Zmierzając w stronę antropicznej teorii form

Wstałem i zobaczyłem za oknem kupę śniegu. W lany poniedziałek. Ponieważ tradycji powinno dziać się zadość, młodzi ludzie zabrali się za dyngusowanie, tyle że wodą w innym stanie skupienia i teraz dybią na naszą rzekomą nietykalność cielesną śnieżkami i soplami. Momentalnie narzuciło mi się, że aktualnie furorę robi przecież temat rosnącej średniej temperatury na Ziemi i prognoz dalszego jej wzrostu oraz powiązanych z tym: eksterminacją wiosny, wydłużaniem jesieni i przesunięciem zimy, znany popularnie pod hasłami »globalnego ocieplenia« i »zmian klimatu«. Toczy się dyskusja na temat przyczyn tego zjawiska, no i jak wiadomo, część środowiska naukowego uznaje, że jest one spowodowane działalnością człowieka. Temat ten nie jest dla mnie istotny. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu, nie mam żadnych wyraźnych preferencji względem pogody i klimatu, nie robi mi większej różnicy, czy śnieg będzie padał w grudniu, czy czerwcu i czy w ogóle będzie padał, ani to czy będzie cieplej, czy zimniej. W zasadzie mógłbym mieszkać w każdej strefie klimatycznej. Po drugie, żyję dość ascetycznie, więc tak czy owak, nie mam już zbytniego pola manewru, by cokolwiek ograniczać czy poświęcać na rzecz ewentualnego ratowania świata. Skoro zatem nie wiążę z klimatem, ani żadnego interesu w jego zmianie czy konserwowaniu obecnego stanu, ani też nie dysponuję środkami, jakie ten interes pomogłyby zrealizować, sprawa jest całkowicie poza moją kontrolą, a skoro tak, to nie zamierzam zaprzątać sobie nią głowy.

Natomiast cała ta sytuacja związana z poniedziałkowym śniegiem, globalnym ociepleniem a zwłaszcza hipotezą o antropogenicznych jego przyczynach, przypomniała mi, że miałem się za coś zabrać. Za coś, co i tak gdzieniegdzie przebijało z moich tekstów. Widzicie, wspomniana hipoteza jest próbą (mniejsza o to, czy skuteczną, czy nie) wyjaśnienia zaistnienia pewnego zjawiska w określony sposób: przez postawienie jako przyczyny — działań człowieka.

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uczynienia czegoś podobnego, ale na szerszą skalę. Zamierzam w następnych notach przyjąć taką strategię eksplanacyjną, która polegałaby na wyprowadzaniu zasad racji bytu danych przedmiotów, w oparciu o jakości przedmiotów będących ich przyczynami. Tam, gdzie przyczynę stanowi człowiek, w rezultatach jego działań należy doszukiwać się jego charakterystyki. Podpisu czy pieczęci odciśniętej przez jego czyny, stojących za nimi motywów, opartych na jakichś marzeniach i nadziejach, też utrzymujących przecież jakąś tożsamość, złożonych z jakości, które również zostały wygenerowane, odciśnięte w określonym kształcie przez takie, a nie inne formy odczuwania i myślenia. Do pewnego stopnia zrobiłem to w przypadku wpisu o Platonie portretującym w swej filozofii samego siebie. Wpis ten stanowił wprawkę. W jej zakończeniu pozostawiłem sobie otwartą furtkę, by w nieokreślonej przyszłości powrócić do tego sposobu czynienia zrozumiałym efektów naszej działalności.

Prawdą jest to, iż zdarzało mi się z niego korzystać w przeszłości, jako że łatwo oprzeć go na widzeniu istotnościowym, do którego mam tak wielką słabość, ale odbywało się to raczej okazjonalnie. Tym razem chciałbym spróbować zaprzęgnąć tę strategię do bardziej konsekwentnego użytku, być może wypracowując poprzez nią jakąś kolejną teorię form. Jak zdążyłem już zauważyć w pierwszym moim blogowym tekście, w coraz większym stopniu byt staje się i będzie stawał się antropocentryczny. W związku z tym, jeszcze bardziej uzasadnionym krokiem przestawiać się na uzasadnianie bytu i jakości rzeczy, istnieniem i jakościami ludzi, którzy działają, pozostawiając po sobie wszelkiego rodzaju pamiątki.

Pampalini, narzekając kiedyś na moją skłonność do ekshibicjonistycznego ujawniania swojego strumienia świadomości (a przede wszystkim dalszego babrania się w nim i zastanawiania jak kształtuje się myśl, z jakich idei jest formowana, krótko mówiąc: podejmowania prób ustalenia jej źródeł oraz w drugą stronę: dociekania takich spraw jak to, w imię czego jest konstruowana, co jest interesem jaki za tym stoi i motywem do jej wytwarzania?), stwierdził podobieństwo do procesów gastrycznych i uznał, że jego interesuje jedynie gotowy produkt ostateczny — sama myśl, koncepcja, uzasadnienie czegoś i tegoż praktyczna wartość, a nie pochodzenie, środki produkcji i inne tym podobne. Żachnąłem się wtedy, bo z tego porównania nieuchronnie wynikało, że myśl ludzką zrównał z ekskrementami. Dziś jednak pójdę za tym wnioskiem, bowiem zamierzam w najbliższym czasie nauczyć się tropienia. Tak jak możemy nauczyć się po odchodach w lesie rozpoznawać zwierzęta, tak ja chciałbym nauczyć się rozpoznawać ludzi po ich pozostałościach intelektualnych w nauce, kulturze czy biznesie.

Ponieważ Dziewic wciąż montuje swoją steampunkową ontologię maszynową, za jaką być może pójdzie następnie ciekawa, oryginalna typologia:

Staram się tak skonstruować ontologię maszynową, aby pozwalała ona na badanie zjawisk o różnej skali: od indywidualnych typów psychicznych (psychicznych w Nietzscheańskim sensie, fizjologicznych) po globalne systemy społeczne.

(którą z chęcią przetestuję, jeśli się już pojawi, ale do tego jeszcze długa droga pewnie…), a ja zamierzam zaczynać teraz, postanowiłem skorzystać z już gotowego narzędzia, wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. Dlaczego wybrałem akurat ten system? Sprawdzałem już wiele typologii, łącznie z Global 5, R-Drivem czy MOTIVem, „wielką piątką”, testem osobowości Eysencka, ale żadna z nich nie wyznacza swoich podziałów poprzez wytyczenie równie fundamentalnych cech biegunowych, względem których można byłoby się orientować, a tym bardziej, za żadną z nich nie stoi większa przewodnia myśl, którą można byłoby wykorzystać do podobnego przedsięwzięcia, jakie sobie zamierzyłem. Owszem, niektóre z nich są całkiem ciekawe ze względów technicznych, ale same w sobie niewiele wyjaśniają — grupują jedynie ludzi pod pewnymi, dość powierzchownymi, względami.

A Ty którym "mostem" jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

A Ty którym „mostem” jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

Przewaga MBTI zawiera się w podstawie systemu – jungowskim podziale funkcji kognitywnych, które same mogą być skierowane do wewnątrz (introwertycznie) bądź na zewnątrz (ekstrawertycznie). O ile z większości testów starających się jakoś podsumować osobowość, oczywiście, dowiemy się, czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami, o tyle w przypadku MBTI dostaniemy pełniejszy wgląd, bo okaże się, że nie jesteśmy ekstrawertykami bądź introwertykami w całości, a poniekąd stajemy się nimi, głównie ze względu na ukierunkowanie najsilniejszej funkcji poznawczej. W każdym introwertyku znajdziemy zatem coś ekstrawertycznego, w każdym ekstrawertyku – coś introwertycznego. Kluczowe jest jednak, co to takiego i do jakiego stopnia na tym bazujemy. Dopiero z rozkładu i ukierunkowania tychże funkcji można zbudować szkielet osobowości danej osoby, wraz z wieloma jej skłonnościami bądź talentami. Każda funkcja ma jakąś swoją tożsamość oraz za coś odpowiada. Każda jest więc rozpoznawalna, bo wiadomo za co odpowiada, więc i na podstawie samego zachowania jesteśmy w stanie wywnioskować, która z nich doszła w danej osobie do głosu.

Rozkładówka 16 typów z ich czterema głównymi funkcjami kognitywnymi

Oczywiście, w większości wypadków będą one ze sobą zgodnie współpracować, często na zasadzie komplementarności. Jednak co interesujące, niejednokrotnie będziemy mogli odnieść wrażenie, że zdają się one mieć pewną autonomię i starają się wypłynąć na wierzch, dominując nad pozostałymi — dobrą tego ilustrację stanowią dylematy powodujące wewnętrzne rozdarcie. Bardzo często bowiem, sprowadzają się one do sporu postulatów o treściach reprezentujących dane funkcje, które walczą ze sobą o wolicjonalny prymat realizacji własnej opcji. Poczucie sprzeczności, działania wbrew sobie samemu, a jednocześnie zgodnie ze swoją wolą, wyjaśnić możemy konfrontacją tych naszych wewnętrznych struktur. Ponieważ każdy typ psychologiczny ma swój, unikalny zestaw funkcji, u każdego z nich wspomniane, potencjalne rozdarcia będą przebiegały względem innych „uskoków”, odmienna będzie także ich specyfika. Stąd też mamy wytłumaczyć, z jakiego powodu dla jednych ludzi niektóre pary alternatyw wcale nie będą stanowić dylematów, wręcz przeciwnie, wybór któregoś ich członu będzie dla nich banalnie łatwy i nie przestaną zachodzić w głowę, jak dla kogoś innego, podobny wybór w ogóle może być problematyczny czy tym bardziej, ze względów egzystencjalnych, destruktywny. I vice versa. Po prostu, każdy z typów osobowości ma ulokowane gdzie indziej swoje, że się posłużę gwiezdnowojennym terminem, punkty przełomu — newralgiczne miejsca, najwrażliwsze i najbardziej podatne na wzajemne kruszenie i rozłam.

Innymi słowy, solą MBTI nie jest sam podział na typy, wtórne wobec sposobów postrzegania, odczuwania czy myślenia (do wewnątrz, bądź na zewnątrz), a wyszczególnienie tych ostatnich, co jest najbardziej obiecujące dla moich zamierzeń, jako że sposoby te stanowią jednocześnie środki produkcji wobec wszelkich decyzji i jako takie są używane przez działające jednostki. Sam wybór typologii jest zresztą kwestią drugorzędną. Jeśli znajdzie się lepsza, dogłębniej wyszczególniająca formy, za pośrednictwem których ludzie postrzegają zjawiska i przekształcają świat, będzie mogła zająć miejsce wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. W każdym razie, to akurat jest element wymienny i nie będę się specjalnie przy nim upierał, jeśli znajdę, stworzę czy dostanę lepszy. Nie ukrywam też wcale, że częściowo, mój wybór podyktowany jest popularnością tej akurat propozycji – dzięki niej mogę „wysłużyć się” innymi (czytaj: skorzystać ze spostrzeżeń jakich dokonali, zaoszczędzając swój czas), w jakimś stopniu też weryfikować swoje sądy na podstawie porównań i konfrontacji przeczących sobie interpretacji danych zachowań. Praktyka zresztą potwierdza potencjał, jaki dostrzegam w tym systemie: w przeciwieństwie do innych, ludzie korzystający z tego narzędzia podejmują próby rozpoznawania typu osobowości historycznych postaci poprzez owoce ich działań. Przykładem może być serwis Celebrity Types, w którym znajdziemy takie oto soczyste infografiki z porównaniami:

Za każdym z wynotowanych tam poglądów czy zachowań stoją jakieś funkcje kognitywne. Ponieważ sam jestem INFJ, najłatwiej, bo z miejsca, będzie mi Wam rozszyfrować Spinozę i Platona. Otóż, jeśli zestawimy ich ze sobą, zauważymy też pewne podobieństwa w ich pracach, zwłaszcza w charakterze filozofii jaką tworzyli. Obie były unifikujące, wymierzone przeciw konfliktowi. Obie były aprioryczne. Obie bliskie mistycyzmowi. Obaj filozofowie podobnie radzili sobie ze sprzecznościami, tworząc na szczeblu wyżej ich syntezę, podporządkowując je jakiejś nadrzędnej im myśli, hierarchizując swą narrację.

Te zbieżności są nieprzypadkowe. U obu dominującą z funkcji była introwertyczna intuicja (Ni), którą możecie wyobrazić sobie jak soczewkę skupiającą światło – premiującą myślenie konwergentne, nad którą nie ma się żadnej kontroli, bo zasilanie leży poza nią. W pewnym momencie wskazuje ona to właściwe, aczkolwiek najczęściej dalekosiężne rozwiązanie, które trzeba później opracować, ale co do którego ma się niezachwianą pewność i robi się to z przeświadczeniem o jego niezaprzeczalności – grzebanie w empirii jest zbędne. W połączeniu z introwertycznym myśleniem (Ti) (zauważcie, obie funkcje stricte poznawcze skierowane są do wewnątrz!), kończy się na aksjomatyzowaniu wyabstrahowanych z jakiś abstraktów kolejnych abstraktów, określanie relacji między nimi, które ostatecznie są i tak bliższe, bardziej oczywiste oraz nurtujące w o wiele znaczniejszym stopniu, niż ta sensualna, rozedrgana, namacalna plama za oknem, która nam ich dostarcza, zwana przez Was rzeczywistością. Więc jaki, kurwa, empiryzm? ;) Empiryzm to policzek dla naszej swojości, wszakże metoda eksperymentalna jest okazywaniem braku szacunku wobec rzeczy wzniosłych.

Jednakże nie wszystko w twórczości Spinozy i Platona można wyjaśnić połączeniem tych dwóch funkcji. O ile umiłowanie aprioryzmu, i owszem, o tyle unifikacji – już nie. To znaczy, samą jej „techniczną” i intelektualną stronę, jak najbardziej, bo w gruncie rzeczy najczęściej też sprowadza się do użycia myślenia konwergencyjnego, ale nie wytłumaczymy tym motywu snucia rozważań o jakichś nadrzędnych całościach, Jedniach czy jedynej substancji. Skąd więc to się bierze? Z ekstrawertycznego czucia (Fe), które u nas jest drugą po intuicji najsilniejszą funkcją. Ponieważ jest zwrócona na zewnątrz, odpowiada za potrzeby emocjonalnego kontaktu z innymi ludźmi, nie sobą samym – na ogół więc czujemy się tak, jak czuje się rezonujące w nas otoczenie. Funkcja ta determinuje nasze towarzyskie ciepło, taktowność i układność, czasami chęć utrzymywania pozorów, po to by kogoś nie zasmucić. Jeżeli dochodzi do jakiegoś konfliktu, często zdarza się, iż stajemy w roli samozwańczych mediatorów, wchodzących między wódkę a zakąskę, po to tylko by je rozładować, bądź zakończyć, bo to jest także naszym interesem: źle czujemy się tam, gdzie źle czuje się ktoś inny, co nam się udziela. Generalnie więc, ta funkcja odpowiada też za sporo zachowań mesjanistycznych, romantycznych i ogólnie rzecz biorąc, samobójczych. Rozumiecie już? Sprzeczności w myśli filozoficznej są po prostu metaforą konfliktu między ludźmi. Konfliktu, który nas rani. Jeśli jest jakaś sprzeczność, to w końcu ktoś może opowiedzieć się jednym stanowiskiem, a inny za drugim. I o ile większość ludzi oczekuje wtedy poparcia jednego bądź drugiego bądź nie wtrącania się w taki spór, o tyle INFJ zazwyczaj zachowują neutralność, uznając że żadna ze stron nie zasługuje na ich poparcie (bo w końcu tamci walczą o jakieś swoje interesiki, które my co prawda rozumiemy, ale są dla nas nieistotne i niewarte spięcia), ani też na eliminację, jednak konflikt trzeba i tak wygasić i tu pojawia się potrzeba syntezy na jakimś wyższym poziomie, czyli odpowiednik jakiegoś salomonowego wyroku. I tu wkraczają Jednie i inne panteizmy, Absoluty, Byty od Parmenidesa i reszta maksymalnie inkluzywnych przedmiotów, w których może mieścić się WSZYSTKO, czyli w domyśle – WSZYSCY. Dopóki jest możliwość uwzględnienia wszystkiego, bez odrzucania i rezygnowania z czegokolwiek (i bycia niemiłym dla tegoż), będziemy z niej korzystać.

 A czym innym podyktowane było moje dążenie do ideału systemu politycznego, który pozwoliłby jednostce, w ramach jej uprawnień, na kreowanie własnego, dowolnego aksjologicznie ładu? Systemu, który powstał, gdy libertarianizm okazał się w swej budowie zbyt wykluczający? Rozwijałem i będę rozwijał nadal koncepcję świata najbogatszego pod względem ontycznym jako jednocześnie najbardziej wolnościowego, w którym rzekomo konkurencyjne i sprzeczne względem niego stanowiska nie są wykluczone, ale stanowią możliwy do wyprodukowania towar. Czy to nie jest ten sam manewr ucieczki w górę? Wolnorynkowy odpowiednik czegoś w największym stopniu inkluzywnego, czegoś co będzie manifestacją przedmiotu najuboższego treścią, lecz o najszerszym zakresie, z genezą antropogeniczną? Niewątpliwie! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę infografikę ze Spinozą i na niej:

when faced with a logical contradiction, adds up both positions to form a greater whole

pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było: „Przecież to jest niemalże mój znak rozpoznawczy! Robię dokładnie to samo. Wdrapuję się na jakieś szczyty, by uspokajać skłóconych, znajdując im obu miejsce w systemie, jakąś funkcję, dzięki czemu uda się zachować obu.” Baruch zadziałał podobnie. Chciał zachować majmonidesowy mistycyzm i kartezjańską racjonalność. Stworzył coś, co połączyło jedno z drugim. I choć w more geometrico jak najbardziej widoczne są wpływy Ni i Ti, sam motyw ukucia czegoś takiego, wynika jak najbardziej z Fe. Spory filozoficzne są więc w dużej mierze sporami między ludzkimi charakterami. Skłonności do danych stanowisk wyjaśnić można wewnętrzną budową implikującą sposób bycia i życia, preferowanych sposobów postrzegania.

Antropiczna teoria form, nawet gdyby powstała, miałaby oczywiście swoje ograniczenia i to dość znaczne. Nie obejmowałaby oczywiście tego, na co człowiek nie ma wpływu. Zarówno w sferze makro — nie mogłaby wyjaśnić właściwości praw fizyki, bo one są „odciśnięte” przez coś innego niż ludzi, jak i mikro; nie wyjaśniłaby biologicznych mechanizmów dziedziczenia. (Chociaż mogłaby wyjaśnić już ewentualne starania człowieka, by odpowiednio zarówno jedne i drugie, zmienić czy nagiąć do swoich potrzeb.) W obu przypadkach takie filozofowanie musiałoby ustąpić „prawdziwej nauce” w postaci odpowiednio: fizyki i genetyki, należy zauważyć, że i one same korzystają z podobnej teorii odciśnięć, tyle że ogólniejszej, gdy poszukują dróg przekazywania informacji czy jakichś zbiorów stałych, determinujących jakość czy rację bytu przedmiotów od nich zależnych. Natomiast z całą pewnością to podejście odniosłoby sukces w innych kwestiach, dotyczących dynamiki świata ludzkich działań, wyjaśniania kształtu kultury i jej zmian. Przykładowo, na polu estetyki pomogłoby wypracować teorię gustów, a dzięki takowej można byłoby przewidywać, co się komu ma szansę spodobać i z jakich powodów (harmonizowanie dzieła ze specyfiką funkcji poznawczych odbiorcy).

Myślę, że gra jest warta świeczki. Całość opiera się na prostej myśli: podobieństwa generują podobieństwa. Trzeba znaleźć tylko odpowiednio dobry miernik podobieństwa i nauczyć się patrzeć, a jest przecież na co… Rozedrgana plama za oknem drga, drga, drga…

Inspiracje?

Nie podaruję tego, co irytuje tak pampiego — postaram się znaleźć źródła tego pomysłu. Główną rzeczą przychodzącą mi na myśl, jest oczywiście metafizyka klasyczna i jej pierwsze zasady. Mógłbym też nawiązać pewnie do mistyków i ich przekonania o równoważności mikrokosmosu wewnątrz człowieka i makrokosmosu na zewnątrz, które są tym samym, pochodzą z tego samego źródła, więc badając siebie przez bardzo głęboką introspekcję, możemy dojść także do pewnych jakości świata zewnętrznego, z którym jesteśmy kompatybilni i musimy mieć coś wspólnego. Można byłoby tę intuicję rozciągnąć i poszerzyć w duchu ewolucjonistów: skoro istniejemy w dzisiejszych warunkach, bo jesteśmy przystosowani do istnienia w dzisiejszych warunkach — zatem, jeśli przystosowanie uznać za relację pewnej zbieżności, jakie są dzisiejsze warunki i jacy jesteśmy my sami? Gdzieś trzeba postawić paralelę, skoro jesteśmy zdolni żyć w takim otoczeniu. A dalej to już prosto, wystarczy zapytać o naszą bytność, efekty naszych działań, o ich jakości, wywnioskować z własnej budowy, dlaczego one są takie, a nie inne.

Albo wrócić do tego cytatu z Platona, skoro był podobny i pisał takie rzeczy:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

Pewnie mógłbym wyjaśnić to w ten sposób, ale wydaje mi się, że tak naprawdę ta rzecz przyszła z bardziej pop-kulturowych źródeł, w czasach gdy filozofią się nie zajmowałem (a były takie?!), przynajmniej nie wprost — w dzieciństwie. Właściwa, najstarsza i najbardziej prostolinijna część tej myśli, najprawdopodobniej pochodzi z filmów kryminalnych, w których ze sposobu mordu (najczęściej seryjnego), wyboru ofiar i innych dość skromnych, nieoczywistych poszlak, śledczy starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji i na ich podstawie stworzyć portret psychologiczny sprawcy, wnioskując z jego dzieła o nim samym, zawężając w ten sposób grono podejrzanych, czy w ogóle je typując. To sprawka takiego Obywatela X”, „Milczenia owiec” i innych hannibalowych filmów (w sumie, faworyzując swoich, powinienem z tego cyklu wybrać „Czerwonego smoka” ze względu na postać Willa Grahama) czy też zdecydowanie mojego ulubionego „Seven” Finchera. W każdym z tych obrazów, bardzo wyraźnie pojawia się ten motyw.

Ale mogę podrążyć temat jeszcze głębiej, znajdując chyba najbardziej bezpośredni i najlepiej pasujący wpływ. Na początku wydawało mi się to dość mgliste, bo zupełnie zapomniałem o tych książkach. W przyrodzie jednak nic nie ginie, a użycie terminu zaczerpniętego, niby przypadkowo, z „Gwiezdnych wojen” wcale okazało się nie być przypadkowe. Czyżby chodziło o podchwycenie pomysłu fikcyjnego Wielkiego Admirała Thrawna? Zresztą sami zobaczcie:

  • Pierwsze spotkanie czytelnika z Thrawnem. Fragment rozdziałuotwierającego„Dziedzica Imperium”: 1, 2, 3, 4

  • Jedyny raz, gdy się nie udało – koniec rozdziału piętnastego. 5

W skrócie:

Thrawn na podstawie kultury tworzonej przez jakiś gatunek czy populację danego świata, z jakim się mu przyszło potykać, potrafił określać ewentualne niedostatki, psychologiczne słabe strony wroga, jakie przekładał później na język wojny. Następnie wybierał taktykę w największym stopniu te słabości wykorzystującą, co sprawiało, że był przeciwnikiem wyjątkowo trudnym, bo rzucającym na swego oponenta jego największe demony, często pewnie takie, z jakich istnienia tamten nie zdawał sobie nawet sprawy — dopóki nie było już za późno…

Teraz zresztą przypomina mi się, że nawet bezpośrednio po lekturze tych książek, gdzieś w okolicach 1996, byłem dość sceptycznie nastawiony wobec możliwości przeprowadzenia analizy pod akurat takim kątem. Głównej trudności upatrywałem w odróżnianiu, przy dość skąpych informacjach, tego co jednostkowe, od tego co ogólne. O ile zgodziłbym się, że na podstawie dzieła możemy powiedzieć coś o jego twórcy, o tyle naciągana wydała mi się ekstrapolacja jego cech na resztę populacji, z jakiej pochodzi. Jak na podstawie rozpracowania jego dzieła wyodrębnić własności charakteryzujące wszystkich, spośród tych charakteryzujących wyłącznie jego samego, czyniących go pod pewnymi względami specjalnym? Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś cechy twórcy, na podstawie analizy jego dzieła, skąd właściwie możemy wiedzieć, czy ta cecha jest reprezentatywna dla ogółu? Tym bardziej w przypadku sztuki, którą przecież często, o ile nie zazwyczaj, uprawiają osobniki wyróżniające się pod pewnymi względami spośród pobratymców. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, iż w jakimś stopniu, jako reprezentant danego zbioru, artysta musi w jakimś zakresie być podobnym do pozostałych członków swojej społeczności, ale nie wiemy w jakim. I dlatego, chociaż ta metoda rozpoznania przeciwnika jest interesująca w zarysie i z pewnością imponująca w opisie, to już przy detalach i know-how staje się dziurawa jak sito. Co wcale, mimo tych zastrzeżeń nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą. Fantastyka ma być fantastyczna. Thrawn był widocznie geniuszem i znalazł jakiś sposób na obejście tych problemów albo był skłonny do większego ryzyka. Cykl Timothy’ego Zahna jest jednym z bardziej udanych franczyzowych zapychaczy spod znaku gwiezdnej sagi i w sumie szkoda, że to nie z niego zostanie wykrojona kolejna filmowa trylogia, tym razem pod patronatem kombinatu Disneya. Zresztą… nietrudno będzie zrobić coś lepszego od prequeli…

Koneser sztuki gromiący Rebeliantów, esteta, erudyta i geniusz wojenny – Mitth’raw’nuruodo. Jedna z ciekawszych postaci antagonisty, jaka została wykreowana na potrzeby starwarsowej franczyzy.

 

Wersja offline – PDF

Reklamy

Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę:

Trylogia Introspekcyjna: „Tkając sieć wzajemnych powiązań”

Kręć się kręć wrzeciono! Wić się tobie wić!

Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić.

Jan Czeczot

Ta część cyklu opierać się głównie będzie nie tyle na wyjaśnianiu poprzez opis, a przez wskazywanie. W dużej mierze jest to spowodowane specyfiką aspektu, na jaki rzucę więcej światła w bieżącym wpisie – będzie to najprostszy i zarazem najbardziej przejrzysty sposób jego przedstawienia. Zresztą sami zobaczycie.

Najpierw pokażę Wam ciekawą cechę holizmu, która będzie kluczową. To pojęcie w zależności od dyscypliny w jakiej występuje, różni się nieco znaczeniem, natomiast mnie interesować będzie to quine’owskie. Jeśli nie przytrafiła się Wam lektura Dwóch dogmatów empiryzmu, możecie zajrzeć do wykładów profesora Groblera (tu, tu bądź tu.). Znajdziecie tam następujące ustępy:

Wedle koherentyzmu mniemanie jest uzasadnione wtedy i tylko wtedy, gdy jest elementem koherentnego systemu mniemań. System mniemań zaś jest koherentny wtedy i tylko wtedy, gdy poszczególne elementy systemu wzajemnie się uwiarygodniają. Do takiego rodzaju uzasadnienia odwołują się sędziowie, gdy mają zdecydować, którym zeznaniom świadków dać wiarę.

[…]

W artykule „Dwa dogmaty empiryzmu” (1951) jednym z zaatakowanych przez niego dogmatów jest założenie empiryzmu logicznego, w myśl którego hipotezy są sprawdzane w pojedynkę. Quine twierdzi, że „nauka jako całość stoi przed trybunałem doświadczenia”. To znaczy, niezgodny z przewidywaniami wynik eksperymentu przemawia nie przeciw określonej hipotezie, lecz przeciw systemowi hipotez. W takim przypadku trzeba niektóre hipotezy systemu wymienić, żeby przywrócić mu koherencję. Żadna hipoteza nie jest odporna na rewizję, nawet prawa logiki. O tym, które zdania nauki ulegają wymianie w razie konfliktu z doświadczeniem, decyduje ich usytuowanie w systemie. Quine porównuje go do koła. Hipotezy leżące na obrzeżu są najbardziej wrażliwe na doświadczenie, a w położone centrum najmniej. Usytuowanie zdania w systemie zależy od związków z innymi zdaniami. Im liczniejsze związki, to znaczy, im więcej zmian w systemie pociągałoby odrzucenie danego zdania, tym bliżej jest ono centrum. W samym centrum znajdują się prawa logiki.

Ja może w przeciwieństwie do Quine’a, holizmu nie porównałbym do koła, co raczej stożka. Jest on mimo wszystko hierarchiczny, bo o hierarchii hipotez decyduje już sam stopień podatności na wymianę.

No dobrze, ale co mam z tym wszystkim wspólnego? Otóż, okazuje się, że dużo. W poprzedniej części wspomniałem o swoim niechętnym stosunku do podejmowania działań wymagających ode mnie dużej elastyczności, trudnościach z motywacją do jakiegoś działania, ale i z rezygnacji z takiego, które prowadzi do pieczołowicie wybranego celu, na które się już zdecydowałem. Można to wyjaśnić właśnie holistyczną naturą organizacji mego wewnętrznego świata, który nieustannie ze sobą taszczę. W tym wpisie pokażę Wam może nie tyle sam bagaż, co sposób w jaki jest upakowany.

Pajęcza sieć. Fotografia autorstwa Heiko Koehrer Wagner.

Pajęcza sieć. Fotografia autorstwa Heiko Koehrer Wagner.

Jakiś czas temu napisałem posta na Forum Libertarian. Zawsze jest to jakiś punkt startu, bo czasem zdarza mi się pisać posty w rzeczonym miejscu. Ot, tak w ramach niezobowiązującej pogaduszki w luźnej atmosferze, bez odwoływania się do jakichś źródeł, powoływania na badania. Wymiana opinii nie pretendująca do bycia niczym więcej poza nią samą. Więc napisałem posta bez specjalnego zastanowienia nad jego treścią, ot raczej spontanicznie wyrażając co mi leży na wątrobie, w odpowiedzi na równie nieprzemyślane wyrażenie ze strony kogoś innego [tak przynajmniej podejrzewam, żeby nikogo nie urazić]. Oto ten post.

Oczywiście, mój punkt widzenia znajduje tam uzasadnienie, jako że nie przepadam za wypowiedziami którym takowego brakuje, sam więc staram się podbudowywać nimi nawet niezobowiązujące wymiany opinii. Ludzie zajmują takie czy inne stanowiska w kwestiach wszelakich, ale dla mnie naprawdę interesujące bywają dopiero powody, dla których je zajmują, a nie one same. W tamtym poście znajdziecie akurat uzasadnienie z wiedzy i jej braku, implikującego bezradność. Dosyć zdroworozsądkowe. Ale jeśli się zastanowić poważniej, to uzasadnienie nie jest powodem, dla którego skłaniam się ku takiemu poglądowi. Jest ono ewidentnie „eksportowe”, przeznaczone dla czytających forum.

Tak naprawdę skłaniam się ku temu poglądowi z innego powodu. To zwyczajnie odpowiedni klocek w adekwatnym miejscu. Jest spójny z resztą [poglądów] i poniekąd potrzebny, aby zapewnić scementowanie całej wielkiej konstrukcji. Wynika z nich i zapełnia lukę w jakiejś sferze oglądu rzeczywistości, która pojawiłaby się gdyby zabrakło jego obecność. Żeby to odpowiednio unaocznić, pokuszę się o nietypową demonstrację. Znajdę w większości z napisanych do tej pory na blogu tekstów, podstawę dla treści tamtego wpisu.

Zacznijmy zatem od tego, jak oceniam zachowania pedofilskie. Cóż, prywatnie, dla mnie stanowią one po prostu moralne zło, czynności szkodliwe społecznie, z reguły przysparzające krzywdy i cierpienia ich ofiarom. Ale nie zmienia to faktu, że zło można stopniować i większych zagrożeń upatrywać w czymś innym. Na przykład w tym, co dotyka i wiktymizuje szerszą rzeszę ludzi.

Możemy więc sięgnąć do pierwszego tekstu, „W obronie suwerenności właściciela..” i sięgnąć po cytat:

Tutaj mamy do czynienia akurat z przyzwoleniem na możliwe zło w każdej postaci, po to by uchronić się od zła koniecznego, które z całą pewnością uderzy także i w dobro – chodzi o prostą minimalizację strat. Alternatywą jest bowiem tylko interwencjonizm.

Interwencjonizm uznaję za zło z całą pewnością groźniejsze od poczynań pedofilów. Dotyczy dziś każdego, niszczy podmiotowość, znosi więc odpowiedzialność, generuje poważne kryzysy, co także ma negatywny wpływ na kondycję moralną ludzi, odpowiada za wszelkie wojny, a przede wszystkim pozuje na rozwiązanie zbawcze, więc jest zwodnicze. O pedofilach trudno byłoby powiedzieć to samo – nie wyrządzają krzywdy każdemu, lecz nielicznym. Rachunek jest więc prosty. Lepiej zgodzić się na lokalne, jawne zło pedofila, niż uniwersalne, utajone państwa, które rzekomo przed nim broni.

Inną sprawą jest, że uznaję zło, mimo całej jego naganności, za rzecz niezbędną. Nie tylko czasami komuś użyteczną:

Nawet jeśli ludzkość będzie się mnożyć na potęgę, to jeżeli pójdzie za tym pluralistyczne nastawienie wobec potrzeb, więcej ludzi będzie mogło utrzymać się na przyzwoitym poziomie, wykorzystując i proponując kolejne formy ich zaspokajania. Dzięki złu, jako odmiennej preferencji od tej ortodoksyjnej, większa liczba ludzi może wieść dobre życie. Zło moralne może być jak najbardziej dobrem w sensie ekonomicznym.

Produkcja złej z punktu widzenia konserwatystów muzyki metalowej, wg nich wypaczającej klasyczne kanony piękna i w warstwie tekstowej promującej antywartości, przynosi jednak zysk. Pozbycie się jej samej, wraz z twórcami, spowoduje, że wielu z nich, wybierając inny sposób zarobkowania, stworzy dodatkową konkurencję w istniejących już „właściwych moralnie” branżach, pogarszając swoją i cudzą sytuację finansową, nie wykorzystując też w pełni swojego talentu; zamiast dobrego „złego” metalu dostaniemy od nich co najwyżej średnie buty.

ale wręcz niezbędną, nie tyle już nawet dla samego maksymalizowania dobra:

Usunięcie cierpienia wcale nie sprawiłoby, że świat stałby się lepszy. Zabrakłoby w nim bowiem i tej części piękna, które w cierpieniu znajduje swój początek. Nie powstałaby klasa utworów opisujących je, a pośród nich i te o wielkiej wartości estetycznej. Ani klasa szlachetnych czynów, dokonywanych przez ludzi, na których cierpienie innych wywiera wpływ, któremu się sprzeciwiają i pragną nieść pomoc jego ofiarom. Jedno jest zależne od drugiego – aby maksymalizować dobro i piękno, trzeba też maksymalizować zło i brzydotę. Im więcej wolności, tym bliżej całkowitego nasycenia w jedno i drugie.

co już samej możliwości jego rozpoznania:

No, ale jaką wartość ma taki nieustanny hiperorgazm, jeśli nie można go odróżnić od nie-orgazmu, bo trwa nieustannie? Hiperorgazm jest dla tamtego umysłu stanem normalnym, nominalnym – trudno nawet powiedzieć o nim, że jest przyjemny, bo nie ma go nawet z czym porównać. Jest więc obojętny.

gdyż:

 jest to spowodowane specyfiką ludzkiego umysłu, który aby rozpoznać jakąś informację, potrzebuje też tła, które nie będzie nią samą

To prowadzi więc do wniosku, że mimo wszystko potrzebujemy złoczyńców, bo bez zła i dobro traci swój sens. Tak jak bez jasności – ciemność, bez zimna – ciepło, stają się podobnym pustosłowiem. Maksymalizacja dobra poprzez maksymalizację zła, na które to pierwsze będzie mogło odpowiedzieć, zakotwiczona jest natomiast w samym ideale metafizycznym, świata najbogatszego ontologicznie, który możemy osiągnąć jedynie wtedy, gdy:

podmioty mogą wytyczać dowolne […] drogi [poznania] a świat fizyczny jest bogaty wydarzeniami, które stanowić będą inspirację i przyczyny istnienia/odkrycia, następnych przedmiotów świata inteligibilnego. Te z kolei wpłyną na świat fizyczny, skutkując w nim zwielokrotnieniem w rozmaitości wydarzeń, których przyczyny pochodzić będą z nowo eksplorowanego obszaru przestrzeni wiedzy, w następnym cyklu zaś przyczynią się do dalszej eksploracji tegoż. I gdy cykl ten będzie trwał nieprzerwanie, a wszystkie kierunki zwiadu będą dopuszczalne, podobnie jak powodowane wydarzenia, osiągniemy właśnie to wspomniane optimum.

Ponieważ nie wiemy, jakie wydarzenia w świecie fizycznym spowodują odkrycia w świecie inteligibilnym, dopuszczamy je wszystkie. Utrata bądź zubożenie otoczenia o jakieś wydarzenia, mogłyby bowiem wpłynąć negatywnie na odkrycia w świecie inteligibilnym.

Jeśli żywot stanowi program poznawczy albo możemy go do takiego zredukować poprzez qualia – każdy jego przejaw jest odpowiedzią na pytanie: „jak to jest być x?”, które możemy zadać w każdej chwili jego trwania. Każda chwila, a raczej stan rzeczy w niej zobrazowany ma więc jakąś wartość poznawczą. Aspiracje życiowe są natomiast niczym innym jak tylko specyficznymi intencjonalnymi hipotezami, dotyczącymi jakiegoś kierunku czy też preferowanego pakietu wrażeń do poznania. Poparte działaniami mogą go przybliżyć, nie tylko wytyczając, ale i odbywając „podróż” w wybranym kierunku. Eksploracja KAŻDEJ płaszczyzny w KAŻDYM kierunku, jaki tylko na niej można wytyczyć w świecie inteligibilnym, dotyczy też płaszczyzny zamierzeń, środków i celów oraz ich praktycznej realizacji.

Świat, w którym nikt nie mógłby udzielić odpowiedzieć z autopsji na pytanie „jak to jest być pedofilem/ofiarą pedofila?” byłby też światem, w którym nie można byłoby odpowiedzieć na pytanie „jak to jest, ocalić dzieci przed pedofilami?” Istnienie jeszcze jednej egzemplifikacji zła otwiera drogę istnieniu następnej egzemplifikacji dobra.

Politycznym rozwiązaniem, które skieruje nas w kierunku osiągnięcia ideału świata najbogatszego ontologicznie jest z kolei uzewnętrznienie:

struktury duchowej ludzi prywatnych” poprzez nadanie im suwerenności, która wpłynie dalej na pełniejszą realizację wszelakich potencjalnych bytów i relacji między nimi, jakie wyniknąć mogą, gdy da się [ludziom] całkowicie wolną rękę w obrębie ich własności.

Można zatem powiedzieć, że nadziei na ulepszenie zarówno świata jak i ludzi nie upatruję w usuwaniu możliwości czynienia zła, co raczej w nauce podejmowania decyzji z myślą by go uniknąć i wybrać dobro, tam gdzie jesteśmy władni o tym decydować, pozostawiając innym podobnie otwartą alternatywę, nawet jeśli mieliby błądzić. I tak, ostatecznie, się przydadzą, jako iż dobro i zło są dla siebie wzajemnym nawozem. Złem wyższego rzędu jest natomiast pozbawianie ludzi możliwości wyboru między tymi wartościami, jego przeciwieństwem zaś umożliwienie im go. Innymi słowy wolność jest dobrem metaetycznym, dzięki któremu wartości z tej sfery zyskują rację bytu.

Było holistycznie? Było. Kierowaliśmy się do wewnątrz całego tego układu twierdzeń i wartościowań a następnie z powrotem – na zewnątrz. Jak to wskazałem, rozstrzygnięcia etyczne inkorporowane były w poglądach politycznych, które z kolei podporządkowane są jako środek do celu, jakim jawi się jeszcze ogólniejszy program metafizyczny, stanowiący płaszczyznę nadającą sens wszystkiemu innemu, co jest jej podporządkowane. A to zaledwie niewielki wycinek mojego sekretnego świata. Niewielki gdy się ogląda go z dystansu. Faktycznie, przy zmianie punktu odniesienia i skali z dowolnego jego miejsca można udać się na wielogodzinne wędrówki szlakami wyłaniających się nowych powiązań, wyciągając wcześniej nieznane wnioski i rozbudowując tę strukturę o kolejne konkluzje.

W przypadku bieżącego tekstu (a raczej aktu introspekcji jaki za nim stał) taką okazało się być sformułowanie o metaetycznym charakterze wolności. Piszę „okazało się”, bo przed podjęciem tematu nigdy nie zajmowałem się określaniem jej statusu względem sfery etyki. Przynajmniej nie wprost. To także zresztą jest dosyć symptomatyczne – częste poczucie posiadania czegoś na końcu języka, kluczenie okrężną drogą wokół czegoś niewypowiedzianego, co wydaje się być właściwe i odpowiednie, ale nie od razu staje się klarowne, oczywiste, zrozumiałe i gotowe do przedstawienia komuś innemu – wymaga zwyczajnie kolejnego podejścia, czasem innego dnia bądź nastroju, który pozwoli przetrawić i doszlifować myśl.

Z tego powodu często można znaleźć mnie przy lekturze własnych tekstów. Nie świadczy to wbrew pozorom o narcyzmie. Raczej o potrzebie autoobserwacji. Swoich czynów, wniosków, ścieżek rozumowania, które w chwili formułowania czy wypowiedzenia nie były całkowicie świadome, tj. nie do końca zdawałem sobie sprawę z osadzenia ich w szerszym kontekście, którego znajomość jest dla mnie z jakiegoś powodu niezbędna (czyżby było nim pragnienie utrzymania spójności?). Jeśli wyglądam na zamyślonego, zapewne skupiony jestem na łączeniu upatrzonych wcześniej punktów, misternym tkaniu pajęczyny.

Ten sposób wewnętrznej budowy implikuje parę rzeczy. Przede wszystkim niechętny jest wszelakim rewolucjom i woltom stanowisk o 180 stopni. Polega raczej na ewolucyjnej nadbudowie tego co już istnieje, niż burzeniu i stawianiu nowego. Na wyłanianiu ścisłego, niezmiennego rdzenia i organizowaniu wokół niego nowych informacji. Nie jest więc tak, że nie zmieniam poglądów. Zmieniam. Nie przebiega to jednak burzliwie, nie inicjują tego procesu bezpośrednio wydarzenia w świecie (czyt. empiria), a raczej uchwycona świadomość istnienia jakiegoś optimum, które można osiągnąć, dzięki stosownym korektom. Z biegiem lat, dzięki doświadczeniu i gromadzonej wiedzy coraz łatwiej przychodzi określanie tego optimum, więc w moim wypadku przypomina to raczej stałą pogoń w doprecyzowaniu ideału niż miotanie się między jakimiś stanowiskami. Im jestem starszy, tym tych zmian będzie mniej, a one same mniej spektakularne, oczywiście przy założeniach, iż będę radził sobie z tym równie dobrze jak dziś, większość roboty już odwaliłem, no i że nie dorwie mnie demencja.

Związane są z nim wspomniane na samym początku utrudnienia, w postaci braku elastyczności, która czasem się przydaje, ale z drugiej strony zdolność do postrzegania i systematyzowania wszystkiego w takie struktury też sporo ułatwia. Przy obserwacji innych ludzi stanowi podstawę dla wyczulonego wykrywacza kłamstw i nieszczerości. Gdy ktoś jest niespójny, nie jest też przewidywalny i przez to dalej: nie jest godny zaufania, bo na czym je oprzeć? Wyjaśnia także mój upór w kwestiach pryncypiów. Skoro większość z nich powstaje jako dzieło na przestrzeni całego życia i to poniekąd jest jej podporządkowane, bo stanowią samo centrum najrzadziej wymienianych twierdzeń, to naprawdę trudno je ruszyć z miejsca. To skłania do uznania, że cechy charakteru nie istnieją ot, tak sobie jak logiczne atomy, niezależne przedmioty, a mamy w ich wypadku do czynienia z emergencją – powstają jako wypadkowe kilku wewnętrznych dyspozycji. Mniej więcej tak, jak całe bogactwo barw można osiągnąć tylko dzięki kombinacjom złożeń trzech podstawowych.

Wskazówką dla ewentualnych konwertystów po seansie „Incepcji”, usiłujących nakłonić mnie do swojego punktu widzenia mogłaby być zatem porada, aby nie brali mnie pod włos, usiłując burzyć co już postawiłem i co stoi solidnie, a raczej nawiązywali do tego co już jest i tworzyli tego spójną kontynuację.

Ale ten holizm obecny jest i w innych sferach życia. Sieć znajomości i przyjaźni układa się podobnie. Oczywiście każdy ma bliższe i dalsze sobie osoby, ale nie każdy potrafi określić dokładne ich położenie w sieci układów towarzyskich, a tym bardziej uzasadnić, dlaczego każda z nich zajmuje określone miejsca, ani tym bardziej, co musiałaby zrobić, czy raczej jaką się stać, aby przesunąć się ku bardziej zaufanemu inner circle, nie mówiąc już o samym, najcenniejszym bullseye.

Introwertyczna intuicja (Ni) odpowiadająca za ten holistyczny sposób zorganizowania sfery poznawczej, w praktyce wiąże się z powolną adaptacją do nowych kontaktów. Zawsze wykazywałem się daleko posuniętą powściągliwością, gdy wchodziłem w nowe środowisko. Najdogodniej czułem się z początku, trzymając się z boku, na obrzeżach grupy, obserwując jej specyfikę i dynamikę relacji między jej członkami, ustalając jaką rolę w niej pełni każdy z nich, a jakie ma aspiracje, które osoby ceni i z jakich powodów. Dopiero z opracowanym wewnętrznym modelem zbiorowości, jej składowych i relacji między nimi, planuję w jaki sposób zaangażuję się w jej życie, znajdując sobie w niej niszę. Dopóki nie mam szerszego obrazu danego środowiska, nie lubię w nie ingerować – a tym bardziej znajdować się w centrum jego zainteresowania. Bez wiedzy o nim jest to kłopotliwe, dezorientujące i niekomfortowe. Dlatego też powszechnie uznawany jestem za osobę nieśmiałą. Do czasu… ;)

Patrzę na tę notkę i widzę jak została posiekana odniesieniami do innych wpisów. Nic dziwnego. Jej temat jest dość autoreferencyjny i jako taki przenika całą moją twórczość a przede wszystkim sposób jej powstania, jako że w niej przemyca się prawdy o sobie. (Tak, poprzednie zdanie było też ukrytym nawiązaniem do tego Platona, w swej filozofii odbijającego autoportret fragmentu samego siebie, za pomocą tego kawałka. Identycznego z tym, dzięki któremu, poprzez który i o którym powstała ta notka.) Każdy następny wpis, siłą rzeczy też będzie powiązany z poprzednimi. Kolejny fragment pajęczyny. Nawet jeśli zdarzy się, że spojenie nie będzie to łatwe do dostrzeżenia dla czytelników, ale także i samego autora. Jakieś się znajdzie. Zawsze się znajduje.

Cóż, Paul Simon dobrze wie o czym mówimy.

Wersja offline – PDF