Polemiki z Marcinem Sułkowskim (z komentarzy serwisu Konserwatyzm.pl)

Niestety, z powodu powracających przeszkód dla komunikacji – nie wnikam już czy powodowanych przez niewinną złośliwość rzeczy martwych, czy mniej niewinną; ludzi odpowiadających za politykę moderacji rzeczonego serwisu – jestem zmuszony polemiki poprowadzić w formie bardziej korespondencyjnej, w oddzielnym miejscu.

Ponieważ sytuacja z nieprzepuszczaniem moich komentarzy na Konserwatyzm.pl się powtarza po raz kolejny, moi kontrdyskutanci mogą odnieść mylne wrażenie, że lekceważę spory z ich udziałem albo, co gorsza, mniemać, że się z nich bezradnie wycofuję. Nic bardziej mylnego – po prostu sekcja komentarzy jest z jakiegoś powodu zupełnie dysfunkcjonalna. Albo gubi wpisywaną treść, przewinąwszy stronę do wypowiedzi na jaką się odpowiada bez wyświetlenia zwyczajowego komunikatu o przekazaniu do moderacji, albo, gdy ponawia się próby zamieszczenia swojego tekstu, wyświetla okno z informacją, że podobna treść została już pierwotnie zamieszczona.

Nie mam pojęcia na jakim systemie bazuje tamtejsza sekcja komentarzy – ponoć na Disqusie, który ma opcję timeoutów i shadow banów, ale stosowanie rzeczonych mechanizmów chyba powinno objawiać się dla banowanego w inny sposób.

Tak czy inaczej, jeśli jestem w wyniku niefunkcjonalności strony podejrzewany o ucieczki i zmuszany do udzielania wyjaśnień:

Ale już kiedyś Panu tłumaczyłem wewnętrzne sprzeczności teorii Rothbarda – niestety salwował się Pan rejteradą

Nieprawda. Portal Konserwatyzm.pl po prostu nie zamieścił już moich kolejnych odpowiedzi dla Pana, mimo tego, że starałem się je jeszcze kilka razy wkleić, więc to nie ja uciąłem dyskusję. Wciąż mam je zapisane w pliku z notatkami i mogę je zamieścić w jakimś neutralnym miejscu, jeśli ma Pan ochotę ciągnąć dalej tamte wątki.

kwitowanych pobłażaniem:

z doświadczenia wiem, że disqus jest w stanie obsłużyć w jednym wątku do 100 tysięcy komentarzy bez większych problemów, więc miał Pan wyjątkowy brak szczęścia.

postanowiłem zainwestować w archiwizację dyskusji w miejscu, gdzie wyjątkowy brak szczęścia nie występuje, gdyż ma się wpływ na zamieszczane teksty. Zamiast bezskutecznie dobijać się gdzieś, gdzie dyskusja z jakiegoś względu jest utrudniona do tego stopnia, że trudno nawet poinformować osobę z którą się rozmawiało o tekście do niej zaadresowanym oczekującym w innym miejscu, by przynajmniej tam miała swobodę się z nim zapoznać, można problem zupełnie obejść i umieścić u siebie.

Niniejszym to zresztą czynię, zamieszczając odpowiedzi, które nie zdołały się przebić w dwóch wątkach.

Pierwsza odnosi się do komentarza nr 56662 (z 10 września 2021 o 19:56)

Wielomski: Konfederacja wobec „lex TVN”. Papierek lakmusowy samozachowania


"z doświadczenia wiem, że disqus jest w stanie obsłużyć w jednym wątku do 100 tysięcy komentarzy bez większych problemów, więc miał Pan wyjątkowy brak szczęścia."

Być może nie jest w stanie obsłużyć więcej niż kilku linków albo części dyskutantów z innymi poglądami moderatorzy próbują włączać „zniechęcacza”.

W każdym razie odpowiedź na swojego posta z 22 czerwca 2021, godziny 11:30 znajdzie Pan tutaj:

https://pastebin.pl/view/f85c08cc

Zanim podejmę dalszą polemikę, która w większości będzie polegała na zwalczaniu słomianych ludów, jakie pan pracowicie porozstawiał, wypadałoby aby najpierw nadrobił pan zaległości z poprzedniej naszej dyskusji, ponieważ:

  • lepiej wyjaśnią moje stanowisko na kwestie sprawiedliwości i uzasadnienie, dlaczego państwo będzie kiepskim jej gwarantem, a w praktyce tylko pozorantem udającym, że ją dostarcza i mu na niej zależy,
  • bez zrozumienia na czym polega podstawowa przewaga porządku zdecentralizowanego prywatnego prawa nad tym dzisiejszym państwowym, będzie pan dalej stawiał karykatury, zamiast zmierzyć się ze smutną konstatacją, że reprezentuje pan w tym naszym drobnym sporze stronę, której tak naprawdę mniej zależy na szansach ludzi na uzyskiwanie sprawiedliwości, co stawia pod znakiem zapytania również tę całą deklaratywną troskę o dobro.

Jeśli zaznajomi się pan z preferowaną przeze mnie wizją sprawiedliwości, będzie też łatwiej unikać dziwacznych konkluzji o moim stanowisku, opartych w większości na przekornym stosowaniu sofizmatu rozszerzenia.

Dzięki temu, nie będę musiał poświęcać czasu na wyjaśnienia, dlaczego nie jestem przeciw kulturze czy wychowaniu dzieci, aby radziły sobie z zagrożeniami płynącymi ze świata. Zaoszczędzony, będzie można spożytkować do wyjaśnienia jakimi środkami można byłoby się posłużyć, aby sobie zabezpieczyć preferowane przez siebie dobra moralne, bez opierania się na państwie, które nie tylko jest zbędne, ale wręcz stanowi zagrożenie dla naturalnego autorytetu rodziców.


Drugi zaległy tekst to właśnie ten zamieszczony w serwisie pastebin. Odnosi się do naszej poprzedniej dyskusji, jaka została urwana z powodów ode mnie niezależnych. Uznałem, że wrócę do niej, gdy nadarzy się kolejna okazja i któryś z moich komentarzy znowu zostanie zagubiony przez Konserwatyzm.pl. I proszę – właśnie się nadarzyła.

Stanowi kontynuację wątku zakończonego na komentarzu nr 55888 z nieniejszego wątku.

Aby przegnać tego strasznego pecha i umożliwić panu Sułkowskiemu zapoznanie się z dalszym ciągiem naszego sporu, na wypadek gdyby i na pastebinie nastąpiła jakaś katastrofa, backup mojej odpowiedzi zamieszczam poniżej:


Ad.1.
Non sequitur. Dyskutuje pan obok tematu. Nie twierdzę, że Islandia była anarchokapitalizmem, tylko że anarchokapitalistyczne systemy prawa inspirują się islandzkimi rozwiązaniami. Zatem to, czy w pana ocenie były one dostatecznie podobne czy niedostatecznie, nie ma tutaj większego znaczenia, bo dla inspiracji to rzecz obojętna.

Clou z lekcji płynącej z epizodu Wolnej Wspólnoty polega na zrozumieniu jak i dlaczego społeczeństwo wczesnego osadnictwa bez silnych centralnych, politycznych struktur było w stanie wytworzyć i egzekwować jakiekolwiek prawodawstwo, zamiast rozstrzygać wszystkie konflikty siłą. Praworządność jest jednak dla większości bardziej opłacalna niż ryzyko wywołania otwartej wojny domowej, które zresztą też od czasu do czasu było podejmowane, jak zaświadczają sagi. Większość konfliktów była mitygowana inaczej, do zbrojnych wystąpień ograniczała się elita.


https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/bitstream/11320/7937/1/MHI_17__1_2018_W_Gogloza_Przemoc_w_sredniowiecznej_Islandii.pdf

Cóż, repetitio est mater studiorum, tak więc oto (powtórzona dla opornych) lekcja autorytetu anarchistycznego prawa, płynąca z przykładu Islandii. Czy dla pana dostatecznie anarchicznej, czy niedostatecznie, quasi-demokratycznej czy quasi-feudalnej, nie będę się na razie o to z panem targował, bo widzę, że pan ma w tej dyskusji w ogóle zupełnie inny problem.

Otóż nijak nie potrafi pan sobie usystematyzować zarówno tych historycznych oraz niezrealizowanych, a dopiero postulowanych, systemów prywatnego prawa z racji tego, że nie dostrzega lub gubi się w pewnym niuansie kryjącym się w ogólnym pojęciu policentryczności systemu prawa. Otóż to pojęcie jest ogólnym właśnie dlatego, że wspomniana wieloośrodkowość oraz związany z nią pluralizm może być stopniowany i występować na kilku poziomach:

  • kreacji prawa (ustawodawczym),
  • sądownictwa (interpretacji i orzecznictwa powstałego już prawa),
  • egzekutywy, (zaprowadzania porządku przez jakieś instytucje porządkowe).

Pewne łady prawne będą wieloośrodkowe tylko na jednym z tych poziomów, inne na kilku, a te najbardziej radykalne – będą policentryczne we wszystkich. Zatem mamy do czynienia z całym spektrum, do którego należałoby podejść trochę na zasadzie kombinatoryki, by sobie uzmysłowić wszystkie możliwe permutacje oraz właściwie im przyporządkować konkretne przykłady historyczne jak i „utopijne” z ich podobieństwami i różnicami.

Może mieć pan ład, w którym istnieje jeden podmiot stanowiący prawo, ale wiele różnych niezależnych od siebie sądów je interpretuje a porządku pilnuje jedna publiczna policja.
Albo – w którym istnieje monopol stanowiący prawo, monopol sądowy a na samym dole wiele prywatnych policji, którym zleca się egzekwowanie prawa.
Albo wiele podmiotów tworzących prawo, ale niżej następujący monopol sądowy i policyjny.
Albo wiele podmiotów tworzących prawo, wiele konkurujących sądów i wiele policji.

Dopiero wtedy, gdy będzie pan potrafił rozpoznać, z jakim przypadkiem ma pan do czynienia, będzie mógł pan się silić na sensowną krytykę. Bo na razie to ja odnoszę wrażenie, że usiłuje pan tu brak merytoryki nadrabiać hałasem, zwłaszcza skoro zdaje się pan błędnie stawiać zarzuty wobec propozycji Rothbarda. (O tym później.)

Proponuję zrobić sobie kontrolne ćwiczenie i przemyśleć na czym polegał policentryzm systemu prawa w Islandii, na czym gdy na przykład w średniowieczu równolegle istniały sobie sądy kościelne obok świeckich czy występowało prawo bartne, a na czym polega on u Rothbarda. Następnie zestawić ze stanem dzisiejszym z monocentrycznym systemem prawa, kiedy zarówno jego stanowienie jest monopolistyczne, jego orzecznictwo jest monopolistyczne oraz egzekucją również zajmuje się też centralnie finansowany monopol i wtedy ustalać stopnie podobieństw, różnic oraz ogólne powinowactwo między tymi wszystkimi ładami.

Jeżeli jest pan zainteresowany krytyką za żywota różnych form policentryzmu prawnego, niech pan nie robi tego na chybił-trafił, tak jak do tej pory, tylko sobie bardziej metodycznie przemyśli, gdzie jego pluralizm panu konkretnie przeszkadza i jakie argumenty może pan rzeczywiście przeciw niemu na danym etapie wytoczyć. Na razie się pan miota i gromi Rothbarda za utopijność w akurat tym kształcie, który on dosyć bezpośrednio przeniósł (żeby nie powiedzieć, zerżnął) z wzorca jaki został w znacznym stopniu historycznie zrealizowany i dostatecznie się obronił, by można było na jego bazie dokonywać libertariańskiego tuningu, i uznać, że w tym zakresie działałyby podobnie na swych instytucjonalnych zamiennikach.

A jeśli uznałby pan, że jednak z jakiegoś powodu byłoby to niemożliwe, to wtedy powinien pan pokazać dlaczego konkretnie nie.

Więc może uporządkujmy trochę tę dyskusję.

Ad 2.

Bardzo ładnie. I jak pan ocenia realizację zasady sprawiedliwości przez dzisiejsze państwa w praktyce? Czy uznaje pan, że jednolitość wspomnianej zasady i odgórność prawa oraz jego jedność jakkolwiek wpływa na to, czy prawo jest w ogóle sprawiedliwe? Bo ja odnoszę wrażenie, że te jakości, które pan wymienia przy obecnym ustawodawstwie tworzą jednolitą niesprawiedliwość przed którą nie ma się jak bronić, właśnie dlatego, że prawo jest jedno.

I dlatego lepiej się już zdać na tę „ekonomizację sprawiedliwości”, która jest panu tak obmierzła, bo ona w ramach swych niedoskonałych aproksymacji zrealizuje w większym stopniu zasadę sprawiedliwości, niż jakiekolwiek państwo, które nie ma żadnego powodu, żeby każdemu oddawać tego, co jest komu należne, jeżeli może po prostu nad nim panować.

Tromtadracje o zasadzie sprawiedliwości wyjątkowo spektakularnie rozbijają się o praktykę stosowania prawa w takiej Korei Północnej, które na pewno w założeniach jest odgórne oraz jedno i niczego to zupełnie nie załatwia. Więc może cały ten fetyszyzm państwowego jednolitego prawa lepiej sobie schować do kieszeni?

Nie trzeba nawet sięgać do Azji: każde obecnie dzisiaj istniejące prawodawstwo uniemożliwiające osiągnięcia wyroku kary śmierci za morderstwo, staje na przeszkodzie realizacji zasady proporcjonalności kary, zatem z założenia jest niesprawiedliwe.

Tymczasem libertariańska teoria kary opiera się na postulacie domyślnego stosowania zasady proporcjonalności, natomiast umożliwia także stronie ofiary domagania się również niższych wyroków, ponieważ to ona jest dysponentem kary, więc w pewnym stopniu mogą ją personalizować w oparciu o swoje przekonania moralne.

"Koncepcja ta wyznacza górny limit kary, jaki zastosować może ofiara, by sama nie stać się agresorem. Nie mówi ona, co należy zrobić sprawcy, ale co wolno mu robić. Ofiara może zrezygnować z wymierzenia kary, to ofiara jest bowiem dysponentem kary.
[…]
Łatwo zauważyć, że współczesny system prawny daleki jest od wizji libertariańskiej. Przestępcy nie mają dziś obowiązku zadośćuczynić ofierze. Pod obecnym prawem ofiara cierpi więc podwójnie: (1) Gdy staje się ofiarą przestępstwa i poniesione przez nią straty nie zostają wynagrodzone w formie odszkodowania. (2) Gdy zostaje obrabowana ze swoich pieniędzy, z których finansowany jest pobyt sprawcy w więzieniu. W ładzie libertariańskim ofiara mogłaby liczyć na odszkodowanie, sprawca zaś musiałby liczyć się z faktem, że będzie musiał odpracować zło, które wyrządził, miast bezczynnie siedzieć w więzieniu, w którym miast resocjalizacji ulega jeszcze większej deprawacji."

A zatem, mimo że w przypadku morderstw mielibyśmy u libertarian do czynienia zapewne z całym spektrum róznorodnych kar, ostatecznie to oni byliby bliżsi realizacji zasady proporcjonalności kary w ramach swojej „ekonomizacji sprawiedliwości”. Nawet gdyby tylko część z nich zdecydowała się na karę główną zamiast odszkodowań, w takim społeczeństwie byłoby więcej sprawiedliwości niż w obecnych, gdzie obowiązuje moratorium albo kara śmierci została zniesiona i proporcjonalność kary jest tam w przypadku niektórych przestępstw w ogóle nieosiągalna.

Zresztą, skąd się u pana bierze przekonanie, że państwo jest kompetentną stroną do oceniania co komu należne? To ma być w obecnych realiach prawnych jakiś żart?

Ad 3.

Nie widzi pan żadnego powodu, bo jest skrajnie uprzedzony do danej teorii prawa, ideologii politycznej oraz metody egzekwowania sprawiedliwości, więc w ramach swojej wybiórczości nie chce pan żadnego dostrzec. W gruncie rzeczy ta zła wola stojąca na przeszkodzie poznaniu i wyrobieniu rzetelnej opinii to wyłącznie pana problem.

Miganie się od wykonania wyroku jest powrotem do pierwotnego aktu agresji, ponieważ sprawca nie wykazuje woli zadośćuczynienia ofiarze w wymiarze, w jakim pogwałcił jej prawa.

"Nie ma również żadnego powodu aby uznać, że społeczeństwo w ogóle będzie wiedziało o każdym konflikcie."

I o każdym wiedzieć nie musi, wystarczy, że wie o wystarczająco wielu, tych najbardziej istotnych i z odpowiednią regularnością reaguje na część z nich. Po osiągnięciu dostatecznej masy krytycznej tego typu reakcji, należy liczyć się z realnością sankcji. A czy musi być ona doskonale pewna? Nie. Grunt, aby była prawdopodobna w stopniu wystarczającym, żeby można było się na nią powoływać.

"A coś takiego jak autorytet prywatnego sądu nie istnieje, tak samo jak nie istnieje autorytet prywatnej firmy produkującej np. buty."

W oczach państwowca pewnie nie, ale wy najwyraźniej bez czyjegoś kańczuga nad swoją głową nie potraficie normalnie funkcjonować. Chociaż tak z ciekawości zapytam; czy autorytet średniowiecznych sądów kościelnych, niezależnych od państwa i konkurujących ze świeckimi w realizacji prawa karnego, cywilnego i administracyjnego, też uznałby pan równy temu należnemu firmom obuwniczym czy w tym wypadku z jakiegoś powodu byłby pan jednak bardziej łaskawy w ocenie?

"Ekonomizacja sprawiedliwości powoduje, że jest ona rozpatrywana nie w kategoriach moralnych czy prawnych, tylko w kategoriach opłacalności a sprawę sądową traktuje się nie jako realizację zasady sprawiedliwości, tylko jak towar. I to jest w teorii Rothbarda chyba największym idiotyzmem."

Albo: właśnie ta ekonomizacja sprawiedliwości wpływa na skuteczność jej egzekwowania w praktyce. Płacę za sprawiedliwość jako towar, to i wymagam jego dostarczenia, właśnie dlatego, że mi na nim zależy. A udowadniam, że mi zależy, bo płacę.

Ludziom tak chętnie poddającym się państwu i broniącym jego monopolu, zależy pewnie już mniej, bo pod przymusem płacą za coś, czego nie otrzymują i częstokroć muszą się wręcz od niego domagać, aby w ogóle zechciało odpowiednio zareagować. No ale zawsze można pójść na marsze milczenia albo swoich pomordowanych w ramach poprawności politycznej upamiętnić kredkami na chodniku, jak każe obyczaj. Można także żebrać o podjęcie działania w telewizyjnych programach interwencyjnych. Cóż, w ramach pokrzepienia serc pozostaje się pocieszyć tym, że przynajmniej prawo jest jedno, odgórne oraz ujednolicone, aby było spójne z zasadą sprawiedliwości. :)

Ad 5.

Proszę się nie powoływać na obecność czy nieobecność danych praktyk w dzisiejszych realiach, skoro teraz system prawny wygląda zupełnie inaczej i w określony sposób wpływa także na przejawiane oczekiwania związane z przenoszeniem ciężaru odpowiedzialności jego utrzymywania. (Tak, że większość ludzi w ogóle nie zajmuje się kwestiami sprawiedliwości i popada w nihilizm.)

Jego zmiana wiązałaby się także ze zmianą zarówno tych oczekiwań, jak i samych praktyk. I o to też chodzi.

Ad 6
Z państwem najwyraźniej też nie możemy sobie zapewnić równorzędnej przemocy opartej na zasadzie sprawiedliwości, bo państwo oferuje jej tylko tyle, by zapewnić sobie panowanie, więc cóż to dla pana za różnica? Kiedy interes polityczny jest dla niego istotniejszy, bywa, że nie oferuje jej wcale. I co zamierza pan robić wówczas?

"Alternatywą jest przemoc chaotyczna, partykularna i nakierowana na zysk a to się kłóci ze sprawiedliwością, czego anarchokapitaliści nie pojmują, bo myślą, że całą rzeczywistość opiszą sobie ekonomią. Oczywiście to się nigdy nie stanie, bo ekonomia nie jest właściwym narzędziem do opisu całej rzeczywistości."

Ekonomia jest właściwym sposobem opisu skutecznego używania środków, tak by prowadziły do celów, czyli ludzkiego działania prowadzonego w realiach rzadkości dóbr. Mam więc dla pana złe wieści: dążenie do sprawiedliwości niestety również jest takim działaniem, zatem musi zakładać zarówno swoje cele i środki. To zatem oznacza, że za pomocą ekonomii jak najbardziej można wyjasniać fenomeny niemożności osiągania sprawiedliwości w społeczeństwie czy wszelkich nieefektywności w jej osiąganiu przez monopolistyczne instytucje, które obecnie tak chętnie tym zadaniem się obarcza. Bo sprawiedliwość ostatecznie jest dobrem, które trzeba wyprodukować jak każde inne, co też kosztuje. I podlega dokładnie tym samym prawom ekonomii, co cała reszta rzeczywistości.

Monopol w ustawodawstwie będzie skutkował marną jakością powstającego prawa.
Monopol w sądownictwie – wątpliwymi rozstrzygnięciami, rażącymi błędami procesowymi, opieszałością i marną obsługą stron.
Monopol w usługach policyjnych – większą nieskutecznością czy czasem nieporadnością na najniższym poziomie stosowania prawa. Niską wydajnością rozpracowywania i łapania przestępców w stosunku do przeznaczanych na to środków.

Jeżeli więc obstaje pan za koniecznością utrzymywania tych monopoli, proszę się nie dziwić, że w oczach libertarian będzie pan uchodził za kogoś, kto chce dokonać sabotażu sprawiedliwości w społeczeństwie, bo zależy panu wcale nie na sprawiedliwości, a jedynie na tym, żeby państwo miało wszędzie na nią wyłączność, sprawując niepodzielnie kontrolę – a zatem wszędzie ją też partaczyło jako monopolista.

Jako zwolennik monocentrycznego systemu prawa w naszych oczach reprezentuje pan po prostu niższą kulturę prawną dającą mniejsze szanse na osiaganie sprawiedliwości. I dyskusja też jest mniej więcej taka, jak z ludożercą, który wyrósł w odpowiedniej tradycji i trudno go przekonać, aby racjonalnie swoje ludożerstwo porzucił.

Ad 7
To nie jest prawda. Akurat Rothbard narzuca jedno rozumienie w sensie moralnym/prawnym, ustalając arbitralnie podstawowe kanony libertariańskiej teorii prawa, z czego zresztą ja robię mu zarzut, bo ten arbitralizm ograniczający, co może być dopuszczalną karą, a co nie, nie wynika bezpośrednio z samych fundamentów teorii uprawnieniowej, praw własności, samoposiadania czy działania wolnego rynku.

Niemniej jednak, właśnie dlatego, że Rothbard to narzuca, doktor Wójtowicz może pisać noty o libertariańskiej teorii kary.
I dlatego też klasyczny libertarianizm, w wałkowanej przez niego wersji, nie zakłada wcale aż tak bardzo wielkiego policentryzmu w przypadku ustawodastwa, jak się to panu wydaje [w przypadku sądownictwa i usług policyjnych, owszem jest on znaczny!]. Bo ostatecznie prawo ma być poddane dokładnie takim ograniczeniom w rozumieniu sprawiedliwości, jakie dyktuje sam Rothbard, a nie jakiś wolnyrynkowy spontan osiągany na bieżąco w ramach Zeitgeistu panującego w społeczeństwie.

Zna pan tego Rothbarda, którego pan krytykuje, czy tylko presuponuje na czym polega jego stanowisko? Bo już nie wiem, czy nieironicznie polecić jego lekturę.

Ad 8
Znowu fetyszyzuje pan przereklamowaną jednolitość prawa. Tymczasem nijak się ona ma do faktycznej skuteczności zabezpieczenia określonych dóbr moralnych.

Weźmy pański przykład z pedofilią. Wcale nie jest powiedziane, że społeczeństwo stosujące jednolite prawo za pośrednictwem państwa, które ma je przynajmniej nominalnie wykonywać, osiągnie wyższą skuteczność w zabezpieczeniu dzieci przed pedofilami niż społeczeństwo stosujące bardziej selektywnie prawa antypedofilskie, opierające się wyłącznie na inicjatywie prywatnej.

W takim Telford przez 40 lat (to znaczy prawie pół wieku!) państwo nie osiągnęło żadnej skuteczności, wręcz uniemożliwiało stronom dochodzenia sprawiedliwości a władze dla swojego interesu politycznego były w stanie ukręcać sprawie łeb i ją raz po raz wyciszać. Co więcej, aparat telewizyjnej propagandy państwa – BBC, pomimo posiadania informacji o sprawie, zlekceważył ofiary, ponieważ wolał – dla celów wizerunkowych czy politycznych – pomóc władzy w tuszowaniu sprawy w publicznym odbiorze.

https://www.polishexpress.co.uk/gigantyczny-skandal-seksualny-w-telfod-tysiace-mlodych-dziewczyn-bylo-molestowanych-mordowanych-i-sprzedawanych
https://wiadomosci.wp.pl/bbc-z-piekla-rodem-medialna-potega-w-ogniu-krytyki-brytyjczykow-6232583628150913a?nil=&src01=f1e45&src02=isgf

Anglicy mają zresztą więcej takich przygód. Rodziny zadeptanych w wyniku nieudolności policji zabezpieczającej imprezę masową 96 kibiców Liverpoolu podczas tragedii na Hillsborough od 1989 roku walczą o sprawiedliwość z brytyjskim rządem. Dostarczają dowody fałszerstw policyjnych raportów, starają uruchamiać władze to lokalne, to na szczeblu centralnym, by wyciągnęły wreszcie odpowiedzialność tak wobec winnych zaniedbań organizacyjnych, jak również później przestępstw niszczenia materiału dowodowego w celu wypaczenia śledztwa. I co? Od lat zderzali się ze ścianą, byli karmieni przez polityków kolejnymi obietnicami, kurtuazyjnymi pierdoletami, ale sprawiedliwości jak nie było, tak nie ma. Chwała im, że dalej walczą, pamiętając o swoich, ale dlaczego są w ogóle do tego zmuszeni? Przecież to jest bezczelność. Zupełna granda.

A poniższa sprawa?
https://www.newsweek.pl/swiat/pedofiia-w-wielkiej-brytanii-skandal-pedofilski-newsweekpl/j4r2r31

Jak rozumiem, tak własnie wygląda modelowa realizacja zasady sprawiedliwości przez państwo. A najlepiej przejawia się w niszczeniu dokumentów, które świadczą, że ktoś został poszkodowany. Państwo przecież najlepiej wie jak każdemu oddać to, co mu należne. Widocznie ofiarom należne jest zapomnienie, bo taka jest aktualnie „racja stanu” i „interes społeczny”, ot co. :)

Otóż zawsze będzie istniała klasa spraw, w których interes polityczny państwa będzie kolidował z wykonywaniem funkcji sprawiedliwościowej a ponieważ priotytetem dla państwa zawsze pozostanie interes, nie będzie ono wtedy zainteresowane jakimkolwiek przywracaniem ładu moralnego – zwłaszcza wówczas, gdy to ono będzie go naruszać.

Może się pan starać, ale raczej trudnym zadaniem będzie próba przekonania nas obu, że PRLowskie wyroki w aferze mięsnej, w procesie zabójców ks. Popiełuszki czy Grzegorza Przemyka albo z nowszych spraw – morderców Igora Stachowiaka to wszystko sprawiedliwość w czystej postaci. Życzę również powodzenia w oddawaniu tego, co komu należne w przypadkach poćwiartowanego w ambasadzie Dżamala Khashoggiego czy trutego nowiczokiem Nawalnego.

Między innymi właśnie po to, by społeczeństwo uwolnić od państwowego „martwego pola sprawiedliwości”, postuluje się zupełne oddzielenie wymiaru sprawiedliwości od polityki i jego prywatyzację. Dzięki temu wada polegająca na łączeniu funkcji politycznych ze sprawiedliwościowymi zostaje usunięta, ponieważ funkcje sprawiedliwościowe łączą się odtąd z działalnością gospodarczą, bezpośrednie związaną z realizacją potrzeb jednostki – w tym jej potrzeb moralnych. W tym układzie za sprawiedliwość się po prostu płaci i ten komu na niej zależy, może sobie ją kupić. Komu nie zależy – ten jej nie dochodzi albo nie uzyskuje gwarancji sprawnej reprezentacji (chociaż i tak może jako gapowicz skorzystać na tym, że inni w swoim imieniu aktywnie starają się ją sobie zapewniać, zapłaciwszy, wpływająac na wytwarzanie określonych oczekiwań oraz instytucji w społeczeństwie).

Problem wąskich gardeł i polityków manipulujących materiałem dowodowym znika, a jeśli mamy podejrzenia, że dany sąd czy służby mające dostarczyć mu nasze zeznania, z dowolnego powodu nie są w stanie podołać zadaniu, możemy sobie znaleźć inne, czego przy totalnym monopolu dzisiaj się nam odmawia.

Myślę, że gdybyśmy mieli przynajmniej element policentrycznego systemu prawa wyłącznie w aspekcie sądownictwa, nawet na poziomie średniowiecznego duopolu sądów świeckich i kościelnych, w przypadku sabotażu przeprowadzanego przez pierwszych, można byłoby iść na skargę do drugich. Duopol to zawsze coś lepszego od monopolu, chociaż jeszcze bezpieczeniej dla sprawiedliwości będzie, gdy konkurencja będzie nieograniczona.

"Jasno i wyraźnie widać, że nawet sądy w anarchokapitalizmie sądziłyby się między sobą. Naprawdę nie widzi Pan, że to jest komedia?"

Jaka komedia? To jest oczywista zaleta. Myślę, że w obu tych brytyjskich przypadkach paraliżu sprawiedliwości przez sądy i instytucje państwa, możliwość podania ich do alternatywnych sądów, zrobienia publicznych procesów z przedstawieniem dowodów ich celowego zaniedbania obowiązku i niezrealizowania deklarowanych funkcji, w normalnych warunkach bez istniejącego ich monopolu, skończyłoby się upadkiem ich autorytetu, bankructwem i zasłużonym przejęciem ich klienteli przez konkurencję.

Komedia – i to dosyć gorzka – jest wystawiana teraz i widać ją we wspomnianych przykładach.

"Pana równie dobrze, na kanwie ignoranckiego indywidualizmu może nie interesować, że ktoś uzna seks z 5 letnim dzieckiem za normalny i będzie się tego dopuszczał – nie oznacza to, że prawo (prawdziwe, jedno i oparte na moralności) ma przewidywać jednolite kary za taki czyn."

Nawet jeśli będą żenująco niewystarczające? Albo, gdy władzę w państwie przejmie jakaś zwariowana partia Zielonych, która postanowi zalegalizować związki z dziećmi w ramach emancypacji pedofilów jako kolejnej orientacji seksualnej? Będzie się pan dalej zachwycał prawdziwym, jednym i opartym na postępowej moralności prawem?

Jak powyżej – w Telford pewnie w teorii istniało to osławione przez pana, prawdziwe, jedno i oparte na moralności prawo, ale co z tego, skoro nie było w praktyce realizowane przez ten sam monopol, którego przywileju pan tak uparcie broni?

Panie Mirosławie, proszę w końcu zrozumieć, że nie znajduje się pan w położeniu zapewniającym możliwość przemawiania z pozycji kogoś posiadającego jakąkolwiek moralną przewagę. Wręcz przeciwnie; jest pan zwolennikiem utrzymywania monopolu wymiaru sprawiedliwości, zatem należy uznać, że popiera pan też lub godzi się ze wszelkimi szkodliwymi konsekwencjami, jakie ten monopol rodzi. W przypadku dziedziny zapewniania sprawiedliwości, nieefektywnością może być wyłącznie rodzenie niesprawiedliwości. I tego właśnie pan w rezultacie broni – przypisanej państwu, jakkolwiek by nie błądziło, wyłączności, nawet jeśli oznacza to skazanie nas wszystkich na jego „błędy i wypaczenia”, które prędzej czy później się pojawią. Jak widać – w przypadku ścigania pedofilii również.

A gdy państwo zawiedzie, do kogo będzie się pan zwracał o pomoc? Do nikogo, bo pokornie schowa pan głowę w piasek i skazę popieranego przez siebie monopolu objaśni w wielkim samozadowoleniu grzechem pierworodnym.

Ad 9.

"Człowiek jest rozumny, ale w stopniu ograniczonym – nie jest doskonały, więc ZAWSZE będzie błądził."

A czy ja zabraniam mu błądzić? Nie, skoro jest to zgodne z jego naturą, niech sobie błądzi. Ale niech czyni to w ładzie, w którym będzie też miał możliwość zrezygnować z gorszego na rzecz lepszego, której pan mu w kwestii poszukiwania sprawiedliwości w społeczeństwie odmawia, skazując na tkwienie w jej ustawicznym niedostatku. Wprowadzanie monopolu w jakiejkolwiek dziedzinie nie powoduje, że upadek można załagodzić, wręcz przeciwnie – jedynie się go w ten sposób pogłębia.

Człowiek nie jest doskonały, ale w monopolu robi się jeszcze gorszy, gdyż nie żywi obaw, że coś lepszego może go pokonać. A mając zapewnioną pozycję w ramach przywileju monopolistycznego, nie musi się też starać i może pozostawać miernym, bo i tak pozostali będą na niego skazanymi, bez możliwości wyboru. Pan chce czegoś takiego w kwestii sprawiedliwości.

"Twierdzenie, że na wolnym rynku, który oparty jest właśnie o ludzkie działanie, czyli działanie niedoskonałych bytów, zawsze będzie dobrze i sielsko, jest niczym nie poparte."

Ależ na wolnym rynku nie musi być doskonale – wystarczy, że będzie lepiej. Ponieważ wolnego rynku w kwestii sprawiedliwości nie mamy, wiemy też, że mamy gorzej.

"Zgadzam się, że mimo to w warstwie gospodarki wolny rynek jest systemem nie tylko optymalnym ale i sprawiedliwym. Ale nie jestem ślepy, żeby nie wiedzieć, że problemy również się na nim pojawią, bo nie istnieje system doskonały, który będzie w stanie wyeliminować zło, będące efektem m.in. zepsucia ludzkiej natury."

Wymiar sprawiedliwości również powinien być traktowany jako warstwa gospodarki, bo w zasadzie i tak nią jest, skoro należy go opłacać, tylko że dzisiaj znacjonalizowaną, okupowaną, ograniczoną i okaleczoną przez państwo i politykę, która koślawo będzie określać, jak ma on działać, zamiast jak przy większości pozostałych produktów, pozostawić tę decyzję otwartą bezpośrednio konsumentowi, by ten wybierał wedle własnego uznania, głosując bezpośrednio swoimi pieniędzmi a następnie zostawał z wybranym produktem i dokonywał jego oceny.

A pan chce, abyśmy tkwili dożywotnio w błędzie, ponieważ uszlachetnił pan ów błąd.


Ja z góry pana Marcina mogę przeprosić za przekręcenie jego imienia i zrobienie z niego w pewnym miejscu Mirosława. Tak czy siak tekst zamieszczam bez korekty, w niezmienionym, poza formatowaniem cytatów, kształcie. Mogę też zapewnić znacznie bardziej – nomen omen – liberalną politykę moderowania i dopuszczania wszelkich wypowiedzi, zatem dyskusje, które z jakiegoś względu nie mogą się odbyć na konserwatyzm.pl możemy dokończyć tutaj lub w innym miejscu.

Odpowiedź w najnowszym wątku dyskusji przygotuję pewnie już dwutorowo, próbując zamieścić go zarówno przez Disqusa Konserwatyzmu.pl, jak i swojego WordPressa.

Szkice o samoposiadaniu: teoria uprawnieniowa w ogniu prokreacyjnych dylematów

Rozmnażanie sprawia wszystkim mnóstwo kłopotów. Ot, są jakieś normy kulturowe, z którymi wypada być w zgodzie — czasami się to nie udaje i problemy mamy jak na zawołanie. Jeśli już się nawet uda przebrnąć przez ten etap bez większych komplikacji, trzeba wziąć na siebie ciężar bycia przewodnikiem, ostoją i inspiracją dla tego, co się stworzyło. Odpowiadać na pytania, na które nie zna się odpowiedzi, dbać o tego rozwój, ale przede wszystkim znosić presję odpowiedzialności, zapewnienia bytu, chronienia przed niebezpieczeństwami świata i wreszcie przygotowaniem potomka do samodzielnego życia, wcześniej odkrywając jego zalety, na których będzie w nim polegał oraz wady, z jakimi będzie musiał się zmierzyć. Niełatwo być rodzicem. Ale jest specjalna grupa ludzi, którzy mają przez to jeszcze trudniej. To libertariańscy teoretycy, z mozołem próbujący uzgodnić ze swym pomysłem na opis działania społeczeństw, ten złośliwy fakt, iż ludzie z samych siebie są w stanie tworzyć innych ludzi. Rozmnażanie człowieka jest naprawdę wredne. Burzy spójność libertarianizmu, stawia aksjomaty naprzeciw temu, co miało z nich wynikać, obraca w niwecz całą jego rzekomą prostotę, oczywistość oraz praktyczną wygodę.

I. Samoposiadanie jako aksjomat to ślepy zaułek.

W poprzednim tekście wskazałem, że samoposiadanie swą konstrukcją generuje problemy, wynikające z niewystarczającego potencjału przy takim określeniu uprawnień jednostki. Jego niedostateczność przekreśla możliwość wpływania na innych bez ich zgody, w wielu wypadkach czyni niemożliwym realizację jakiejkolwiek egzekucji sprawiedliwości, przynajmniej bez wprowadzania kolejnych ukrytych założeń. W przypadku dzieci, oprócz tego kłopotu, który oczywiście też będzie występował (władza rodzicielska to wciąż władza, możemy sobie powtarzać, że sprawujemy ją w imię dziecka, ale czy została nam przez nie przekazana? Skąd mamy to właściwie wiedzieć? Gdzie odpowiedni akt woli właściciela samego siebie — dziecka?), dochodzą kolejne sprzeczności — nawet tam, gdzie wcześniej teoria była bez zarzutu.

Zacznijmy od tego, czym w ogóle są uprawnienia. Generalnie, są to uzasadnione podstawy roszczeń jednostek. Twierdząc, że ktoś jest do czegoś uprawniony, mówimy nic innego, jak tylko to, iż jego roszczenia, jeśli takie by do tego wysunął, są słuszne. Jeśli natomiast ktoś jest do tego samego nieuprawniony, jego roszczenia są niesłuszne. Tak więc, jeżeli tworzymy propozycję jakiegoś ładu, powinniśmy zadbać o określenie uprawnień, ich zakresów, ale też sposobu ich przekazywania, rezygnowania z nich, uzyskiwania ich od kogoś oraz w ogóle sposobu ich powstania. Jeśli zrobimy to niedokładnie bądź coś przeoczymy, doprowadzimy do wystąpienia niejasności albo jeszcze gorzej: sprzeczności.

Libertarianizm jest próbą zbudowania takiej propozycji ładu, w którym wszystkie uprawnienia jednostek jednorodnie wynikają z istoty prawa własności i zamykają się w klasie relacji własnościowych. Samego pomysłu takiego rodzajowego monizmu uprawnień nie uważam za głupi, zwłaszcza gdy mamy na celu konstrukcję ładu wolnościowego, w którym uprawnienia nie są nadawane „z góry”, a pochodzą „z dołu” i nie podlegają żadnym negocjacjom z władzą, nie mogą więc zostać przez nią redefiniowane. Taki system musi być prosty i przejrzysty, aby każdy mógł się do niego odwołać i łatwo mógł bronić swoich posunięć, nie odnosząc się do żadnej centralnej władzy, która te uprawnienia miałaby tworzyć lub nimi jakkolwiek rozporządzać. W przypadku libertarianizmu ta próba sprowadza się do wprowadzenia podstawy jaką jest samoposiadanie i dołączenie do niej zestawu reguł umożliwiających apropriację dóbr zewnętrznych względem ciała oraz ich transferowanie między jednostkami.

Natomiast libertarianie, mimo podjęcia tego wysiłku, ostatecznie w nim zawodzą. A dzieje się tak, wcale nie z powodu przyjęcia wyłącznie jednego rodzaju uprawień, a z tego, iż starają się tworzyć teorię jednocześnie normatywną i opisową. W efekcie, w jej założeniach mieszają ze sobą te dwa porządki. Samoposiadanie należy do pierwszego, teoria uprawnień — drugiego. By unaocznić ich konflikt rozważmy kwestię statusu własności dzieci.

  1. Zakładamy, że mężczyzna się samoposiada.

    – jeśli tak, jego ciało wraz ze wszystkimi produktami jego organizmu należy do niego samego; implikuje to, że nasienie też stanowi jego własność.

  2. Zakładamy, że kobieta się samoposiada.

    – jeśli tak, jej ciało wraz ze wszystkimi produktami jej organizmu należy do niej samej; implikuje to, że komórki jajowe także stanowią jej własność

  3. Zakładamy, że samposiadanie jest całkowite, to znaczy: żadna z wyżej wymienionych osób nie przeniosła uprawnień do swoich organów bądź ich produktów w jakimkolwiek zakresie na inne osoby, poprzez: sprzedaż, wypożyczenie, zastaw, etc, jajników, macicy, jąder, komórek jajowych czy spermy. Musimy poczynić takie założenie, bo z tego, iż ktoś się samoposiada, nie znaczy, że nie może zawrzeć umowy przenoszącej uprawnienia do dysponowania swoim ciałem, jego częścią czy jej produktem na kogoś innego. To założenie nie powinno nas dziwić, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zjawiska istnienia dawców nasienia czy surogatek.

  4. Para odbywa stosunek seksualny, co dodatkowo możemy uznać za formę pracy. Jeśli nie jest to praca na czyjeś zamówienie, kwestia własności jej produktu tym bardziej nie powinna budzić żadnych wątpliwości.

  5. Płód jest własnością rodziców — jest produktem ich pracy i w całości składa się z materii stanowiącej ich własność.

  6. Urodziny także niczego nie zmieniają, można powiedzieć, że to dodatkowy nakład pracy, zwłaszcza dla kobiety. No chyba, że podpisze ona umowę, w której za przykładowo, asystowanie przy porodzie, zdecyduje się ona przekazać swe uprawnienia do dziecka lekarzowi.

  7. Rodzi się dziecko, jest niesamodzielne, nie zdobywa środków do życia, rodzice więc dalej mieszają swoją własność z nim samym (ze swoją własnością). Znowuż, jeśli nie używają do tego cudzego mienia, trudno wykazać najmniejsze nawet pole konfliktu co do własności dziecka. Jedynym konfliktem może być ten między nimi samymi. Roszczenia kogokolwiek innego są niesłuszne, jako że dziecko w żadnym stopniu nie składa się z niczego, co należy do kogoś innego.

  8. Dopóki rodzice nie zrzekną się swoich uprawnień do tego, co jest ich własnością, dopóty będzie to stanowiło ich własność. Co powoduje poważny kłopot, bo dziecko nie ma teoretycznie zagwarantowanego samoposiadania. Nie można doktrynalnie zmusić rodziców do rezygnacji z ich uprawnień czy własności, bez naruszenia tychże uprawnień wynikających zresztą z ich podstawy — samoposiadania…

Idee mają konsekwencje. Aksjomaty również. Libertarianie chcieliby, aby samoposiadający rodzice płodzili samoposiadające się dzieci, ale samoposiadanie jako forma własności, z racji bycia nią, rodzi pewne implikacje i jak widzimy, przenosi je na grunt teorii uprawnieniowej. W pewnym momencie zrozumiała intencja realizacji jednego postulatu wymaga zignorowania pozostałych, z niego wynikających. Powodem tej niespójności jest właśnie wymieszanie porządków. Tego, czego by się chciało (aby ludzie uznawali, iż KAŻDY posiada sam siebie), z tym co jest (śledzenie jak ludzie dysponują swoimi uprawnieniami i nie ingerowanie w to, jak to czynią i do czego im to służy, bo to w końcu ich uprawnienia, nie nasze).

Samoposiadanie trudno traktować na serio jako aksjomat, gdyż jednocześnie stanowi moralny cel. Gdy już uznamy aksjomaty geometrii Euklidesa i posługując się nimi, zaczniemy w ich ramach kreślić figury, nie dotrzemy w swojej praktyce do chwili, w której nasz wybór, czy skonstruować okrąg, czy koło, będzie rozstrzygał, czy wciąż mieścimy się w euklidesowej aksjomatyce. O libertarianizmie, jak możemy zauważyć powyżej, nie możemy powiedzieć tego samego.

II. Idąc w zaparte. By dzieci były swą własnością.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że libertariańscy teoretycy zupełnie nie zauważają tego problemu. Zauważają. Przykładowym tekstem ilustrującym to spostrzeżenie może być praca Stephana Kinselli pt.: „How We Come to Own Ourselves” (dostępna również w polskim tłumaczeniu, na liberalis.pl, takim sobie) Rzecz w tym, jak sobie z nim radzą.

Kinsella zwraca uwagę, że faktycznie dziecko może stanowić własność rodziców, natomiast by „uniknąć dyskomfortu związanego z widmem zniewolenia dzieci”, usiłuje znaleźć rozwiązania umożliwiające oddalenie tej groźby. Są to odpowiednio:

  1. propozycja uwolnienia całego rodu; nestor uznaje samoposiadanie swojego dziecka, ale warunkiem tej umowy jest to, że i ono w przyszłości zawrze podobną ze swoim potomstwem,

  2. propozycja uznania ‚pozytywnych praw’, obowiązków rodziców względem dziecka, jako sprawców jego pojawienia się na świecie — jest o tyle zabawna, że sugeruje dość natalistyczną interpretację narodzin jako formy agresji ze strony rodziców, winnych dziecku w ramach rekompensaty za wyrządzenie szkody, swojej opieki,

  3. odwołanie do Hansa Hermanna Hoppe — akcentowanie bezpośredniej kontroli nad ciałem przez dziecko, co miałoby wzmacniać siłę jego roszczenie do siebie samego. Przywołanie rothbardowskiej koncepcji stopniowego osiagania samoposiadania, wraz z dojrzewaniem oraz ostateczną zdolnością do ucieczki i złożenia odmowy.

Żadnej z tych opcji nie możemy uznać za satysfakcjonującą. To całkiem fajne narracyjki, po przebrnięciu przez które większość czytelników pokiwa głową, sądząc, że załatwiają one sprawę, jednak tak nie jest. Bo nie odnoszą się one do sedna — zakotwiczenia we własności prywatnej, powstałych z niej wszelkich uprawnień i jakichkolwiek operacji dokonywanych na nich przez tych, którzy nimi dysponują. I tak:

  1. to czy nestor rodu zawrze taką umowę, zależy tylko od niego samego. Nie można go do tego nijak zmusić, równie dobrze może jej nie podpisać. Ideolodzy nie ma wpływu na to, czy ludzie będą w ten sposób zabezpieczać interes swoich dziedziców, czy też nie. Nie mogą tego na nich wymóc.

  2. porównanie poczęcia do wepchnięcia kogoś do jeziora bardzo mi się podoba. Naprawdę. Ma w sobie tę nihilistyczną klasę powiązaną z pesymistycznym rozmachem. Ale sęk tkwi w tym, że agresję da się rozpoznać i wykazać przez wskazanie naruszenia cudzych uprawnień. To w zasadzie ją definiuje. I jeśli ludzie mieszają sobie dobrowolnie, stanowiące ich własność plemniki z komórkami jajowymi, to nie ma tu miejsca na żadną osobę trzecią, bo ona w tym momencie nie istnieje, nie ma więc siłą rzeczy żadnych uprawnień, które można byłoby naruszyć. Nie można wepchnąć do jeziora kogoś, kogo w danym momencie nie ma i tym samym wyrządzić mu agresji. Niestety to antynatalistyczne, epickie rozwiązanie nijak nie odnosi się do analizy uprawnień. Odwołuje się jedynie do naszych emocji. Jest kolejnym pustym postulatem.

  3. bezpośrednia kontrola nad ciałem przez dziecko, również nie jest dla nas nijak wiążąca. Niejednokrotnie złodzieje stają się posiadaczami cudzych rzeczy, mają wtedy pełną kontrolę nad nimi, w przeciwieństwie do ich prawowitych właścicieli, co nie znaczy, że poprzez dysponowanie nimi, stają się następnymi właścicielami.

Dodatkowo, możemy tutaj rozpatrzyć sprawę zwierząt. Nad ich ciałami również nie mamy żadnej kontroli, co upodabnia je do dzieci, a możemy uznawać je za swoją własność, dalej zaś rozmnożyć i ich potomstwo też uznać za swoją własność. Nikt w innych przypadkach nie kwestionuje tego, że jeśli jesteśmy właścicielami przedmiotów samoreplikujących się, takich jak sonda von Neumanna, to efekty ich pracy, jeśli korzystają z naszych surowców, pozostają również nasze. Nie widzę libertarian odbierających cielaka rolnikowi, twierdzących, iż krowa może być jego, ale wytwory jej życia płciowego już nie. Skoro krowa jest jego, należy uznać, że jest jego z całym swoim potencjałem twórczym. Mleko i cielęta także więc stanowić będą jego własność. A przecież aby uznawać dzieci za swą własność mamy dużo mocniejszą pozycję! Nad swoim ciałem mamy dużo większą kontrolę niż nad ciałami krów, nieprawdaż?

Zresztą sam Kinsella, w innej swojej pracy, „Przeciw własności intelektualnej”, sprawę rozstrzyga jednoznacznie:

„Widzimy na tych przykładach, że kreacja ma znaczenie dla zagadnienia własności w przypadku „stworzonych” zasobów rzadkich takich jak rzeźba, miecz czy farma jedynie wówczas, gdy akt tworzenia jest aktem wejścia w posiadanie, lub, innymi słowy, dowodem pierwotnego zawłaszczenia. Jednakże „tworzenie” samo w sobie nie uzasadnia własności rzeczy; nie jest ani konieczne, ani wystarczające. Nie można stworzyć rzadkiego zasobu bez uprzedniego użycia surowców niezbędnych do jego produkcji. Lecz surowce te są rzadkie, więc albo należą do mnie, albo nie. Jeżeli nie, wtedy nie posiadam końcowego wyrobu. Jeżeli wkład należy do mnie, wtedy na mocy takiego posiadania, zostaję właścicielem produktu.

Weźmy wykuwanie miecza. Jeżeli posiadam surowiec (ponieważ wydobyłem go z ziemi, którą mam na własność), wtedy również posiadam go po przekuciu na miecz. By twierdzić, że miecz jest moją własnością, nie muszę odwoływać się do kreacji, ale do posiadania czynników użytych do jego wyprodukowania.[77] Nie potrzebuję też kreacji, by stać się właścicielem czynników, gdyż mogę je przywłaszczyć poprzez wydobycie ich z ziemi, zostając w ten sposób ich pierwszym właścicielem. Z drugiej strony, jeżeli miecz wykonałem z twojego metalu, nie staję się jego posiadaczem. Mogę być nawet tobie winien odszkodowanie za szkody lub zmiany w twym mieniu.”

Konsekwentnie zatem, ażeby orzec o tym, czyją własnością są wytworzone dzieci, należy stwierdzić z czyjego surowca powstały. Surowce są rzadkie, więc: albo należą do mnie, albo nie. Plemniki należą, albo do mnie, albo nie. Komórka jajowa należy do mojej partnerki, albo nie. Jeśli libertarianie roszczą sobie jakiekolwiek prawa do moich dzieci, powinni udowodnić, że komórka jajowa albo plemniki, z których one powstały, była ich własnością. Jeśli takiej nie stanowiły, jakiekolwiek roszczenia libertarian w tym względzie są niesłuszne. Po prostu. Miecz przestanie być moją własnością, gdy się zrzeknę swoich praw do niego. Ani wcześniej, ani później.

Oczywiście, libertarianie nie poprzestaną w swych próbach ominięcia rodziców jako prawowitych właścicieli dzieci. Z prostej przyczyny: nie chcą ryzykować „libertarianizmu jednopokoleniowego”, który teoretycznie mógłby nastąpić, gdyby samoposiadający się nie uwolnili swoich dzieci. Samoposiadanie jest właściwie jedynym, zresztą podstawowym, prawem człowieka jakie libertarianie chcą zagwarantować. Z tymże nie mogą uczciwie go zagwarantować, bo nie leży to w sferze ich możliwości, stąd te różne wybiegi i wymyślane historyjki.

Ilekroć jakiś libertarianin dojdzie do wniosku, że dzieci nie mają żadnych praw, więc się też nie samoposiadają, jak na przykład Hillel Steiner, zawsze pod spodem odzywa się frakcja takich interpretatorów, stawiających jakieś wątpliwe konstrukcje w rodzaju tej:

Another way to look at it is to say children are self-owners from the start but their self-ownership is temporarily encumbered by legitimate interests of parents. I thank Cecilia Nalagon for this suggestion. In any case, parents are not owners of their children. They are not at liberty to dispose of their children. Perhaps they are stewards. Their mandate is to do what they think is best for the child. Part of what is involved in carrying out that mandate is relinquishing control to the child as the child becomes capable of making his or her own decisions. And if parents do not carry out that mandate in good faith, they lose it; other adults (and the child too, I would say) acquire the right to remove the child from the parents’ custody”

Świetne. Człowiek jako dziura w bycie, na której urywają się wszelkie ciągi uprawnień. Prawdziwy libertarianizm egzystencjalny. Super, nie trzeba już nawet sięgać do Sartre’a. Tylko w jaki sposób ma to nam pomóc w jednoznacznym określeniu tychże uprawnień i ich przepływów?

III. O tym jak postulaty kultury znoszą postulaty wolności.

Czy warto tworzyć wyłom, postulując upublicznienie dzieci i pozwalanie osobom trzecim na interwencję, gdy uznają, że rodzice wykazują złą wolę? Po co właściwie otwierać drogę kolektywizmowi „jeżowszczyźny”, stawiając samoposiadanie nad wszelkimi innymi formami własności, częstokroć je znosząc?

Chwileczkę. U Kinselli łatwo znajdziemy odpowiedź:

Second, it could be argued that even if the parent does own the child, in most cases a decent parent would manumit the child at a suitable age. This is probably true, but the possibility of a brutal parent selling his son or daughter into slavery is still unsettling.

No ba! Gdyby ludziom pozwolić, dranie sprzedawaliby swoje dzieci, więc pozwolić im nie można, nawet jeśli wynikałoby to z ich uprawnień, bo ta możliwość jest niepokojąca, a my nie lubimy być niepokojeni. Zatem wybieramy prewencję. Zresztą, możemy mnożyć takie niepokojące ewentualności w naszych spekulacjach; w anarchokapitalizmie rodzice zapewne sprzedawaliby dzieci zakładom masarskim kanibali albo wystawiali na aukcjach ich organy wewnętrzne, które kupowaliby inni rodzice, chcący uratować przeszczepami swoje dzieci. Albo sprzedawaliby niechciane dzieci parom homoseksualnym do adopcji (to dopiero wywołałoby butthurt, nieprawdaż?) bądź jakimś odpowiednikom Josefa Fritzla na wychowanie w ich piwnicach. #takbędziewakapie W końcu mieliby takie uprawnienia, więc mogliby do takich sytuacji bezkarnie doprowadzić.

Gmeranie przy wcześniej przyznanych jednostce uprawnieniach, bierze swój początek ze sprzeciwu, jaki budzi umożliwienie traktowania dzieci w sposób przedmiotowy, które może wystąpić przy takim zdefiniowaniu tychże uprawnień.

Zastanówmy się jednak teraz nad paroma kwestiami. Przede wszystkim, jaką genezę ma ten sprzeciw? Czy nie jest on aby przypadkiem sprawą kulturową? Wszakże w starożytnym Rzymie istniała instytucja pater familias, dająca podobną władzę nad dzieckiem, przynajmniej części rodziców. Z całą pewnością, można było znaleźć jej przeciwników, ludzi jakim się ona nie podobała, ale jednak mimo wszystko, zaistniała w historii. Albo egzekucje w obronie honoru rodziny mające miejsce w świecie islamu. Też są. W ich przypadku dziecko podobnie traktowane jest przedmiotowo i podrzędnie wobec bardziej abstrakcyjnej idei — czci. Też mają swoich przeciwników, ale są i przynależą po prostu do innego kręgu kulturowego. Nasz stosunek do dzieci i ich traktowania nie jest więc niczym uniwersalnym, też wynika z uwarunkowań kulturowych. Jeśli twierdzimy, że jest słuszniejszy od innych, przemawia przez nas nic innego jak tylko kultura do jakiej przynależymy: na jej gruncie, rzeczywiście jest słuszniejszy. Jeśli jednak narzucamy go ludziom, którzy sobie jej nie życzą, przemawia przez nas supremacja cywilizacyjna, arogancja, buta i nasza postawa nie ma wiele wspólnego z umiłowaniem wolności.

Teoretycy libertariańscy, a przynajmniej ich część starająca się przyznać na siłę dzieciom samoposiadanie, rozbijając sensowność reszty doktryny, czyni to tylko z tej przyczyny, że usiłuje przemycić do myśli wolnościowej fragment osiągnięć swego kręgu cywilizacyjnego, jaki uważa za godny zachowania. Ludzie wychowani w środowisku, w którym panuje powszechnie taki właśnie stosunek do dzieci, gdzie państwa powołują urzędy takie jak Rzecznik Praw Dziecka, gdzie państwa mają zdolność odbierać ludziom dzieci, jeśli ci nie zajmują się nimi w sposób uznawany za stosowny, przesiąkają panującymi tam wartościami. Bez nich, czuliby się nieswojo i źle. Chcą zatem, by postulowane wolne społeczeństwo zachowywało się podobnie, a żeby to osiągnąć, muszą pogmerać w budowie swojej ideologii, naciągnąć parę reguł, inne zignorować, wymyślić parę chybotliwych konstrukcji, wprowadzając kilka poprawek ad hoc, by osiągnąć pożądany przez siebie stan.

Podobnie zachowują się przecież chrześcijańscy libertarianie bądź generalnie cały nurt pro-life tej wolnościowej myśli. Próbują forsować koncepcję samoposiadania od momentu poczęcia, by w ten sposób zaspokoić swój religijny interes, zabezpieczyć społeczeństwo przed grzechem aborcji i dać możliwość ścigania dopuszczających się agresji aborterów. Podporządkować przyszły, wymarzony anarchokapitalistyczny świat własnym normom. Dokładnie ta sama sztuczka co w przypadku gorliwych obrońców dzieci. Jak możemy zauważyć, samoposiadanie robi się aksjomatem podwójnie normatywnym — stawką jest nie tylko już zaspokojenie postulatu libertarian, ale wiążą się z nim także normy środowiska, chcącego ugrać jakiś swój moralny cel, przy odpowiedniej do tego interpretacji czym samoposiadanie jest i kogo ma dotyczyć.

Co o tym sądzę? Oczywiście rozumiem intencje, wiem że „bliższa ciału koszula” i wielu nie umie się powstrzymać, by nie przenosić własnych oczekiwań wobec świata czy zachowania innych ludzi, sformułowanych oraz obecnych w otaczającej nas kulturze, przed nadawaniem im specjalnej pozycji w doktrynie, ale mimo wszystko uznaję to za proceder niegodny etosu wolnościowca i pospolitą nieuczciwość intelektualną. Kim jesteś, by decydować jaki stosunek do dzieci i dzieciństwa, winna mieć inna, niezależna od Ciebie osoba? Czemu niby ten ktoś miałaby się podporządkować Twoim normom i standardom? Dlaczego one miałyby go obowiązywać, skoro nie masz nad nią żadnej formalnej władzy? Możesz sobie uznawać dzieci za ósmy cud świata, wierzyć iż przynależna jest im z tego tytułu wszelka protekcja i podporządkowywać swoje życie takim postulatom, ale jeśli ktoś wartość dzieci widzi głównie w tym, że można zrobić z nich sławetne carpaccio Krzysia, jego poglądy są równoważne Twoim i żaden z Was nie ma prawa narzucać ich drugiemu.

Widzicie, tak naprawdę możność wymyślania podobnych makabresek na gruncie teorii uprawnieniowej nie świadczy wcale o jej słabości, wręcz przeciwnie; o tym, że znakomicie się sprawdza w swojej roli — nie poddając się żadnemu szczególnemu światopoglądowi, pozostając neutralną wobec każdego z nich, nie mówi nam jak powinniśmy się zachowywać w różnych sytuacjach, a jedynie wyznacza granice obowiązywania naszych uprawnień. To właśnie boli zwolenników rozmaitych aksjologicznych opcji — że nie przyznaje im ostatecznego zwycięstwa. Że nie można z niej samej wywnioskować ich pozytywnego programu postrzegania i interpretowania świata oraz cudzych zachowań, jakimi chcieliby podporządkować innych. Właśnie dzięki temu sprawdza się w roli prawnej matrycy, w sposób decentralistalistyczny pomagającej rozstrzygać o tym, czyje roszczenia są słuszne, a czyje nie, bez przypisywania szczególnej sympatii jakiemukolwiek ze stanowisk, jakie za tymi roszczeniami stoją — bez względu na ich popularność, stopień zakotwiczenia w tradycji, czy cokolwiek innego. Otwiera tym samym możliwość urzeczywistniania indywidualizmu, bo system prawny nie opiera się też na tym, co w okolicy uznaje się za słuszne bądź nie — nie można za pomocą samej liczebności zwolenników jakiegoś rozwiązania, obalić czyjegoś roszczenia, bo jego słuszność lub brak tejże wynika z legitymistycznego łańcucha zależności między uprawnieniami jakie nabył czy zbył i dozwolonych operacji w ich ramach, a nie tego, co myśli o tym roszczeniu motłoch na ulicy, domagający się od jednostki konformizmu względem wyznawanych przez niego wartości.

Jeśli przeszkadza nam występowanie wspomnianych makabresek i z ich powodu jesteśmy gotowi odrzucić teorię uprawnieniową, dzieje się tak jedynie dlatego, iż nie potrafimy spojrzeć poza ramy kultury w jakiej wzrastamy, wychowania jakie otrzymujemy, zinternalizowanych przez nas norm moralnych, co do których mamy życzenie, aby obowiązywały wszystkich, wszędzie i zawsze. Moim zdaniem, nie jest to postawa wybitnie sprzyjająca wolności, ale stanowi poniekąd odpowiedź na pytanie, „dlaczego ruchy wolnościowe nie odgrywają, nie odgrywały i najprawdopodobniej nie będą nigdy odgrywały większej roli w historii ludzkości?” Bo jesteśmy kompletnie zanurzeni w kulturze w jakiej przyszło nam żyć, dla większości z nas wyściubienie nosa poza nią jest obarczone wysiłkiem niemożliwym do przyjęcia i prawie zawsze wybierzemy opcję narzucania swoich norm innym, niźli będziemy od tego się w stanie powstrzymać. Na przykładzie libertarian i problemu dzieci widać to bardzo dobrze. Nawet oni, uznający się za pionierów wolności, gdy temat uznają za bliski swemu sercu („panie, toż to przecie dzieci!”), nie są w stanie zdystansować się od swego etnocentryzmu.

IV. Etatystyczna groźba domniemanych umów społecznych.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt tej sprawy. Załóżmy, że zwolennicy samoposiadania dzieci nie chcą doszczętnie zniszczyć teorii uprawnieniowej, a jedynie nagiąć ją odpowiednio do swoich potrzeb. Dajmy na to, zwyciężyła opcja pro-life, a mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś spędził płód, czy jak kto woli, zabił dziecko nienarodzone. W tym momencie, jak sądzą obrońcy życia, mogliby oni dochodzić sprawiedliwości, reprezentując stronę poszkodowanego, samoposiadającego się płodu, poddanego agresji. Jak sądzę, taką mają intencję, obstając przy owym stanowisku.

Jednakże, sprawa nie jest wcale tak prosta. Nawet uznając tę pozycję, odnieśmy się do uprawnień poszczególnych jednostek i tego co się z nimi dzieje. Dziecko zostaje zabite, ktoś zostaje oskarżony o morderstwo, ktoś o morderstwo oskarża. Dobrze, więc pytanie teraz brzmi: skąd biorą się uprawnienia oskarżyciela? Jeżeli będziemy mieli szczęście, odpowiedzią nie będzie, że jest to nieważne. A jakie mogą być odpowiedzi? Najwygodniejszą, z jaką można się spotkać, jest ta, zakładająca że non-aggression principle jest uniwersalną regułą i jeśli zostaje złamana, każdy ma prawo, jeśli nie obowiązek, zareagować. Jeśli jesteśmy świadkami kradzieży torebki, widzimy jak okradziona rozpoczyna pościg za złodziejem, a rabuś podąża w naszym kierunku, naturalnie powinniśmy utrudnić mu ucieczkę, odebrać to, co ukradł, pomagając w obronie pokrzywdzonej. Na tej samej zasadzie, gdy dzieje się krzywda dziecku, powinniśmy stanąć w jego obronie – jeśli natomiast już się taka zdarzyła, niczego to nie zmienia, bo agresor pozostaje przecież agresorem.

No ale chwileczkę… Czy jeśli zostanę okradziony albo pobity przez jakiegoś A(dama), natomiast świadkami tego zdarzenia będą B(ogdan), C(yprian), będą oni mogli sobie tak po prostu iść i wklupać A bez pytania mnie o zdanie? W końcu to moja własność ucierpiała, a nie żadne dobro wspólne o nazwie non aggression principle. Przecież, znając B oraz C i wiedząc, że w ich przypadku dochodzenie sprawiedliwości będzie przypominało polowanie na ogry z widłami przy świetle pochodni i akompaniamencie tam-tamów, mogę wprost nie życzyć sobie, aby cokolwiek robili w tej sprawie, bo wolę wynająć Z(enona), który załatwi to ciszej, nie płosząc A, dzięki temu – skuteczniej. Chyba jako ofiara agresji, mam prawo sam decydować, w jaki sposób na nią odpowiem, nie będąc skazanym na samosądy partaczy? W końcu to moje dobra zostały naruszone, nikogo innego. Nie jest zatem tak, że wszyscy są uprawnieni – gdyby nawet byli, wtedy zasada nieagresji nie wynikałaby z własności (dokładniej: samoposiadania). Nie byłby to zatem libertarianizm.

Kiedy rabuś ucieka z czyjąś torebką, zakładamy po prostu, iż w momencie padnięcia ofiarą przestępstwa ta osoba upoważniła nas (bądź kogokolwiek innego, kto jest w stanie jej pomóc) do działania w swym imieniu. I chociaż nie formalizujemy takiej umowy, zostaje ona zawarta, czego dowodem są ewentualne podziękowania poszkodowanej. Ponieważ z reguły ludzie w takich sytuacjach życzą sobie pomocy innych, na ogół nie mają do nich pretensji i nie podają za takie interwencje do sądów, nie mamy w ocenie większego problemu. Kluczową sprawą, zauważcie, jest to, że mamy możliwość sprawdzenia, czy takie upoważnienie dostaliśmy, czy nie – po fakcie, ale jednak wykonalna jest weryfikacja.

W przypadku aborcji / morderstw o tym samym powiedzieć nie możemy. Nie otrzymamy żadnego potwierdzenia, mamy same domniemania. Całkiem sporo:

  • zakładamy, że w ogóle mieliśmy do czynienia z morderstwem, a nie eutanazją (nie mamy pewności, czy to była agresja),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby w ogóle dochodzić swoich praw (nie ma przecież spraw z urzędu),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw ktokolwiek miał jej pomóc,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw pomogła jej akurat ta strona, która zgłasza roszczenie,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby dochodzić sprawiedliwości w takim zakresie, w jakim chce tego strona zgłaszająca roszczenie

I teraz wyobraźmy sobie, że dochodzi do aborcji, pojawia się pięć stron, z czego:

  • pierwsza domaga się kary śmierci dla lekarza, grzywny dla matki,

  • druga chce kary śmieci dla obojga,

  • trzecia chce odszkodowania wyłącznie od lekarza,

  • czwarta woli odciąć zbrodnicze ręce lekarzowi i wychłostać matkę,

  • piąta twierdzi, że nie należy nikogo karać, bo to była eutanazja.

Każda twierdzi, że reprezentuje interesy płodu. Roszczenie której z nich należy uznać za uzasadnione i z jakiego powodu? Kto ma o tym rozstrzygać? Jedną rzeczą jest oprzeć się gdzieś domniemaniu, jakie można zweryfikować, zupełnie inną pozwolić by domniemania wkradły się i rządziły sferą transferu uprawnień. Sferą niezmiernie newralgiczną.

Za każdym razem, gdy tworzymy wspomniane narracje, musimy zdać sobie sprawę, że implikują one w swych założeniach jakieś przekazywanie uprawnień, częstokroć oparte na bardzo wątpliwych podstawach, bez żadnych dowodów. Jeśli jesteście wolnościowcami, powinniście być pod tym względem szczególnie uwrażliwieni. Przypomnijcie sobie przynajmniej kilka teorii legitymizujących władzę państwa, zwłaszcza te zakładające zawieranie umów społecznych. Skoro nie odmawiamy komfortu konfabulacji osobnikom twierdzącym, że płody dokonały na nich cesję swych uprawnień, czemu mielibyśmy odmawiać tego samego etatystom, którzy twierdzą, że zrzekliśmy się swoich na rzecz państwa przy wyrabianiu dowodu osobistego? Bądźmy konsekwentni. Naciągana legitymacja to naciągana legitymacja, bez względu na nasze sympatie bądź antypatie…

Jakiekolwiek przejście od stanu dziecko – własność rodziców do stanu dziecko – samoposiadacz bez otwartej i jasnej deklaracji rodziców oświadczającej ich wolę zrzeczenia się swych uprawnień, zwłaszcza nie zakładające w tym ich udziału, będzie stanowiło naciąganą legitymację. Moim zdaniem, próby „ucywilizowania”, uzgodnienia obecnego stanu naszej kultury z teorią uprawnieniową, są grą niewartą świeczki. Zyskać można niewiele, stracić – niemalże wszystko.

V. Jak robią to propertarianie? Teoria a praktyka – czy jest o co kruszyć kopie?

Uznając za główną przyczynę sprzeczności libertarianizmu konflikt między tym, co normatywne a opisowe, łatwo możemy znaleźć rozwiązanie: jeśli dwie rzeczy się ze sobą gryzą, którąś z nich trzeba odrzucić. Wybór jest prosty: samoposiadanie jako aksjomat stanowi odpowiednik ogona usiłującego merdać psem. Jeśli jest cokolwiek wartościowego, czym może się pochwalić libertarianizm, to jest tym teoria uprawnień oparta na własności prywatnej i ją trzeba ocalić, bo to właśnie ona stanowi zdobycz najcenniejszą. Pełni rolę czegoś zbliżonego do kernela, jądra systemu operacyjnego; definiuje zasoby, określa najogólniejsze reguły ich przydziału i transferu, rozwiązywania konfliktów w dostępie do nich, jeśli takowe wystąpią i to wszystko tłumaczy na język własności. Co prawda, teorią tą nie wyrazimy explicite żadnego oczekiwanego stanu rzeczy, jak chcieli zrobić to libertarianie za pośrednictwem samoposiadania, nie będziemy w stanie zmusić ludzi, aby postępowali według naszego uznania, nie zadekretujemy im, że mają być wolni, wolność szanować i czynić wolnymi swe dzieci, ale już samo przyjęcie jej reguł, utrudni im tworzenie ładów, w których jedna instytucja będzie w stanie odgórnymi decyzjami zgromadzić władzę nad szerokimi rzeszami bez ich zgody. Innymi słowy, teoria uprawnień nie da nam żadnych absolutnych gwarancji, ale pozwoli zachować uzasadnioną nadzieję przy snuciu wolnościowych prognoz.

Propertarianie więc odrzucają aksjomatyczność samoposiadania. Nie może ono stanowić pewnika, bo również zależy od dyspozycji uprawnieniami i z nich wynika. Samoposiadaczem będzie ten, kto powstał z surowców, z których zrezygnowali właściciele i je sobie zawłaszczył, bądź ten komu je przekazano a on się ich nie zrzekł. Pozostali będą stanowić własność innych osób. Dla propertarian zatem globalnie nie ma znaczenia, czy człowieczeństwo uzyskuje się w chwili poczęcia, narodzin, w wieku lat trzech, pięciu czy stu, bo z człowieczeństwem nie wiążą się żadne specjalne funkcje, wpływające na przekazywanie uprawnień. Nie znaczy to, naturalnie, że już lokalnie, konkretni właściciele nie będą mogli stać na straży stanowisk pro-life czy pro-choice – bo jak najbardziej będą mogli.

Będą mogli nawet egzekwować ich treści w ramach prywatnego prawa obowiązującego w ich obszarze jurysdykcyjnym, wynikłym z ich własności czy umów zawartych z innymi. Ale przekonanie o słuszności, nadrzędności własnych poglądów filozoficznych, przekonań i gustów wychowawczych nie da im legitymacji do kontrolowania tego, co znajdować się będzie poza tym obszarem.

Możemy więc uznać, że propertarianizm sam w sobie nie zamierza unicestwiać jakichkolwiek z nich [poglądów, przekonań i gustów], jedynie podporządkować je rygorom legitymistycznych ciągów, określających co do kogo należy, by nie przekraczały one, bez zgody wszystkich zainteresowanych stron, ich granic. Ponieważ jest stanowiskiem dotyczącym wyłącznie uprawnień i ich cesji, nie powie nam jak mamy interpretować dane wydarzenia czy zjawiska i jak się wobec nich powinniśmy zachować; może najwyżej pomóc nam je opisać i przełożyć na swój język. Nie powie nam też kiedy powinniśmy uwolnić swoje dzieci i czy w ogóle należy to robić, bo nie jest to jego rolą. Powie nam jednak, że dopóki nie orzekniemy inaczej, pozostaną naszą własnością.

Właśnie z przyczyny niekompletności tej myśli i jej wąskich kompetencji, nie należy jej w znacznej mierze uznawać za coś, co kulturę zastąpi, stąd wątpliwe jest, aby w społecznościach propertariańskich jakoś diametralnie zmieniło się podejście do rodzicielstwa. Możemy, rzecz jasna, przewidywać, że przyjęcie tego podejścia wpłynie na przykład w wielu przypadkach na zwyczaje i wprowadzi jakąś odmianę rodzinnego obrzędu przejścia, gdzie jednostka z przedmiotu umów, stanie się podmiotem, zdolnym do ich zawierania i odtąd cała odpowiedzialność za jej czyny spadać będzie na nią samą, natomiast wątpliwe jest, by ludzie z tego powodu porzucili całe bogactwo sposobów wychowawczych, w znacznej mierze wynikłych z ich własnych temperamentów, bądź zatracili instynkt macierzyński.

Z tego powodu snucie wizji propertariańskiego ładu, w którym wszyscy pójdą w ślady potwora z Amstatten, bo będą mogli zrobić to w zgodzie z wymogami proceduralnymi doktryny, należy uznać za podobnie wiarygodne jak te twierdzące, iż ludzie będą tam masowo ginąć od deszczów meteorów, których nie strąci żadna rządowa agencja kosmiczna czy innych humorystycznych opowieści w stylu #takbędziewakapie. Nawet przy założeniu, że „wystarczającym powodem do zdobycia góry jest jej istnienie”, himalaistów w stosunku do całości populacji jest niewielu. Prawdopodobieństwo urodzenia się w domu, w którym będziemy niewolnikami wyrodnych rodziców, takich co nigdy nie pozwolą stać się nam podmiotami, nawet gdyby miało wzrosnąć z powodu ich formalnej bezkarności wynikłej z ich uprawnień, pozostanie i tak niewielkie, reszta dzieci natomiast nie utraci szansy na uzyskanie stanu całkowitej suwerenności, jaką cieszyli się ich rodzice. Natomiast w dowolnym ustroju troszczącym się, by nie dochodziło do sytuacji niewolenia dzieci, siłą rzeczy suwerenny nie będzie nikt, bowiem każdy będzie podporządkowany władzy stojącej na straży wolności dzieci i jej zarządzeń. Stąd nielicznych pechowo urodzonych i zniewolonych należy po prostu poświęcić na ołtarzu gwarancji większej wolności pozostałych. Okupić możliwością ich absolutnego zniewolenia brak konieczności najlżejszego nawet skrępowania całej reszty.

W większości przypadków bycie własnością nie będzie wiązało się z niczym złowrogim, najprawdopodobniej znaczyć będzie po prostu tyle, iż nie będziemy odpowiedzialni za swoje czyny względem innych podmiotów i za wszystkie nasze wybryki będą płacić nasi właściciele. Co nie jest niezgodne z doświadczeniem, nie widziałem bowiem nigdy, aby za spustoszenia dokonane w restauracjach obciążano odszkodowaniami paroletnich sprawców, niewypłacalnych zresztą, ani nie zamykano ich, by odpracowali straty, myjąc na przykład talerze, podobnie jak nie widziałem, aby stawiano przed sądem krowy idące komuś w szkodę. Zamiast wprowadzać odpowiednik ptolemejskich epicykli w postaci samoposiadania dzieci (lub krów), należy się pogodzić z faktami: ejże, przypomnijcie sobie swoje dzieciństwo! Niemal powszechnym przecież zjawiskiem wśród dzieci jest pragnienie bycia dorosłym, powodowane głównie zazdrością dysponowania możliwościami robienia tego, czego im samym czynić jeszcze nie wolno. Dzieci zdają sobie sprawę ze swojego podporządkowania, wiedzą że wolne nie są, ale chcą takowymi w końcu zostać. Jest jakiś sens w opowiadaniu im, że się samoposiadają a potem wymyślać nieintuicyjne, nienaturalne tłumaczenia, pozwalające uzasadnić, czemu tego samoposiadania nie widać ani nie mogą z niego skorzystać? Czy rozsądnie otwierać możliwość bycia pozywanym przez dzieci, które nakaz picia tranu, jedzenia zupy mlecznej albo mycia mleczaków, uznałyby za agresję (całkiem zrozumiale zresztą: zupa mleczna to prawdziwa tortura…)? Jak pogodzić samoposiadanie z władzą rodzicielską? Kolejnymi epicyklami? Jeśli nie jesteście następnym Stefanem Molyneux, dopasowującym metody wychowawcze do ideologii albo jakimś cholernie konsekwentnym anarchistą, walczącym z władzą w każdej postaci, uznacie to rozwiązanie za bzdurne.

O tym, że samoposiadanie dzieci byłoby najpewniej fikcją prawną można się przekonać słuchając Waltera Blocka (od 1:00:45), opowiadającego malowniczą anegdotkę o tym jak powstrzymałby swoje dziecko przed szorowaniem genitaliami po pisuarze w miejscu publicznym, podczas gdy identyczne powstrzymanie dorosłego uznałby za napaść i naruszenie zasady nieagresji. Innymi słowy, własne dziecko potraktowałby jak swoją własność, natomiast dorosłego już nie. No ale może nawet Block nie jest dobrym libertarianinem a sprawa jest oczywista, jak twierdzą inni

Pozycja dzieci w propertarianizmie nie jest więc specjalnie odmienna od tej w libertarianizmie, jak mogłoby się wydawać. Pomimo tego, iż to od rodziców zależy kiedy uwolnią dzieci, te jednak same mogą wpływać na decyzję rodziców. Pomijając przypadki skrajne (piwniczna bunkier-forteca a’la Fritzl), dzieci stanowią ruchomości. Jeśli patologiczni rodzice toczą swoistą wojnę z usamodzielniającym się potomstwem, stanowiącym ich własność, muszą liczyć się z odpowiedzialnością za ich czyny. Wystarczy dokonać odpowiednio dotkliwych zniszczeń, by wpędzić w tarapaty swoich właścicieli. W większości wypadków już sama strata władztwa nad dziećmi – wybyły z domu, nie wiemy dokąd, nie wiemy co robią i w dodatku komu, będzie dobrym powodem, by zrzec się do nich uprawnień, oświadczając wszem i wobec, że odtąd same odpowiadają za swoje czyny. Zwłaszcza jeśli mają powody do nienawiści, a zapewne mają, jeśli traktujemy je w sposób, uznawany przez nie za: niegodny, krzywdzący czy okrutny.

W innych sytuacjach traktowanie dzieci jako własności rozwiązałoby natomiast wiele częstszych problemów. Ułatwiłoby adopcję, w jakiejś mierze ograniczyłoby dzieciobójstwa dokonywane z niektórych powodów (patrz sprawa Madzi i jej matki Katarzyny), bo korzystniej byłoby sprzedać je komuś, kto je chce niż mordować. Bycie sprzedanym przez kogoś, komu na nas niezależy i uzyskanie szansy na ludzi, którym będzie zależeć jest chyba lepszym rozwiązaniem niż bycie pozbawionym życia. W końcu dzieci są dobrem, a wolny rynek zapewnia optymalną alokację dóbr… jeśli wiecie co mam na myśli. Pozostaje tylko odnieść się do słów Rothbarda z „Etyki wolności”:

„Lecz z pewnością matka lub rodzice nie mogą otrzymać dziecka na nieograniczoną własność, bo to sugerowałoby dziwaczny stan rzeczy, w którym pięćdziesięciolatek byłby poddany absolutnemu i niekwestionowanemu zwierzchnictwu swego siedemdziesięcioletniego rodzica. Tak więc rodzicielskie prawo własności musi być ograniczone w czasie. Musi być ono także ograniczone w rodzaju, gdyż z pewnością byłoby groteskowe, aby libertarianin wierzący w prawo do samoposiadania zalecał prawo rodzica do zabijania lub torturowania swych dzieci.

Musimy zatem orzec, że nawet od narodzin rodzicielskie prawo prawo własności nie jest absolutne, lecz „powiernicze” lub opiekuńcze. Krótko mówiąc, każde dziecko, jak tylko opuszcza ciało matki, posiada prawo do samoposiadania poprzez bycie oddzielną istotą i potencjalnym dorosłym”

Przede wszystkim, niezrozumiałe jest twierdzenie o otrzymywaniu dziecka na nieograniczoną własność (w oryginale: But surely the mother or parents may not receive the ownership of the child in absolute fee simple), bo to sugeruje, że ktoś inny przyznaje prawo własności w jakimś zakresie (kto ma przywilej ograniczania zakresu czyichś praw własności? Wspólnota libertarian? Dziecko? Bóg?). Drugą sprawą jest subiektywnie postrzegana dziwaczność stanu rzeczy, która skłania Rothbarda do odrzucenia pełnego zakresu czyichś praw własności. Jeśli uznamy, że bycie własnością jest konstrukcją prawną znoszącą odpowiedzialność tego, kto stanowi własność innej osoby, to zrozumiałe stają się nawet takie „dziwaczne stany” – jeśli obu panom nie przeszkadzała taka sytuacja i żadnemu z nich przez lata nie zależało na jej zmianie, to jest wyłącznie sprawa między nimi i ich sposobu na życie – sorry, Murray, nic Ci do tego. W przypadkach osób chorych psychicznie czy niezdolnych do samodzielnego egzystowania, tym bardziej nie powinno nas dziwić „absolutne i niekwestionowane zwierzchnictwo”, nawet siedemdziesięcioletniego rodzica, czyż nie?

Dla wszystkiego można znaleźć różne zastosowania. Teoria uprawnień spełnia więc swoją rolę w sposób adekwatny. Nie potrzeba jej naginać, omijać, tym bardziej bezsensowna jest jej krytyka opierająca się w swej podstawie na nieadekwatności zachowań innych ludzi względem naszych oczekiwań – inni ludzie nie żyją na świecie po to, by obligatoryjnie je spełniać. Jeśli zechcemy być konstruktywni, znajdziemy w niej narzędzie, które pomoże nam osiągnąć nasze cele. Jeśli zechcemy być destruktywni, podobnież. Pozostanie neutralna względem naszych wartości i tylko od nas samych będzie zależało, do czego nam posłuży i kim się poprzez nasze wybory staniemy. Jeśli naszym celem istotnie jest wolność, w tym obyczajowa, a więc dotycząca kultury, nie powinniśmy narzekać, gdy spotykamy się także z takimi obyczajami, które przyjdzie nam ocenić jako: nikczemne i tak perfidne, że aż burzące krew w żyłach, obleśne, odpychające, obrzydliwe, deprymujące, uwłaczające wszelkim formom sacrum czy poczuciu zdrowego rozsądku.

 Oczywiście to, czy faktycznie chcemy wolności w pełni, czy tylko jakiejś jej namiastki, pozostającej w zgodzie z wdrukowaną w nas kulturą, to zupełnie odrębna kwestia…

Wersja offline – PDF

Szkice o samoposiadaniu: wyjątek z komentarza

Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe ma zaszczyt przedstawić Szanownym Czytelnikom przedruk fragmentu talk-show: „Wieczór z łowcą dzikiej zwierzyny”, w którym prowadzący pampalini gościł założyciela i opiekuna Zakątka, FatBanthę, umiejętnie prowokując go do udzielenia wywiadu–rzeki, będącego w zasadzie jednym, przydługawym monologiem. Przewodnim tematem odcinka jest kontrowersyjna kwestia przydatności samoposiadania i zasady nieagresji do formułowania spójnej, wolnościowej doktryny społeczno–politycznej, opartej na własności prywatnej.

pampalini: Trochę jest tak, że narzucając powszechny propertarianizm, a więc powszechną nietykalność terytorialną, rościsz sobie, wedle propertariańskich definicji, prawo własności do całej kuli ziemskiej, co jest wewnętrznie sprzeczne. Możesz przecież narzucać reguły jedynie wewnątrz własnego terytorium.

FatBantha: A czy ja narzucam powszechny propertarianizm? Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Przez etykę? Oczekiwania? Nie przesadzasz?

P: No przez etykę, przez tworzenie systemu normatywnego. Twierdzisz, że libertarianie bezzasadnie próbują innym narzucić NAP. [non-aggression principle] Ale tak samo Ty próbujesz bezzasadnie narzucić innym konieczność respektowania swoich terytoriów. Nie widzę różnicy między jednym a drugim w tym zakresie.

F: Samo tworzenie systemu normatywnego nie jest jego narzucaniem, chociaż taką możliwość otwiera. Nawet jego proponowanie nie jest narzucaniem.

Poza tym, wątpię abym „tak samo” bezzasadnie cokolwiek narzucał, skoro omijam cały bzdurny etap z uzasadnienia umową społeczną, własność wywodząc z praktyki powstrzymywania się z korzystania ze wszystkich swoich domyślnych uprawnień, poza obszarem, który będzie przez powstrzymującego się za takową uznany.

To, że tygrys szczerzy kły i na Ciebie warczy, broniąc swojego terytorium, nie znaczy wcale, że obowiązuje was umowa społeczna zakładająca istnienie własności prywatnej oraz katalogu dostępnych mu praw, w którym znajdują się pozycje: szczerzenie kłów, warczenie, którą zawarliście. Ani, że Ci swym warczeniem formułuje i narzuca system normatywny. On Ci jedynie sugeruje, że możesz mieć problem nie schodząc mu z drogi. Tyle.

Chyba, że chodzi Ci o arbitralność rozstrzygnięcia, iż ludzie w stanie natury, którzy niczego sobie nie obiecywali, nic nie są sobie winni i nie mogą oczekiwać od siebie czegokolwiek. Ale w środowisku wolnościowym akurat to nie powinno budzić protestów, w przeciwieństwie do rozstrzygnięcia twierdzącego, że domyślnie są sobie coś winni. Na przykład przestrzegania wydumanej NAP.

Jeśli o to chodzi, arbitralne wtedy stają się wszystkie stanowiska o czymś rozstrzygające, z racji bycia stanowiskami. Natomiast libertarianie są pretensjonalni nie dlatego, że dokonują arbitralnych rozstrzygnięć, bo to robią wszyscy, a dlatego, że część tych rozstrzygnięć opiera się o milczące założenia, że ludzie swoje prawa (o których libertarianie wspominają) zgodzili się zadysponować dokładnie tak, jak się to podoba libertarianom. Na przykład, że agresję będą interpretować dokładnie tak, a nie inaczej. Natomiast gdy ktoś oponuje, powołując się właśnie na te prawa i chęć odmiennego ich dysponowania, robi się afera.

Najpierw twierdzą, że właściciel ma wyłączność do decydowania o swoich rzeczach, ale okazuje się, że jednak jej w pewnych momentach nie ma. I tak, kiedy codziennie mógłby sobie kosić swoją trawę, swoją kosiarką, to gdy raz skosi ją wraz ze śpiochem, którego i tak sobie nie życzył w tamtym miejscu, jest jakieś halo. Wyłączność kontroli nad własnością okazuje się być względna i zależna od obecności intruzów.

A ja, mimo swojej arbitralności, tego nie robię. Rozstrzygam, za Hobbesem, że domyślnie ludzie mają wszelkie prawa do wszelkich rzeczy i czynów, więc przyznaję im całkowitą autonomię działania (czyli nie uznaję istnienia jakiejkolwiek umowy zawężającej katalogu ich praw i ich zasięgu), natomiast zauważam, że taki stan jest wysoce konfliktogenny (słynna wojna wszystkich ze wszystkimi) i rozwiązać ten problem można przez ograniczenie tejże autonomii do jakiegoś terytorium. I propozycję ładu opartego na praktyce powściągania prób realizacji swoich celów poza terytorium uznawanym za swoje, zapewniającą przewidywalność i zwiększenie szans na osiągnięcie wielu celów przez wielu ludzi, nazywam propertarianizmem.

Natomiast nie zrzekam się tych praw czy nie powściągam zakresu terytorialnego ich obowiązywania za kogoś, ani nie mówię jak ma to robić. A libertarianie to właśnie robią! Dlatego moje stanowisko w porównaniu z libertarianizmem, jest bardziej opisowe, niż normatywne. Przez to, że jest formułowane negatywnie w dużo mniejszym stopniu narzuca człowiekowi jakąś etykę.

Chociaż oczywiście implikuje, że pewne stanowiska będą bardziej opłacalne niż inne. Ta bardzo mi bliska, też się do takich zaliczy. :) Ale nie zostanie podana na talerzu z napisem „Musisz!”. Nie musisz, z definicji nic nie musisz. Nie ma żadnego Rothbarda, który Ci każe. Jeśli ją przyjmiesz, to dlatego, że praktyka Cię do tego skłoni, jak ten tygrys. Nikt nie będzie Ci tworzył teorii moralnego obowiązku dokonania takiego wyboru.

Być może podobnie wpływam na zaistnienie W PRAKTYCE konieczności respektowania swoich terytoriów; zaznaczając że to korzystne, gdy chcemy bez przeszkód ze strony innych ludzi dążyć do własnych celów. Ale to ostatecznie osoby chcące osiągać swe cele w sposób nieskrępowany, uznający moje spostrzeżenie, spowodują zaistnienie takiej konieczności, przez takie korzystanie ze swoich praw, które skutkować będzie jej powstaniem. One swymi chceniami, a nie ja, z jakąś normą czy nakazem.

„Tak samo”? No bez jaj. Libertarianie chcą systemu wspierającego i nakłaniającego wszystkich do przyjęcia ich libertariańskiej moralności, ja chcę systemu umożliwiającego istnienie wielu moralności, w tym także i libertariańskiej obok siebie.

Mogę się zgodzić z tym, że wszyscy czegoś chcą, ale nie wszyscy chcą tego bezprawnie. Bezprawie wynika tu z naruszenia uznanych przez siebie uprzednio praw jednostek. Ja nie mam wielu możliwości ich naruszenia, skoro na początku za Hobbesem uznaję, że wszyscy domyślnie mają prawo do czynienia wszystkiego, dopóki się tego nie wyrzekną. Jeśli gdzieś ludzie nie będą schodzić sobie z drogi i respektować swojej własności, uznam po prostu, że nie mamy tam propertarianizmu, chociaż katalog praw pozostanie nienaruszony.

Natomiast libertarianie nie potrafią uzasadnić czemu ten katalog praw powinien być węższy w takim a nie innym stopniu, dlaczego NAP powinna być przestrzegana, mimo tego, że ktoś może być nią niezainteresowany. Bo nawet te rozważania Rothbarda o samoposiadaniu i wykluczenie możliwości, że każdy należy do każdego, albo nikt do nikogo, nie są tak naprawdę wiążące. Stwierdza on tam, że potencjalnie wszystko inne poza samoposiadaniem byłoby po prostu absurdalnie niepraktyczne i niewygodne bądź krępujące, ale to nie jest wystarczający powód, by uznawać z góry konieczność przyjęcia tej koncepcji, a tym bardziej zmuszać innych do jej przyjęcia.

No ale dobra, przyjmijmy że każdy się samoposiada. To jest główne źródło jakichkolwiek uprawnień jednostki w libertarianizmie. Chroni na przykład przed popadnięciem w niewolę, bo nikt nie może nas posiadać, gdy tego nie chcemy. Z pozoru super, ale tylko do momentu popełnienia jakiegoś przestępstwa. Libertarianie są dość ekstrawaganccy i chcą pogodzić samoposiadanie z sądami. No to OK, sąd nas skazuje, mamy płacić grzywnę, odpracować coś, albo odsiedzieć czy jak już bardzo narozrabiamy, to pozbawią nas życia. Nieistotne teraz jest, że jak w każdej dobrej bajce, zło musi być ukarane, przyjrzyjmy się raczej transferowi uprawnień, w tym wypadku tego samoposiadania. Jakie są kryteria, które trzeba spełnić, by je utracić? Kto o tym decyduje? I z jakiej racji następuje przejęcie czyjegoś życia i robienie z nim, co się władzy sądowniczej podoba, włącznie z zakończeniem? Zwłaszcza gdy pełniący takie obowiązki też posiada przecież tylko sam siebie… No ale siłą rzeczy ma istnieć jakiś system karny, w którym ludzie będą ubezwłasnowolnieni, których ciała będące przecież ich własnością, będą przenoszone często wbrew ich woli do jakichś miejsc odseparowania. Z tego wynika, że można przestać się posiadać i kto inny może przejąć nasze uprawnienia. Ale na jakiej zasadzie? Nie może nas chyba ot tak zawłaszczyć, bo libertarianie musieliby uznać też jakieś porwania matrymonialne jak u Cyganów.

Nie wiąże się to z pewnością z superuprawnieniami sędziów, bo nie są nadludźmi i sam urząd też nie nadaje im uprawnień, których uprzednio by nie posiadali – gdyby tak było, to by się zanosiło na państwo, którego przecież ma nie być. No więc jedynym sensownym rozwiązaniem jest uznanie, że sam skazany musi je przekazać. Ale kiedy, jak i dlaczego miałby to robić? Na czyją rzecz miałby się zrzekać? Na korzyść właściciela, na którego terenie dokonano przestępstwa, jak chcieli propertarianie, gdy jeszcze uznawali się za libertarian? Ofiary? Sędziego? A dlaczego tak, a nie inaczej? Co decydowałoby o tym, co jest przestępstwem, a co nim nie jest? Rynek? Na jakim obszarze? Kamienicy? Dzielnicy? Miasta? Kontynentu? A czemu nie jednostka, skoro libertarianizm miał być taki oddolny i indywidualistyczny?

Ostatecznie, przy komunitariańskim nastawieniu ortodoksów skończyło się na prawie zwyczajowym, czyli w kwestii przekazywania uprawnień na jakiejś formie umowy społecznej, której się formalnie nie podpisuje, ale ona działa, może nawet od urodzenia. Generalnie wniosek był taki, że samoposiadasz się, dopóki ktoś, kto ma prawną możliwość, nie wiadomo z czego wynikającą, Cię nie ukradnie i nie można postulować, aby to był właściciel ziemi, który ustali za co Cię zawłaszczy, bo tak robi państwo, a państwo jest złe i libertarianie z nim walczą. Czyli uzyskaliśmy mniej więcej taką prawdę, że żyjesz dopóki nie umrzesz. To jest zresztą nagminne, że o samoposiadaniu mówi się tam, gdzie to wygodne, natomiast zahaczając o kwestie prawne, gładko przechodzi się do opisu praktyki, a nie uzasadnia się nigdy tego w jaki sposób jednostki, które mogą posiadać wyłącznie siebie, mogą w pewnych okolicznościach przejmować kogoś innego bez jego zgody i z czego miałoby to wynikać.

Innymi słowy, libertarianizm działać w praktyce może tylko wtedy, gdy zignoruje uprawnienia, które uprzednio nadał jednostkom, gdy przestaną być one [uprawnienia] użyteczne do celów, które musi realizować, by być sensowną propozycją. I na tym polega właśnie owo bezprawne narzucanie. Na nietrzymaniu się własnych założeń i oczekiwaniu podporządkowania doktrynalnym rozstrzygnięciom, mimo że one naruszają pakiet uprawnień najbardziej podstawowy.

Co najzabawniejsze, libertarianizm mógłby działać, ale dopiero gdyby oprzeć go właśnie na hobbesowskiej teorii praw i takimże ich katalogu. Tam gdzie nikt się do niczego by nie zobowiązywał, tam nie byłby do niczego zobowiązany. Natomiast tam gdzie libertarianie zobowiązaliby się do utrudniania życia swoimi aksjomatami i ich interpretacjami przy implementacji swojego ładu, każdemu kto się napatoczy, tam każdy kto wchodzi, wiedziałby, że korzystają ze swojego przyrodzonego uprawnienia, mogą robić różne głupoty i truć rzyć niespójną teorią, bo nie ma rzeczy, do której każdy nie miałby uprawnienia, jeśli się go nie zrzekł, a oni nie zrzekli się męczenia ludzi niespójnymi teoriami, jeśli więc nie chciałby w tym uczestniczyć, to nie wchodziłby im w drogę albo jeszcze lepiej, zszedłby z niej. Natomiast to zredukowałoby libertarianizm do jednej z wielu propozycji, a przecież miał on zwyciężyć, bo jak powiedział klasyk, jest prawdziwy. No i ostatecznie samoposiadanie nie byłoby obiektywnym nośnikiem wszelkich uprawnień jednostki i jednocześnie powodem i źródłem ich istnienia, tylko relatywnym ich źródłem, w jednym z wielu układów odniesienia.

Nie mogę narzucać nikomu propertarianizmu, uprzednio proponując teorię uprawnień Hobbesa. Mogę w jej ramach proponować jego osiągnięcie przez wielostronne, dobrowolne, terytorialne ograniczenie swoich uprawnień i zobowiązanie się do nie korzystania z nich poza tym, co uznaje się za swoje, bez zgody tego, kto zrobiłby podobnie kawałek obok. Gdy ktoś nie będzie chciał się zrzekać, to się nie zrzeknie i już.

Proponowanie dobrowolnego zaprzestania robienia czegoś poza jakimś obszarem, nie jest chyba narzucaniem czegokolwiek. Uznanie szerokiego katalogu uprawnień, czyli dopuszczenie, że człowiek może robić co chce, dopóki się nie zobowiąże, że nie będzie tego robił, też nie jest narzucaniem czegoś, ani nakazywaniem, co najwyżej obojętnym przyzwoleniem na dowolne działania do momentu obietnicy zaprzestania ich czynienia. Momentu dużo dalej posuniętego niż u konkurencji, która już z tego właśnie powodu, nie powinna czynić mi zarzutu, że cokolwiek narzucam, skoro nie narzucam nawet w przybliżeniu tak wiele, jak ona sama.

A że moja obojętność ma wpływ na tworzenie ładu, który komuś może nie odpowiadać? Że niby nic nie robiąc, coś robię i w ten sposób coś narzucam? To nie mam ucieczki od narzucania – zjem śniadanie, to narzucę komuś stan świata, w którym zjadłem śniadanie. Nie zjem, to narzucę taki, w którym nie zjadłem. Czegokolwiek bym nie zrobił, jestem zamordystą. Więc ja nie widzę, gdzie sensownie można powiedzieć, że narzucam coś „tak samo” jak libertarianie, poza tym, że piszę literki w necie, tak samo jak oni to czynią i to co obmyśliłem też kończy się na -izm.

Całą wymianę zdań w oryginalnej postaci, można prześledzić na blogu pampaliniego w następującym wpisie:

http://cywilizowanysposob.blogspot.com/2013/01/moje-poglady-etyczne.html

Wersja offline – PDF

Zabieram sobie ten tekst, posłuży mi jako punkt wyjścia do popracowania nad tematem paradoksogenności samoposiadania, którym zajmowałem się już wcześniej. I Trikster się zajmował.