Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę:

Reklamy

Trylogia Introspekcyjna: „Tkając sieć wzajemnych powiązań”

Kręć się kręć wrzeciono! Wić się tobie wić!

Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić.

Jan Czeczot

Ta część cyklu opierać się głównie będzie nie tyle na wyjaśnianiu poprzez opis, a przez wskazywanie. W dużej mierze jest to spowodowane specyfiką aspektu, na jaki rzucę więcej światła w bieżącym wpisie – będzie to najprostszy i zarazem najbardziej przejrzysty sposób jego przedstawienia. Zresztą sami zobaczycie.

Najpierw pokażę Wam ciekawą cechę holizmu, która będzie kluczową. To pojęcie w zależności od dyscypliny w jakiej występuje, różni się nieco znaczeniem, natomiast mnie interesować będzie to quine’owskie. Jeśli nie przytrafiła się Wam lektura Dwóch dogmatów empiryzmu, możecie zajrzeć do wykładów profesora Groblera (tu, tu bądź tu.). Znajdziecie tam następujące ustępy:

Wedle koherentyzmu mniemanie jest uzasadnione wtedy i tylko wtedy, gdy jest elementem koherentnego systemu mniemań. System mniemań zaś jest koherentny wtedy i tylko wtedy, gdy poszczególne elementy systemu wzajemnie się uwiarygodniają. Do takiego rodzaju uzasadnienia odwołują się sędziowie, gdy mają zdecydować, którym zeznaniom świadków dać wiarę.

[…]

W artykule „Dwa dogmaty empiryzmu” (1951) jednym z zaatakowanych przez niego dogmatów jest założenie empiryzmu logicznego, w myśl którego hipotezy są sprawdzane w pojedynkę. Quine twierdzi, że „nauka jako całość stoi przed trybunałem doświadczenia”. To znaczy, niezgodny z przewidywaniami wynik eksperymentu przemawia nie przeciw określonej hipotezie, lecz przeciw systemowi hipotez. W takim przypadku trzeba niektóre hipotezy systemu wymienić, żeby przywrócić mu koherencję. Żadna hipoteza nie jest odporna na rewizję, nawet prawa logiki. O tym, które zdania nauki ulegają wymianie w razie konfliktu z doświadczeniem, decyduje ich usytuowanie w systemie. Quine porównuje go do koła. Hipotezy leżące na obrzeżu są najbardziej wrażliwe na doświadczenie, a w położone centrum najmniej. Usytuowanie zdania w systemie zależy od związków z innymi zdaniami. Im liczniejsze związki, to znaczy, im więcej zmian w systemie pociągałoby odrzucenie danego zdania, tym bliżej jest ono centrum. W samym centrum znajdują się prawa logiki.

Ja może w przeciwieństwie do Quine’a, holizmu nie porównałbym do koła, co raczej stożka. Jest on mimo wszystko hierarchiczny, bo o hierarchii hipotez decyduje już sam stopień podatności na wymianę.

No dobrze, ale co mam z tym wszystkim wspólnego? Otóż, okazuje się, że dużo. W poprzedniej części wspomniałem o swoim niechętnym stosunku do podejmowania działań wymagających ode mnie dużej elastyczności, trudnościach z motywacją do jakiegoś działania, ale i z rezygnacji z takiego, które prowadzi do pieczołowicie wybranego celu, na które się już zdecydowałem. Można to wyjaśnić właśnie holistyczną naturą organizacji mego wewnętrznego świata, który nieustannie ze sobą taszczę. W tym wpisie pokażę Wam może nie tyle sam bagaż, co sposób w jaki jest upakowany.

Pajęcza sieć. Fotografia autorstwa Heiko Koehrer Wagner.

Pajęcza sieć. Fotografia autorstwa Heiko Koehrer Wagner.

Jakiś czas temu napisałem posta na Forum Libertarian. Zawsze jest to jakiś punkt startu, bo czasem zdarza mi się pisać posty w rzeczonym miejscu. Ot, tak w ramach niezobowiązującej pogaduszki w luźnej atmosferze, bez odwoływania się do jakichś źródeł, powoływania na badania. Wymiana opinii nie pretendująca do bycia niczym więcej poza nią samą. Więc napisałem posta bez specjalnego zastanowienia nad jego treścią, ot raczej spontanicznie wyrażając co mi leży na wątrobie, w odpowiedzi na równie nieprzemyślane wyrażenie ze strony kogoś innego [tak przynajmniej podejrzewam, żeby nikogo nie urazić]. Oto ten post.

Oczywiście, mój punkt widzenia znajduje tam uzasadnienie, jako że nie przepadam za wypowiedziami którym takowego brakuje, sam więc staram się podbudowywać nimi nawet niezobowiązujące wymiany opinii. Ludzie zajmują takie czy inne stanowiska w kwestiach wszelakich, ale dla mnie naprawdę interesujące bywają dopiero powody, dla których je zajmują, a nie one same. W tamtym poście znajdziecie akurat uzasadnienie z wiedzy i jej braku, implikującego bezradność. Dosyć zdroworozsądkowe. Ale jeśli się zastanowić poważniej, to uzasadnienie nie jest powodem, dla którego skłaniam się ku takiemu poglądowi. Jest ono ewidentnie „eksportowe”, przeznaczone dla czytających forum.

Tak naprawdę skłaniam się ku temu poglądowi z innego powodu. To zwyczajnie odpowiedni klocek w adekwatnym miejscu. Jest spójny z resztą [poglądów] i poniekąd potrzebny, aby zapewnić scementowanie całej wielkiej konstrukcji. Wynika z nich i zapełnia lukę w jakiejś sferze oglądu rzeczywistości, która pojawiłaby się gdyby zabrakło jego obecność. Żeby to odpowiednio unaocznić, pokuszę się o nietypową demonstrację. Znajdę w większości z napisanych do tej pory na blogu tekstów, podstawę dla treści tamtego wpisu.

Zacznijmy zatem od tego, jak oceniam zachowania pedofilskie. Cóż, prywatnie, dla mnie stanowią one po prostu moralne zło, czynności szkodliwe społecznie, z reguły przysparzające krzywdy i cierpienia ich ofiarom. Ale nie zmienia to faktu, że zło można stopniować i większych zagrożeń upatrywać w czymś innym. Na przykład w tym, co dotyka i wiktymizuje szerszą rzeszę ludzi.

Możemy więc sięgnąć do pierwszego tekstu, „W obronie suwerenności właściciela..” i sięgnąć po cytat:

Tutaj mamy do czynienia akurat z przyzwoleniem na możliwe zło w każdej postaci, po to by uchronić się od zła koniecznego, które z całą pewnością uderzy także i w dobro – chodzi o prostą minimalizację strat. Alternatywą jest bowiem tylko interwencjonizm.

Interwencjonizm uznaję za zło z całą pewnością groźniejsze od poczynań pedofilów. Dotyczy dziś każdego, niszczy podmiotowość, znosi więc odpowiedzialność, generuje poważne kryzysy, co także ma negatywny wpływ na kondycję moralną ludzi, odpowiada za wszelkie wojny, a przede wszystkim pozuje na rozwiązanie zbawcze, więc jest zwodnicze. O pedofilach trudno byłoby powiedzieć to samo – nie wyrządzają krzywdy każdemu, lecz nielicznym. Rachunek jest więc prosty. Lepiej zgodzić się na lokalne, jawne zło pedofila, niż uniwersalne, utajone państwa, które rzekomo przed nim broni.

Inną sprawą jest, że uznaję zło, mimo całej jego naganności, za rzecz niezbędną. Nie tylko czasami komuś użyteczną:

Nawet jeśli ludzkość będzie się mnożyć na potęgę, to jeżeli pójdzie za tym pluralistyczne nastawienie wobec potrzeb, więcej ludzi będzie mogło utrzymać się na przyzwoitym poziomie, wykorzystując i proponując kolejne formy ich zaspokajania. Dzięki złu, jako odmiennej preferencji od tej ortodoksyjnej, większa liczba ludzi może wieść dobre życie. Zło moralne może być jak najbardziej dobrem w sensie ekonomicznym.

Produkcja złej z punktu widzenia konserwatystów muzyki metalowej, wg nich wypaczającej klasyczne kanony piękna i w warstwie tekstowej promującej antywartości, przynosi jednak zysk. Pozbycie się jej samej, wraz z twórcami, spowoduje, że wielu z nich, wybierając inny sposób zarobkowania, stworzy dodatkową konkurencję w istniejących już „właściwych moralnie” branżach, pogarszając swoją i cudzą sytuację finansową, nie wykorzystując też w pełni swojego talentu; zamiast dobrego „złego” metalu dostaniemy od nich co najwyżej średnie buty.

ale wręcz niezbędną, nie tyle już nawet dla samego maksymalizowania dobra:

Usunięcie cierpienia wcale nie sprawiłoby, że świat stałby się lepszy. Zabrakłoby w nim bowiem i tej części piękna, które w cierpieniu znajduje swój początek. Nie powstałaby klasa utworów opisujących je, a pośród nich i te o wielkiej wartości estetycznej. Ani klasa szlachetnych czynów, dokonywanych przez ludzi, na których cierpienie innych wywiera wpływ, któremu się sprzeciwiają i pragną nieść pomoc jego ofiarom. Jedno jest zależne od drugiego – aby maksymalizować dobro i piękno, trzeba też maksymalizować zło i brzydotę. Im więcej wolności, tym bliżej całkowitego nasycenia w jedno i drugie.

co już samej możliwości jego rozpoznania:

No, ale jaką wartość ma taki nieustanny hiperorgazm, jeśli nie można go odróżnić od nie-orgazmu, bo trwa nieustannie? Hiperorgazm jest dla tamtego umysłu stanem normalnym, nominalnym – trudno nawet powiedzieć o nim, że jest przyjemny, bo nie ma go nawet z czym porównać. Jest więc obojętny.

gdyż:

 jest to spowodowane specyfiką ludzkiego umysłu, który aby rozpoznać jakąś informację, potrzebuje też tła, które nie będzie nią samą

To prowadzi więc do wniosku, że mimo wszystko potrzebujemy złoczyńców, bo bez zła i dobro traci swój sens. Tak jak bez jasności – ciemność, bez zimna – ciepło, stają się podobnym pustosłowiem. Maksymalizacja dobra poprzez maksymalizację zła, na które to pierwsze będzie mogło odpowiedzieć, zakotwiczona jest natomiast w samym ideale metafizycznym, świata najbogatszego ontologicznie, który możemy osiągnąć jedynie wtedy, gdy:

podmioty mogą wytyczać dowolne […] drogi [poznania] a świat fizyczny jest bogaty wydarzeniami, które stanowić będą inspirację i przyczyny istnienia/odkrycia, następnych przedmiotów świata inteligibilnego. Te z kolei wpłyną na świat fizyczny, skutkując w nim zwielokrotnieniem w rozmaitości wydarzeń, których przyczyny pochodzić będą z nowo eksplorowanego obszaru przestrzeni wiedzy, w następnym cyklu zaś przyczynią się do dalszej eksploracji tegoż. I gdy cykl ten będzie trwał nieprzerwanie, a wszystkie kierunki zwiadu będą dopuszczalne, podobnie jak powodowane wydarzenia, osiągniemy właśnie to wspomniane optimum.

Ponieważ nie wiemy, jakie wydarzenia w świecie fizycznym spowodują odkrycia w świecie inteligibilnym, dopuszczamy je wszystkie. Utrata bądź zubożenie otoczenia o jakieś wydarzenia, mogłyby bowiem wpłynąć negatywnie na odkrycia w świecie inteligibilnym.

Jeśli żywot stanowi program poznawczy albo możemy go do takiego zredukować poprzez qualia – każdy jego przejaw jest odpowiedzią na pytanie: „jak to jest być x?”, które możemy zadać w każdej chwili jego trwania. Każda chwila, a raczej stan rzeczy w niej zobrazowany ma więc jakąś wartość poznawczą. Aspiracje życiowe są natomiast niczym innym jak tylko specyficznymi intencjonalnymi hipotezami, dotyczącymi jakiegoś kierunku czy też preferowanego pakietu wrażeń do poznania. Poparte działaniami mogą go przybliżyć, nie tylko wytyczając, ale i odbywając „podróż” w wybranym kierunku. Eksploracja KAŻDEJ płaszczyzny w KAŻDYM kierunku, jaki tylko na niej można wytyczyć w świecie inteligibilnym, dotyczy też płaszczyzny zamierzeń, środków i celów oraz ich praktycznej realizacji.

Świat, w którym nikt nie mógłby udzielić odpowiedzieć z autopsji na pytanie „jak to jest być pedofilem/ofiarą pedofila?” byłby też światem, w którym nie można byłoby odpowiedzieć na pytanie „jak to jest, ocalić dzieci przed pedofilami?” Istnienie jeszcze jednej egzemplifikacji zła otwiera drogę istnieniu następnej egzemplifikacji dobra.

Politycznym rozwiązaniem, które skieruje nas w kierunku osiągnięcia ideału świata najbogatszego ontologicznie jest z kolei uzewnętrznienie:

struktury duchowej ludzi prywatnych” poprzez nadanie im suwerenności, która wpłynie dalej na pełniejszą realizację wszelakich potencjalnych bytów i relacji między nimi, jakie wyniknąć mogą, gdy da się [ludziom] całkowicie wolną rękę w obrębie ich własności.

Można zatem powiedzieć, że nadziei na ulepszenie zarówno świata jak i ludzi nie upatruję w usuwaniu możliwości czynienia zła, co raczej w nauce podejmowania decyzji z myślą by go uniknąć i wybrać dobro, tam gdzie jesteśmy władni o tym decydować, pozostawiając innym podobnie otwartą alternatywę, nawet jeśli mieliby błądzić. I tak, ostatecznie, się przydadzą, jako iż dobro i zło są dla siebie wzajemnym nawozem. Złem wyższego rzędu jest natomiast pozbawianie ludzi możliwości wyboru między tymi wartościami, jego przeciwieństwem zaś umożliwienie im go. Innymi słowy wolność jest dobrem metaetycznym, dzięki któremu wartości z tej sfery zyskują rację bytu.

Było holistycznie? Było. Kierowaliśmy się do wewnątrz całego tego układu twierdzeń i wartościowań a następnie z powrotem – na zewnątrz. Jak to wskazałem, rozstrzygnięcia etyczne inkorporowane były w poglądach politycznych, które z kolei podporządkowane są jako środek do celu, jakim jawi się jeszcze ogólniejszy program metafizyczny, stanowiący płaszczyznę nadającą sens wszystkiemu innemu, co jest jej podporządkowane. A to zaledwie niewielki wycinek mojego sekretnego świata. Niewielki gdy się ogląda go z dystansu. Faktycznie, przy zmianie punktu odniesienia i skali z dowolnego jego miejsca można udać się na wielogodzinne wędrówki szlakami wyłaniających się nowych powiązań, wyciągając wcześniej nieznane wnioski i rozbudowując tę strukturę o kolejne konkluzje.

W przypadku bieżącego tekstu (a raczej aktu introspekcji jaki za nim stał) taką okazało się być sformułowanie o metaetycznym charakterze wolności. Piszę „okazało się”, bo przed podjęciem tematu nigdy nie zajmowałem się określaniem jej statusu względem sfery etyki. Przynajmniej nie wprost. To także zresztą jest dosyć symptomatyczne – częste poczucie posiadania czegoś na końcu języka, kluczenie okrężną drogą wokół czegoś niewypowiedzianego, co wydaje się być właściwe i odpowiednie, ale nie od razu staje się klarowne, oczywiste, zrozumiałe i gotowe do przedstawienia komuś innemu – wymaga zwyczajnie kolejnego podejścia, czasem innego dnia bądź nastroju, który pozwoli przetrawić i doszlifować myśl.

Z tego powodu często można znaleźć mnie przy lekturze własnych tekstów. Nie świadczy to wbrew pozorom o narcyzmie. Raczej o potrzebie autoobserwacji. Swoich czynów, wniosków, ścieżek rozumowania, które w chwili formułowania czy wypowiedzenia nie były całkowicie świadome, tj. nie do końca zdawałem sobie sprawę z osadzenia ich w szerszym kontekście, którego znajomość jest dla mnie z jakiegoś powodu niezbędna (czyżby było nim pragnienie utrzymania spójności?). Jeśli wyglądam na zamyślonego, zapewne skupiony jestem na łączeniu upatrzonych wcześniej punktów, misternym tkaniu pajęczyny.

Ten sposób wewnętrznej budowy implikuje parę rzeczy. Przede wszystkim niechętny jest wszelakim rewolucjom i woltom stanowisk o 180 stopni. Polega raczej na ewolucyjnej nadbudowie tego co już istnieje, niż burzeniu i stawianiu nowego. Na wyłanianiu ścisłego, niezmiennego rdzenia i organizowaniu wokół niego nowych informacji. Nie jest więc tak, że nie zmieniam poglądów. Zmieniam. Nie przebiega to jednak burzliwie, nie inicjują tego procesu bezpośrednio wydarzenia w świecie (czyt. empiria), a raczej uchwycona świadomość istnienia jakiegoś optimum, które można osiągnąć, dzięki stosownym korektom. Z biegiem lat, dzięki doświadczeniu i gromadzonej wiedzy coraz łatwiej przychodzi określanie tego optimum, więc w moim wypadku przypomina to raczej stałą pogoń w doprecyzowaniu ideału niż miotanie się między jakimiś stanowiskami. Im jestem starszy, tym tych zmian będzie mniej, a one same mniej spektakularne, oczywiście przy założeniach, iż będę radził sobie z tym równie dobrze jak dziś, większość roboty już odwaliłem, no i że nie dorwie mnie demencja.

Związane są z nim wspomniane na samym początku utrudnienia, w postaci braku elastyczności, która czasem się przydaje, ale z drugiej strony zdolność do postrzegania i systematyzowania wszystkiego w takie struktury też sporo ułatwia. Przy obserwacji innych ludzi stanowi podstawę dla wyczulonego wykrywacza kłamstw i nieszczerości. Gdy ktoś jest niespójny, nie jest też przewidywalny i przez to dalej: nie jest godny zaufania, bo na czym je oprzeć? Wyjaśnia także mój upór w kwestiach pryncypiów. Skoro większość z nich powstaje jako dzieło na przestrzeni całego życia i to poniekąd jest jej podporządkowane, bo stanowią samo centrum najrzadziej wymienianych twierdzeń, to naprawdę trudno je ruszyć z miejsca. To skłania do uznania, że cechy charakteru nie istnieją ot, tak sobie jak logiczne atomy, niezależne przedmioty, a mamy w ich wypadku do czynienia z emergencją – powstają jako wypadkowe kilku wewnętrznych dyspozycji. Mniej więcej tak, jak całe bogactwo barw można osiągnąć tylko dzięki kombinacjom złożeń trzech podstawowych.

Wskazówką dla ewentualnych konwertystów po seansie „Incepcji”, usiłujących nakłonić mnie do swojego punktu widzenia mogłaby być zatem porada, aby nie brali mnie pod włos, usiłując burzyć co już postawiłem i co stoi solidnie, a raczej nawiązywali do tego co już jest i tworzyli tego spójną kontynuację.

Ale ten holizm obecny jest i w innych sferach życia. Sieć znajomości i przyjaźni układa się podobnie. Oczywiście każdy ma bliższe i dalsze sobie osoby, ale nie każdy potrafi określić dokładne ich położenie w sieci układów towarzyskich, a tym bardziej uzasadnić, dlaczego każda z nich zajmuje określone miejsca, ani tym bardziej, co musiałaby zrobić, czy raczej jaką się stać, aby przesunąć się ku bardziej zaufanemu inner circle, nie mówiąc już o samym, najcenniejszym bullseye.

Introwertyczna intuicja (Ni) odpowiadająca za ten holistyczny sposób zorganizowania sfery poznawczej, w praktyce wiąże się z powolną adaptacją do nowych kontaktów. Zawsze wykazywałem się daleko posuniętą powściągliwością, gdy wchodziłem w nowe środowisko. Najdogodniej czułem się z początku, trzymając się z boku, na obrzeżach grupy, obserwując jej specyfikę i dynamikę relacji między jej członkami, ustalając jaką rolę w niej pełni każdy z nich, a jakie ma aspiracje, które osoby ceni i z jakich powodów. Dopiero z opracowanym wewnętrznym modelem zbiorowości, jej składowych i relacji między nimi, planuję w jaki sposób zaangażuję się w jej życie, znajdując sobie w niej niszę. Dopóki nie mam szerszego obrazu danego środowiska, nie lubię w nie ingerować – a tym bardziej znajdować się w centrum jego zainteresowania. Bez wiedzy o nim jest to kłopotliwe, dezorientujące i niekomfortowe. Dlatego też powszechnie uznawany jestem za osobę nieśmiałą. Do czasu… ;)

Patrzę na tę notkę i widzę jak została posiekana odniesieniami do innych wpisów. Nic dziwnego. Jej temat jest dość autoreferencyjny i jako taki przenika całą moją twórczość a przede wszystkim sposób jej powstania, jako że w niej przemyca się prawdy o sobie. (Tak, poprzednie zdanie było też ukrytym nawiązaniem do tego Platona, w swej filozofii odbijającego autoportret fragmentu samego siebie, za pomocą tego kawałka. Identycznego z tym, dzięki któremu, poprzez który i o którym powstała ta notka.) Każdy następny wpis, siłą rzeczy też będzie powiązany z poprzednimi. Kolejny fragment pajęczyny. Nawet jeśli zdarzy się, że spojenie nie będzie to łatwe do dostrzeżenia dla czytelników, ale także i samego autora. Jakieś się znajdzie. Zawsze się znajduje.

Cóż, Paul Simon dobrze wie o czym mówimy.

Wersja offline – PDF

Trylogia Introspekcyjna: „Niczym mgła”

Kiedy dążę do celu, poświęcam się mu się absolutnie i oddaję całym sobą. Podporządkowuję mu wszelkie talenty, jakimi jestem obdarzony i staram się w drodze do niego wykorzystać w jak największym stopniu każdy z nich.

Kiedy dążę do celu, moja wola jest niezłomna. Nie sposób skłonić mnie do jego porzucenia czy nawet drobnej modyfikacji. Im większą presję ktoś na mnie wywiera, z tym większym oporem z mojej strony się spotyka. Tytaniczny opór ma swoją przyczynę – każdy swój cel wybieram z pietyzmem, podobnie jak środki, wykorzystywane w swoich dążeniach do tegoż, które muszą być w pełni zgodne z wyznawaną aksjologią, także tą obecną w sferze poznania. Z tej przyczyny nie znoszę pracy zespołowej, siłą rzeczy nie moją, autorską. Chyba, że moją rolą jest koordynacja poczynań innych, wymagająca rozpoznawania ich talentów i wprowadzaniu podziału pracy, o ile oczywiście mam na tyle wolną rękę, by jakieś zadanie realizować wedle własnego uznania. Nie zwykłem afirmować działań uprzednio przeze mnie nieprzemyślanych. Nie lubię być skłanianym do improwizacji, będąc stawianym w roli łatacza pojawiających się nagle dziur.

Ale to nie wystarczy. Abym poświęcił się jakiemuś celowi, przede wszystkim muszą spodobać mi się motywy mojego działania, jakim pozwolę sobą kierować. Sama realizacja celu jako takiego, nigdy nie stanowiła dla mnie poważnej nagrody. Czasami, nawet po wykonaniu trudnego zadania, którego zakończenie innym przynosiło satysfakcję, już z samego powodu, że byli w stanie się na nim wykazać, okazywało się dla mnie bezsensowną stratą czasu i demotywującym rozczarowaniem. Cele stanowią dla mnie ledwie pretekst, symboliczne odwzorowania drogowskazów stawianych na ścieżce narcystycznej autokreacji. Aby zmotywować się do działania, muszę umiejętnie przekonać siebie samego, że czyniąc coś, stanę się w większym stopniu takim, jakim chciałbym się widzieć, bądź przynajmniej w wariancie minimalistycznym, potwierdzić wizję tego, jakim widzę się teraz. Co nie jest takie łatwe.

To zresztą dość symptomatyczne i nigdy nie stanowiło dla mnie wielkiej tajemnicy. Od dzieciństwa miałem olbrzymie trudności w samym ruszeniu z miejsca, przekonaniu się do podjęcia konkretnych działań i żadnych przy projektowaniu ideałów [moralnych], do których chciałbym dążyć czy stawać w ich obronie, gdyby zaszła taka konieczność.

Kiedy jednak dążę już do celu, przybieram formę monolitu. Cel staje się etycznym zobowiązaniem względem swojej osoby, z którego uwolnić można się jedynie poprzez jego osiągnięcie. Nie ma innej drogi, każda inna wiąże się ze sprzeniewierzeniem samemu sobie, co jest wyjątkowo dotkliwe, zatem i niedopuszczalne. A jeśli innej drogi nie ma, można wznieść się bezwstydnie na wyżyny swego fanatyzmu i z całym zapałem przeć bez zmęczenia w wyznaczonym kierunku, ignorując jakąkolwiek krytykę bądź wykorzystując ją dla swojej korzyści, czyniąc ze swych ewentualnych oponentów niegodziwców bądź idiotów [w czym pomaga uprzednie dogłębne przemyślenie celu przed jego podjęciem i między innymi jego potencjału erystycznego, zarówno defensywnego jak i ofensywnego oraz ewentualnych słabości takiego stanowiska, które mogą być wykorzystywane], mobilizować wokół siebie front ludzi, którzy zechcą uznać cel i jego uzasadnienie za szczytne i swoje.

Musicie bowiem zdawać sobie sprawę, że w połączeniu perfekcjonizmu, natchnionej nieustępliwości i absolutnie autentycznego przeświadczenia o własnej słuszności kuje się charyzmę. Kiedy do tamtych czynników dołączycie jeszcze troskę o ludzi, zaczną się wokół Was organizować i podążą, afirmując Wasze dokonania a często pomagając Wam w osiągnięciu zamierzeń.

Tak – kiedy dążę do celu i zdarzy mi się przekroczyć punkt, w którym zdołam zachwycić się swoim działaniem, byciem w drodze, która zdaje się zmierzać tam, gdzie chcę się znaleźć, stawaniem się tym, czym zamierzam się stać, zyskuje tę magiczną zdolność inspirowania. Najpierw samego siebie, co staje się dla mnie dodatkowym źródłem motywacji i wzmaga wytrwałość, następnie także zwraca uwagę i przyciąga innych, czasami zachęca ich do naśladownictwa. Możecie zapytać, czy to coś zmienia? Czy jestem szczególnie zainteresowany tego rodzaju miękką, bo miękką, ale jednak władzą? Czy sprawia mi jakąś radość wywieranie takiego wpływu na innych?

Nie, niespecjalnie. Gdybym miał to wyrazić porównaniem: mój stosunek do charyzmy jest mniej więcej taki, jak Hoppego do doświadczenia. Stanowi ona ilustrację czegoś wewnętrznego (odpowiednika teorii), a nie dowód. Nie jest czymś, na czym cokolwiek się trwale opiera, ani do czego się specjalnie dąży. Jest raczej efektem ubocznym starań, by zobaczyć się w swoich oczach wspanialszym niż było do tej pory. W swoich, nie cudzych. Inni nigdy nie będą dobrym punktem odniesienia, zwłaszcza dla introwertyka.

Oczywiście, nie jest tak, że ta sprawa jest zupełnie mi obojętna. Bo też taką być nie może. W tym sensie, iż posiadam trochę tych lustrzanych neuronów, (lekko nie dopowiadając…) więc jasną sprawą jest, że będzie mi przyjemnie, jeżeli usłyszę o tym, jak moja postawa się komuś na coś przydała, odniósł jakąś korzyść i jest mi za to wdzięczny. Przyjemnie jest wiedzieć, że Twoje niezadowolenie z obecnego stanu, skutkujące podjęciem próby udoskonalenia nie uczyniło lepszym tylko i wyłącznie Ciebie, ale w jakimś stopniu odmieniło także Twoje otoczenie. Ale nie dla otoczenia całą tę rzecz rozpoczynałeś i nie dla niego ją skończysz – to jedynie dodatek, bonus, premia. Naprawdę, intencjonalnie działasz tylko dla siebie samego.

Z mojej perspektywy przypomina to trochę relację między sportowcami i ich kibicami. Fajnie, jeśli ktoś przychodzi dla Ciebie na stadion i zdziera gardło. Ale występujesz przede wszystkim dla siebie. Kibice mają tak naprawdę gdzieś to, że zadedykujesz im zdobytą przez siebie bramkę. Woleliby, gdybyś nie dedykując żadnej, strzelił hat-tricka. Odnieśliby z niego więcej radości, a Ty pożytku. Ostatecznie, nie da się być klasą samą w sobie, grając pod publiczkę. Ażeby w ogóle aspirować do bycia klasą samą w sobie, trzeba przede wszystkim dążyć do bycia klasą samą dla siebie. Wsłuchiwać się nie w klakierów ani w krytyków, lecz wyłącznie w swoje wnętrze. Doping oczywiście pomaga, ale nie jest niezbędny i to nie dla niego jest się, czy raczej bywa się charyzmatycznym. Ludzie, którzy do Ciebie ciągną, zorganizują się na sposób śnieżnej kuli, o ile, rzecz jasna, nabierzesz odpowiedniego pędu. Ale poza wytyczeniem kierunku i pchnięciem samego siebie, nie masz już wielkiego pola manewru, jeśli idzie o władzę nad kimkolwiek. Zyskujesz oczywiście możliwość wpływu na ludzi, często oni sami zwracać się będą po rady, poświęcając im jednak zbyt wiele uwagi i przede wszystkim skupiając się na swojej władzy [zmieniasz wtedy swój intencjonalnie wybrany przedmiot dążeń, skupiasz uwagę na czymś innym], ryzykujesz nieosiągnięciem zamierzonego celu i w rezultacie: niezadowoleniem z samego siebie. Czyli utratę pędu i wreszcie integralności całego układu jaki z niego wyniknął, ostatecznie więc i charyzmę. Najistotniejszy jest zatem cel, reszta to akcydensy, które nie mogą pod żadnym pozorem go przysłonić.

Zdarzają się zazdrośnicy, więc mogę ich uspokoić – nie, w tym akurat nie ma niczego specjalnego. Nie sposób się tym cieszyć, ani napawać [robienie tego jest bezsensowne], to jedynie tło – dobrze zdawać sobie sprawę z jego istnienia, ale nie warto nim ręcznie sterować, jeśli nie ma takiej konieczności, a zazwyczaj nie ma, więc tego się nie robi. Robi się dalej swoje. Albo się cierpi.

Ta zwartość w dążeniu do celu, okupiona jest jednak pewnymi obciążeniami. W zasadzie jest to tyrania obowiązku, której ma się świadomość. Jeśli się już zdecyduję, nie ma odwrotu. Może po części dlatego nie łatwo jest mi się decydować – trudno bowiem, a z wiekiem jak obserwuję, jest coraz trudniej, wybierać cele godne takiej poniewierki. Jedne są zbyt prozaiczne, inne które teoretycznie się nadają, w zasadzie są niemożliwe do realizacji. Z drugiej jednak strony, bezcelowość, skupienie się tylko i wyłącznie na zachowywaniu status quo jest niesatysfakcjonujące. Nudne. Jestem aktualnie wilkiem stepowym i dekadencja wcale mi nie służy. Czas chyba znowu solidnie pomyśleć: „jaki chciałbym być?” i znaleźć na to pytanie solidną odpowiedź. Następnie przetłumaczyć ją i wybrać cel, którego osiągnięcie umożliwi takie postrzeżenie samego siebie.

Narcystyczna natura tej autokreacji uderza za każdym razem, gdy myślę o swoim celu głównym, któremu podporządkowuję wszystkie inne. A jest nim uczynienie ze swego życia jak najwspanialszego przedmiotu estetycznego. Ostatnią rzeczą jaką dostrzegę najprawdopodobniej będę ja sam i wszystko czym się sobie jawiłem przez cały mój czas. Warto więc postarać się, by ostatni ogląd był przeżyciem zachwycającym.

Tylko jak to zrobić? Skąd wziąć cele pośrednie? Skąd wziąć siły by dotrzeć w te mgliste dziś destynacje?

Dla mnie nie istnieje inna prawda niż: „Z wnętrza”.

Wersja offline – PDF