Szkice o samoposiadaniu: teoria uprawnieniowa w ogniu prokreacyjnych dylematów

Rozmnażanie sprawia wszystkim mnóstwo kłopotów. Ot, są jakieś normy kulturowe, z którymi wypada być w zgodzie — czasami się to nie udaje i problemy mamy jak na zawołanie. Jeśli już się nawet uda przebrnąć przez ten etap bez większych komplikacji, trzeba wziąć na siebie ciężar bycia przewodnikiem, ostoją i inspiracją dla tego, co się stworzyło. Odpowiadać na pytania, na które nie zna się odpowiedzi, dbać o tego rozwój, ale przede wszystkim znosić presję odpowiedzialności, zapewnienia bytu, chronienia przed niebezpieczeństwami świata i wreszcie przygotowaniem potomka do samodzielnego życia, wcześniej odkrywając jego zalety, na których będzie w nim polegał oraz wady, z jakimi będzie musiał się zmierzyć. Niełatwo być rodzicem. Ale jest specjalna grupa ludzi, którzy mają przez to jeszcze trudniej. To libertariańscy teoretycy, z mozołem próbujący uzgodnić ze swym pomysłem na opis działania społeczeństw, ten złośliwy fakt, iż ludzie z samych siebie są w stanie tworzyć innych ludzi. Rozmnażanie człowieka jest naprawdę wredne. Burzy spójność libertarianizmu, stawia aksjomaty naprzeciw temu, co miało z nich wynikać, obraca w niwecz całą jego rzekomą prostotę, oczywistość oraz praktyczną wygodę.

I. Samoposiadanie jako aksjomat to ślepy zaułek.

W poprzednim tekście wskazałem, że samoposiadanie swą konstrukcją generuje problemy, wynikające z niewystarczającego potencjału przy takim określeniu uprawnień jednostki. Jego niedostateczność przekreśla możliwość wpływania na innych bez ich zgody, w wielu wypadkach czyni niemożliwym realizację jakiejkolwiek egzekucji sprawiedliwości, przynajmniej bez wprowadzania kolejnych ukrytych założeń. W przypadku dzieci, oprócz tego kłopotu, który oczywiście też będzie występował (władza rodzicielska to wciąż władza, możemy sobie powtarzać, że sprawujemy ją w imię dziecka, ale czy została nam przez nie przekazana? Skąd mamy to właściwie wiedzieć? Gdzie odpowiedni akt woli właściciela samego siebie — dziecka?), dochodzą kolejne sprzeczności — nawet tam, gdzie wcześniej teoria była bez zarzutu.

Zacznijmy od tego, czym w ogóle są uprawnienia. Generalnie, są to uzasadnione podstawy roszczeń jednostek. Twierdząc, że ktoś jest do czegoś uprawniony, mówimy nic innego, jak tylko to, iż jego roszczenia, jeśli takie by do tego wysunął, są słuszne. Jeśli natomiast ktoś jest do tego samego nieuprawniony, jego roszczenia są niesłuszne. Tak więc, jeżeli tworzymy propozycję jakiegoś ładu, powinniśmy zadbać o określenie uprawnień, ich zakresów, ale też sposobu ich przekazywania, rezygnowania z nich, uzyskiwania ich od kogoś oraz w ogóle sposobu ich powstania. Jeśli zrobimy to niedokładnie bądź coś przeoczymy, doprowadzimy do wystąpienia niejasności albo jeszcze gorzej: sprzeczności.

Libertarianizm jest próbą zbudowania takiej propozycji ładu, w którym wszystkie uprawnienia jednostek jednorodnie wynikają z istoty prawa własności i zamykają się w klasie relacji własnościowych. Samego pomysłu takiego rodzajowego monizmu uprawnień nie uważam za głupi, zwłaszcza gdy mamy na celu konstrukcję ładu wolnościowego, w którym uprawnienia nie są nadawane „z góry”, a pochodzą „z dołu” i nie podlegają żadnym negocjacjom z władzą, nie mogą więc zostać przez nią redefiniowane. Taki system musi być prosty i przejrzysty, aby każdy mógł się do niego odwołać i łatwo mógł bronić swoich posunięć, nie odnosząc się do żadnej centralnej władzy, która te uprawnienia miałaby tworzyć lub nimi jakkolwiek rozporządzać. W przypadku libertarianizmu ta próba sprowadza się do wprowadzenia podstawy jaką jest samoposiadanie i dołączenie do niej zestawu reguł umożliwiających apropriację dóbr zewnętrznych względem ciała oraz ich transferowanie między jednostkami.

Natomiast libertarianie, mimo podjęcia tego wysiłku, ostatecznie w nim zawodzą. A dzieje się tak, wcale nie z powodu przyjęcia wyłącznie jednego rodzaju uprawień, a z tego, iż starają się tworzyć teorię jednocześnie normatywną i opisową. W efekcie, w jej założeniach mieszają ze sobą te dwa porządki. Samoposiadanie należy do pierwszego, teoria uprawnień — drugiego. By unaocznić ich konflikt rozważmy kwestię statusu własności dzieci.

  1. Zakładamy, że mężczyzna się samoposiada.

    – jeśli tak, jego ciało wraz ze wszystkimi produktami jego organizmu należy do niego samego; implikuje to, że nasienie też stanowi jego własność.

  2. Zakładamy, że kobieta się samoposiada.

    – jeśli tak, jej ciało wraz ze wszystkimi produktami jej organizmu należy do niej samej; implikuje to, że komórki jajowe także stanowią jej własność

  3. Zakładamy, że samposiadanie jest całkowite, to znaczy: żadna z wyżej wymienionych osób nie przeniosła uprawnień do swoich organów bądź ich produktów w jakimkolwiek zakresie na inne osoby, poprzez: sprzedaż, wypożyczenie, zastaw, etc, jajników, macicy, jąder, komórek jajowych czy spermy. Musimy poczynić takie założenie, bo z tego, iż ktoś się samoposiada, nie znaczy, że nie może zawrzeć umowy przenoszącej uprawnienia do dysponowania swoim ciałem, jego częścią czy jej produktem na kogoś innego. To założenie nie powinno nas dziwić, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zjawiska istnienia dawców nasienia czy surogatek.

  4. Para odbywa stosunek seksualny, co dodatkowo możemy uznać za formę pracy. Jeśli nie jest to praca na czyjeś zamówienie, kwestia własności jej produktu tym bardziej nie powinna budzić żadnych wątpliwości.

  5. Płód jest własnością rodziców — jest produktem ich pracy i w całości składa się z materii stanowiącej ich własność.

  6. Urodziny także niczego nie zmieniają, można powiedzieć, że to dodatkowy nakład pracy, zwłaszcza dla kobiety. No chyba, że podpisze ona umowę, w której za przykładowo, asystowanie przy porodzie, zdecyduje się ona przekazać swe uprawnienia do dziecka lekarzowi.

  7. Rodzi się dziecko, jest niesamodzielne, nie zdobywa środków do życia, rodzice więc dalej mieszają swoją własność z nim samym (ze swoją własnością). Znowuż, jeśli nie używają do tego cudzego mienia, trudno wykazać najmniejsze nawet pole konfliktu co do własności dziecka. Jedynym konfliktem może być ten między nimi samymi. Roszczenia kogokolwiek innego są niesłuszne, jako że dziecko w żadnym stopniu nie składa się z niczego, co należy do kogoś innego.

  8. Dopóki rodzice nie zrzekną się swoich uprawnień do tego, co jest ich własnością, dopóty będzie to stanowiło ich własność. Co powoduje poważny kłopot, bo dziecko nie ma teoretycznie zagwarantowanego samoposiadania. Nie można doktrynalnie zmusić rodziców do rezygnacji z ich uprawnień czy własności, bez naruszenia tychże uprawnień wynikających zresztą z ich podstawy — samoposiadania…

Idee mają konsekwencje. Aksjomaty również. Libertarianie chcieliby, aby samoposiadający rodzice płodzili samoposiadające się dzieci, ale samoposiadanie jako forma własności, z racji bycia nią, rodzi pewne implikacje i jak widzimy, przenosi je na grunt teorii uprawnieniowej. W pewnym momencie zrozumiała intencja realizacji jednego postulatu wymaga zignorowania pozostałych, z niego wynikających. Powodem tej niespójności jest właśnie wymieszanie porządków. Tego, czego by się chciało (aby ludzie uznawali, iż KAŻDY posiada sam siebie), z tym co jest (śledzenie jak ludzie dysponują swoimi uprawnieniami i nie ingerowanie w to, jak to czynią i do czego im to służy, bo to w końcu ich uprawnienia, nie nasze).

Samoposiadanie trudno traktować na serio jako aksjomat, gdyż jednocześnie stanowi moralny cel. Gdy już uznamy aksjomaty geometrii Euklidesa i posługując się nimi, zaczniemy w ich ramach kreślić figury, nie dotrzemy w swojej praktyce do chwili, w której nasz wybór, czy skonstruować okrąg, czy koło, będzie rozstrzygał, czy wciąż mieścimy się w euklidesowej aksjomatyce. O libertarianizmie, jak możemy zauważyć powyżej, nie możemy powiedzieć tego samego.

II. Idąc w zaparte. By dzieci były swą własnością.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że libertariańscy teoretycy zupełnie nie zauważają tego problemu. Zauważają. Przykładowym tekstem ilustrującym to spostrzeżenie może być praca Stephana Kinselli pt.: „How We Come to Own Ourselves” (dostępna również w polskim tłumaczeniu, na liberalis.pl, takim sobie) Rzecz w tym, jak sobie z nim radzą.

Kinsella zwraca uwagę, że faktycznie dziecko może stanowić własność rodziców, natomiast by „uniknąć dyskomfortu związanego z widmem zniewolenia dzieci”, usiłuje znaleźć rozwiązania umożliwiające oddalenie tej groźby. Są to odpowiednio:

  1. propozycja uwolnienia całego rodu; nestor uznaje samoposiadanie swojego dziecka, ale warunkiem tej umowy jest to, że i ono w przyszłości zawrze podobną ze swoim potomstwem,

  2. propozycja uznania ‚pozytywnych praw’, obowiązków rodziców względem dziecka, jako sprawców jego pojawienia się na świecie — jest o tyle zabawna, że sugeruje dość natalistyczną interpretację narodzin jako formy agresji ze strony rodziców, winnych dziecku w ramach rekompensaty za wyrządzenie szkody, swojej opieki,

  3. odwołanie do Hansa Hermanna Hoppe — akcentowanie bezpośredniej kontroli nad ciałem przez dziecko, co miałoby wzmacniać siłę jego roszczenie do siebie samego. Przywołanie rothbardowskiej koncepcji stopniowego osiagania samoposiadania, wraz z dojrzewaniem oraz ostateczną zdolnością do ucieczki i złożenia odmowy.

Żadnej z tych opcji nie możemy uznać za satysfakcjonującą. To całkiem fajne narracyjki, po przebrnięciu przez które większość czytelników pokiwa głową, sądząc, że załatwiają one sprawę, jednak tak nie jest. Bo nie odnoszą się one do sedna — zakotwiczenia we własności prywatnej, powstałych z niej wszelkich uprawnień i jakichkolwiek operacji dokonywanych na nich przez tych, którzy nimi dysponują. I tak:

  1. to czy nestor rodu zawrze taką umowę, zależy tylko od niego samego. Nie można go do tego nijak zmusić, równie dobrze może jej nie podpisać. Ideolodzy nie ma wpływu na to, czy ludzie będą w ten sposób zabezpieczać interes swoich dziedziców, czy też nie. Nie mogą tego na nich wymóc.

  2. porównanie poczęcia do wepchnięcia kogoś do jeziora bardzo mi się podoba. Naprawdę. Ma w sobie tę nihilistyczną klasę powiązaną z pesymistycznym rozmachem. Ale sęk tkwi w tym, że agresję da się rozpoznać i wykazać przez wskazanie naruszenia cudzych uprawnień. To w zasadzie ją definiuje. I jeśli ludzie mieszają sobie dobrowolnie, stanowiące ich własność plemniki z komórkami jajowymi, to nie ma tu miejsca na żadną osobę trzecią, bo ona w tym momencie nie istnieje, nie ma więc siłą rzeczy żadnych uprawnień, które można byłoby naruszyć. Nie można wepchnąć do jeziora kogoś, kogo w danym momencie nie ma i tym samym wyrządzić mu agresji. Niestety to antynatalistyczne, epickie rozwiązanie nijak nie odnosi się do analizy uprawnień. Odwołuje się jedynie do naszych emocji. Jest kolejnym pustym postulatem.

  3. bezpośrednia kontrola nad ciałem przez dziecko, również nie jest dla nas nijak wiążąca. Niejednokrotnie złodzieje stają się posiadaczami cudzych rzeczy, mają wtedy pełną kontrolę nad nimi, w przeciwieństwie do ich prawowitych właścicieli, co nie znaczy, że poprzez dysponowanie nimi, stają się następnymi właścicielami.

Dodatkowo, możemy tutaj rozpatrzyć sprawę zwierząt. Nad ich ciałami również nie mamy żadnej kontroli, co upodabnia je do dzieci, a możemy uznawać je za swoją własność, dalej zaś rozmnożyć i ich potomstwo też uznać za swoją własność. Nikt w innych przypadkach nie kwestionuje tego, że jeśli jesteśmy właścicielami przedmiotów samoreplikujących się, takich jak sonda von Neumanna, to efekty ich pracy, jeśli korzystają z naszych surowców, pozostają również nasze. Nie widzę libertarian odbierających cielaka rolnikowi, twierdzących, iż krowa może być jego, ale wytwory jej życia płciowego już nie. Skoro krowa jest jego, należy uznać, że jest jego z całym swoim potencjałem twórczym. Mleko i cielęta także więc stanowić będą jego własność. A przecież aby uznawać dzieci za swą własność mamy dużo mocniejszą pozycję! Nad swoim ciałem mamy dużo większą kontrolę niż nad ciałami krów, nieprawdaż?

Zresztą sam Kinsella, w innej swojej pracy, „Przeciw własności intelektualnej”, sprawę rozstrzyga jednoznacznie:

„Widzimy na tych przykładach, że kreacja ma znaczenie dla zagadnienia własności w przypadku „stworzonych” zasobów rzadkich takich jak rzeźba, miecz czy farma jedynie wówczas, gdy akt tworzenia jest aktem wejścia w posiadanie, lub, innymi słowy, dowodem pierwotnego zawłaszczenia. Jednakże „tworzenie” samo w sobie nie uzasadnia własności rzeczy; nie jest ani konieczne, ani wystarczające. Nie można stworzyć rzadkiego zasobu bez uprzedniego użycia surowców niezbędnych do jego produkcji. Lecz surowce te są rzadkie, więc albo należą do mnie, albo nie. Jeżeli nie, wtedy nie posiadam końcowego wyrobu. Jeżeli wkład należy do mnie, wtedy na mocy takiego posiadania, zostaję właścicielem produktu.

Weźmy wykuwanie miecza. Jeżeli posiadam surowiec (ponieważ wydobyłem go z ziemi, którą mam na własność), wtedy również posiadam go po przekuciu na miecz. By twierdzić, że miecz jest moją własnością, nie muszę odwoływać się do kreacji, ale do posiadania czynników użytych do jego wyprodukowania.[77] Nie potrzebuję też kreacji, by stać się właścicielem czynników, gdyż mogę je przywłaszczyć poprzez wydobycie ich z ziemi, zostając w ten sposób ich pierwszym właścicielem. Z drugiej strony, jeżeli miecz wykonałem z twojego metalu, nie staję się jego posiadaczem. Mogę być nawet tobie winien odszkodowanie za szkody lub zmiany w twym mieniu.”

Konsekwentnie zatem, ażeby orzec o tym, czyją własnością są wytworzone dzieci, należy stwierdzić z czyjego surowca powstały. Surowce są rzadkie, więc: albo należą do mnie, albo nie. Plemniki należą, albo do mnie, albo nie. Komórka jajowa należy do mojej partnerki, albo nie. Jeśli libertarianie roszczą sobie jakiekolwiek prawa do moich dzieci, powinni udowodnić, że komórka jajowa albo plemniki, z których one powstały, była ich własnością. Jeśli takiej nie stanowiły, jakiekolwiek roszczenia libertarian w tym względzie są niesłuszne. Po prostu. Miecz przestanie być moją własnością, gdy się zrzeknę swoich praw do niego. Ani wcześniej, ani później.

Oczywiście, libertarianie nie poprzestaną w swych próbach ominięcia rodziców jako prawowitych właścicieli dzieci. Z prostej przyczyny: nie chcą ryzykować „libertarianizmu jednopokoleniowego”, który teoretycznie mógłby nastąpić, gdyby samoposiadający się nie uwolnili swoich dzieci. Samoposiadanie jest właściwie jedynym, zresztą podstawowym, prawem człowieka jakie libertarianie chcą zagwarantować. Z tymże nie mogą uczciwie go zagwarantować, bo nie leży to w sferze ich możliwości, stąd te różne wybiegi i wymyślane historyjki.

Ilekroć jakiś libertarianin dojdzie do wniosku, że dzieci nie mają żadnych praw, więc się też nie samoposiadają, jak na przykład Hillel Steiner, zawsze pod spodem odzywa się frakcja takich interpretatorów, stawiających jakieś wątpliwe konstrukcje w rodzaju tej:

Another way to look at it is to say children are self-owners from the start but their self-ownership is temporarily encumbered by legitimate interests of parents. I thank Cecilia Nalagon for this suggestion. In any case, parents are not owners of their children. They are not at liberty to dispose of their children. Perhaps they are stewards. Their mandate is to do what they think is best for the child. Part of what is involved in carrying out that mandate is relinquishing control to the child as the child becomes capable of making his or her own decisions. And if parents do not carry out that mandate in good faith, they lose it; other adults (and the child too, I would say) acquire the right to remove the child from the parents’ custody”

Świetne. Człowiek jako dziura w bycie, na której urywają się wszelkie ciągi uprawnień. Prawdziwy libertarianizm egzystencjalny. Super, nie trzeba już nawet sięgać do Sartre’a. Tylko w jaki sposób ma to nam pomóc w jednoznacznym określeniu tychże uprawnień i ich przepływów?

III. O tym jak postulaty kultury znoszą postulaty wolności.

Czy warto tworzyć wyłom, postulując upublicznienie dzieci i pozwalanie osobom trzecim na interwencję, gdy uznają, że rodzice wykazują złą wolę? Po co właściwie otwierać drogę kolektywizmowi „jeżowszczyźny”, stawiając samoposiadanie nad wszelkimi innymi formami własności, częstokroć je znosząc?

Chwileczkę. U Kinselli łatwo znajdziemy odpowiedź:

Second, it could be argued that even if the parent does own the child, in most cases a decent parent would manumit the child at a suitable age. This is probably true, but the possibility of a brutal parent selling his son or daughter into slavery is still unsettling.

No ba! Gdyby ludziom pozwolić, dranie sprzedawaliby swoje dzieci, więc pozwolić im nie można, nawet jeśli wynikałoby to z ich uprawnień, bo ta możliwość jest niepokojąca, a my nie lubimy być niepokojeni. Zatem wybieramy prewencję. Zresztą, możemy mnożyć takie niepokojące ewentualności w naszych spekulacjach; w anarchokapitalizmie rodzice zapewne sprzedawaliby dzieci zakładom masarskim kanibali albo wystawiali na aukcjach ich organy wewnętrzne, które kupowaliby inni rodzice, chcący uratować przeszczepami swoje dzieci. Albo sprzedawaliby niechciane dzieci parom homoseksualnym do adopcji (to dopiero wywołałoby butthurt, nieprawdaż?) bądź jakimś odpowiednikom Josefa Fritzla na wychowanie w ich piwnicach. #takbędziewakapie W końcu mieliby takie uprawnienia, więc mogliby do takich sytuacji bezkarnie doprowadzić.

Gmeranie przy wcześniej przyznanych jednostce uprawnieniach, bierze swój początek ze sprzeciwu, jaki budzi umożliwienie traktowania dzieci w sposób przedmiotowy, które może wystąpić przy takim zdefiniowaniu tychże uprawnień.

Zastanówmy się jednak teraz nad paroma kwestiami. Przede wszystkim, jaką genezę ma ten sprzeciw? Czy nie jest on aby przypadkiem sprawą kulturową? Wszakże w starożytnym Rzymie istniała instytucja pater familias, dająca podobną władzę nad dzieckiem, przynajmniej części rodziców. Z całą pewnością, można było znaleźć jej przeciwników, ludzi jakim się ona nie podobała, ale jednak mimo wszystko, zaistniała w historii. Albo egzekucje w obronie honoru rodziny mające miejsce w świecie islamu. Też są. W ich przypadku dziecko podobnie traktowane jest przedmiotowo i podrzędnie wobec bardziej abstrakcyjnej idei — czci. Też mają swoich przeciwników, ale są i przynależą po prostu do innego kręgu kulturowego. Nasz stosunek do dzieci i ich traktowania nie jest więc niczym uniwersalnym, też wynika z uwarunkowań kulturowych. Jeśli twierdzimy, że jest słuszniejszy od innych, przemawia przez nas nic innego jak tylko kultura do jakiej przynależymy: na jej gruncie, rzeczywiście jest słuszniejszy. Jeśli jednak narzucamy go ludziom, którzy sobie jej nie życzą, przemawia przez nas supremacja cywilizacyjna, arogancja, buta i nasza postawa nie ma wiele wspólnego z umiłowaniem wolności.

Teoretycy libertariańscy, a przynajmniej ich część starająca się przyznać na siłę dzieciom samoposiadanie, rozbijając sensowność reszty doktryny, czyni to tylko z tej przyczyny, że usiłuje przemycić do myśli wolnościowej fragment osiągnięć swego kręgu cywilizacyjnego, jaki uważa za godny zachowania. Ludzie wychowani w środowisku, w którym panuje powszechnie taki właśnie stosunek do dzieci, gdzie państwa powołują urzędy takie jak Rzecznik Praw Dziecka, gdzie państwa mają zdolność odbierać ludziom dzieci, jeśli ci nie zajmują się nimi w sposób uznawany za stosowny, przesiąkają panującymi tam wartościami. Bez nich, czuliby się nieswojo i źle. Chcą zatem, by postulowane wolne społeczeństwo zachowywało się podobnie, a żeby to osiągnąć, muszą pogmerać w budowie swojej ideologii, naciągnąć parę reguł, inne zignorować, wymyślić parę chybotliwych konstrukcji, wprowadzając kilka poprawek ad hoc, by osiągnąć pożądany przez siebie stan.

Podobnie zachowują się przecież chrześcijańscy libertarianie bądź generalnie cały nurt pro-life tej wolnościowej myśli. Próbują forsować koncepcję samoposiadania od momentu poczęcia, by w ten sposób zaspokoić swój religijny interes, zabezpieczyć społeczeństwo przed grzechem aborcji i dać możliwość ścigania dopuszczających się agresji aborterów. Podporządkować przyszły, wymarzony anarchokapitalistyczny świat własnym normom. Dokładnie ta sama sztuczka co w przypadku gorliwych obrońców dzieci. Jak możemy zauważyć, samoposiadanie robi się aksjomatem podwójnie normatywnym — stawką jest nie tylko już zaspokojenie postulatu libertarian, ale wiążą się z nim także normy środowiska, chcącego ugrać jakiś swój moralny cel, przy odpowiedniej do tego interpretacji czym samoposiadanie jest i kogo ma dotyczyć.

Co o tym sądzę? Oczywiście rozumiem intencje, wiem że „bliższa ciału koszula” i wielu nie umie się powstrzymać, by nie przenosić własnych oczekiwań wobec świata czy zachowania innych ludzi, sformułowanych oraz obecnych w otaczającej nas kulturze, przed nadawaniem im specjalnej pozycji w doktrynie, ale mimo wszystko uznaję to za proceder niegodny etosu wolnościowca i pospolitą nieuczciwość intelektualną. Kim jesteś, by decydować jaki stosunek do dzieci i dzieciństwa, winna mieć inna, niezależna od Ciebie osoba? Czemu niby ten ktoś miałaby się podporządkować Twoim normom i standardom? Dlaczego one miałyby go obowiązywać, skoro nie masz nad nią żadnej formalnej władzy? Możesz sobie uznawać dzieci za ósmy cud świata, wierzyć iż przynależna jest im z tego tytułu wszelka protekcja i podporządkowywać swoje życie takim postulatom, ale jeśli ktoś wartość dzieci widzi głównie w tym, że można zrobić z nich sławetne carpaccio Krzysia, jego poglądy są równoważne Twoim i żaden z Was nie ma prawa narzucać ich drugiemu.

Widzicie, tak naprawdę możność wymyślania podobnych makabresek na gruncie teorii uprawnieniowej nie świadczy wcale o jej słabości, wręcz przeciwnie; o tym, że znakomicie się sprawdza w swojej roli — nie poddając się żadnemu szczególnemu światopoglądowi, pozostając neutralną wobec każdego z nich, nie mówi nam jak powinniśmy się zachowywać w różnych sytuacjach, a jedynie wyznacza granice obowiązywania naszych uprawnień. To właśnie boli zwolenników rozmaitych aksjologicznych opcji — że nie przyznaje im ostatecznego zwycięstwa. Że nie można z niej samej wywnioskować ich pozytywnego programu postrzegania i interpretowania świata oraz cudzych zachowań, jakimi chcieliby podporządkować innych. Właśnie dzięki temu sprawdza się w roli prawnej matrycy, w sposób decentralistalistyczny pomagającej rozstrzygać o tym, czyje roszczenia są słuszne, a czyje nie, bez przypisywania szczególnej sympatii jakiemukolwiek ze stanowisk, jakie za tymi roszczeniami stoją — bez względu na ich popularność, stopień zakotwiczenia w tradycji, czy cokolwiek innego. Otwiera tym samym możliwość urzeczywistniania indywidualizmu, bo system prawny nie opiera się też na tym, co w okolicy uznaje się za słuszne bądź nie — nie można za pomocą samej liczebności zwolenników jakiegoś rozwiązania, obalić czyjegoś roszczenia, bo jego słuszność lub brak tejże wynika z legitymistycznego łańcucha zależności między uprawnieniami jakie nabył czy zbył i dozwolonych operacji w ich ramach, a nie tego, co myśli o tym roszczeniu motłoch na ulicy, domagający się od jednostki konformizmu względem wyznawanych przez niego wartości.

Jeśli przeszkadza nam występowanie wspomnianych makabresek i z ich powodu jesteśmy gotowi odrzucić teorię uprawnieniową, dzieje się tak jedynie dlatego, iż nie potrafimy spojrzeć poza ramy kultury w jakiej wzrastamy, wychowania jakie otrzymujemy, zinternalizowanych przez nas norm moralnych, co do których mamy życzenie, aby obowiązywały wszystkich, wszędzie i zawsze. Moim zdaniem, nie jest to postawa wybitnie sprzyjająca wolności, ale stanowi poniekąd odpowiedź na pytanie, „dlaczego ruchy wolnościowe nie odgrywają, nie odgrywały i najprawdopodobniej nie będą nigdy odgrywały większej roli w historii ludzkości?” Bo jesteśmy kompletnie zanurzeni w kulturze w jakiej przyszło nam żyć, dla większości z nas wyściubienie nosa poza nią jest obarczone wysiłkiem niemożliwym do przyjęcia i prawie zawsze wybierzemy opcję narzucania swoich norm innym, niźli będziemy od tego się w stanie powstrzymać. Na przykładzie libertarian i problemu dzieci widać to bardzo dobrze. Nawet oni, uznający się za pionierów wolności, gdy temat uznają za bliski swemu sercu („panie, toż to przecie dzieci!”), nie są w stanie zdystansować się od swego etnocentryzmu.

IV. Etatystyczna groźba domniemanych umów społecznych.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt tej sprawy. Załóżmy, że zwolennicy samoposiadania dzieci nie chcą doszczętnie zniszczyć teorii uprawnieniowej, a jedynie nagiąć ją odpowiednio do swoich potrzeb. Dajmy na to, zwyciężyła opcja pro-life, a mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś spędził płód, czy jak kto woli, zabił dziecko nienarodzone. W tym momencie, jak sądzą obrońcy życia, mogliby oni dochodzić sprawiedliwości, reprezentując stronę poszkodowanego, samoposiadającego się płodu, poddanego agresji. Jak sądzę, taką mają intencję, obstając przy owym stanowisku.

Jednakże, sprawa nie jest wcale tak prosta. Nawet uznając tę pozycję, odnieśmy się do uprawnień poszczególnych jednostek i tego co się z nimi dzieje. Dziecko zostaje zabite, ktoś zostaje oskarżony o morderstwo, ktoś o morderstwo oskarża. Dobrze, więc pytanie teraz brzmi: skąd biorą się uprawnienia oskarżyciela? Jeżeli będziemy mieli szczęście, odpowiedzią nie będzie, że jest to nieważne. A jakie mogą być odpowiedzi? Najwygodniejszą, z jaką można się spotkać, jest ta, zakładająca że non-aggression principle jest uniwersalną regułą i jeśli zostaje złamana, każdy ma prawo, jeśli nie obowiązek, zareagować. Jeśli jesteśmy świadkami kradzieży torebki, widzimy jak okradziona rozpoczyna pościg za złodziejem, a rabuś podąża w naszym kierunku, naturalnie powinniśmy utrudnić mu ucieczkę, odebrać to, co ukradł, pomagając w obronie pokrzywdzonej. Na tej samej zasadzie, gdy dzieje się krzywda dziecku, powinniśmy stanąć w jego obronie – jeśli natomiast już się taka zdarzyła, niczego to nie zmienia, bo agresor pozostaje przecież agresorem.

No ale chwileczkę… Czy jeśli zostanę okradziony albo pobity przez jakiegoś A(dama), natomiast świadkami tego zdarzenia będą B(ogdan), C(yprian), będą oni mogli sobie tak po prostu iść i wklupać A bez pytania mnie o zdanie? W końcu to moja własność ucierpiała, a nie żadne dobro wspólne o nazwie non aggression principle. Przecież, znając B oraz C i wiedząc, że w ich przypadku dochodzenie sprawiedliwości będzie przypominało polowanie na ogry z widłami przy świetle pochodni i akompaniamencie tam-tamów, mogę wprost nie życzyć sobie, aby cokolwiek robili w tej sprawie, bo wolę wynająć Z(enona), który załatwi to ciszej, nie płosząc A, dzięki temu – skuteczniej. Chyba jako ofiara agresji, mam prawo sam decydować, w jaki sposób na nią odpowiem, nie będąc skazanym na samosądy partaczy? W końcu to moje dobra zostały naruszone, nikogo innego. Nie jest zatem tak, że wszyscy są uprawnieni – gdyby nawet byli, wtedy zasada nieagresji nie wynikałaby z własności (dokładniej: samoposiadania). Nie byłby to zatem libertarianizm.

Kiedy rabuś ucieka z czyjąś torebką, zakładamy po prostu, iż w momencie padnięcia ofiarą przestępstwa ta osoba upoważniła nas (bądź kogokolwiek innego, kto jest w stanie jej pomóc) do działania w swym imieniu. I chociaż nie formalizujemy takiej umowy, zostaje ona zawarta, czego dowodem są ewentualne podziękowania poszkodowanej. Ponieważ z reguły ludzie w takich sytuacjach życzą sobie pomocy innych, na ogół nie mają do nich pretensji i nie podają za takie interwencje do sądów, nie mamy w ocenie większego problemu. Kluczową sprawą, zauważcie, jest to, że mamy możliwość sprawdzenia, czy takie upoważnienie dostaliśmy, czy nie – po fakcie, ale jednak wykonalna jest weryfikacja.

W przypadku aborcji / morderstw o tym samym powiedzieć nie możemy. Nie otrzymamy żadnego potwierdzenia, mamy same domniemania. Całkiem sporo:

  • zakładamy, że w ogóle mieliśmy do czynienia z morderstwem, a nie eutanazją (nie mamy pewności, czy to była agresja),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby w ogóle dochodzić swoich praw (nie ma przecież spraw z urzędu),

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw ktokolwiek miał jej pomóc,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby, aby w dochodzeniu jej praw pomogła jej akurat ta strona, która zgłasza roszczenie,

  • zakładamy, że ofiara chciałaby dochodzić sprawiedliwości w takim zakresie, w jakim chce tego strona zgłaszająca roszczenie

I teraz wyobraźmy sobie, że dochodzi do aborcji, pojawia się pięć stron, z czego:

  • pierwsza domaga się kary śmierci dla lekarza, grzywny dla matki,

  • druga chce kary śmieci dla obojga,

  • trzecia chce odszkodowania wyłącznie od lekarza,

  • czwarta woli odciąć zbrodnicze ręce lekarzowi i wychłostać matkę,

  • piąta twierdzi, że nie należy nikogo karać, bo to była eutanazja.

Każda twierdzi, że reprezentuje interesy płodu. Roszczenie której z nich należy uznać za uzasadnione i z jakiego powodu? Kto ma o tym rozstrzygać? Jedną rzeczą jest oprzeć się gdzieś domniemaniu, jakie można zweryfikować, zupełnie inną pozwolić by domniemania wkradły się i rządziły sferą transferu uprawnień. Sferą niezmiernie newralgiczną.

Za każdym razem, gdy tworzymy wspomniane narracje, musimy zdać sobie sprawę, że implikują one w swych założeniach jakieś przekazywanie uprawnień, częstokroć oparte na bardzo wątpliwych podstawach, bez żadnych dowodów. Jeśli jesteście wolnościowcami, powinniście być pod tym względem szczególnie uwrażliwieni. Przypomnijcie sobie przynajmniej kilka teorii legitymizujących władzę państwa, zwłaszcza te zakładające zawieranie umów społecznych. Skoro nie odmawiamy komfortu konfabulacji osobnikom twierdzącym, że płody dokonały na nich cesję swych uprawnień, czemu mielibyśmy odmawiać tego samego etatystom, którzy twierdzą, że zrzekliśmy się swoich na rzecz państwa przy wyrabianiu dowodu osobistego? Bądźmy konsekwentni. Naciągana legitymacja to naciągana legitymacja, bez względu na nasze sympatie bądź antypatie…

Jakiekolwiek przejście od stanu dziecko – własność rodziców do stanu dziecko – samoposiadacz bez otwartej i jasnej deklaracji rodziców oświadczającej ich wolę zrzeczenia się swych uprawnień, zwłaszcza nie zakładające w tym ich udziału, będzie stanowiło naciąganą legitymację. Moim zdaniem, próby „ucywilizowania”, uzgodnienia obecnego stanu naszej kultury z teorią uprawnieniową, są grą niewartą świeczki. Zyskać można niewiele, stracić – niemalże wszystko.

V. Jak robią to propertarianie? Teoria a praktyka – czy jest o co kruszyć kopie?

Uznając za główną przyczynę sprzeczności libertarianizmu konflikt między tym, co normatywne a opisowe, łatwo możemy znaleźć rozwiązanie: jeśli dwie rzeczy się ze sobą gryzą, którąś z nich trzeba odrzucić. Wybór jest prosty: samoposiadanie jako aksjomat stanowi odpowiednik ogona usiłującego merdać psem. Jeśli jest cokolwiek wartościowego, czym może się pochwalić libertarianizm, to jest tym teoria uprawnień oparta na własności prywatnej i ją trzeba ocalić, bo to właśnie ona stanowi zdobycz najcenniejszą. Pełni rolę czegoś zbliżonego do kernela, jądra systemu operacyjnego; definiuje zasoby, określa najogólniejsze reguły ich przydziału i transferu, rozwiązywania konfliktów w dostępie do nich, jeśli takowe wystąpią i to wszystko tłumaczy na język własności. Co prawda, teorią tą nie wyrazimy explicite żadnego oczekiwanego stanu rzeczy, jak chcieli zrobić to libertarianie za pośrednictwem samoposiadania, nie będziemy w stanie zmusić ludzi, aby postępowali według naszego uznania, nie zadekretujemy im, że mają być wolni, wolność szanować i czynić wolnymi swe dzieci, ale już samo przyjęcie jej reguł, utrudni im tworzenie ładów, w których jedna instytucja będzie w stanie odgórnymi decyzjami zgromadzić władzę nad szerokimi rzeszami bez ich zgody. Innymi słowy, teoria uprawnień nie da nam żadnych absolutnych gwarancji, ale pozwoli zachować uzasadnioną nadzieję przy snuciu wolnościowych prognoz.

Propertarianie więc odrzucają aksjomatyczność samoposiadania. Nie może ono stanowić pewnika, bo również zależy od dyspozycji uprawnieniami i z nich wynika. Samoposiadaczem będzie ten, kto powstał z surowców, z których zrezygnowali właściciele i je sobie zawłaszczył, bądź ten komu je przekazano a on się ich nie zrzekł. Pozostali będą stanowić własność innych osób. Dla propertarian zatem globalnie nie ma znaczenia, czy człowieczeństwo uzyskuje się w chwili poczęcia, narodzin, w wieku lat trzech, pięciu czy stu, bo z człowieczeństwem nie wiążą się żadne specjalne funkcje, wpływające na przekazywanie uprawnień. Nie znaczy to, naturalnie, że już lokalnie, konkretni właściciele nie będą mogli stać na straży stanowisk pro-life czy pro-choice – bo jak najbardziej będą mogli.

Będą mogli nawet egzekwować ich treści w ramach prywatnego prawa obowiązującego w ich obszarze jurysdykcyjnym, wynikłym z ich własności czy umów zawartych z innymi. Ale przekonanie o słuszności, nadrzędności własnych poglądów filozoficznych, przekonań i gustów wychowawczych nie da im legitymacji do kontrolowania tego, co znajdować się będzie poza tym obszarem.

Możemy więc uznać, że propertarianizm sam w sobie nie zamierza unicestwiać jakichkolwiek z nich [poglądów, przekonań i gustów], jedynie podporządkować je rygorom legitymistycznych ciągów, określających co do kogo należy, by nie przekraczały one, bez zgody wszystkich zainteresowanych stron, ich granic. Ponieważ jest stanowiskiem dotyczącym wyłącznie uprawnień i ich cesji, nie powie nam jak mamy interpretować dane wydarzenia czy zjawiska i jak się wobec nich powinniśmy zachować; może najwyżej pomóc nam je opisać i przełożyć na swój język. Nie powie nam też kiedy powinniśmy uwolnić swoje dzieci i czy w ogóle należy to robić, bo nie jest to jego rolą. Powie nam jednak, że dopóki nie orzekniemy inaczej, pozostaną naszą własnością.

Właśnie z przyczyny niekompletności tej myśli i jej wąskich kompetencji, nie należy jej w znacznej mierze uznawać za coś, co kulturę zastąpi, stąd wątpliwe jest, aby w społecznościach propertariańskich jakoś diametralnie zmieniło się podejście do rodzicielstwa. Możemy, rzecz jasna, przewidywać, że przyjęcie tego podejścia wpłynie na przykład w wielu przypadkach na zwyczaje i wprowadzi jakąś odmianę rodzinnego obrzędu przejścia, gdzie jednostka z przedmiotu umów, stanie się podmiotem, zdolnym do ich zawierania i odtąd cała odpowiedzialność za jej czyny spadać będzie na nią samą, natomiast wątpliwe jest, by ludzie z tego powodu porzucili całe bogactwo sposobów wychowawczych, w znacznej mierze wynikłych z ich własnych temperamentów, bądź zatracili instynkt macierzyński.

Z tego powodu snucie wizji propertariańskiego ładu, w którym wszyscy pójdą w ślady potwora z Amstatten, bo będą mogli zrobić to w zgodzie z wymogami proceduralnymi doktryny, należy uznać za podobnie wiarygodne jak te twierdzące, iż ludzie będą tam masowo ginąć od deszczów meteorów, których nie strąci żadna rządowa agencja kosmiczna czy innych humorystycznych opowieści w stylu #takbędziewakapie. Nawet przy założeniu, że „wystarczającym powodem do zdobycia góry jest jej istnienie”, himalaistów w stosunku do całości populacji jest niewielu. Prawdopodobieństwo urodzenia się w domu, w którym będziemy niewolnikami wyrodnych rodziców, takich co nigdy nie pozwolą stać się nam podmiotami, nawet gdyby miało wzrosnąć z powodu ich formalnej bezkarności wynikłej z ich uprawnień, pozostanie i tak niewielkie, reszta dzieci natomiast nie utraci szansy na uzyskanie stanu całkowitej suwerenności, jaką cieszyli się ich rodzice. Natomiast w dowolnym ustroju troszczącym się, by nie dochodziło do sytuacji niewolenia dzieci, siłą rzeczy suwerenny nie będzie nikt, bowiem każdy będzie podporządkowany władzy stojącej na straży wolności dzieci i jej zarządzeń. Stąd nielicznych pechowo urodzonych i zniewolonych należy po prostu poświęcić na ołtarzu gwarancji większej wolności pozostałych. Okupić możliwością ich absolutnego zniewolenia brak konieczności najlżejszego nawet skrępowania całej reszty.

W większości przypadków bycie własnością nie będzie wiązało się z niczym złowrogim, najprawdopodobniej znaczyć będzie po prostu tyle, iż nie będziemy odpowiedzialni za swoje czyny względem innych podmiotów i za wszystkie nasze wybryki będą płacić nasi właściciele. Co nie jest niezgodne z doświadczeniem, nie widziałem bowiem nigdy, aby za spustoszenia dokonane w restauracjach obciążano odszkodowaniami paroletnich sprawców, niewypłacalnych zresztą, ani nie zamykano ich, by odpracowali straty, myjąc na przykład talerze, podobnie jak nie widziałem, aby stawiano przed sądem krowy idące komuś w szkodę. Zamiast wprowadzać odpowiednik ptolemejskich epicykli w postaci samoposiadania dzieci (lub krów), należy się pogodzić z faktami: ejże, przypomnijcie sobie swoje dzieciństwo! Niemal powszechnym przecież zjawiskiem wśród dzieci jest pragnienie bycia dorosłym, powodowane głównie zazdrością dysponowania możliwościami robienia tego, czego im samym czynić jeszcze nie wolno. Dzieci zdają sobie sprawę ze swojego podporządkowania, wiedzą że wolne nie są, ale chcą takowymi w końcu zostać. Jest jakiś sens w opowiadaniu im, że się samoposiadają a potem wymyślać nieintuicyjne, nienaturalne tłumaczenia, pozwalające uzasadnić, czemu tego samoposiadania nie widać ani nie mogą z niego skorzystać? Czy rozsądnie otwierać możliwość bycia pozywanym przez dzieci, które nakaz picia tranu, jedzenia zupy mlecznej albo mycia mleczaków, uznałyby za agresję (całkiem zrozumiale zresztą: zupa mleczna to prawdziwa tortura…)? Jak pogodzić samoposiadanie z władzą rodzicielską? Kolejnymi epicyklami? Jeśli nie jesteście następnym Stefanem Molyneux, dopasowującym metody wychowawcze do ideologii albo jakimś cholernie konsekwentnym anarchistą, walczącym z władzą w każdej postaci, uznacie to rozwiązanie za bzdurne.

O tym, że samoposiadanie dzieci byłoby najpewniej fikcją prawną można się przekonać słuchając Waltera Blocka (od 1:00:45), opowiadającego malowniczą anegdotkę o tym jak powstrzymałby swoje dziecko przed szorowaniem genitaliami po pisuarze w miejscu publicznym, podczas gdy identyczne powstrzymanie dorosłego uznałby za napaść i naruszenie zasady nieagresji. Innymi słowy, własne dziecko potraktowałby jak swoją własność, natomiast dorosłego już nie. No ale może nawet Block nie jest dobrym libertarianinem a sprawa jest oczywista, jak twierdzą inni

Pozycja dzieci w propertarianizmie nie jest więc specjalnie odmienna od tej w libertarianizmie, jak mogłoby się wydawać. Pomimo tego, iż to od rodziców zależy kiedy uwolnią dzieci, te jednak same mogą wpływać na decyzję rodziców. Pomijając przypadki skrajne (piwniczna bunkier-forteca a’la Fritzl), dzieci stanowią ruchomości. Jeśli patologiczni rodzice toczą swoistą wojnę z usamodzielniającym się potomstwem, stanowiącym ich własność, muszą liczyć się z odpowiedzialnością za ich czyny. Wystarczy dokonać odpowiednio dotkliwych zniszczeń, by wpędzić w tarapaty swoich właścicieli. W większości wypadków już sama strata władztwa nad dziećmi – wybyły z domu, nie wiemy dokąd, nie wiemy co robią i w dodatku komu, będzie dobrym powodem, by zrzec się do nich uprawnień, oświadczając wszem i wobec, że odtąd same odpowiadają za swoje czyny. Zwłaszcza jeśli mają powody do nienawiści, a zapewne mają, jeśli traktujemy je w sposób, uznawany przez nie za: niegodny, krzywdzący czy okrutny.

W innych sytuacjach traktowanie dzieci jako własności rozwiązałoby natomiast wiele częstszych problemów. Ułatwiłoby adopcję, w jakiejś mierze ograniczyłoby dzieciobójstwa dokonywane z niektórych powodów (patrz sprawa Madzi i jej matki Katarzyny), bo korzystniej byłoby sprzedać je komuś, kto je chce niż mordować. Bycie sprzedanym przez kogoś, komu na nas niezależy i uzyskanie szansy na ludzi, którym będzie zależeć jest chyba lepszym rozwiązaniem niż bycie pozbawionym życia. W końcu dzieci są dobrem, a wolny rynek zapewnia optymalną alokację dóbr… jeśli wiecie co mam na myśli. Pozostaje tylko odnieść się do słów Rothbarda z „Etyki wolności”:

„Lecz z pewnością matka lub rodzice nie mogą otrzymać dziecka na nieograniczoną własność, bo to sugerowałoby dziwaczny stan rzeczy, w którym pięćdziesięciolatek byłby poddany absolutnemu i niekwestionowanemu zwierzchnictwu swego siedemdziesięcioletniego rodzica. Tak więc rodzicielskie prawo własności musi być ograniczone w czasie. Musi być ono także ograniczone w rodzaju, gdyż z pewnością byłoby groteskowe, aby libertarianin wierzący w prawo do samoposiadania zalecał prawo rodzica do zabijania lub torturowania swych dzieci.

Musimy zatem orzec, że nawet od narodzin rodzicielskie prawo prawo własności nie jest absolutne, lecz „powiernicze” lub opiekuńcze. Krótko mówiąc, każde dziecko, jak tylko opuszcza ciało matki, posiada prawo do samoposiadania poprzez bycie oddzielną istotą i potencjalnym dorosłym”

Przede wszystkim, niezrozumiałe jest twierdzenie o otrzymywaniu dziecka na nieograniczoną własność (w oryginale: But surely the mother or parents may not receive the ownership of the child in absolute fee simple), bo to sugeruje, że ktoś inny przyznaje prawo własności w jakimś zakresie (kto ma przywilej ograniczania zakresu czyichś praw własności? Wspólnota libertarian? Dziecko? Bóg?). Drugą sprawą jest subiektywnie postrzegana dziwaczność stanu rzeczy, która skłania Rothbarda do odrzucenia pełnego zakresu czyichś praw własności. Jeśli uznamy, że bycie własnością jest konstrukcją prawną znoszącą odpowiedzialność tego, kto stanowi własność innej osoby, to zrozumiałe stają się nawet takie „dziwaczne stany” – jeśli obu panom nie przeszkadzała taka sytuacja i żadnemu z nich przez lata nie zależało na jej zmianie, to jest wyłącznie sprawa między nimi i ich sposobu na życie – sorry, Murray, nic Ci do tego. W przypadkach osób chorych psychicznie czy niezdolnych do samodzielnego egzystowania, tym bardziej nie powinno nas dziwić „absolutne i niekwestionowane zwierzchnictwo”, nawet siedemdziesięcioletniego rodzica, czyż nie?

Dla wszystkiego można znaleźć różne zastosowania. Teoria uprawnień spełnia więc swoją rolę w sposób adekwatny. Nie potrzeba jej naginać, omijać, tym bardziej bezsensowna jest jej krytyka opierająca się w swej podstawie na nieadekwatności zachowań innych ludzi względem naszych oczekiwań – inni ludzie nie żyją na świecie po to, by obligatoryjnie je spełniać. Jeśli zechcemy być konstruktywni, znajdziemy w niej narzędzie, które pomoże nam osiągnąć nasze cele. Jeśli zechcemy być destruktywni, podobnież. Pozostanie neutralna względem naszych wartości i tylko od nas samych będzie zależało, do czego nam posłuży i kim się poprzez nasze wybory staniemy. Jeśli naszym celem istotnie jest wolność, w tym obyczajowa, a więc dotycząca kultury, nie powinniśmy narzekać, gdy spotykamy się także z takimi obyczajami, które przyjdzie nam ocenić jako: nikczemne i tak perfidne, że aż burzące krew w żyłach, obleśne, odpychające, obrzydliwe, deprymujące, uwłaczające wszelkim formom sacrum czy poczuciu zdrowego rozsądku.

 Oczywiście to, czy faktycznie chcemy wolności w pełni, czy tylko jakiejś jej namiastki, pozostającej w zgodzie z wdrukowaną w nas kulturą, to zupełnie odrębna kwestia…

Wersja offline – PDF

Reklamy

Szkice o samoposiadaniu: wyjątek z komentarza

Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe ma zaszczyt przedstawić Szanownym Czytelnikom przedruk fragmentu talk-show: „Wieczór z łowcą dzikiej zwierzyny”, w którym prowadzący pampalini gościł założyciela i opiekuna Zakątka, FatBanthę, umiejętnie prowokując go do udzielenia wywiadu–rzeki, będącego w zasadzie jednym, przydługawym monologiem. Przewodnim tematem odcinka jest kontrowersyjna kwestia przydatności samoposiadania i zasady nieagresji do formułowania spójnej, wolnościowej doktryny społeczno–politycznej, opartej na własności prywatnej.

pampalini: Trochę jest tak, że narzucając powszechny propertarianizm, a więc powszechną nietykalność terytorialną, rościsz sobie, wedle propertariańskich definicji, prawo własności do całej kuli ziemskiej, co jest wewnętrznie sprzeczne. Możesz przecież narzucać reguły jedynie wewnątrz własnego terytorium.

FatBantha: A czy ja narzucam powszechny propertarianizm? Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Przez etykę? Oczekiwania? Nie przesadzasz?

P: No przez etykę, przez tworzenie systemu normatywnego. Twierdzisz, że libertarianie bezzasadnie próbują innym narzucić NAP. [non-aggression principle] Ale tak samo Ty próbujesz bezzasadnie narzucić innym konieczność respektowania swoich terytoriów. Nie widzę różnicy między jednym a drugim w tym zakresie.

F: Samo tworzenie systemu normatywnego nie jest jego narzucaniem, chociaż taką możliwość otwiera. Nawet jego proponowanie nie jest narzucaniem.

Poza tym, wątpię abym „tak samo” bezzasadnie cokolwiek narzucał, skoro omijam cały bzdurny etap z uzasadnienia umową społeczną, własność wywodząc z praktyki powstrzymywania się z korzystania ze wszystkich swoich domyślnych uprawnień, poza obszarem, który będzie przez powstrzymującego się za takową uznany.

To, że tygrys szczerzy kły i na Ciebie warczy, broniąc swojego terytorium, nie znaczy wcale, że obowiązuje was umowa społeczna zakładająca istnienie własności prywatnej oraz katalogu dostępnych mu praw, w którym znajdują się pozycje: szczerzenie kłów, warczenie, którą zawarliście. Ani, że Ci swym warczeniem formułuje i narzuca system normatywny. On Ci jedynie sugeruje, że możesz mieć problem nie schodząc mu z drogi. Tyle.

Chyba, że chodzi Ci o arbitralność rozstrzygnięcia, iż ludzie w stanie natury, którzy niczego sobie nie obiecywali, nic nie są sobie winni i nie mogą oczekiwać od siebie czegokolwiek. Ale w środowisku wolnościowym akurat to nie powinno budzić protestów, w przeciwieństwie do rozstrzygnięcia twierdzącego, że domyślnie są sobie coś winni. Na przykład przestrzegania wydumanej NAP.

Jeśli o to chodzi, arbitralne wtedy stają się wszystkie stanowiska o czymś rozstrzygające, z racji bycia stanowiskami. Natomiast libertarianie są pretensjonalni nie dlatego, że dokonują arbitralnych rozstrzygnięć, bo to robią wszyscy, a dlatego, że część tych rozstrzygnięć opiera się o milczące założenia, że ludzie swoje prawa (o których libertarianie wspominają) zgodzili się zadysponować dokładnie tak, jak się to podoba libertarianom. Na przykład, że agresję będą interpretować dokładnie tak, a nie inaczej. Natomiast gdy ktoś oponuje, powołując się właśnie na te prawa i chęć odmiennego ich dysponowania, robi się afera.

Najpierw twierdzą, że właściciel ma wyłączność do decydowania o swoich rzeczach, ale okazuje się, że jednak jej w pewnych momentach nie ma. I tak, kiedy codziennie mógłby sobie kosić swoją trawę, swoją kosiarką, to gdy raz skosi ją wraz ze śpiochem, którego i tak sobie nie życzył w tamtym miejscu, jest jakieś halo. Wyłączność kontroli nad własnością okazuje się być względna i zależna od obecności intruzów.

A ja, mimo swojej arbitralności, tego nie robię. Rozstrzygam, za Hobbesem, że domyślnie ludzie mają wszelkie prawa do wszelkich rzeczy i czynów, więc przyznaję im całkowitą autonomię działania (czyli nie uznaję istnienia jakiejkolwiek umowy zawężającej katalogu ich praw i ich zasięgu), natomiast zauważam, że taki stan jest wysoce konfliktogenny (słynna wojna wszystkich ze wszystkimi) i rozwiązać ten problem można przez ograniczenie tejże autonomii do jakiegoś terytorium. I propozycję ładu opartego na praktyce powściągania prób realizacji swoich celów poza terytorium uznawanym za swoje, zapewniającą przewidywalność i zwiększenie szans na osiągnięcie wielu celów przez wielu ludzi, nazywam propertarianizmem.

Natomiast nie zrzekam się tych praw czy nie powściągam zakresu terytorialnego ich obowiązywania za kogoś, ani nie mówię jak ma to robić. A libertarianie to właśnie robią! Dlatego moje stanowisko w porównaniu z libertarianizmem, jest bardziej opisowe, niż normatywne. Przez to, że jest formułowane negatywnie w dużo mniejszym stopniu narzuca człowiekowi jakąś etykę.

Chociaż oczywiście implikuje, że pewne stanowiska będą bardziej opłacalne niż inne. Ta bardzo mi bliska, też się do takich zaliczy. :) Ale nie zostanie podana na talerzu z napisem „Musisz!”. Nie musisz, z definicji nic nie musisz. Nie ma żadnego Rothbarda, który Ci każe. Jeśli ją przyjmiesz, to dlatego, że praktyka Cię do tego skłoni, jak ten tygrys. Nikt nie będzie Ci tworzył teorii moralnego obowiązku dokonania takiego wyboru.

Być może podobnie wpływam na zaistnienie W PRAKTYCE konieczności respektowania swoich terytoriów; zaznaczając że to korzystne, gdy chcemy bez przeszkód ze strony innych ludzi dążyć do własnych celów. Ale to ostatecznie osoby chcące osiągać swe cele w sposób nieskrępowany, uznający moje spostrzeżenie, spowodują zaistnienie takiej konieczności, przez takie korzystanie ze swoich praw, które skutkować będzie jej powstaniem. One swymi chceniami, a nie ja, z jakąś normą czy nakazem.

„Tak samo”? No bez jaj. Libertarianie chcą systemu wspierającego i nakłaniającego wszystkich do przyjęcia ich libertariańskiej moralności, ja chcę systemu umożliwiającego istnienie wielu moralności, w tym także i libertariańskiej obok siebie.

Mogę się zgodzić z tym, że wszyscy czegoś chcą, ale nie wszyscy chcą tego bezprawnie. Bezprawie wynika tu z naruszenia uznanych przez siebie uprzednio praw jednostek. Ja nie mam wielu możliwości ich naruszenia, skoro na początku za Hobbesem uznaję, że wszyscy domyślnie mają prawo do czynienia wszystkiego, dopóki się tego nie wyrzekną. Jeśli gdzieś ludzie nie będą schodzić sobie z drogi i respektować swojej własności, uznam po prostu, że nie mamy tam propertarianizmu, chociaż katalog praw pozostanie nienaruszony.

Natomiast libertarianie nie potrafią uzasadnić czemu ten katalog praw powinien być węższy w takim a nie innym stopniu, dlaczego NAP powinna być przestrzegana, mimo tego, że ktoś może być nią niezainteresowany. Bo nawet te rozważania Rothbarda o samoposiadaniu i wykluczenie możliwości, że każdy należy do każdego, albo nikt do nikogo, nie są tak naprawdę wiążące. Stwierdza on tam, że potencjalnie wszystko inne poza samoposiadaniem byłoby po prostu absurdalnie niepraktyczne i niewygodne bądź krępujące, ale to nie jest wystarczający powód, by uznawać z góry konieczność przyjęcia tej koncepcji, a tym bardziej zmuszać innych do jej przyjęcia.

No ale dobra, przyjmijmy że każdy się samoposiada. To jest główne źródło jakichkolwiek uprawnień jednostki w libertarianizmie. Chroni na przykład przed popadnięciem w niewolę, bo nikt nie może nas posiadać, gdy tego nie chcemy. Z pozoru super, ale tylko do momentu popełnienia jakiegoś przestępstwa. Libertarianie są dość ekstrawaganccy i chcą pogodzić samoposiadanie z sądami. No to OK, sąd nas skazuje, mamy płacić grzywnę, odpracować coś, albo odsiedzieć czy jak już bardzo narozrabiamy, to pozbawią nas życia. Nieistotne teraz jest, że jak w każdej dobrej bajce, zło musi być ukarane, przyjrzyjmy się raczej transferowi uprawnień, w tym wypadku tego samoposiadania. Jakie są kryteria, które trzeba spełnić, by je utracić? Kto o tym decyduje? I z jakiej racji następuje przejęcie czyjegoś życia i robienie z nim, co się władzy sądowniczej podoba, włącznie z zakończeniem? Zwłaszcza gdy pełniący takie obowiązki też posiada przecież tylko sam siebie… No ale siłą rzeczy ma istnieć jakiś system karny, w którym ludzie będą ubezwłasnowolnieni, których ciała będące przecież ich własnością, będą przenoszone często wbrew ich woli do jakichś miejsc odseparowania. Z tego wynika, że można przestać się posiadać i kto inny może przejąć nasze uprawnienia. Ale na jakiej zasadzie? Nie może nas chyba ot tak zawłaszczyć, bo libertarianie musieliby uznać też jakieś porwania matrymonialne jak u Cyganów.

Nie wiąże się to z pewnością z superuprawnieniami sędziów, bo nie są nadludźmi i sam urząd też nie nadaje im uprawnień, których uprzednio by nie posiadali – gdyby tak było, to by się zanosiło na państwo, którego przecież ma nie być. No więc jedynym sensownym rozwiązaniem jest uznanie, że sam skazany musi je przekazać. Ale kiedy, jak i dlaczego miałby to robić? Na czyją rzecz miałby się zrzekać? Na korzyść właściciela, na którego terenie dokonano przestępstwa, jak chcieli propertarianie, gdy jeszcze uznawali się za libertarian? Ofiary? Sędziego? A dlaczego tak, a nie inaczej? Co decydowałoby o tym, co jest przestępstwem, a co nim nie jest? Rynek? Na jakim obszarze? Kamienicy? Dzielnicy? Miasta? Kontynentu? A czemu nie jednostka, skoro libertarianizm miał być taki oddolny i indywidualistyczny?

Ostatecznie, przy komunitariańskim nastawieniu ortodoksów skończyło się na prawie zwyczajowym, czyli w kwestii przekazywania uprawnień na jakiejś formie umowy społecznej, której się formalnie nie podpisuje, ale ona działa, może nawet od urodzenia. Generalnie wniosek był taki, że samoposiadasz się, dopóki ktoś, kto ma prawną możliwość, nie wiadomo z czego wynikającą, Cię nie ukradnie i nie można postulować, aby to był właściciel ziemi, który ustali za co Cię zawłaszczy, bo tak robi państwo, a państwo jest złe i libertarianie z nim walczą. Czyli uzyskaliśmy mniej więcej taką prawdę, że żyjesz dopóki nie umrzesz. To jest zresztą nagminne, że o samoposiadaniu mówi się tam, gdzie to wygodne, natomiast zahaczając o kwestie prawne, gładko przechodzi się do opisu praktyki, a nie uzasadnia się nigdy tego w jaki sposób jednostki, które mogą posiadać wyłącznie siebie, mogą w pewnych okolicznościach przejmować kogoś innego bez jego zgody i z czego miałoby to wynikać.

Innymi słowy, libertarianizm działać w praktyce może tylko wtedy, gdy zignoruje uprawnienia, które uprzednio nadał jednostkom, gdy przestaną być one [uprawnienia] użyteczne do celów, które musi realizować, by być sensowną propozycją. I na tym polega właśnie owo bezprawne narzucanie. Na nietrzymaniu się własnych założeń i oczekiwaniu podporządkowania doktrynalnym rozstrzygnięciom, mimo że one naruszają pakiet uprawnień najbardziej podstawowy.

Co najzabawniejsze, libertarianizm mógłby działać, ale dopiero gdyby oprzeć go właśnie na hobbesowskiej teorii praw i takimże ich katalogu. Tam gdzie nikt się do niczego by nie zobowiązywał, tam nie byłby do niczego zobowiązany. Natomiast tam gdzie libertarianie zobowiązaliby się do utrudniania życia swoimi aksjomatami i ich interpretacjami przy implementacji swojego ładu, każdemu kto się napatoczy, tam każdy kto wchodzi, wiedziałby, że korzystają ze swojego przyrodzonego uprawnienia, mogą robić różne głupoty i truć rzyć niespójną teorią, bo nie ma rzeczy, do której każdy nie miałby uprawnienia, jeśli się go nie zrzekł, a oni nie zrzekli się męczenia ludzi niespójnymi teoriami, jeśli więc nie chciałby w tym uczestniczyć, to nie wchodziłby im w drogę albo jeszcze lepiej, zszedłby z niej. Natomiast to zredukowałoby libertarianizm do jednej z wielu propozycji, a przecież miał on zwyciężyć, bo jak powiedział klasyk, jest prawdziwy. No i ostatecznie samoposiadanie nie byłoby obiektywnym nośnikiem wszelkich uprawnień jednostki i jednocześnie powodem i źródłem ich istnienia, tylko relatywnym ich źródłem, w jednym z wielu układów odniesienia.

Nie mogę narzucać nikomu propertarianizmu, uprzednio proponując teorię uprawnień Hobbesa. Mogę w jej ramach proponować jego osiągnięcie przez wielostronne, dobrowolne, terytorialne ograniczenie swoich uprawnień i zobowiązanie się do nie korzystania z nich poza tym, co uznaje się za swoje, bez zgody tego, kto zrobiłby podobnie kawałek obok. Gdy ktoś nie będzie chciał się zrzekać, to się nie zrzeknie i już.

Proponowanie dobrowolnego zaprzestania robienia czegoś poza jakimś obszarem, nie jest chyba narzucaniem czegokolwiek. Uznanie szerokiego katalogu uprawnień, czyli dopuszczenie, że człowiek może robić co chce, dopóki się nie zobowiąże, że nie będzie tego robił, też nie jest narzucaniem czegoś, ani nakazywaniem, co najwyżej obojętnym przyzwoleniem na dowolne działania do momentu obietnicy zaprzestania ich czynienia. Momentu dużo dalej posuniętego niż u konkurencji, która już z tego właśnie powodu, nie powinna czynić mi zarzutu, że cokolwiek narzucam, skoro nie narzucam nawet w przybliżeniu tak wiele, jak ona sama.

A że moja obojętność ma wpływ na tworzenie ładu, który komuś może nie odpowiadać? Że niby nic nie robiąc, coś robię i w ten sposób coś narzucam? To nie mam ucieczki od narzucania – zjem śniadanie, to narzucę komuś stan świata, w którym zjadłem śniadanie. Nie zjem, to narzucę taki, w którym nie zjadłem. Czegokolwiek bym nie zrobił, jestem zamordystą. Więc ja nie widzę, gdzie sensownie można powiedzieć, że narzucam coś „tak samo” jak libertarianie, poza tym, że piszę literki w necie, tak samo jak oni to czynią i to co obmyśliłem też kończy się na -izm.

Całą wymianę zdań w oryginalnej postaci, można prześledzić na blogu pampaliniego w następującym wpisie:

http://cywilizowanysposob.blogspot.com/2013/01/moje-poglady-etyczne.html

Wersja offline – PDF

Zabieram sobie ten tekst, posłuży mi jako punkt wyjścia do popracowania nad tematem paradoksogenności samoposiadania, którym zajmowałem się już wcześniej. I Trikster się zajmował.

Grafomańscy uszczęśliwiacze

W ramach wyprowadzkowych porządków, kilka miesięcy temu, z dawnego mieszkania wygrzebałem swoje stare szpargały. Ot, rzeczy jakich może od dekady nie widziałem, nie używałem, a w wielu przypadkach zdążyłem o ich istnieniu zapomnieć. Pośród nich, co typowe dla introwertyka, oczywiście także i książki. Te, które zostały pozostawione jako mniej istotne, cenne i których utratę stosunkowo łatwo byłoby przeżyć. Pochłaniane w całości w ciągu kilku godzin, zwłaszcza nocnych, kiedy to dom rodzinny się uspokajał i tempo życia spowalniało na tyle, że można było się wziąć za spokojną lekturę. Książki uznawane za wypełniacze, pozwalające miło spędzić czas, zamiast robienia czegoś innego – zadań do szkoły, obowiązków domowych czy grania na komputerze. Postanowiłem, że wezmę próbkę, sprawdzę co ja właściwie czytałem w młodości i w jaki sposób zmienił się mój odbiór tego przez lata. Do tej roli wytypowałem wyróżniającą się niemal odblaskowym kolorem okładki „Magię i złoto. Eseje” Isaaca Asimova.

Zbiór dzieli eseje legendarnego twórcy SF na kilka kategorii: część jest o fantasy, część o sprawach w ogóle pozaliteraturowych, kolejna o koniku autora – science fiction i wreszcie ostatnia, w której Asimov zdradza czytelnikom część tajników swojego warsztatu pisarskiego. Kategorie te oczywiście są dosyć luźne, bo eseista lubi czasem popaść w taką czy inną dygresję albo porównanie, które pozwoli mu na erudycyjną popisówę. „Magia i złoto” po latach wypada tak sobie, nawet bardzo tak sobie. Może dlatego, iż o ile jest w sam raz dla geeka na początku liceum, chociaż też nie stanowiła wielkiego objawienia, jeśli ten chociaż trochę interesował się tematyką poruszaną przez Asimova, tak dla geeka bliżej trzydziestki w większości jest zbiorem oczywistości. Nie znaczy to, że pozabeletrystyczna twórczość Asimova się postarzała czy zdezaktualizowała – z pewnością w dalszym ciągu ma tę zdolność do inspirowania, by świat próbować postrzegać racjonalnie, wciąż możemy znaleźć w niej pochwałę, chociaż nie tak bezkrytyczną, nauki. Jego tyrada przeciw narzędziu, jakie stanowią testy mierzące iloraz inteligencji i wyciąganiu pochopnych wniosków na ich podstawie, wciąż jest trafna. Tyle, że powtarzana dzisiaj na wykładach okrojonej psychologii wykładanej na uniwersytetach, nie ma już dawnej świeżości.

Asimov-eseista sprawdza się jako ktoś, kto wyciąga do młodzieży dłoń, by wprowadzić ją w meandry akademizmu, pokazać ciekawość odkrywania i opisywania świata, dla kogoś kto już je zna, a ciekawości tej nigdy nie zatracił – cóż, niezbyt wiele ma do zaoferowania. Wciąż można jednak znaleźć trochę dżusu, ale dużo bardziej interesującą kwestią jest refleksja: jak wiele treści mogło się wchłonąć przy lekturze i zinternalizować? I tym właśnie chciałbym się teraz zająć.

Nigdzie!

Podczas mniej nostalgicznej, niżbym się spodziewał, wyprawy w przeszłość natknąłem się na esej o utopiach. Twórca trzech praw robotyki zaczął tradycyjnie: od wyjaśnienia pochodzenia terminu, opisał zatem przypadek Tomasza Morusa…

More nie miał jednak żadnych złudzeń co do rzeczywistego świata. Słowo „utopia” pochodzi od greckich ou („nie”) i tópos („miejsce”), co razem znaczy „nigdzie”. Innymi słowy, More zdawał sobie sprawę, że ideał ten nigdzie nie zaistniał (a my wiemy, że jest tak do dzisiaj). W istocie jego książka opisująca idealne społeczeństwo posłużyła, mocą ostrego kontrastu, za narzędzie surowej krytyki rządzących jego czasów, w szczególności zaś władców rodzinnej Anglii, których rzecz jasna znał najlepiej.

Doszło jednak do całkowicie zrozumiałej pomyłki. Utopia, zgodnie z opisem, była tak cudownym miejscem, że nietrudno było usłyszeć w pierwszej sylabie zamiast ou greckie eu, które oznacza „dobry”, przez co „utopia” zmieniało znaczenie z „nigdzie” na „tam, gdzie jest dobrze”.

…następnie zaś przebrnął jeszcze ciut do przeszłości, wspominając „Państwo” Platona i biblijny Eden jako wcześniejsze literackie egzemplifikacje tego konceptu. Zabrakło mu chyba tylko Arkadii, możemy go jednak rozgrzeszyć, bo gnając dalej, podrzucił nam pozycję Bellamy’ego – „W roku 2000”, opowiadającą o Stanach Zjednoczonych pod rządami idealnego gabinetu socjalistycznego oraz „Walden Two” Skinnera

w którym przedstawione zostało idealne społeczeństwo zarządzane według zasad inżynierii społecznej, będących ekstrapolacją skinnerowskich teorii psychologicznych

Później powybrzydzał na potęgę, narzekając na niską wiarygodność i nikłą moc przekonywania czytelnika tych wszystkich pozycji, po czym, jak na orędownika SF przystało, przedstawił narodziny nowego nurtu utopii, w której to nauka i technika gra pierwsze skrzypce, poniekąd kompensując niedostatki moralne człowieka. Nie to jednak jest, moim zdaniem, najistotniejsze w jego tekście. Najciekawsze zarzuty wyprowadza z własnej pozycji pisarza a przez to i w jakimś stopniu dramaturga:

Wszystko na co pozwala taka literatura, to opis rzeczonego społeczeństwa i wyjaśnienie, w stosownie wyczerpujący sposób, jak dobre jest, jak doskonale sobie radzi i jak znakomicie przeciwdziała własnemu rozpadowi. Nie sposób jednak w ramach takich założeń umieścić żadnego dramatu, żadnych problemów, żadnego ryzyka, groźby katastrofy, wreszcie żadnej fabuły, która opisywałaby proces przezwyciężania najmniejszych choćby zgrzytów [utopijnej maszynerii]. Jasne jest bowiem, że gdyby którakolwiek z powyższych rzeczy była dopuszczalna, utopia nie byłaby utopią. Stąd prosty wniosek, że historie utopijne są z natury potwornie nudne […]

Opowieści utopijne są tak nudne, że praktycznie całkowicie paraliżuje to ich funkcję krytyki błędów i niedostatków istniejących społeczeństw. Czytelnik nie może porządnie wzruszyć się owymi usterkami, jeśli zasypia w trakcie lektury.

Asimov zwraca następnie uwagę, że próbą ominięcia tego problemu, było tworzenie dystopii:

A jednak czysto dystopijne opowieści są równie nudne i nieznośne jak jednoznaczne utopie. Weźmy pod uwagę najsłynniejszą ze współczesnych czysto dystopijnych historii, mianowicie „Rok 1984” George’a Orwella[…]. Osobiście uważam tę książkę za koszmarnie wręcz kiepską. Udało jej się zrobić wielką karierę tylko dlatego (moim zdaniem), że poniosła ją fala nastrojów zimnowojennych w Stanach Zjednoczonych.

Czysta utopijna opowieść potrafi grać tylko na jednej strunie: „Czyż to nie wspaniałe… wspaniałe… wspaniałe?” Czysta dystopia podaje wciąż tę samą nutę: „Czyż to nie okropne… okropne… okropne?” Nie da się w ten sposób napisać żadnej melodii.”

Jako rozwiązanie Amerykanin podaje trzymanie się z dala od takiej jednoznaczności. Zwraca uwagę na „Raj utracony” Miltona (ja pier… już automatycznie chciałem dopisać… Friedmana), w którym o ile autorowi udaje się stworzyć interesującą wizję Piekła, w jakiej nie mamy czystej dystopii, z tego powodu, iż Szatan ma w sobie cząstkę dobra, jaką stanowią wyrzuty sumienia, o tyle w przypadku Nieba, panuje w nim absolutna nuda:

nie istnieje bowiem technika literacka pozwalająca sensownie przedstawić zagrożenie władzy wszechmocnego i wszechwiedzącego Boga. Mówiąc krótko: dystopia Miltona nie jest czysta, utopia – tak.

Dzisiaj powiedziałbym więcej – nie tyle nie istnieje technika literacka, co nawet logiczna możliwość takiego zagrożenia, w przypadku gdy wolą Boga jest utrzymanie swojej władzy. Już a priori jest ono niemożliwe.

Rzeczą jasną jest, iż nie będę miał stuprocentowej pewności przy określaniu wpływu autora cyklu „Fundacja” na moje poglądy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę jednak mniemać, że w przypadku eseju zatytułowanego „Nigdzie!” jednak miał. Sąd ten opieram na przeświadczeniu, że nigdy wcześniej, ani też później nie pochylałem się specjalnie nad tematyką utopijności, jednak dzisiaj moje stanowisko w jej kwestii jest prostym przedłużeniem tego, co miał o niej do powiedzenia Amerykanin. Staram się jej unikać za wszelką cenę, bo jest dramaturgiczną śmiercią: utopijne wizje są koszmarami, o których nie chce mi się nawet czytać, a co tu dopiero mówić o możliwości ich urzeczywistnienia i stanie, w którym musiałbym żyć.

Utopia czy dystopia – to bez większego znaczenia. Dla mnie obie są jednakowo dystopiczne, pomimo odmiennych założeń. Dlatego też zorganizowane religie, ich obietnice i nadzieje jakie żywią ich wyznawcy, są dla mnie zdecydowanie przekleństwami, nie oferują w zamian za ich wyznawanie niczego, poza jakimś docelowym stanem, którego nie będzie można zmienić. Klatkę, z której nie będzie można wyjść. Ograniczają wolność zarówno w tej, a jeśli ich treść jest prawdziwa, także w przyszłej formie egzystencji. To, co niesie innym ludziom (najprawdopodobniej pozbawionym szerszej perspektywy) pocieszenie, dla mnie stanowi przerażającą wizję. Bo taką jest myśl, że moja istota, trafi w nie-miejsce, w którym albo będzie w nieskończoność chwalić Boga i śpiewać maryjne piosenki, albo będzie w tą samą nieskończoność dawać dupy stadom demonów (żeby to jeszcze jakimś rozsądnym sukkubom) jest jednakowo upiorna i odpychająca. W ten sam sposób niweczy sens nagrody czy kary. Zabija jakąkolwiek wartość czynu, unicestwia wszelkie stawki, uniemożliwia dalszego stawiania celów, osiągania zwycięstw i przeżywaniu porażek. Jest zabrnięciem w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. I w przeciwieństwie do ostatecznego unicestwienia, jest się tego świadomym.

Mary Sue saves the day again… and again… and again… and again… and again… oh sweet Jesus and you, powerful Godzilla – I beg you – stop her, please… make her stop!

Skoro siedzimy w tematyce fantastyczno-dramaturgicznej, może wypadałoby tę sprawę fabularnej nędzy utopistów ująć bardziej współcześnie. Powszechnym zjawiskiem jest dzisiaj pisanie tzw. fanfików. Najkrócej rzecz ujmując, są to nieoficjalne opowiadania, dotyczące istniejącego już kulturalnego fenomenu, bez względu czy jest nim książka, gra, film, sztuka teatralna czy cokolwiek innego, tworzone przez miłośników danego fenomenu i najczęściej stanowiące jego rozszerzenie lub alternatywną wersję. Fani tworząc fanfiki, zapożyczają wykreowany przez kogoś świat i reguły nim rządzące, także bohaterów. Równie często jednak tworzą i umieszczają w nim postaci swojego autorstwa. Jako że tę egalitarną rozrywkę uprawiają także ludzie, nie mający zielonego pojęcia o tworzeniu postaci, często dopiero rozpoczynający swoją przygodę z pisarstwem w ogóle, fanfiki stanowią dla nich niejako wprawkę. Bardzo często przy ich pierwszych próbach zmierzenia się tą trudną, twórczą materią, efektem końcowym jest marysuizm.

Marysuizm generalnie polega na tworzeniu bohaterów wyidealizowanych. Nie tyle może szablonowo archetypicznych, co raczej grotesko sztucznych i przede wszystkim odbierających autorowi pole manewru kreowania interesujących fabuł, opartych na zwrotach akcji, a czytelnikowi – jakikolwiek element suspensu. Typowa Mary Sue wyeksponowane posiada wszelkie zalety, zatem rzucanie przed nią spiętrzających się trudności i tak nie ma żadnego sensu, bo z góry wiadomo, że sobie z nimi poradzi. Nie ma też jakichś szczególnie dokuczliwych wad, które by ją ograniczały, sprowadziły na złą drogę, uniemożliwiły bądź utrudniły osiągnięcie powziętego zamierzenia, co zabija jakikolwiek sens interesowania się jej losem, z góry przecież wiadomo, że się jej uda. Generalnie problemem tych postaci jest ich skrajne niezbalansowanie. Bardzo często, jak się teraz okazuje, Mary Sue stanowi wyidealizowaną postać samego grafomana przy piórze (czy klawiaturze), który może dać szybko upust swemu ego i postawić swej próżności pomnik trwalszy niż ze spiżu, w ukochanym przez niego świecie przedstawionym.

Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko i wyłącznie amatorskiej pisaniny. Mamy z nim do czynienia także u części ‚profesjonalistów’. Typowymi Mary Sue są Superman, jak i w sumie większość amerykańskich superbohaterów, obdarzonych jakimiś ubermocami, dla których później trzeba tworzyć balast analogicznie super czarnych charakterów, żeby mieli rzucone jakiekolwiek kłody pod nogi, James Bond czy całe masy protagonistów serii w stylu „zabili go i uciekł”. Część osób zwraca uwagę, że startrekowy kpt. Kirk także wpisuje się w tę kategorię, aczkolwiek ja mam poważne wątpliwości, czy można go z czystym sercem za taką kreację uznać. Zalety Kirka często przemawiają jako wady, jest kobieciarzem i typowym action manem, ale często przez to popada w różne tarapaty i generalnie dzięki takiemu określeniu, komplikuje fabułę treków, zamiast ją zarżnąć łatwym rozwiązaniem. Z całą pewnością jest postacią wyidealizowaną, tyle że zaprojektowaną dość nietypowo, mianowicie sprowadzoną do funkcji przywódczo-decyzyjnej. Co charakterystyczne w Star Treku (ze starą załogą), zamiast ludźmi (bądź Wolkanami) postaci są raczej personifikacjami funkcji jakie pełnią.

W uproszczeniu: USS Enterprise stanowi niejako organizm, nad którym pieczę sprawuje trio Kirk-Spock-McCoy. Każdy z nich pełni jakąś funkcję – Spock jako oficer naukowy symbolizuje aspekt poznawczy statku, McCoy jako lekarz darzący troską nawet ginących masowo noname’owych redshirtów, ale też i kosmitów, czyli kogoś spoza okrętu – empatyczno-moralną, Kirk natomiast jako kapitan uzgadnia aspekt moralny z poznawczym i ogólnie decyduje o kierunku działania, zazwyczaj kompromisowym, odebrawszy informacje z obu tych źródeł, często sprzecznych i walczących między sobą o prymat. Koordynuje odpowiednio dążenia Spocka i McCoya, ustalając aktualne priorytety. Każdy z tych bohaterów solo żadną Mary Sue nie jest i być nie może. Często z powodu swoich ograniczeń i zredukowania do wymienionej funkcji, w pojedynkę nie jest w stanie udźwignąć wagi sytuacji w jakiej się znajduje; stąd Kirk bez wiedzy Spocka i sumienia McCoya też bywał odpałowy. Dopiero w kupie, grając swoją rolę, ten tercet w jakimś sensie staje się zbiorową Mary Sue, która jest w stanie wyjść z każdej opresji. Zbytnią tego łatwość można z kolei opóźnić, rozdzielając lub od czasu do czasu, konfliktując ze sobą protagonistów. Ta ich papierowa konstrukcja stanowi raczej celowy zabieg moralizatorski, niż niedostatek wynikający z nieumiejętności pisania postaci. Zresztą starego Treka, mimo tego uporczywie kolektywisteczno-komplementarnego przesłania, da się obejrzeć, natomiast lektura wielu fanfików graniczy z niemożliwością, z całą pewnością zaś wypełnia znamiona natrętnego masochizmu.

Nawiązując do „Raju utraconego”, który przytoczył Asimov, czy w ogóle tradycji teologicznej judeochrześcijaństwa, mogę wspomnieć, że JHWH w moim rankingu to Mary Sue wszechczasów. Nie ma żadnych możliwości upadku, ani też doskonalenia się, co zazwyczaj stanowi kanwę jakieś narracji. Ponieważ jest wyekspiony na maksa, każda jego cecha jest wybajerowana w kosmos albo i dalej, generalnie nie istnieje żaden sensowny, wewnętrzny lub zewnętrzny motyw działania. A Bóg jest osobowy. Nie można być bardziej wiedzącym niż wszechwiedzącym, bardziej zdolnym niż omnipotentnym. Nie dziwię się myśli Mainlandera, naprawdę. Wy też nie powinniście.

I żyli długo, szczęśliwie i dostatnio, ale co najważniejsze: poświęcając się celom, jakie MNIE, MNIE, MNIE, Wielkiemu Myślicielowi, się podobają, dążąc do nich sposobami które określiłem JA, JA, JA, Wielki Myśliciel!

W Wikipedii przy haśle „Mary Sue”, możemy znaleźć odnośnik do testu, którym twórcze dusze fandomu (w tym wypadku fandomu Gargoyles, którego marki absolutnie nie kojarzę, to chyba nic z moich czasów, nie chce mi się nawet sprawdzać co to takiego), mogą przetestować własne kreacje lub kreatury pod kątem oryginalności i balansu. Jest to swoisty wykrywacz marysueizmu popełnionej postaci, świadczący o ewentualnej grafomanii autora (lub w tym wypadku częściej – autorki, z tego co zdążyłem się zorientować). Pomysł jest prosty i jak to często bywa w takich przypadkach, także genialny. Pozwala na autodiagnozę i nie zamęczanie literackiego świata kolejnymi niezniszczalnymi protagonistami o mentalności dorównującej złożonością cepowi, dążącymi do tych samych celów i z łatwością je osiągającymi. Jak sądzę, należałoby pójść jednak trochę dalej.

Przydałoby się, na jego bazie zrobić podobny test, tyle że dla ludzi parających się filozofią polityki. Wszelkiej maści utopiści z wielką obietnicą uszczęśliwienia ludzkości, w istocie są nikim innym jak jedynie grafomanami tworzącymi swoją Mary Sue, następnie brandzlującymi się na samą myśl o jej świetności. Z tą różnicą, że w ich wizji jest ona personifikacją całego społeczeństwa, jeśli nie od razu gatunku. Bohaterka jest zbiorowa, ale identycznie idealna, niezbalansowana, kompletnie odrealniona, sprowadzona do paru wysoce stężonych wartości i ostatecznie – nudna. Istnieje też druga różnica: w przeciwieństwie do grafomanów fandomowych, ci już roszczą sobie prawo do urzeczywistnienia ich wizji, domagają się i tego oczekują, zbierając swoich popleczników. A my, zamiast potraktować ich jak każdego, kto nie potrafi pisać, czyli albo polecając im tworzyć takie głupoty do szuflady i nikomu więcej nie pokazywać, albo tłumacząc dlaczego to się nie nadaje, jest złym pomysłem – jeszcze się tym jaramy!

Ktoś mógłby uznać, że istnieje zasadnicza różnica: o ile w fikcji oczekujemy między bohaterami jakichś zgrzytów, trudności piętrzących się przed nimi, sprzecznych interesów, konfliktów, rywalizacji, sukcesów i porażek, adrenaliny, burzliwego rozwoju wewnętrznego i elektryzującej narracji, o tyle od ładu społecznego żądamy czegoś zupełnie przeciwnego: bezpieczeństwa, stabilizacji, zorientowania wokół konkretnego planu. Tyle, że to bzdura. Dowodem tego są chociażby „ustawki”, organizowane gdzieś w plenerze bójki pseudokobiców, którzy umawiają się na swego rodzaju turniej. Ludzie strasznie dziwili się, gdy wśród ustawkowiczów odnajdywano osoby wykształcone, pełniące jakieś nobliwe funkcje, z wysoką pozycją społeczną, a jednak okładające bezlitośnie wrogów, walczące ramię w ramię z jakimiś degeneratami ze świata przestępczego, w imię barw lokalnego klubu. Tymczasem jeśli przyłożymy do tego dramaturgiczną miarę, sytuacja stanie się zrozumiała. Ludzie nie chcą żyć w żadnych ciepłych bajorach utopii, chcą się realizować w wybrany przez siebie sposób, odróżniając się od innych, czasem zwyciężając ich w taki sposób. Dla ustawkowiczów obecny stan w którym osiągnęli swoją pozycję, stabilizację i majątek już poniekąd stanowił jakąś utopię. Z pewnością cieszyli się z wszystkiego co im zaoferowała, ale czy jednak na tym poprzestali i żyli zgodnie z jej regułami (prawem)? Nie. Przekroczyli je. Dlatego, że nie zaoferowała im tego, na co naprawdę mieli ochotę, albo na co zdążyli nabrać ochoty – na realizację siebie w formie jakiej utopia nie przewidziała, bądź nie chciała wyrazić na nią zgody. Jako współczesnych Rolandów, dących w róg, broniących się w weekend przed hordami okrutnych wrogów, zasłaniających sztandar, wykazujących się męstwem w obliczu zagrożenia (którego utopia nie oferuje): nie chcieli o tym jedynie czytać, oglądać filmów czy grać – chcieli to przeżyć, być takimi naprawdę. Mieli dość eskapizmu o takiej treści, tę treść przenieśli do rzeczywistości.

Żadna utopia nie jest w stanie osiągnąć swojego celu, jakim jest zapewnienie ludzkości szczęścia. Gdybyśmy pamiętali o prakseologicznej podstawie; że człowiek działa, nie gubilibyśmy z pola widzenia tej prawdy. Szczęście znajduje się tam, gdzie upatrują go ludzie – nie da się go zakląć w jakiejś jednej wizji życia społecznego, bo ludzie są istotami dynamicznymi; osiągając jakiś cel lub stan, szukają kolejnego, do którego znowuż będą mogli dążyć. Bo a nuż, może tam znowu znajdą szczęście, które jakoś utracili chwilę po tym, gdy zamajaczyło im tu, gdzie za nim podążyli. Gdyby nawet jakimś cudem udało im się zrealizować czyjąś utopię i tak ostatecznie by ją opuścili, bo na dłuższą metę byłaby nie do zniesienia: bo już tu byli, już ją widzieli, chcą czegoś innego poza stagnacją, jaką ma im do zaoferowania.

Niewątpliwie dopatruję się tutaj asimovskiego wpływu. Gdy ktoś mnie pyta, czy uważam swoją propozycję indywidualistycznego propertarianizmu za utopię, podobnie dokonuję rozróżnienia między ou—topią i eu-topią. Moje stanowisko jest ou-topijne, bo nie miało miejsca w historii i nie zostało nigdzie zrealizowane. Natomiast nie jest eu-topijne. Nie gwarantuje nikomu szczęścia, nie roztacza wizji jego powszechności. Jedyne co zapewnia, to możność jego swobodnego poszukiwania w wybranych przez siebie kierunkach, także tych, które w większości innych propozycji ładów społecznych są niedopuszczalne. Maksymalizuje wolność działania, nie dba jednak o eudajmonię. Możemy sobie z łatwością wyobrazić w nim ludzi, nie wiedzących czym szczęście dla nich naprawdę jest oraz jak je osiągnąć, którzy z całej tej swobody skorzystają w sposób, który uczyni ich nieszczęśliwymi. Którzy poświęcą środki i czas, dążąc do wymarzonych przez siebie utopii, mając możność lokalnego ich urzeczywistnienia, tylko po to by przekonać, że zbudowali tam dla siebie i swoich gości piekło. Mnie nie zależy na szczęściu ludzkości i prowadzeniu jej do niego za rączkę, a jedynie swobodzie, nawet jeśli miałaby unieszczęśliwiać. Indywidualistyczny propertarianizm opiera się bowiem na koncepcji wolności, która nieuchronnie prowadzi do najbogatszego ontologicznie świata. A zatem świata, w którym istnieje także cierpienie i może tętnić ono we wszystkich formach. Usunięcie cierpienia wcale nie sprawiłoby, że świat stałby się lepszy. Zabrakłoby w nim bowiem i tej części piękna, które w cierpieniu znajduje swój początek. Nie powstałaby klasa utworów opisujących je, a pośród nich i te o wielkiej wartości estetycznej. Ani klasa szlachetnych czynów, dokonywanych przez ludzi, na których cierpienie innych wywiera wpływ, któremu się sprzeciwiają i pragną nieść pomoc jego ofiarom. Jedno jest zależne od drugiego – aby maksymalizować dobro i piękno, trzeba też maksymalizować zło i brzydotę. Im więcej wolności, tym bliżej całkowitego nasycenia w jedno i drugie.

Moja propozycja nie dba o eudajmonię, to prawda. Przynajmniej nie tę naiwnie projektowaną przez technologię czy rozwiązania polityczne. Postuluje w jakiejś części świat dużo bardziej brutalny i okrutny, w innej z kolei bardziej subtelny i łagodny, a gdzieniegdzie dokładnie taki sam jak ten nasz dzisiejszy. Jednakowo silne prawo do decydowania o jego kształcie daje ludobójcom i tyranom, co i świętym oraz filantropom. Zatem już w samych założeniach unika groźby bycia nieznośną dystopią, jak i równie niedopuszczalnie nudną utopią. Jest w sam raz. Świat bogatszy ontologicznie, z takim też społeczeństwem, nie jest moralnie lepszy ani gorszy – jest po prostu bardziej urozmaicony, ciekawszy – podobnie jak książki, w których występują dobrze napisani bohaterowie.

Epilog – jak robić czytelnikowi dobrze.

Jeśli ktoś czyta ten tekst, głównie dla wtrętu literackiego i chciałby dla odmiany wiedzieć, jak moim zdaniem, powinno się kreować postaci, moją jedyną radą na początek byłaby ta: tak, aby autorowi pozostawiały mnóstwo swobody w kierowaniu fabułą. Nie ma jednej szkoły. W zależności od charakteru intrygi, można robić to w różny sposób. W książkach Asimova i innych dawnych mistrzów science-fiction, najczęściej postaci nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jak sam Isaac przyznał, on preferował:

wykorzystać intrygę w charakterze nośnika idei. Postacie przedstawić jako protagonistów o odmiennych sposobach życia i wizjach świata, a osią fabuły uczynić konflikt, w którym każda ze stron próbuje narzucić drugiej – perswazją lub przemocą – swój światopogląd. Aby przedsięwzięcie to odniosło sukces, strony konfliktu powinny zdradzić swe wizje świata (myląc stronę przeciwną, lecz nie czytelnika), czytelnik zaś faworyzować tę lub inną stronę (zwycięstwo jednej nie może pozbawić go efektów wynikających z suspensu). Gdy uda się wykonać to perfekcyjnie, żadna ze stron nie będzie personifikowała ani bieli, ani czarni, lecz tylko dwie szarości różniące się odcieniem tak nieznacznie, by czytelnik nie potrafił ostatecznie wybrać między nimi, ale musiał się zastanawiać i sam wyciągać wnioski. W moich książkach znajdziecie dużo tak właśnie skonstruowanych wątków fabularnych, ponieważ ten sposób pisania uważam za najcelniejszy.

Istnieje wiele jeszcze sposobów konstruowania fabuły, lecz najważniejsze to pamiętać, że nie wykluczają się one nawzajem. Powieść humorystyczna może na przykład przekazywać jak najbardziej poważne idee i jednocześnie zawierać interesujące charakterystyki postaci.

Z drugiej jednak strony pisarz może, mniej lub bardziej świadomie, poświęcić pewne elementy konstrukcyjne fabuły po to, by jak najprecyzyjniej zrealizować zasadniczy zamysł. Mnie na przykład do tego stopnia zależy na przedstawieniu konfliktowych idei, że nie czynię żadnych poważniejszych wysiłków, by tworzyć błyskotliwe wizerunki postaci albo zalewać opowieść powodzią humoru. Dużo już powiedziano o „papierowych postaciach” z moich książek i o ich „przegadaniu”. Oskarżenia takie wychodziły jednak spod piór krytyków, którzy nie zrozumieli (dlatego, być może, że zabrakło im inteligencji) moich zamiarów.

Jednak to rozwiązanie obciążone jest zasadniczą wadą. O ile dobrze ilustruje się za jego pomocą heglowskiego ducha historii, kierującego całymi społeczeństwami oraz znakomicie opisuje się za jego pomocą proces zmian bądź przełomów, dotykających ogromnych rzesz ludzi czy innych istot, bohaterowie stają się jedynie jego nieokreślonymi manifestacjami. Ich miejsce mógłby zająć ktokolwiek inny i nie byłoby żadnej różnicy. Opowiadania Asimova czytałem jakieś 10-12 lat temu, staram się teraz przypomnieć chociaż jednego opisanego w nich człowieka… i… nie umiem. Nic, zero. Pamiętam clou części z nich, ale za cholerę nie umiem Wam wskazać kogo dotyczyły i dlaczego powinniście się zainteresować jego losem.

Tymczasem umiejętne, wiarygodne określenie postaci, potrafi dać punkt wyjścia dla kreacji prawdziwego samograja. Czy sądzicie, że ludzie są w stanie wysiedzieć osiem sezonów serialu tak schematycznego, jak gra Grecji na ME 2004, opowiadającego o zdolnym, aczkolwiek aspołecznym lekarzu pracującym w szpitalu w New Jersey, dla samych zagadek medycznych? Z całą pewnością, „House M.D.” sprowadza przed telewizory sporą liczbę hipochondryków, wciąż i wciąż diagnozujących u siebie tocznia, jednak jego fenomen opiera się na sprytnie wybranych dramaturgicznych niciach, których zawsze jest kilka, wszystkie natomiast biorą swój początek od centralnej postaci i jej cech. Greg House ma bardzo jasno określone swoje silne, ale też słabe strony, często zresztą w jego przypadku, jedne okazują się być drugimi i vice versa. Na przykład, ta sama ciekawość, napędzająca go w pracy zawodowej potrafi sprawić, że w niewybredny sposób będzie testował swoich współpracowników bądź przyjaciela – Wilsona, sprawdzając z jakiej gliny są ulepieni. W sferze zawodowej inteligencja będzie służyć mu konstruktywnie, do rozwiązywania zagadek, w innej – prywatnej, destruktywnie, do komplikowania sobie życia i generowania w otoczeniu nowych napięć. Serial więc w głównej mierze opiera się na balansowaniu House’a nad krawędzią, testowania wyrozumiałości oraz cierpliwości szefostwa, wojenkach o władzę i swoją autonomię, zmaganiu się ze swoim kalectwem, zarówno fizycznym jak i emocjonalnym czy narzucaniem innym swojego światopoglądu, etc.

„House M.D.” wzoruje się na innym samograju, cyklu opowiadań o Sherlocku Holmesie (sprawdźcie ile kolejnych powstało jego kontynuacji, adaptacji, ekranizacji, „cytowań”, jeśli wahacie się nazwać go samograjem) i dodatkowo wykorzystuje dramaturgiczne nieużytki swego poprzednika. Na przykład, Sherlock Holmes był wolnym strzelcem. Nic dziwnego zresztą, zważywszy na jego trudny charakter, ale o ile ciekawiej byłoby, gdyby nie miał takiej swobody i był zmuszony do liczenia się z hierarchią. Owszem, Holmesowi londyńska policja także wchodzi w paradę, jest zmuszony pierwszeństwo oddawać Lastrade’owi, ale to raczej uprzywilejowany i na ogół niegroźny konkurent w śledztwie, a nie ktoś, kto ma bezpośrednią władzę nad bohaterem, który mógłby go odciąć od pensji. Holmes miał dość ograniczony kontakt ze światem, nie był zmuszany do zbytniej z nim integracji. House’owi więc dorzucimy upierdliwych pacjentów w przychodni, niech się zmaga. Albo, pełniej wykorzystajmy motyw niepełnosprawności i uzależnienia, grając tutaj na jakieś nutce nadziei na poprawę. Relacja Holmesa i Watsona też jest dosyć sielankowa, znajdźmy więc sposób, żeby House był dla Wilsona bardziej irytujący, i żeby wynikało to wiarygodnie z jego charakteru. Taki „Sherlock na sterydach” ułatwia twórcom skupienie zainteresowania publiczności, bo jeśli akurat wyczerpią napięcie w jednej jego sferze życia, zawsze są w stanie zgrabnie przejść na inną, która pozostawała w tle. A ponieważ jest ich przynajmniej kilka, trudno wyczerpać potencjał. Kiedy to już nastąpi, można zmienić bohaterowi: albo otoczenie, albo dać nowych partnerów, których będzie musiał znowuż odkryć, dotrzeć się z nimi i przebrnąć przez kolejną porcję konfliktów.

Niestety, umiejętność pisania takich postaci wymaga już jakiejś wiedzy o ludzkich charakterach, motywacjach i skłonnościach. Jeśli nie ma się zbytniego talentu do obserwowania, zawsze można się posłużyć jakimiś typologiami osobowości, w których rozpisane są charakterystyczne ich cechy, także jako listy zalet i wad. Można więc skorzystać z nich jak z form, z których odlewać się będzie swoich bohaterów, mając pod ręką kompletną listę ich mocnych i słabych stron. Mając do dyspozycji ich słabe strony, jesteśmy w stanie dobrać odpowiednio bolesne dla nich przeciwności losu, z jakimi będą się zmagać, natomiast ewentualne zwycięstwa odnosić będą, dzięki swym zaletom i talentom. Lub zbiegom okoliczności, wygenerowanych przez czyny innych bohaterów, wynikające z ich osobowości.

Inną metodą może być redukcja bohaterów do ich interesów, głównych celów do jakich będą dążyć. Najczęściej mamy z nią do czynienia w komediach omyłek, w których gromadzi się kilka postaci, ogranicza możliwość osiągnięcia przez nich wybranych celów poza własnym gronem. Ostatnio w mainstreamie z tym sposobem mieliśmy do czynienia w przypadku serii „Piratów z Karaibów” (dodatkowo bardzo przemyślnie opartym na teorii gier). Kiedy się uda, zyskujemy możliwość formowania gwałtownie zmiennych sojuszy między nimi, zdrad, zwrotów akcji i nieustannej redefinicji środków do osiągnięcia ostatecznego celu. Tyle, że tutaj także postaci będą dość „papierowe”, jak u Asimova, a tempo w jakim toczyć się będzie akcja nie będzie sprzyjało pogłębianiu ich charakterystyki.

Można także postawić na archetypy, zwłaszcza gdy zamierzamy pisać coś w stylu mitu. W klasycznych „Gwiezdnych wojnach” wypaliło to bardzo dobrze. Generalnie więc wypadałoby wiedzieć co chce się pisać, dla kogo i w jakim celu. Jeśli ma się tę wiedzę, problem marysuizmu nie istnieje. Stawiam więc tezę, że twórcy utopijnych wizji, (poza tymi którzy traktują je jako krytykę nie wprost aktualnego stanu rzeczy, stosowaną do przebrnięcia przez cenzurę), nie wiedzą po co piszą, dla kogo piszą oraz jak niestrawne to jest dla kumatych.

P.S. A dlaczego utopiści tworzą akurat zbiorową Mary Sue, a nie Gary’ego Stu? Odpowiedź na to jest prosta: jak śpiewał Ian Anderson, społeczeństwo jest kobietą.

Wersja offline – PDF