Deus ex machina — rozszerzenie zapisków z łoża

Notes przy łóżku, pamiętaj o tym cholernym notesie…

O najsilniejsze inspiracje najłatwiej przed snem, w czasie snu bądź w międzyśnie, kiedy to bodźce z zewnątrz są w największym stopniu wyciszone, a myśl kołacze się gdzieś w odmętach pamięci długotrwałej. Jak grom z jasnego nieba pojawia się pomysł, człowiek potrafi ująć go z każdej strony. Jest w stanie objąć umysłem wszelkie możliwe ścieżki rozwinięcia tego pomysłu, bądź jak natchniony rozwiązuje w jednej chwili postawiony wcześniej problem.

Ileż to razy obiecywałem sobie przed zapadnięciem w sen, że jutro się nad tym olśnieniem zastanowię, a gdy jutro wreszcie nadchodziło, nie pamiętałem czym miałem się zająć! Stwierdziłem wreszcie — dosyć, nie będę dłużej marnotrawił krótkotrwałych błysków intelektu swego, muszę to notować.

Owszem, czasem zdarzało się, iż podekscytowany czymś zrywałem się na równe nogi, zaczynając i w środku nocy pracę nad materiałem objawienia, ale zazwyczaj efekt końcowy pozostawiał wiele do życzenia. Noc, poza nastrojem niezwykłości takich chwil i poczuciem rozumienia meandrów Wszechrzeczy, nie oferuje klarowności przelewania myśli w słowa. Najlepiej więc zanotować hasło czy parę skojarzeń w nadziei, że w blasku światła uda odtworzyć się wczorajszą myśl, a noc pozostawić sobie na pławienie się w wizjonerskich nastrojach. Otóż wczoraj mi się widziało, coś też zapisałem. Postaram się odtworzyć większą tego część. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Zaczęło się niewinnie. Jak zwykle. Najprawdopodobniej pod wpływem ostatniego wpisu poświęconego empatii, kolejną próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”, tym razem dotykającego genezy własnego światopoglądu, postanowiłem przemyśleć sprawę ukorzenienia idei w człowieku. Gdzie szukać początków swoich przekonań? Co determinuje, że pewna myśl staje się dla nas atrakcyjna, a inna odpychająca? Czy można zawczasu przewidzieć, które przyjmiemy, a które odrzucimy? Z pewnością w przypadku tych pytań jestem epigonem i wielu ludzi zdążyło zadać je wcześniej, być może doszli nawet do jakichś rozstrzygnięć, ja jednak w ramach swej racjonalnej ignorancji nie podjąłem nawet próby ich odnalezienia. Domyślam się, że najbliżej będzie im pewnie kognitywistyki i jej okolic, ale wolę dochodzić do pewnych rzeczy o swoich siłach, chociażbym miał wyważać otwarte drzwi.

Od czego jednak zacząć? Gdzie znaleźć punkt zaczepienia? Przyjąłem założenie, że świat w dużym stopniu jest odbiciem ludzi, którzy w nim działają. Upodabnia się więc do nich, a oni odciskają w nim swe piętno. Myśli na ogół stanowią próbę uchwycenia określonych, możliwych oddziaływań na otoczenie, czyli świat właśnie. Idee stanowią ich bardziej sformalizowane ujęcia. Ostatecznie jednak, antropiczna część świata, jak sama nazwa wskazuje, źródło swojego sensu ma w człowieku. I to w nim, jego własnościach i chęci uzgodnienia wnętrza z zewnętrzem, należy szukać źródła przywiązania do jakichś zewnętrznych względem niego samego przedmiotów. Takich jak idee, chociażby. Chodzi zatem o harmonizację obu stron swoich relacji intencjonalnych. Podmiotu z przedmiotem. To, czego nie sposób ze sobą pogodzić — odrzuca się.

Na warsztat wziąłem swoje przywiązanie do idei wolnego rynku. O ile niemożliwe jest wyznaczyć jakąś konkretną, graniczną datę, która wskazywałaby na świadomą decyzję akceptacji tej idei w formie jakiegoś przełomowego postanowienia, o tyle gdy przyglądam się swemu życiu, zauważam że w zasadzie od samego dzieciństwa nie miałem najmniejszych problemów z jej internalizacją. Nigdy też nie przeszedłem etapu sprzeciwu wobec niej, a kiedy zdawszy sobie z tego sprawę, spróbowałem taki w sobie wzbudzić (w imię osiągnięcia ideału człowieka sprawiedliwego, krytycznego względem nie tylko siebie samego, ale i swoich poglądów) efekty były doprawdy mizerne. Nie byłem w stanie wyprodukować na tyle sensownej krytyki wolnego rynku, abym potrafił się nią przekonać do istnienia jakiegoś przyczynku do jej teoretycznego odrzucenia. Szukałem więc wytworzonej przez innych i szukam jej nadal, ale wszystko co znajduję okazuje się tak samo nieprzekonujące, odległe i niemalże organicznie obce. Jedynie w ramach grzeczności, mogę udawać przy kontaktach towarzyskich, iż traktuję stanowiska opozycyjne mojemu serio. Z drugiej strony, gdy nie staram się dystansować od swoich poglądów, nawet na tę nieprzekonującą krytykę (zatem niegroźną), reaguję z rozdrażnieniem, wskazującym że został mi uczyniony jakiś osobisty afront. Tak jakby moje stanowisko, akurat ta idea, była częścią mnie, przedłużeniem mojej osoby w świecie inteligibilnym i jej krytyka jednocześnie dotykała personalnie mnie.

Wreszcie, dzięki temu nocnemu olśnieniu dotarło to do mnie jasno i wyraźnie — po części, poprzez analogię, ona jest częścią mnie! Zagadka została rozwiązana. Trzecią część swojego niedawnego cyklu introspekcyjnego poświęciłem empatii. Właśnie ona okazała się kluczowa i rozstrzygająca. Połączyłem kropki i wszystko pasuje. To co wewnątrz uzupełnia się z tym co na zewnątrz. Wiecie już, dlaczego wolny rynek jest mi tak organicznie bliski?

Dlatego, że podporządkowuje twórczość empatii. Jest zasadą wymuszającą od jednostek jej użycia na wyższym szczeblu — poziomie życia społecznego, w gospodarce. Reguły wolnego rynku skłaniają ludzi do dobrowolnego podporządkowania swoich talentów i umiejętności, ogólnie pojętej kreatywności i twórczości, potrzebom innych. Kto nie potrafi postawić się w sytuacji drugiego człowieka, wyobrazić sobie jego potrzeb i znaleźć sposobu ich optymalnego zaspokojenia, nie jest wynagradzany. Społeczność wolnorynkową tworzy się poprzez wzajemną służbę opartą o ciągłe pytanie o cudze potrzeby. Przez nasłuchiwanie ich. Stałe odgadywanie.

Kto przestaje o nie pytać, a sam zaczyna o nich mówić, definiować je, ustalać, twierdząc że je zna, dzielić na „prawdziwe i uzasadnione” oraz „fanaberie” — zrywa z wolnym rynkiem. Zrywa więc i z empatią, którą zastępuje tym, co się mu roi w głowie, usiłując wszystkich do tego dopasować. Nie interesują go już faktyczne, aktualne potrzeby innych ludzi, co najwyżej wizja tego jakimi powinny być, dyktowana przez wybraną ideologię. Wolny rynek nigdy nie zgromadzi żadnej trwałej, ponadczasowej wiedzy, dlatego stale słucha, stale szuka. Ktoś kto uznaje, że już wie — słuchać i szukać przestaje. Bo uznaje, że już wie.

Z tego jak bardzo adekwatna jest analogia między słuchaniem i mówieniem a wolnym rynkiem i etatyzmem, zdamy sobie sprawę gdy przyjrzymy się naszej smutnej teraźniejszości.

Dzisiaj się nie słucha. Dzisiaj się żąda i szantażuje, a więc mówi. Branża samochodowa w Stanach nie musiała słuchać, odgadywać potrzeb motoryzacyjnych ludzi. Ignorowała je, produkując szmelc, który sprzedawał się marnie. Czy poniosła jakieś konsekwencje w związku z tym, że nie była empatyczna wobec potencjalnych konsumentów? Nie. Wystarczyło, że bezczelnie uznała się za too big to fail, strasząc krótkoterminowymi następstwami swojego upadku i szantażując moralnie kogoś innego, kto ją wybailoutował, kradzionymi zresztą pieniędzmi.

Żyjemy w czasach, w których wielkich producentów nie obchodzą potrzeby konsumentów, a ich własne. Są wobec nich roszczeniowo nastawieni, bądź traktują ich jak następny surowiec, a sprzedaż swoich wyrobów jak kolejny etap produkcji. Jeśli coś nie schodzi, to dla nich nie informacja, iż należałoby coś zmienić i dostosować się do potrzeb innych, a że trzeba na tych innych podziałać w taki sposób, by wreszcie zaczęło schodzić bez wprowadzania jakichkolwiek zmian w ofercie. U Carsona możemy znaleźć genialny cytat z Friedenberga poświęcony właśnie temu zjawisku:

Chociaż nazywani „klientami”, członkowie „poborowych klienteli” nie są uznawani za klientów przez biurokratów, którzy ich obsługują, jako że nie mogą oni swobodnie wycofać się ani odmówić kupienia produktu, ani poszukać go gdzie indziej. Postrzegani są jako surowiec, którego sektor usługowy potrzebuje do wypełnienia swoich społecznych funkcji i do kontynuowania swojej egzystencji. Nie trzeba wielu godzin obserwacji działalności szkoły państwowej – ani szczególnej uwagi – żeby stwierdzić, iż dzieci są tam, bo to szkoła ich potrzebuje, a nie odwrotnie.

(…)

[Wydatki szkół publicznych] są pieniędzmi wydawanymi na zapewnienie dóbr i usług dla ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia o tym, czym te usługi mają być i jak mają być administrowane; i dla tych, którzy nie mają żadnego prawa, żeby odmówić tego zwyczaju przez nieuczestniczenie w nim, nawet gdy oni sami i ich rodzice czują, że to, czego szkoły dostarczają jest odrażające i szkodliwe. Daje się im podręczniki, których w przeciwieństwie do innych dzieł, od Biblii do najlichszej pornografii, żaden człowiek nie kupiłby dla własnej satysfakcji. Nie są one, ściśle biorąc, „książkami na zbyt”; raczej, komitety, których żaden członek nie kupiłby takich książek do własnej biblioteki, przyjmują je dla przymusowego użytku setek tysięcy ludzi.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s.215

tłum. Krzysztof Śledziński

Ale nie tylko wielcy producenci przesiąkają tą antyrynkową logiką. Równie roszczeniowi potrafią być ludzie ze społecznych nizin. Oni także, skupieni wyłącznie na swoich potrzebach, domagają się by to właśnie one zostały zaspokojone, a oni sami mogli pracować w tym samym miejscu, w ten sam sposób, w głębokim poważaniu mając konsumentów. Tylko taki mają produkt do zaoferowania, tylko taki chcą sprzedawać, praca istnieje zaś jedynie po to, aby dawać im pieniądze do ręki, a nie by jej efekty miały wychodzić naprzeciw czyimś potrzebom. Ludzie z nizin społecznych też mają swoją metodę na szantaż. Najczęściej sprowadza się do epatowania trudną sytuacją finansową rodziny na utrzymaniu i własną, zazwyczaj w formie masowych protestów.

To właśnie tacy ludzie zostają klientami lewicy, która później w ramach zapobieżenia lokalnej „katastrofie humanitarnej” ratuje „miejsca pracy” w postaci przedsiębiorstw, które są too big to fail, bailoutując je. Szantaż moralny buraków z dołu zostaje użyty jako karta przetargowa przez tyle samo wartych arogantów z góry i staje się trwałą częścią w stałym repertuarze zetatyzowanej kultury biznesowej. Przenosi się to następnie na politykę państw przez oczekiwania wyborców odnośnie do „tworzenia miejsc pracy”. Co z kolei stanowi dalszą zachętą dla krzykaczy nie mających najmniejszego zamiaru słuchać głosu konsumenta, ale nieodparty by narzucić mu swą wolę, traktować go jak surowiec do przerobienia na etapie sprzedaży. Nieważne czego chce, ważne że my mamy swój chłam do wciśnięcia, metody na wyciśnięcie z niego pieniędzy i gęby do wykarmienia w domu, nie?

Niezmiernie bawią mnie, gdy podawani są w małych dawkach, osobnicy przypisujący wolnemu rynkowi jakieś demoniczne cechy, oskarżający go o korumpowanie ludzkiej natury czy też okrucieństwo, czemu zapobiec może wyłącznie trzymanie go w ryzach przez jakąś instytucję rządzącą się innymi prawami, zawiadującą sprawowaniem nad nim kontroli. Może to być państwo, czasem jakaś mniej formalna część społeczności. Dosadniejszym rozwiązaniem jest całkowite wybicie kłów rynku, w postaci własności prywatnej. Tymczasem, nie. Demoralizuje głównie jego brak. To jego brak zachęca do nieliczenia się z innymi. Ułatwia odwrócenie tej relacji, stawiania na piedestale siebie, swoich zdolności wytwórczych i podporządkowywania im innych, miast dopasowywać je do czyichś potrzeb. Wodzi na bezdroża biznesowej grafomanii. Brak wolnego rynku pociąga za sobą także utratę konieczności posługiwania się empatią w znacznej części życia społecznego, konkretniej tej odpowiedzialnej za wytwórczość i jej gratyfikację.

Nie ma większego znaczenia czy od rynku odchodzimy na rzecz etatyzmu, komunizmu, syndykalizmu czy jakiegokolwiek innego -izmu. Przestajemy słuchać potrzeb innych ludzi, zaczynamy słuchać potrzeb -izmu.

Niestety, kolektywistyczne formy anarchizmu, jak syndykalizm czy wolnościowy komunizm, napotykają na ten sam problem. Bardzo dobrze kwestię tę obrazuje powieść Ursuli LeGuin The Dispossessed. Jest to historia osadzona w anarchokomunistycznym świecie Anarres, który wpadł we władanie biurokratycznej klasy rządzącej. Przemysłowe syndykaty i federacyjne ciała planistyczne na przestrzeni dłuższego czasu nieuchronnie zaczęły korzystać z usług planistów i ekspertów. Bez względu na to, jak nominalnie demokratyczne były te ciała, niezależnie od tego, że np. wybierani do nich delegaci mogli być w każdej chwili odwołani, w praktyce wybrani członkowie zawsze opierali się na ekspertyzach doradców. Syndykaty i federacje, nominalnie odpowiedzialne przed pracownikami, spełniały funkcję niby pieczątki Gosplanu. I, rzecz jasna, kiedy planowanie zastępuje rynek, nie można uniknąć podobnej ossyfikacji.

Co gorsza, przykładów podobnej degeneracji zarządzania wcale nie musimy szukać w fikcji literackiej. W fascynujących badaniach nad „niechęcią pracowników do pracy”, Michael Seidman poddał analizie identyczny proces w kontrolowanym przez pracowników przemyśle Katalonii. CNT-UGT stopniowo przyjęło managerską postawę wobec pracowników, przed którymi formalnie była odpowiedzialna; co więcej, zaczęło obsesyjnie zwalczać brak posłuszeństwa i nieobecność w pracy, narzucając dyscyplinę pracy w identycznym stylu, jak za kapitalistycznych szefów. Rada Techniczno-Administracyjna CNT, przykładowo, ostrzegała, że nastąpi katastrofa, jeśli pracownicynie wyzbędą się szkodliwych „burżuazyjnych wpływów” (co najwyraźniej oznaczało, że wybierali czas wolny zamiast dodatkowej pracy bez wynagrodzenia), a dyscyplina w pracy nie zostanie przywrócona. UGT „przekazało swoim członkom informację, żeby nie wysuwali żądań w czasie wojny i ponaglało ich do pracowania więcej”. Podobnie jak siedemnastowieczni purytanie, CNT-UGT uznało, że obchodzenie świąt religijnych przez robotników jest poważnym utrudnieniem dla osiągnięcia odpowiedniej produktywności.

W obliczu sabotażu, kradzieży, nieobecności, spóźnień, symulowania chorób i innych form oporu klasy pracującej wobec pracy i miejsca jej wykonywania, związki zawodowe i kolektywy współpracowały ze sobą w narzucaniu surowych zasad i regulacji, analogicznych do tych, które wprowadzali kapitaliści, a często nawet ostrzejszych.

 W niektórych kolektywach przemysłu odzieżowego, wyznaczano „towarzysza”, który kontrolował wejścia i wyjścia, a także wymagano bezwarunkowej akceptacji wyznaczonej pracy i poleceń.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s. 340-341

tłum. Bartosz Stopel

Paradoksalnie więc, anarchiści tak często wycierający sobie gęby budowaniem świata bardziej przyjaznego człowiekowi, nie mają większego pojęcia, czego faktycznie człowiek chce i co uznaje za przyjazne sobie. Nie pytają, nie zastanawiają się, nie proponują. Oczekują. Wymagają. Podporządkowują, nie dając szansy na z alternatywę. O „anarchistycznej empatii” okazywanej ludziom, którzy z jakichś powodów nie chcieli na wsiach przyłączyć się do kolektywów i woleli żyć po swojemu, poczytać można na blogu Włodzimierza Gogłozy, w tłumaczonym przez niego tekście Caplana „Anarcho-etatyści z Hiszpanii. Historyczna, ekonomiczna i filozoficzna analiza hiszpańskiego anarchizmu”.

Wielce przewrotne dla wszelkich pięknoduchów przychylnych ludzkości musi być spostrzeżenie, że ideologie, jakimi się fascynują, obiecujące udoskonalenie systemu ekonomicznego, uniknięcia wad czy wręcz zastąpienia wyrachowanego, bezlitosnego, barbarzyńskiego mechanizmu wolnego rynku inną metodą dystrybucji dóbr, w efekcie ich wprowadzenia, rugują to, na czym najbardziej im zależało. Wolny rynek w ogromnym stopniu może być faktycznie wyrachowany, bezlitosny i barbarzyński, ale na poziomie produkcji z całą pewnością zachęca do korzystania z empatii, eliminując producentów (czy to małych, czy wielkich) nie potrafiących identyfikować i zaspokajać potrzeb innych ludzi, tworzących nikomu nie potrzebne przedmioty i usługi. Dylemat więc tkwi w wyborze: czy decydujemy się na rozwiązanie empatyczne w formie czy treści? Wolny rynek i znacząca większość jego apologetów zdecydowanie nie jest empatyczna w formie, o czym powszechnie zresztą wiadomo. Ich idea jednak ostatecznie empatię i empatów faworyzuje. Deus ex machina. Jej przeciwnicy, wręcz przeciwnie – w pijarze cierpią za miliony żyjące w niedoli, za jaką z pewnością odpowiada swoboda gospodarcza, szczerze chcą nieść im pomoc swymi rozwiązaniami, które w konsekwencji swej treści empatię i potrzebę z niej korzystania, unicestwiają – zastępując ideologicznym posłuszeństwem.

Czy zatem dalej dla kogoś wciąż stanowi tajemnicę fakt, że ataki na tę ideę zdarza mi się traktować personalnie? Tym bardziej dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę z roli jaką w moim życiu odgrywa zdolność stawiania się w czyimś położeniu, tak emocjonalnym jak i intelektualnym? Afirmacja wolnego rynku w moim przypadku wynika w znacznej mierze z autoafirmacji – afirmacji samego siebie. Spoiwem, wspólnym mianownikiem między podmiotem i przedmiotem, moim wnętrzem a otoczeniem, w tym wypadku ideą, jest empatia właśnie. Nic innego. Stąd bierze się ten odczuwalny organicyzm koncepcji wolnego rynku, niezdolność do przyswojenia jego krytyki, uznanie tejże za całkowicie pozbawioną sensu. Nie istnieje sensowna krytyka empatii dla kogoś, kto się na niej opiera — tym bardziej gdy obserwuje świat, w jakim brakuje jej właśnie w miejscu, w którym broniona przez niego idea ją zapewnia, zapobiegając degeneracji w jednej z najistotniejszych sfer życia. Pracy.

Ona nie istnieje po to, byś otrzymywał swoje kieszonkowe, ale po to, by służyła innym ludziom. Kieszonkowe dostajesz tylko dlatego, że komuś faktycznie do czegoś się przysłużyła i zrobiła mu dobrze – za to, że domyśliłeś się czego ten ktoś potrzebuje, bądź domyślił się tego Twój szef. Jeśli przestaniesz się domyślać i wsłuchiwać w potrzeby innych, a skupisz na sobie (bądź zrobi to Twój szef), kieszonkowego najprawdopodobniej nie będzie. I będę miał w dupie, ile osób masz w domu na utrzymaniu, czy ilu ludzi wyleci na bruk, gdy upadnie nierentowne przedsiębiorstwo, produkujące jakieś gówno. Oto najdosadniejszy, najbardziej bezwzględny trening lustrzanych neuronów i zarazem gwarancja, iż ludzie chociażby dla samego zysku, będą mieli motywację do zajęcia się potrzebami kogoś innego i trafnego ich określenia. A jeśli już chociażby zasugerujesz, że jestem Ci coś winien tylko z racji, że odniosłeś porażkę, obiję Ci ten zdemoralizowany, durny ryj. Staram się pomagać ludziom, o ile widzę, że klęski czynią ich pokornymi i gotowymi do korygowania błędów. Na innych szkoda mojego czasu. Niech gryzą glebę do momentu otrzeźwienia. Dopiero wtedy porozmawiamy ponownie.

Kto sprzeciwia się wolnemu rynkowi, sprzeciwia się stosowaniu empatii na gospodarczej płaszczyźnie naszej egzystencji. Kto sprzeciwia się stosowaniu tam empatii, stawia się w opozycji do mnie, jako że ja niej bazuję. Kto staje przeciw mnie i neguje zewnętrzny przejaw tego, co uznaję za najszlachetniejszą cząstkę, zarówno samego siebie jak i innych, ten z mojej perspektywy zasługuje na bezlitosne wdeptanie w ziemię. I o ile wcześniej nie skapituluje, także na to, że pozostanę jego zaprzysięgłym wrogiem po kres mego żywota. Ze skurwysyństwem, nawet nieświadomym, jestem gotów walczyć do utraty sił. Sprawa staje się osobista, bo to co charakteryzuje wolny rynek, charakteryzuje także moją wewnętrzną budowę.

W ramach bonusowych materiałów zamieszczam treść nocnej notatki. To stanowiło zarodek bieżącego wpisu:

świat zewnętrzny jest nawarstwionym obrazem ludzkiego wnętrza, wolny rynek to empatia na szczeblu życia społeczno-gospodarczego, sformalizowana. ludzka kreatywność i twórczość podporządkowana pytaniu o czyjeś potrzeby, forowani najlepiej rozumiejący innych

Alternatywa: państwo jako zasada zaprzeczenia empatii, podporządkowywanie innych zamiast odgadywania czego pragną, nakazywanie zamiast słuchania

zastanowić się nad atrakcyjnością oczekiwań wobec organizacji społecznej pod kątem cech własnych

Nie zapomnij o notesie…

Wersja offline – PDF

Reklamy

Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę: