intuicja (Ni), którą możecie wyobrazić sobie jak soczewkę skupiającą światło – premiującą myślenie konwergentne, nad którą nie ma się żadnej kontroli, bo zasilanie leży poza nią. W pewnym momencie wskazuje ona to właściwe, aczkolwiek najczęściej dalekosiężne rozwiązanie, które trzeba później opracować, ale co do którego ma się niezachwianą pewność i robi się to z przeświadczeniem o jego niezaprzeczalności – grzebanie w empirii jest zbędne. W połączeniu z introwertycznym myśleniem (Ti) (zauważcie, obie funkcje stricte poznawcze skierowane są do wewnątrz!), kończy się na aksjomatyzowaniu wyabstrahowanych z jakiś abstraktów kolejnych abstraktów, określanie relacji między nimi, które ostatecznie są i tak bliższe, bardziej oczywiste oraz nurtujące w o wiele znaczniejszym stopniu, niż ta sensualna, rozedrgana, namacalna plama za oknem, która nam ich dostarcza, zwana przez Was rzeczywistością. Więc jaki, kurwa, empiryzm? ;) Empiryzm to policzek dla naszej swojości, wszakże metoda eksperymentalna jest okazywaniem braku szacunku wobec rzeczy wzniosłych.

Jednakże nie wszystko w twórczości Spinozy i Platona można wyjaśnić połączeniem tych dwóch funkcji. O ile umiłowanie aprioryzmu, i owszem, o tyle unifikacji – już nie. To znaczy, samą jej „techniczną” i intelektualną stronę, jak najbardziej, bo w gruncie rzeczy najczęściej też sprowadza się do użycia myślenia konwergencyjnego, ale nie wytłumaczymy tym motywu snucia rozważań o jakichś nadrzędnych całościach, Jedniach czy jedynej substancji. Skąd więc to się bierze? Z ekstrawertycznego czucia (Fe), które u nas jest drugą po intuicji najsilniejszą funkcją. Ponieważ jest zwrócona na zewnątrz, odpowiada za potrzeby emocjonalnego kontaktu z innymi ludźmi, nie sobą samym – na ogół więc czujemy się tak, jak czuje się rezonujące w nas otoczenie. Funkcja ta determinuje nasze towarzyskie ciepło, taktowność i układność, czasami chęć utrzymywania pozorów, po to by kogoś nie zasmucić. Jeżeli dochodzi do jakiegoś konfliktu, często zdarza się, iż stajemy w roli samozwańczych mediatorów, wchodzących między wódkę a zakąskę, po to tylko by je rozładować, bądź zakończyć, bo to jest także naszym interesem: źle czujemy się tam, gdzie źle czuje się ktoś inny, co nam się udziela. Generalnie więc, ta funkcja odpowiada też za sporo zachowań mesjanistycznych, romantycznych i ogólnie rzecz biorąc, samobójczych. Rozumiecie już? Sprzeczności w myśli filozoficznej są po prostu metaforą konfliktu między ludźmi. Konfliktu, który nas rani. Jeśli jest jakaś sprzeczność, to w końcu ktoś może opowiedzieć się jednym stanowiskiem, a inny za drugim. I o ile większość ludzi oczekuje wtedy poparcia jednego bądź drugiego bądź nie wtrącania się w taki spór, o tyle INFJ zazwyczaj zachowują neutralność, uznając że żadna ze stron nie zasługuje na ich poparcie (bo w końcu tamci walczą o jakieś swoje interesiki, które my co prawda rozumiemy, ale są dla nas nieistotne i niewarte spięcia), ani też na eliminację, jednak konflikt trzeba i tak wygasić i tu pojawia się potrzeba syntezy na jakimś wyższym poziomie, czyli odpowiednik jakiegoś salomonowego wyroku. I tu wkraczają Jednie i inne panteizmy, Absoluty, Byty od Parmenidesa i reszta maksymalnie inkluzywnych przedmiotów, w których może mieścić się WSZYSTKO, czyli w domyśle – WSZYSCY. Dopóki jest możliwość uwzględnienia wszystkiego, bez odrzucania i rezygnowania z czegokolwiek (i bycia niemiłym dla tegoż), będziemy z niej korzystać.

 A czym innym podyktowane było moje dążenie do ideału systemu politycznego, który pozwoliłby jednostce, w ramach jej uprawnień, na kreowanie własnego, dowolnego aksjologicznie ładu? Systemu, który powstał, gdy libertarianizm okazał się w swej budowie zbyt wykluczający? Rozwijałem i będę rozwijał nadal koncepcję świata najbogatszego pod względem ontycznym jako jednocześnie najbardziej wolnościowego, w którym rzekomo konkurencyjne i sprzeczne względem niego stanowiska nie są wykluczone, ale stanowią możliwy do wyprodukowania towar. Czy to nie jest ten sam manewr ucieczki w górę? Wolnorynkowy odpowiednik czegoś w największym stopniu inkluzywnego, czegoś co będzie manifestacją przedmiotu najuboższego treścią, lecz o najszerszym zakresie, z genezą antropogeniczną? Niewątpliwie! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę infografikę ze Spinozą i na niej:

when faced with a logical contradiction, adds up both positions to form a greater whole

pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było: „Przecież to jest niemalże mój znak rozpoznawczy! Robię dokładnie to samo. Wdrapuję się na jakieś szczyty, by uspokajać skłóconych, znajdując im obu miejsce w systemie, jakąś funkcję, dzięki czemu uda się zachować obu.” Baruch zadziałał podobnie. Chciał zachować majmonidesowy mistycyzm i kartezjańską racjonalność. Stworzył coś, co połączyło jedno z drugim. I choć w more geometrico jak najbardziej widoczne są wpływy Ni i Ti, sam motyw ukucia czegoś takiego, wynika jak najbardziej z Fe. Spory filozoficzne są więc w dużej mierze sporami między ludzkimi charakterami. Skłonności do danych stanowisk wyjaśnić można wewnętrzną budową implikującą sposób bycia i życia, preferowanych sposobów postrzegania.

Antropiczna teoria form, nawet gdyby powstała, miałaby oczywiście swoje ograniczenia i to dość znaczne. Nie obejmowałaby oczywiście tego, na co człowiek nie ma wpływu. Zarówno w sferze makro — nie mogłaby wyjaśnić właściwości praw fizyki, bo one są „odciśnięte” przez coś innego niż ludzi, jak i mikro; nie wyjaśniłaby biologicznych mechanizmów dziedziczenia. (Chociaż mogłaby wyjaśnić już ewentualne starania człowieka, by odpowiednio zarówno jedne i drugie, zmienić czy nagiąć do swoich potrzeb.) W obu przypadkach takie filozofowanie musiałoby ustąpić „prawdziwej nauce” w postaci odpowiednio: fizyki i genetyki, należy zauważyć, że i one same korzystają z podobnej teorii odciśnięć, tyle że ogólniejszej, gdy poszukują dróg przekazywania informacji czy jakichś zbiorów stałych, determinujących jakość czy rację bytu przedmiotów od nich zależnych. Natomiast z całą pewnością to podejście odniosłoby sukces w innych kwestiach, dotyczących dynamiki świata ludzkich działań, wyjaśniania kształtu kultury i jej zmian. Przykładowo, na polu estetyki pomogłoby wypracować teorię gustów, a dzięki takowej można byłoby przewidywać, co się komu ma szansę spodobać i z jakich powodów (harmonizowanie dzieła ze specyfiką funkcji poznawczych odbiorcy).

Myślę, że gra jest warta świeczki. Całość opiera się na prostej myśli: podobieństwa generują podobieństwa. Trzeba znaleźć tylko odpowiednio dobry miernik podobieństwa i nauczyć się patrzeć, a jest przecież na co… Rozedrgana plama za oknem drga, drga, drga…

Inspiracje?

Nie podaruję tego, co irytuje tak pampiego — postaram się znaleźć źródła tego pomysłu. Główną rzeczą przychodzącą mi na myśl, jest oczywiście metafizyka klasyczna i jej pierwsze zasady. Mógłbym też nawiązać pewnie do mistyków i ich przekonania o równoważności mikrokosmosu wewnątrz człowieka i makrokosmosu na zewnątrz, które są tym samym, pochodzą z tego samego źródła, więc badając siebie przez bardzo głęboką introspekcję, możemy dojść także do pewnych jakości świata zewnętrznego, z którym jesteśmy kompatybilni i musimy mieć coś wspólnego. Można byłoby tę intuicję rozciągnąć i poszerzyć w duchu ewolucjonistów: skoro istniejemy w dzisiejszych warunkach, bo jesteśmy przystosowani do istnienia w dzisiejszych warunkach — zatem, jeśli przystosowanie uznać za relację pewnej zbieżności, jakie są dzisiejsze warunki i jacy jesteśmy my sami? Gdzieś trzeba postawić paralelę, skoro jesteśmy zdolni żyć w takim otoczeniu. A dalej to już prosto, wystarczy zapytać o naszą bytność, efekty naszych działań, o ich jakości, wywnioskować z własnej budowy, dlaczego one są takie, a nie inne.

Albo wrócić do tego cytatu z Platona, skoro był podobny i pisał takie rzeczy:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

Pewnie mógłbym wyjaśnić to w ten sposób, ale wydaje mi się, że tak naprawdę ta rzecz przyszła z bardziej pop-kulturowych źródeł, w czasach gdy filozofią się nie zajmowałem (a były takie?!), przynajmniej nie wprost — w dzieciństwie. Właściwa, najstarsza i najbardziej prostolinijna część tej myśli, najprawdopodobniej pochodzi z filmów kryminalnych, w których ze sposobu mordu (najczęściej seryjnego), wyboru ofiar i innych dość skromnych, nieoczywistych poszlak, śledczy starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji i na ich podstawie stworzyć portret psychologiczny sprawcy, wnioskując z jego dzieła o nim samym, zawężając w ten sposób grono podejrzanych, czy w ogóle je typując. To sprawka takiego Obywatela X”, „Milczenia owiec” i innych hannibalowych filmów (w sumie, faworyzując swoich, powinienem z tego cyklu wybrać „Czerwonego smoka” ze względu na postać Willa Grahama) czy też zdecydowanie mojego ulubionego „Seven” Finchera. W każdym z tych obrazów, bardzo wyraźnie pojawia się ten motyw.

Ale mogę podrążyć temat jeszcze głębiej, znajdując chyba najbardziej bezpośredni i najlepiej pasujący wpływ. Na początku wydawało mi się to dość mgliste, bo zupełnie zapomniałem o tych książkach. W przyrodzie jednak nic nie ginie, a użycie terminu zaczerpniętego, niby przypadkowo, z „Gwiezdnych wojen” wcale okazało się nie być przypadkowe. Czyżby chodziło o podchwycenie pomysłu fikcyjnego Wielkiego Admirała Thrawna? Zresztą sami zobaczcie:

  • Pierwsze spotkanie czytelnika z Thrawnem. Fragment rozdziałuotwierającego„Dziedzica Imperium”: 1, 2, 3, 4

  • Jedyny raz, gdy się nie udało – koniec rozdziału piętnastego. 5

W skrócie:

Thrawn na podstawie kultury tworzonej przez jakiś gatunek czy populację danego świata, z jakim się mu przyszło potykać, potrafił określać ewentualne niedostatki, psychologiczne słabe strony wroga, jakie przekładał później na język wojny. Następnie wybierał taktykę w największym stopniu te słabości wykorzystującą, co sprawiało, że był przeciwnikiem wyjątkowo trudnym, bo rzucającym na swego oponenta jego największe demony, często pewnie takie, z jakich istnienia tamten nie zdawał sobie nawet sprawy — dopóki nie było już za późno…

Teraz zresztą przypomina mi się, że nawet bezpośrednio po lekturze tych książek, gdzieś w okolicach 1996, byłem dość sceptycznie nastawiony wobec możliwości przeprowadzenia analizy pod akurat takim kątem. Głównej trudności upatrywałem w odróżnianiu, przy dość skąpych informacjach, tego co jednostkowe, od tego co ogólne. O ile zgodziłbym się, że na podstawie dzieła możemy powiedzieć coś o jego twórcy, o tyle naciągana wydała mi się ekstrapolacja jego cech na resztę populacji, z jakiej pochodzi. Jak na podstawie rozpracowania jego dzieła wyodrębnić własności charakteryzujące wszystkich, spośród tych charakteryzujących wyłącznie jego samego, czyniących go pod pewnymi względami specjalnym? Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś cechy twórcy, na podstawie analizy jego dzieła, skąd właściwie możemy wiedzieć, czy ta cecha jest reprezentatywna dla ogółu? Tym bardziej w przypadku sztuki, którą przecież często, o ile nie zazwyczaj, uprawiają osobniki wyróżniające się pod pewnymi względami spośród pobratymców. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, iż w jakimś stopniu, jako reprezentant danego zbioru, artysta musi w jakimś zakresie być podobnym do pozostałych członków swojej społeczności, ale nie wiemy w jakim. I dlatego, chociaż ta metoda rozpoznania przeciwnika jest interesująca w zarysie i z pewnością imponująca w opisie, to już przy detalach i know-how staje się dziurawa jak sito. Co wcale, mimo tych zastrzeżeń nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą. Fantastyka ma być fantastyczna. Thrawn był widocznie geniuszem i znalazł jakiś sposób na obejście tych problemów albo był skłonny do większego ryzyka. Cykl Timothy’ego Zahna jest jednym z bardziej udanych franczyzowych zapychaczy spod znaku gwiezdnej sagi i w sumie szkoda, że to nie z niego zostanie wykrojona kolejna filmowa trylogia, tym razem pod patronatem kombinatu Disneya. Zresztą… nietrudno będzie zrobić coś lepszego od prequeli…

Koneser sztuki gromiący Rebeliantów, esteta, erudyta i geniusz wojenny – Mitth’raw’nuruodo. Jedna z ciekawszych postaci antagonisty, jaka została wykreowana na potrzeby starwarsowej franczyzy.

 

Wersja offline – PDF

Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę: