„Stalker” Andrieja Tarkowskiego, czyli najbardziej niesamowita pielgrzymka w historii kina

Zaryzykowawszy życiem, sposobem przedarłeś się przez kordon wojskowy. Druty kolczaste i ostrzał karabinów maszynowych prowadzony z okolicznych wieżyczek strażniczych masz już z głowy. Oznacza to, że pierwsza przeszkoda na drodze do Komnaty została pokonana. Najbardziej oczywiste zagrożenie – zażegnane. Lecz to zaledwie początek twojej wyprawy.

Ponieważ wkroczyłeś do Zony.

W niej panują zupełnie inne reguły postępowania, niż tam, na zewnątrz, skąd przychodzisz. Jeżeli ich nie uszanujesz, przepadniesz – tak jak ci wszyscy przed tobą, którym wydawało się, że ich potęga da im panowanie nad Strefą. Spójrz tylko na wraki ich czołgów. Myśl, że panujesz nad sytuacją możesz od razu wybić sobie z głowy.

W Zonie nad sytuacją panuje tylko ona sama – im szybciej przyswoisz tę oczywistą prawdę, tym większą dasz sobie szansę na przetrwanie. Strefa to odrębny, nieprzewidywalny żywioł zaklęty w przestrzeni. Można go otoczyć zasiekami, ograniczając do niego dostęp ludziom, ale niemożliwym jest jego opanowanie bez uprzedniego opanowania samego siebie.

Aby przeżyć podróż po tym zagadkowym miejscu potrzebujesz czegoś, co utemperuje przesadną pewność powziętych zamiarów. Bojaźni. W Zonie nie ma przecież niczego pewnego. Meandruj więc, jakby cel twojej wyprawy nie był powodem, dla której się w nią wybrałeś. Strefa nie toleruje tych, którzy poruszają się w prostej linii do celu. Taka bezpośredniość świadczy o arogancji, a ta zazwyczaj bywa bardzo surowo karana, podobnie jak bezmyślność czy niedbalstwo.

Przywyknij do myśli, że to miejsce posiada swój własny majestat, który będziesz musiał uszanować. Jeżeli zlekceważysz Zonę, ona pokaże ci, ile w gruncie rzeczy warte są twoje zamiary. Z własnej głupoty skończysz w Wyżymaczce albo jeszcze gorzej.

Powiadasz, że jak wielu przed Tobą, ciągniesz tam wiedziony pogłoskami o Komnacie spełniającej najskrytsze pragnienie?

Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebujesz stalkera, nieszczęsny, współczesny mi człowieku…

***

„Stalker” jest jednym spośród garstki tych nielicznych filmów, w których zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Nielicznych, ponieważ kino jako medium posługujące się przede wszystkim obrazem, nie zaś słowem dającym bezpośredni wgląd w myśli czy uczucia, rzadko wywołuje u mnie autentyczne poruszenie. Zazwyczaj w jego konwencji brak elementów broniących się na przykład w sztukach teatralnych, takich jak wewnętrzne monologi czy solilokwia, dzięki którym postaci mogłyby dokonać znaczącej ekspresji swojego subiektywnego przeżycia, odkryć przed nami swą duszę.

W filmach niezbyt często otrzymujemy postaci mające coś odkrywczego do powiedzenia, odsłaniające przed nami jakieś przesłanie. Jeszcze rzadziej: czyniące to w na tyle piorunujący sposób, który uznalibyśmy za godny zapamiętania. Opowiadanie historii za pomocą ruchomych obrazów ciąży z reguły w stronę narracji sytuacyjnej, to znaczy przez wymowę scen, nie zaś klasyczne oratorstwo czy romantyczny ekshibicjonizm emocjonalny, dla których istotna jest postać – a jeszcze lepiej – mistrzostwo pathosu czy ethosu konkretnego mówcy. Naturalną tendencją kinematografii (i dalece większej roli montażu niż w tradycyjnych formach sztuk scenicznych) jest zwalczanie wszelkiej statyki sceny a wraz z nią również „przegadania”. W teatrze (jak również w słuchowiskach) aktorzy w znacznie większym stopniu są uwięzieni w konkretnym miejscu i czasie. Zamknięcie w ramach granic statycznej sceny nadaje im zdolność naturalnego przerzucania się kolejnymi racjami, negocjowania, apelowania do sumienia, rozumu, serca czy wyższych instancji w stopniu – wydawać by się mogło – niemożliwym do osiągnięcia przez kino. Opuszczanie miejsca akcji przez wiodące dramatis personae na ogół podporządkowane jest szerszemu, logicznemu podziałowi scen i występuje wówczas, gdy rzeczywiście wszelkie środki interakcji na pewnym etapie zostaną wyczerpane, a zatem wystąpi faktyczna konieczność zamknięcia sceny, w której nie ma niczego więcej do ugrania do dramaturgicznego urobku całości.

Teatr, w przeciwieństwie do kina, ma o wiele więcej cierpliwości wobec swoich bohaterów, bo również dalece bardziej jest skazany na ich subiektywizmy a dzięki temu lepiej może zadośćuczynić ich stronie psychologicznej czy duchowej. Jest szlachetniejszą ze sztuk poniekąd właśnie z powodu swoich ograniczeń. Z racji, że zwyczajnie nie dysponuje środkami, by dorównywać kinematografii w prezentowaniu spektakularnej akcji, rozmachu w całej jego powierzchowności – skupia się na sięganiu wgłąb i rozgrywaniu napięć międzyludzkich wywoływanych konkretną, ustanowioną dramaturgiczną sytuacją. Kino natomiast znakomicie nadające się do efekciarskiego przedstawania dynamicznych przemian świata przedstawionego, woli zrywać z teatralną statyką, ale przez to raczej kastruje się z wydobywania przed publicznością głębi ludzkiej duszy.

Istnieją jednak chlubne wyjątki a „Stalker” jest niewątpliwie jednym z nich. Dzięki charakterystycznemu stylowi Tarkowskiego opartemu na przede wszystkim długich ujęciach, zbliża się do realizacji klasyczej zasady trzech jedności; tym samym nabiera wspomnianej teatralnej jakości.

Zapewne częściowo z powyższego względu, film ten uchodzi za pozycję nieprzystępną, niestrawną, uznawaną za trudną w odbiorze. U widza w dodatku wymagającego silnej, zewnętrznej stymulacji, przyzwyczajonego do standardowych środków stosowanych w kinie rozrywkowym będzie wywoływał wręcz znużenie tzw. „dłużyznami”. A przecież to właśnie one definiują jego unikalny, medytacyjny charakter i stanowią zasadniczy atut, pozwalający stanąć obok mainstreamowej kinematografii, obok wymagań epoki, ponad przyziemnością problemów codzienności i najpopularniejszych tematów ogrywanych zazwyczaj przez filmy. Poniekąd właśnie dzięki tej swojej stylistycznej odrębności zyskuje warstwę samopodobieństwa, stając się dla nas kinematograficznym odpowiednikiem Strefy, o wyprawie do której opowiada.

Najwięcej krzywdy w odbiorze dzieła Tarkowskiego tak naprawdę czyni sugerowanie się jego nominalną gatunkową klasyfikacją. Według niej należy ono bowiem do kina science fiction. W rzeczywistości film, mimo wykorzystania szczątkowej ekspozycji świata inspirowanego książką braci Strugackich („Piknik na skraju drogi”), nie podejmuje w najmniejszym nawet stopniu tematyki przynależnej do tego gatunku. W „Stalkerze” nie znajdziemy żadnych kompleksowych prób mierzenia się z perspektywą tego, jak postęp techniczny czy spotkanie z bardziej zaawansowaną, obcą cywilizacją wpływa na realia społeczne, nie odkryjemy tajemnicy zagadkowego fenomenu, nie weźmiemy udziału w żadnym wielkim konflikcie ani też nie wyspekulujemy co by było, gdyby ludzkość dysponowała wiedzą i zasobami wykraczającymi poza jej stan.

Kto sięgnie po „Stalkera” oczekując wiernej ekranizacji książki lub za dobrą monetę weźmie informacje podawane w napisach prologu, roztaczające atmosferę wielkiej zagadki wymieszanej po trochu z impresjami bliskimi katastrofie tunguskiej, ten dosyć szybko odbije się od niego rozczarowany. Film w najmniejszym stopniu nie traktuje poważnie przybranej prowizorycznie konwencji science fiction na poważnie, bo ta w zasadzie nie jest mu do niczego potrzebna.

Wręcz przeciwnie — to co nakręcił Tarkowski, można uznać za jawną negację science fiction. „Stalker” bowiem nie podejmuje typowej dla tego gatunku spekulacji skupionej wokół problematyki wynalazku, odkrycia naukowego czy ograniczeń poznania wynikłego ze stosowania metody naukowej. Nie głosi, ani przestróg przed jakąś dystopijną wizją przyszłości, do której doprowadzi nas nieopanowany rozwój techniki, ani, co tym bardziej oczywiste, nie jest też panegirykiem względem postępu. Nie znajdziemy w nim ni krztyny futuryzmu, żadnej zabawy w próbę przewidzenia przyszłości. Rosyjskiego reżysera naukowość i roztrząsanie jej koncepcji zupełnie nie interesuje. Jeżeli w ogóle kieruje na nie nieco naszej uwagi, to jedynie aby ją zbyć oględnym komentarzem o tym, jak unaukowienie postrzegania świata wyjałowiło doświadczenie pierwotnej tajemnicy, zadziwienia, jego cudowności.

— Moja droga, nasz śœwiat jest beznadziejnie nudny. A zatem, takie rzeczy jak telepatia, czy przywidzenia, czy latające spodki, po prostu nie mogą istnieć. Światem rządzą żelazne prawa, które czynią go nieznośœnie nudnym. Niestety, tych praw nie da się obejœść. Może pani nawet nie marzyć o UFO, to by było zbyt interesujące.

— A Trójkąt Bermudzki? Nie zaprzeczy pan, że…

— Zaprzeczę. Trójkąt Bermudzki nie istnieje. Istnieje tylko trójkąt ABC równy trójkątowi A’ B’ C’.

Czy czuje pani całą nudę tego twierdzenia?

Życie w śœredniowieczu było ciekawsze. Każdy dom miał swojego skrzata a każdy koœściół miał Boga. Ludzie byli młodzi! Teraz co czwarty to starzec. To takie nudne, mój aniołku.

— Ale powiedział pan, że Strefa jest dziełem wysoko rozwiniętej cywilizacji…

— Pewnie też jest nudna – te wszystkie prawa, trójkąty. I żadnych skrzatów, żadnego Boga, to pewne. Bo jeżeli Bóg też jest trójkątem, to już sam nie wiem, co o tym myœśleć.

Dopiero niespodziewane pojawienie się Zony z jej rzekomymi niezwykłymi właściwościami, wymykającymi się ludzkiemu zrozumieniu przywraca nadzieję na odtworzenie utraconej zdolności przeżywania świata. Powyższa rozmowa Pisarza, jednego z pielgrzymów reprezentujących postawę współczesności, pośrednio zdradza nie tylko jego osobistą motywację dla podjęcia wyprawy – próbę uczieczki od wszechogarniającej nudy czy znalezienia inspiracji, ale określa także ton i temat całego filmu. Zestawienie nowoczesności, w której „co czwarty to starzec” ze średniowieczem z jego mitologią i religią nie jest wcale przypadkowe – ten podział będzie bowiem odnosił się do rzeczywistości poza Zoną i w Zonie.

1. Strefa jako alegoria boskości.

Wbrew temu, co o „Stalkerze” można wyczytać w sieciowych dyskusjach, nie ma on specjalnie zawikłanego czy skrupulatnie ukrytego znaczenia. Trudno też serio traktować twierdzenia o jakiejś niesamowitej swobodzie interpretacji jaką miałoby nam dawać to dzieło czy, jak sobie wymyślili snobistycznie nastawieni postmoderniści, niezbędnej wieloznaczności z musu wymaganej od prawdziwego majstersztyku. Tak, „Stalkerowi” nie można odmówić wybitności, niewątpliwie posługuje się też znakomicie zawiązaną alegorią, ale jej odcyfrowanie nie jest przesadnie skomplikowane, o ile tylko nie zignoruje się kolejnych, dosyć bezpośrednio wykładanych wskazówek pozwalających ją odczytać. Jeśli ludzie mają problem z jednoznacznym zrozumieniem tego filmu albo wybierają jakieś zwiedzone interpretacje, to tylko dlatego, że są podobni do Pisarza i Naukowca, na których tytułowy bohater skarży się małżonce w finale filmu, powątpiewając w sens powziętej przez siebie misji.

Bo czym w gruncie rzeczy u Tarkowskiego jest Zona? Jaka jest relacja między nią a postaciami czy raczej figurami występującymi w tym filmie? Dlaczego decydują się one ją odwiedzić?

Zacznijmy od charakterystyki miejsca akcji, które wyrasta niemal na dodatkowego, nieosobowego bohatera filmu. Wedle relacji tytułowego przewodnika:

– Strefa to bardzo skomplikowany system pułapek i wszystkie są śœmiertelne.
Nie wiem, co tu się dzieje kiedy nie ma ludzi, ale kiedy ktośœ się pojawi, wprawia Strefę w ruch. Stare pułapki znikają i pojawiają się nowe. Bezpieczne miejsca okazują się nie do przejœcia. ŚŒcieżka raz jest prosta i łatwa, a to znowu plącze się i gubi.

Taka jest Strefa.

Może się nawet wydać kapryœśna, ale przez cały czas to my ją tworzymy naszą obecnoœścią.

Zdarzało się, że trzeba było zatrzymać się wpół drogi i zawrócić. Byli tacy, co zginęli na samym progu Komnaty. Ale wszystko, co tu się dzieje, zależy nie od Strefy, ale od nas!

– Zatem dobrym pozwala przejœść a złych zabija?

– Nie wiem. Myśœlę, że przepuszcza tych, którzy stracili całą nadzieję. Nie złych, czy dobrych, ale straceńców. Ale nawet oni zginą, jeżeli nie
będą się właœściwie zachowywać.

Miał pan szczꜶcie, został pan ostrzeżony.

Z jednej strony Strefa jest więc niebezpieczna i kapryśna, z drugiej łaskawa dla tych, którzy wędrują do niej w poszukiwaniu nadziei. Ten zestaw cech jest dosyć charakterystyczny dla bóstw – gniewnych i wymagających ubłagania oraz pokory czy bojaźni, a jednak pełniących również jakąś rolę opiekuńczą, zdolnych do odnowy ducha swych wyznawców czy atrakcyjnych dla potrzebujących, wymagających podparcia.

Na tym jednak wcale nie kończą się zbieżności:

– Prawdopodobnie meteoryt spadł tutaj około 20 lat temu. Spalił osadę. Szukano meteorytu, ale oczywiście nigdy go nie znaleziono.

– Dlaczego „oczywiście”?

– Ludzie zaczęli znikać. Przychodzili tu i nie wracali. Wtedy uznano, że ten meteoryt wcale nie był meteorytem. Na początku otoczono to miejsce drutem kolczastym, żeby trzymać z dala ciekawskich. Dało to początek plotkom, że w Strefie jest takie miejsce… gdzie spełniają się życzenia.

Oczywiście, zaczęto strzec Strefy jak źrenicy oka. A wiadomo to, czego ludzie mogą sobie życzyć?

– Jeśli nie meteoryt, to co to było?

– Już mówiłem – nikt nie wie. A pan jak myśli?

– Nic nie myślę. Jak kto woli. Przesłanie dla ludzkości, jak twierdzi jeden z moich kolegów. Albo prezent.

– Niczego sobie prezent.

– Dlaczego to zrobili?

– Żeby nas uszczęśliwić.

Motyw szczęścia, spełnienia życzeń, pielgrzymowania w jakiejś błagalnej intencji również jest zbieżny z aspektami boskości. Zonie przypisywane są właściwości nadnaturalne, a zarazem stanowi ona coś w rodzaju, wydzielonej od reszty świata świeckiego, świętej ziemi. Co ciekawsze – dostęp do niej jest surowo wzbroniony przez siły państwa, co czyni tę interpretację jeszcze bardziej wymowną, jeżeli przypomnimy sobie o państwowej ateizacji Związku Radzieckiego, w którym „Stalker” powstał. Nie przypadkiem Tarkowski „był wielkim artystą, ale nie ich”.

A jeżeli chcielibyśmy, mimo tych wskazówek pozwalających przypisać sakralny charakter Zonie i całej powziętej doń wyprawie, usilnie zbagatelizować je na rzecz jakiejś bardziej laickiej interpretacji, ostateczny, dominujący komentarz będzie stanowić ścieżka dźwiękowa Eduarda Artiemjewa, składająca się głównie motywu przewodniego – „Medytacji”,

Medytacja, motyw przewodni „Stalkera”
Pulcherrima rosa w wykonaniu męskim…
…oraz w wykonaniu żeńskim.

Artiemjew znakomicie wiedział, co robi. Wymieszawszy muzyczne tradycje, pozbawił chrześcijańskiej pieśni tekstu, wyabstrahował jej sakralny sens i zilustrował nim duchowość przejawianą przez Stalkera, jego wiarę w cuda Zony, jak również samego procesu pielgrzymowania.

Tych sakralnych odniesień jest zresztą więcej i pochodzą z róznych kulturowych źródeł. Weźmy na przykład pod uwagę specyfikę spełnianych przez Komnatę marzeń – problematycznie obnażającą najgłębsze motywacje rzekomych beneficjentów i odsłaniającą przed nimi ich ukrytą strukturę. Skąd to się wzięło Tarkowskiemu? Otóż, najprawdopodobniej z maksymy delfickiej świątyni: „Poznaj samego siebie!” (γνῶθι σεαυτόν).

Samowiedza jako dar uzyskiwany w formie łaski, środek do dalszego wzrostu duchowego również wpisuje się w sakralny sens, korespondując w dodatku z częstą motywacją pielgrzymek – odnajdywaniem siebie i swojego miejsca w świecie.

Strefa i jej Komnata jest więc ogólnie zarysowana tak, aby pełnić rolę substytutu bóstwa w przedstawionym świecie.

2. Jurodiwyj stalker oraz jego posługa kapłańska i tabu…

Jeżeli Zona w całej tej pielgrzymiej opowiastce pełni rolę miejsca świętego czy zdolnego do czynienia cudów obiektu kultu, musi się znaleźć w niej również miejsce dla kogoś, kto obsadzi rolę związaną z archetypem kapłana. I ktoś taki w filmie występuje. To tytułowy bohater.

Protagonista odgrywany przez Aleksandra Kajdanowskiego jest nie tylko (duchowym) przewodnikiem, który wie jak obłaskawić kapryśną Strefę. Dopełnia również swoich stalkerskich rytuałów – co rusz rzuca muterką na sznurku, sprawdzając czy na wędrowców nie czyhają jakieś enigmatyczne, niewypowiedziane niebezpieczeństwa, co musi wydawać się jego sceptycznym podopiecznym niezwykłym przesądem bez żadnego praktycznego uzasadnienia. Celebracja zaczyna się już po wkroczeniu do Zony, gdy na powitanie, pozostawiwszy resztę pielgrzymów na stronie, na znak ostatecznego oddania a może i tęsknoty kładzie się na wznak i tuli do jej ziemi. Stara się również, chociaż na ogół bezskutecznie, zachęcić towarzyszy tej dziwacznej podróży do przybrania wobec Strefy podobnej postawy.

Stalkera widzimy w filmie po raz pierwszy, gdy szykuje się na wyprawę i zostaje na tym przyłapany przez swoją żonę, wypominającą mu, że z myślą o swojej rodzinie miał znaleźć sobie praktyczniejszą a może też bardziej konformistyczną pracę przez którą nie wpadnie ponownie w tarapaty. Jak się dowiadujemy, ma bowiem za sobą pięcioletnią odsiadkę – prawdopodobnie właśnie za wcześniejsze forsowanie zakazanej granicy Strefy.

Powzięta przez niego misja, jej celowość, ogólny sens zajmowania się doprowadzaniem chętnych do Komnaty w Strefie – to wszystko jest podważane od samego początku, przez praktycznie każdą przewijającą się w filmie postać. W zasadzie, stalker znajduje się on na marginesie społecznym, nie tyle z powodu swojego wyroku, co raczej uporczywie powtarzanej praktyce ascetycznej, wyłamującej się z oczywistych społecznych konwenansów.

Tarkowski wiedzie tytułowego bohatera od upokorzenia do upokorzenia nieprzypadkowo, ponieważ w gruncie rzeczy rzedstawia nam historię specyficzną dla rosyjskiej tradycji sakralnej w przebraniu. Stalker to po prostu jurodiwyj – boży głupiec osadzony w wyabstrahowanej z prawosławia formie.

O ile w zachodnioeuropejskiej tradycji religijnej trudniej znaleźć ekwiwalent dla tej odmiany ascezy, bo nam świętość osiągana przez głupca może kojarzyć się co najwyżej z toposem naiwnego prostaczka postępującego słusznie, niezdającego sobie uwagi z trudności pokus, na jakie są narażeni bardziej świadomi, obecnym chociażby w wagnerowskim Parsifalu, o tyle dla ortodoksyjnego chrześcijaństwa była to dosyć wyraźnie określona w tradycji społeczna funkcja, mająca na celu prowokowanie refleksji religijnej oraz w pewnym sensie nabierania dystansu do spraw świeckich, powszednich i racjonalnych – właśnie przez konfrontację z ekscentrycznym jurodiwym, który o nic z rzeczy ważnych dla żyjącego zwykłym życiem typowego człowieka się nie troszczył ani nie zabiegał.

Jak zauważa Ewelina Kmita,

Maska szaleństwa jurodiwego pozwalała mu na robienie więcej niż przeciętny człowiek, gdyż społeczeństwo przymykało oko na dziwactwa obłąkanych. Z tego powodu jurodstwo było niezawodnym sposobem na bunt przeciwko władzy – tylko szaleniec mógł powiedzieć carowi co naprawdę myśli o jego rządach i nie ponieść konsekwencji. Można powiedzieć, że w czasach, gdy Rosją rządzili tyrani tylko jurodiwy był wolnym człowiekiem, który mógł robić co chce, bez podporządkowywania się woli władcy i normom społecznym. Ekscentryczne zachowanie jurodiwego było też swego rodzaju prowokacją, sposobem na zmuszenie ludzi do zastanowienia się nad swoim istnieniem i zachowaniem, co czyniło z jurodiwego swoisty głos sumienia społeczeństwa.

https://histmag.org/Jurodiwy-bozy-szaleniec-17554/

Postać kreowana przez Kajdanowskiego, ignorująca wszelkie zakazy wstępu, przedzierająca się przez kordony wojska do Zony, niewątpliwie wpisuje się w tego rodzaju bunt przeciw władzy, zabezpiecza własną autonomię mimo naporu norm społecznych oraz potencjalnych sankcji, jakie mogą ją spotkać czy nawet spotykają za ich nieprzestrzeganie.

Jurodstwo Stalkera sprawdza się również w warstwie czysto wizualnej filmu:

Bezwzględna asceza jurodiwego wyrażała się też w jego miejscu zamieszkania, którym mógł być szałas lub opuszczony dom. Najczęściej jednak jurodiwy spał pod gołym niebem. Często można było go spotkać przesiadującego na cerkiewnych schodach i oddzielającego święte miejsce od reszty świata.

https://histmag.org/Jurodiwy-bozy-szaleniec-17554/
Asceza w Zonie

Jurodstwo Stalkera zostaje zresztą rozpoznane przez Pisarza w finałowej, konfrontacyjnej scenie:

– Stalkerowi nie wolno wchodzić do Komnaty.

Stalkerowi nie wolno nawet wejœść do Strefy dla własnych celów. Pamiętacie Jeżozwierza?

Ma pan rację, jestem gnidą. Nic dobrego nie zrobiłem i nic
dobrego zrobić nie potrafię. Własnej żonie nie mogłem nic dać. Nie mam żadnych przyjaciół. Nie zabierajcie mi jeszcze tego!

Wszystko mi już zabrali tam, za drutami. Wszystko, co mam, jest tutaj.
Rozumiecie? Tutaj! W Strefie!
Moje szczꜶcie, moja wolnoœść, szacunek do samego siebie, wszystko tutaj!

Przyprowadzam tu takich jak ja, zrozpaczonych i cierpiących. Ludzi, którzy nie mają innej nadziei. A ja mogę im pomóc! Nikt inny im nie pomoże, tylko ja, gnida, mogę!

To mi daje takie szczꜶcie, że aż chcę płakać. I to wszystko. Niczego więcej nie chcę.

– Nie wiem… Może…W każdym razie, przepraszam, ale jesteśœ tylko bożym błaznem. Nie masz pojęcia, o co tu chodzi. Jak myśœlisz, dlaczego
Jeżozwierz się powiesił?

Przy okazji, w tym cytacie możemy dojrzeć kolejnego elementu tradycyjnego doświadczania świata: tabu. Poza wprowadzonym podziałem na sferę świętości (sacrum) i świeckości (profanum) określającym przestrzeń w Strefie i poza nią, pojawia się również kulturowe obostrzenie uniemożliwiające stalkerom samolubnych wypraw do Strefy. Sprawia ono, że w zasadzie mogą oni pełnić jedynie rolę przewodników duchowych osób trzecich, pośredniczących między nimi a świętością, natomiast sam przedmiot kultu jest dla nich obłożony tabu – nie wolno im osobiście wkraczać ze swoimi wiernymi do najświętszego miejsca. Mają ich jedynie do niego doprowadzać. Według bohatera tytułowego, ufnego w owe stalkerskie prawdy wiary i wynikłą z nich etykę, Jeżozwierz – jego mentor, od którego zapewne rozpoczęty został cały kult Zony i pełniący rolę pierwszego kapłanem, popełnił samobójstwo, czyli został ukarany właśnie z powodu złamania tego tabu.

Wyprawa do Zony okazuje się być symboliczną, skrajnie minimalistyczną podróżą do odległych korzeni cywilizacji – w pradawną przednowoczesność, podtrzymywaną jeszcze na skrawku ogrodzonej kordonem wojskowym ziemi wierzeniami nielicznych stalkerów. W Zonie jesteśmy u siebie, ponieważ możemy znowu poczuć się jak w społeczeństwie tradycyjnym, archaicznym, całkowicie ufnym w kulturową sprawczość istniejących granic, zasad, zakazów, animujących je a także zapewniających mu żywotność, ogniskującym się wokół tego co najlepsze – świętości, czasem nieokiełznanej, nieprzewidywalnej, groźnej, czasem dodającej nam sił, nadziei albo pozwalającej określenie nam, kim jesteśmy i czego pragniemy.

Nieświadomie sięgnąć po „Stalkera” w nadziei zaspokojenia apetytu na dzieło klasycznego science fiction, niespodziewanie uzyskując z kompletnego zaskoczenia tego rodzaju odmładzające pierwociny – to zyskać w dwójnasób!

3. Niewierzący pielgrzymi nowoczesności – Pisarz i Naukowiec.

Najciekawiej nawet zawiązana alegoria sakralna, nie byłaby dramaturgicznie interesująca, gdyby nie ostatni, świecki element układanki wprowadzający napięcie i konflikt. W „Stalkerze” ten ciężar spoczywa na figurach Pisarza i Naukowca, reprezentujących elitę intelektualną nowoczesnego społeczeństwa we wcieleniach stereotypowych ludzi dobrze wykształconych: humanisty i ścisłowca. To właśnie w ramach ich wzajemnych interakcji i rozmów prowadzonych zarówno ze sobą jak i ze stalkerem zabierającym ich do Strefy, odkryjemy nie tylko wymowę całego filmu, ale finalnie również diagnozę postawy charakteryzującą ludzi epoki.

Dobór tych figur jest na tyle przemyślany, że ułatwia widzowi identyfikację albo ze stroną kreatywną, zakorzenioną w estetyce, psychologizującą i sprawnie posługującą się językiem, albo z reprezentantem STEM, skupionym na naukach przyrodniczych. Obie, wyposażone w pewien zasób zdobytej wiedzy, zostają wysłane przez Tarkowskiego w dosyć surrealną pielgrzymkę a my mamy okazję przekonać się, ile i co konkretnie z niej wynoszą, co sądzą o enigmie Strefy, w jakim stopniu rozumieją podjętą przez siebie wędrówkę a także poznajemy motywy dla których w ogóle zdecydowali się w nią wyruszyć. Tak czy inaczej, zyskujemy przekrojowe spojrzenie na reprezentantów inteligencji mierzących się poznawczo z tajemnicą oraz suflowanym przez stalkera doświadczeniem religijnym, wynikłym wprost z przejawianej przez niego postawy życiowej.

Reżyser mógłby zapewne uczynić z Pisarza i Naukowca bardziej zindywidualizowane, bliższe życiu postaci albo przynajmniej nadać im jakiekolwiek konkretyzujące personalia, jednakże główną zaletą tak dobranego zabiegu anonimizacji jest jego totalny, wyczerpujący charakter. Dzięki niemu, wiemy, że mamy do czynienia bardziej z figurami reprezentującymi całe ludzkie typy dzielące społeczeństwa na pół, a sam Tarkowski decydując się nań, nie pozostawia nam jakiejkolwiek przestrzeni manewru: nie możemy uznać, że w jakimś najszerszym sensie nie zostaliśmy uwzględnieni w tej uniwersalnej opowieści. Jako ludzie nowoczesności będziemy skłaniać się przynajmniej do części spostrzeżeń czy też racjonalnych konkluzji czynionych przez Pisarza czy Naukowca. Być może jednak ulegniemy medytacyjnemu charakterowi filmu i zastanowimy się, co w naszym wypadku, mogłoby się okazać spełnionym przez Komnatę życzeniem, świadczącym o naszym naczelnym ukrytym pragnieniu kierującym naszym życiem, przyjąwszy postawę opartą na myśleniu magicznym prezentowaną przez najlepiej przystosowanego do działania w Strefie stalkera, uznając jego autorytet i światopogląd.

Film ze swoim niespiesznym tempem narracji, ze snującymi się przez kadry wędrowcami, pozostawi nam mnóstwo czasu do podjęcia gry i będzie sprzyjać prowadzeniu refleksji. W pewnym sensie sprawi, iż będziemy mogli zanurzyć się w niego i potraktować się jako współuczestnika oglądanej wyprawy. Wówczas sami zaczniemy urozmaicać sobie czas tej nietypowej pielgrzymki, zaprzątając głowę myślami o Strefie i tym, co spodziewalibyśmy się odnaleźć w Komnacie albo jak zachowalibyśmy się przy tak rozrysowanej sytuacji w grupie.

Wróćmy jednak do przedstawień dwóch reprezentantów naszych czasów. Co można powiedzieć o nich samych, zawiązanymi relacjach czy stosunku do stalkera?

Pisarza poznajemy pierwszego w kolejności. Dość szybko przyznaje, że podróż zamierza traktować jako doświadczenie mające przywrócić mu utracone natchnienie, stać się inspiracją dla przyszłej twórczości.

– Po co panu Strefa? Jest pan modnym pisarzem. Kobiety pewnie za panem szaleją.

– Straciłem natchnienie, profesorze. Idę o nie prosić.

– Wypisał się pan?

– Co? Tak, w pewnym sensie.

Zapewnia on również podróży podstawową analizę psychologicznych motywów działania różnych postaci. Na przykład, dokonuje interpretacji zachowania Jeżozwierza, mentora stalkera, rzucając również nieco światła na charakter życzeń spełnianych przez Komnatę.

– Jak myœlisz, dlaczego Jeżozwierz się powiesił?

– Przyszedł do Strefy w złej wierze. Z chciwośœci doprowadził do śœmierci brata w Wyżymaczce.

– To wiem. Ale dlaczego się powiesił?
Dlaczego nie wrócił i nie poprosił o wskrzeszenie brata?
Kiedy go naszły wyrzuty sumienia.

– Chciał… sam nie wiem. Powiesił się tydzień późŸniej.

– Bo zdał sobie sprawę, że nie każde życzenie tu się spełnia, a tylko te najskrytsze. Nie to, co wypowiadasz na głos…

Spełnia się tylko to pragnienie, które leży w twojej naturze, w głębi twojej duszy, o którym nic nie wiesz. Ale ono tam jest, kieruje twoim życiem.

Nic nie zrozumiałeœś, Indianinie. To nie chciwośœć sprowadziła tu Jeżozwierza. Czołgał się w tym błocie, błagając o życie brata.

Ale dostał tylko pieniądze i nic innego dostać nie mógł, bo przypadło Jeżozwierzowi co jeżozwierzowe!

A sumienie, żal – to tylko wynalazki. Zrozumiał to i powiesił się.
Nie wejdę do tej twojej Komnaty. Nie chcę unieszcz궜liwiać nikogo swoją niegodziwośœcią. Nawet ciebie. A potem wieszać się, jak Jeżozwierz…

Już prędzej zapiję się na œśmierć w moim domu, w ciszy i spokoju.

A wcześniej zwraca też uwagę na mglistość pojęcia pragnienia:

Wszystko, co wam powiedziałem to kłamstwo. Nie obchodzi mnie natchnienie.

Skąd mam wiedzieć, jak nazwać to, czego chcę?
Skąd mam wiedzieć, czy tak naprawdę nie chcę tego, czego chcę?
Albo, że naprawdę nie chcę tego, czego nie chcę?

To się nam cały czas wymyka: w chwili, kiedy je nazwiemy,
ich znaczenie znika, rozpływa się, rozpuszcza jak meduza na słońcu.

Moja śœwiadomośœć pragnie œświatowego zwycięstwa wegetarianizmu. A podœświadomośœć woła o kawał soczystego mięsa. A czego ja chcę? Panowania nad światem.

Kiedy jeszcze po Naukowcu moglibyśmy się spodziewać sceptycznego oporu wobec religijnej wizji Strefy stalkera, licząc na to, że to Pisarzowi zostanie przypisana rola apologety cudowności, za którą zdawał się opowiadać na początku filmu, deklaratywnie przynajmniej tęskniąc za utraconą epoką wiary, okazuje się on w praktyce jedynie kryć za fasadą.

Gdy bowiem przychodzi do podjęcia ostatecznej decyzji, nie jest on w stanie zawierzyć mocy Strefy, sfinalizować własnej pielgrzymki – obawia się bowiem samego siebie, odkrycia ostatecznej prawdy o sobie. Decyduje się więc na podważenie całego sensu odwiedzania Komnaty, uznając ją za zastawioną na naiwnych pułapkę i mimo wszelkich wysiłków stalkera zmierzających do pokonania jego tremy związanej z wyzwaniem bezpośredniego spotkania z sacrum, odrzuca swoją szansę, jako zbyteczny element ludzkiego doświadczenia.

Naukowiec również do Zony wybiera się z ukrytą motywacją. Na początku możemy zakładać, że interesuje go ona jedynie czysto poznawczo, ze względów zawodowych, jak przystało na badacza. Sam zdaje się również kreować taki obraz swojej osoby, przystając na wizerunek łowcy chwały, nadany mu przez Pisarza.

– Miał przechlapane w instytucie. Nie chcieli dać mu pieniędzy na wyprawę. Więc zapakował plecak pełen termometrów i innego złomu, żeby zbadać Strefę na własną rękę i poddać te wszystkie cuda testom arytmetycznym.

Nikt na śœwiecie nie słyszał jeszcze o Strefie. To będzie prawdziwa sensacja! Telewizja, wiwatujące tłumy, laurowe wieńce. I oto nasz Profesor, cały w bieli i powiada: „Mene, tekel, fares.”
Wszyscy się gapią, wszyscy krzyczą: „Dać mu Nobla!”

– Nie dośœć, że grafoman, to jeszcze niedzielny psychoanalityk. Nadajesz się tylko do pisania po śœcianach w kiblu, gaduło. Kiepskie. Zbyt rozlazłe. Nie wiecie, jak to się robi.

Nieważne. Ja dostanę nagrodę Nobla. A pan?
Chce pan obdarzyć ludzkoœść perłami swojego kupionego natchnienia?

– Mam gdzieœ ludzkoœść. Z całej ludzkoœści obchodzi mnie tylko jeden
człowiek. Ja sam.

W rzeczywistości, wybiera się do niej jako bogobójca, którego dręczy perspektywa nadzwyczajności obecnej w świecie, dostępnej ludziom.

– Proszę państwa, oto przed nami najnowszy wynalazek Profesora!
Przyrząd do badania ludzkiej duszy! Duszometr!

– To tylko bomba.

– Co? Pan chyba żartuje.

– Nie, to bomba. Dwadzieœścia kiloton.

– Po co?

– Skonstruowałem ją z przyjaciółmi. Z moimi byłymi kolegami. To miejsce nigdy nikomu nie przyniesie szczꜶcia. A jeśœli wpadnie w niewłaœściwe ręce… choć nie jestem już taki pewien.

Wtedy doszliœmy do wniosku, że jednak nie powinniœmy niszczyć Strefy. Nawet jeżeœli to cud, to wciąż jednak czꜶć przyrody a zatem, w pewnym sensie – nadzieja.
Schowali tę bombę, a ja ją znalazłem. W starym budynku, w bunkrze czwartym.

Pewnie jest taka zasada: „nigdy nie rób niczego, co nie może zostać cofnięte”.

Ja to wszystko rozumiem, nie jestem jakimœś maniakiem. Ale dopóki ta zaraza jest dostępna dla byle łotra, nie zaznam snu ani spokoju.

A może moja podœwiadomoœść nie pozwoli mi tego zrobić?

– Biedny człowiek, wynalazł sobie problem.

Jeżeli więc Tarkowski przewiduje w swojej opowieści miejsce dla ludzi nauki, to wcale nie określa ich jako ateistów czy też agnostyków, co raczej antyteistów, starających się dla swojego komfortu psychicznego unicestwić bóstwo, a z nim jakąkolwiek podstawę dla irracjonalnych odskoczni od nieodwołalnych rządów rozumu.

Obaj pielgrzymi wybierają się do Strefy nieszczerze. Przybierają różne pozy, ukrywają się za fikcyjnymi motywacjami, deklarują cele jakich nigdy nie zamierzali realizować. Jedynym autentycznie przeżywającym wyprawę człowiekiem, okazuje się być prowadzący ich stalker, którego zresztą Pisarz mierzy swoją miarą, przypuszczając na niego prymitywny, w zasadzie antyklerykalny w swym charakterze atak:

– On chce zniszczyć pańską nadzieję!

– To jedyne, co zostało ludziom na œświecie! To jedyne miejsce,
do którego mogą przyjœść, kiedy stracili już całą nadzieję. Wy samiśœcie tu przyszli! Dlaczego chcecie zniszczyć nadzieję?

– Zamknij się! Przejrzałem cię na wylot! Nie obchodzą cię ludzie! Ty zarabiasz na naszym nieszczꜶciu! I wcale nie chodzi o pieniądze.

Ty się tu dobrze bawisz. Jesteśœ tu jak Bóg Wszechmogący. Ty, dwulicowa gnida, decydujesz kto przeżyje, a kto zginie. On się zastanawia!

Teraz rozumiem, dlaczego stalkerzy nigdy nie wchodzą do Komnaty.
Bo i po co? Upajacie się swoją władzą, tajemnicą i autorytetem! Czego jeszcze można chcieć?

Ponieważ obaj mężczyźni rezygnują z podjętych zamiarów a stalkerowi nie udaje się ostatecznie zachęcić żadnego z nich do odwiedzenia Komnaty i zwieńczyć w ten sposób wyprawy ogólnym konsonansem, Tarkowski decyduje się na jedną z najbardziej znaczących jazd kamery na wózku w historii kina. Aby pielgrzymka zachowała swój sens i ktoś z niej skorzystał, jedynymi przekraczającymi próg świętości w Strefie, mierzącymi się ze swoim ukrytym pragnieniem, okazują się być widzowie filmu, co zostaje uświetnione jeszcze bardziej malowniczym deszczem znikąd i zdobyciem chwilowej uwagi prezentowanych osób dramatu.

Czy więc już się wam spełniło?

4. Podsumowanie kondycji duchowej epoki.

Ibn Arabi w średniowieczu napisał swoją mistyczną Księgę o podróży nocnej do najbardziej szlachetnego miejsca. Tarkowskiemu udało się nakręcić jej filmowy odpowiednik w 1979 roku, co więcej, przy osadzeniu go w dodatku w realiach postapokaliptycznych, wśród scenografii znamionującej bankructwo nowoczesności i tożsamości, jakie jest ona zdolna z siebie rodzić. Oprócz tego, dokonał również innej rzeczy: skutecznie przystosował sztukę – w tym wypadku sztukę filmową – do roli upatrywanej przez Ryszarda Wagnera: odnowicielki duchowości, regenerującej sens doświadczenia religijnego.

Względnie. Z zastrzeżeniem.

„Stalker” może na nas w ten sposób oddziałać, o ile podczas jego projekcji uświadomimy sobie, w jakiego rodzaju spektaklu uczestniczymy. Wyprawa do Komnaty poddaje próbie zatem nie tylko Pisarza i Naukowca, postaci po drugiej, fikcyjnej stronie ekranu. Testuje również i nas – widzów – stawiając przed dokładnie tym samym sprawdzianem.

Jeżeli nie odnajdziemy sensu w tym starannie, po mistrzowsku wyestetyzowanym przez Tarkowskiego doświadczeniu, jeżeli okaże się ono dla nas zupełnie niezrozumiałe, stalkerskie słowa z epilogu filmu, będą również oskarżeniem odnoszącym się do nas:

– Nie masz pojęcia, jaki jestem zmęczony! Bóg jeden wie! Tak zwani intelektualiœści: Pisarz i Naukowiec!

– Nie denerwuj się.

– Oni w nic nie wierzą! Ich narządy wiary zanikły z braku używania. […] Boże, co za ludzie…

– Uspokój się, to nie ich wina. Powinieneśœ ich żałować, a nie się złośœcić.

– Widziałaśœ ich? Mieli puste oczy.
Jedyne, o czym myœślą, to żeby się jak najdrożej sprzedać! Żeby zarobić na każdej emocji! Wiedzą, że zostali „stworzeni dla wyższych celów”, „powołani”! W końcu „żyje się tylko raz”!

Jak tacy ludzie mogą w cokolwiek wierzyć?

[…]
I nikt nie wierzy. Nie tylko ci dwaj. Nikt! Kogo mam tam zabierać?
O Boże…
A najgorsze jest, że nikt tego nie potrzebuje. Nikt nie potrzebuje Komnaty. Cała moja praca na darmo.

– Nie mów tak. Przestań.

– Nikogo więcej tam nie zabiorę.

– Chcesz żebym z tobą poszła? […] Myśœlisz, że nie mam o co prosić?

– Nie… Nie wolno.

– Dlaczego nie?

– Nie, nie. A jeœśli tobie też się nie uda?

Czy słowa stalkera rozżalonego na ludzi nowoczesności, skarżącego się żonie, że całe jego jurodstwo zdało się ostatecznie na nic, utraciło zdolność formacyjną i nie znajduje już żadnego oddźwięku wśród pielgrzymów, brzmiałyby nieaktualnie, dajmy na to, w ustach kapłana powątpiewającego w owoce swych wysiłków duszpasterskich albo zasmuconego brakiem powołań w laicyzującym się społeczeństwie, w którym religijne doświadczenie zostało doszczętnie wyalienowane, okazując się elementem zupełnie niezrozumiałym dla współczesnych?

Ten film jest majstersztykiem. Nie tylko z powodu swoich niezaprzeczalnych jakości technicznych czy realizacyjnych, za jakie zazwyczaj jest i tak zasłużenie chwalony. Znajdziemy w nim mnóstwo pięknych, organicznych kompozycji kadrów i tej charakterystycznej dla Andrieja Tarkowskiego zabawy przesuwającymi się fakturami planów świata przedstawionego, nadającej mu urokliwej gęstości, tajemniczego charakteru odwiecznego uroczyska. Jeśli ktoś potrafił tworzyć niesamowite odpowiedniki ogrodów romantycznych, wznosząc je nawet z gruzu, to właśnie on.

Tutaj przede wszystkim doskonale wyodrębnił główne aspekty sakralnego przeżycia, jednocześnie dokonując ich stylistycznej obfuskacji. Kapłan nie wyglądający na kapłana. Pielgrzymi, nie wyglądający na pielgrzymów. Rytuały nie wyglądające na rytuały. Ziemia święta jako nieużytek na końcu świata. Świątynia jako zrujnowany, obskurny budynek gospodarczy, osadzony gdzieś tam w sowieckiej rzeczywistości. A jednak potrafimy dostrzec znaczenie powołania stalkerskiego i tej opowieści, podjąć grę, przekonać się na własnej skórze, czy posiadamy wrażliwość zdolną do zdekodowania i odtworzenia pierwotnego sensu.

To nie my w Zonie – to nam odebrana Zona

Wszystkie spośród filmów, które kiedykolwiek zdołały odcisnąć na mnie swe piętno, w gruncie rzeczy opowiadają o tym samym, mimo że czynią to na zupełnie odmienne sposoby. Są manifestami nieodżałowanej tęsknoty za światem przed procesem jego odczarowania w przebraniu. Tak było z opowieścią o micie zdolnym do swojego odrodzenia, zwycięskiego przełamania i odwrócenia wszelkich wypracowanych przewag postępującego procesu demitologizacji – z „Gwiezdnymi wojnami”, pokochaną w dzieciństwie. Tak było również ze „Stalkerem”, podejmującym podobną, tyle że zdecydowanie bardziej kameralną i minimalistyczną oraz niestety nieudaną próbę odzyskania utraconego porządku ducha, którego zobaczyłem już jako człowiek dorosły.

Konflikt dramatyczny między nowoczesnością a przednowoczesnością, biurokratycznym chłodem a światem żywej wiary, ślepym posłuszeństwem a świętym buntem przeciw bezcelowej potoczności profanów, między prawem stanowionym a regułą obyczaju uznanej dobrowolnie tradycji, stanowił od zawsze jeden z moich ulubionych.

Kadr pochodzący jak z mojej odległej przeszłości. Jedynie szerokość torów się nie zgadza…

„Zwierciadło” mogło być najbardziej osobistym filmem Tarkowskiego, jednak to właśnie jego „Stalker”, okazał się być skrojony na moją miarę – przywołał dawno zapomniane wspomnienia własnych perypetii z dzieciństwa, w którym odkryłem przecież swoją własną Strefę i usilnie starałem się nią podzielić z resztą świata. Jej centrum, axis mundi, jakiś odpowiednik Komnaty, wyznaczało najstarsze i jednocześnie najbardziej potężne drzewo w dzikim zagajniku graniczącym z opuszczonymi halami poPRLowskich terenów kolejowych, wyłożonych betonowymi płytami, obok którego położony był rodzinny dom dziadków i mojego ojca [52° 5’32.67″N 19°56’25.24″E]. Wokół tego świętego drzewa, w przestrzeni sakralizowanej jedynie bogobojnym, dziecięcym przesądem, również zakazane nam było przemieszczać się najkrótszą drogą do celu, bo mogło to przynieść jakieś straszliwe, niewypowiedziane nieszczęścia. Aby jakoś obłaskawić totemicznego ducha władającego naszym losem, należało z szacunku nadkładać drogi i pokornie je obchodzić, nie odwracając się do niego nigdy plecami.

Kiedy pierwszy raz oglądałem trzech pielgrzymów wysłanych przez Tarkowskiego po torach, za pociągiem a dalej drezyną na spustoszone tereny poprzemysłowe, odzyskiwane od lat przez bujną zieleń przyrody, ten obraz poruszył we mnie jakąś intymną, sentymentalną strunę, przypominając coś niezmiernie znajomego, pochodzącego z czasu kiedy świat przeżywałem (a zarazem oswajałem) niezmiernie bezpośrednio. W chwili, gdy z ust Kajdanowskiego usłyszałem o narzuconych rygorach poruszania się po Zonie, rozkleiłem się, ponieważ zdałem sobie sprawę, że oglądam film o sobie. Rzeczywistość filmu prześwietliła rzeczywistość niemal zatartego wspomnienia, kołaczącego gdzieś na dnie pamięci, topiąc się w jedno.

Mnie też niegdyś przecież było dane stalkerować innym. A tak wyglądała moja Strefa:

Znajdowała się w pobliżu bocznicy kolejowej na łowickich przedmieściach, nieopodal stacji kolejowej. Nieodżałowana utrata zaczarowania świata oraz zdolności przeżywania wiary poruszana jako motyw przewodni filmu, w moim przypadku dodała drugą, osobistą warstwę: związała się również z oczywistą refleksją o niemożności powrotu do dzieciństwa, w którym zarówno wiara, jak również wspomniane zaczarowanie świata były najbardziej żywotne. Być może odzyskanie cywilizacyjnej werwy jest niemożliwe bez zdolności przeżywania swojej duchowej młodości na nowo.

Jeżeli film ostatecznie okazuje się opowiadać bezpośrednio o tobie, nie może być to zły film. „Stalker” nie jest niezły. Jest wybitny.

A fakt, że mogę traktować go jak magiczne zwierciadło do spoglądania we własną przeszłość pozwala mi go dowartościować jeszcze bardziej, stawiając nad wszelkie inne medytacyjne produkcje, które i tak bliżej sedna – przynajmniej w moim przypadku – nie trafią.

Rzecz o stratnej kompresji historii

Najwyższa pora na kolejny wpis spłodzony gdzieś między snem a jawą.

Every great magic trick consists of three parts or acts. The first part is called »The Pledge« . The magician shows you something ordinary: a deck of cards, a bird or a man. He shows you this object. Perhaps he asks you to inspect it to see if it is indeed real, unaltered, normal. But of course…it probably isn’t. The second act is called »The Turn«. The magician takes the ordinary something and makes it do something extraordinary. Now you’re looking for the secret… but you won’t find it, because of course you’re not really looking. You don’t really want to know. You want to be fooled. But you wouldn’t clap yet. Because making something disappear isn’t enough; you have to bring it back. That’s why every magic trick has a third act, the hardest part, the part we call »The Prestige«.

Narracja otwierająca nolanowski „Prestiż”

I. Obietnica.

Kompresja bezstratna (ang. lossless compression) – ogólna nazwa metod kompresji informacji do postaci zawierającej zmniejszoną liczbę bitów, pod warunkiem że metoda ta gwarantuje możliwość odtworzenia informacji z postaci skompresowanej do identycznej postaci pierwotnej.

Wikipedia

Zaczęło się niepozornie. W ramach porządkowania pokoju, zagraconego stertą nośników, składających się na moją kolekcję audio, uzupełnioną niedawnymi zakupami, postanowiłem jak to na człowieka leniwego, zadać sobie trochę pracy. Lenistwo w tym wypadku sprowadza się do niechęci żonglowania płytami. Autentycznie nie lubię nimi manipulować; wyjmować z pudełek, uważać by nic im się nie stało, czyścić i ogólnie rzecz biorąc, przejmować się podtrzymywaniem ich istnienia w dobrej formie. Między innymi z powodu tej niechęci wyrobiłem sobie zwyczaj zgrywania treści z nośników mniej na te bardziej pojemne (według odpowiedniego klucza) i następnie odkładania tych pierwszych, odpowiednio zabezpieczonych w jakieś miejsce, w którym nie będą przez nikogo i nic niepokojone, być może nawet do końca ludzkiej cywilizacji. Kiedy moja kolekcja się rozrasta, bądź gdy kupię reedycję albumu, którego miks spodoba mi się bardziej, dokonuję aktualizacji i wypalam nową płytę. Właśnie podczas jednej z takich rytualnych archiwizacji jakoś tak zamyśliłem się nad formatem FLAC.

Skupiłem się na jego głównym atucie — bezstratności. Czyniąc z niej centralny punkt, następnie zaś odnosząc do swoich działań i wartościowań (takich jak już samo uznanie jej za atut), z łatwością odkryłem, iż nawet na poziomie świata materialnego te zmagania z rzeczami i walka o zachowanie ich w niezmiennej, nominalnej formie, zmierzają właśnie ku temu punktowi.* Nie tylko zresztą w świecie fizycznym. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, także moje intelektualne sympatie czy preferowane metody poznania podporządkowują się właśnie dążeniu do wychwytywania właściwości, ostatecznie też składania z nich modelu tożsamości intencjonalnego przedmiotu, czyli wspomnianej bezstratności, właśnie w odniesieniu do niego. Być może moje zamiłowanie do spekulacji, rozstrzygania problemów opartego o analizę jakichś koniecznych relacji między ustalonymi, nieruchomymi koncepcjami, swoje źródło znajduje w dokładnie tym samym punkcie? Temu, co się zmienia, nie można do końca zaufać.

Gdzie jednak szukać początku wykształcenia takiego stosunku wobec tożsamości i zmiany? Czy miało to miejsce we wczesnym dzieciństwie? Związało się ze zużyciem pierwszego, ukochanego pluszaka, takimże przykrym spostrzeżeniem na temat przemijania, wobec którego należało znaleźć sposób sprzeciwu? Chociażby poprzez częściowe opuszczenie świata namacalnego, narażonego na nie w największym stopniu, ograniczenia kontaktu z nim do pośredniego, przez sprawdzone i pewne, niezmienne esencje? Doprawdy, tego nie wiem i raczej do bezpośredniej przyczyny wytworzenia się owego nastawienia nie uda mi się dotrzeć. Podobnie zresztą jak ostatecznie udowodnić, że wszelakie stanowiska rozstrzygające o nadrzędności Bytu nad Pozorem, ten pierwszy lokujący w świecie przedmiotów inteligibilnych, drugi — bezpośrednich postrzeżeń, doznań, wrażeń i wreszcie zjawisk, stanowią następstwo, jednocześnie zaś świadectwo przyjęcia takiej, a nie innej strategii stawiania oporu wobec spraw wymykających się spod naszej kontroli, przyjętej w wyniku wcześnie przeżytego, silnego poczucia straty. Zdaję sobie natomiast sprawę z szeroko niosącego się echa tego stosunku, odbijającego i odzywającego się gdzieniegdzie w moim życiu.

Oczywiście, rysowałbym autokarykaturę nie wprowadzając następującego zastrzeżenia: nie staram się unikać za wszelką cenę uczucia straty. Nie, stanowi ona po prostu najsilniejszy bodziec, na jaki odpowiadam. Na nią jestem w największym stopniu uwrażliwiony. To właśnie ona jest w stanie najdoskonalej mnie poruszyć, zarówno w sferze estetyki, jak i etyki. Zdarza mi się więc nie tylko jej nie unikać, ale wręcz nią sycić. Dążyć do niej. Sztukę umiejętnie wykorzystującą jej motyw, jeśli w ogóle nie całkowicie na niej opartą, cenię zdecydowanie najwyżej, tym bardziej gdy jest w stanie zaoferować w finale potężne katharsis. Wobec straty i jej pochodnych: cierpienia, desperacji, rezygnacji, zwątpienia i wszelkich innych form negacji nie jestem bezradny, one wszakże otwierają przede mną możliwość działania; stanowią problem do rozwiązania, zmuszają do aktywności. Wobec spełnienia i szczęścia staję się bezradny: skłaniają do bierności, nie mogą stanowić żadnej bariery do przezwyciężenia, nudzą mnie i pozostawiają bezczynnym. Strata zdaje się pełnić rolę głównej porządkującej moje życie, stanowi w nim odpowiednik północnego kierunku w kartografii. To wedle niej orientuję hierarchię wartości, dzieląc sprawy wedle stopnia dopuszczalnej podatności na nią. Najmniej istotne są najłatwiejsze do poświęcenia. Nie jestem pesymistą, jednakże potrzebuję pesymizmu jako solidnej bazy do działania, punktu startu dla sprzeciwu wobec beznadziei.

Wśród ludzi szczęśliwych, na dłuższą metę, czuję się niekompetentny, nie na miejscu, zbędny. Sądzę, że nie bez przyczyny zwrot: „i żyli długo i szczęśliwie” zamyka baśnie, a nie je otwiera. Po „szczęśliwie” nie ma już w nich miejsca dla czegokolwiek godnego uwagi, stanowi definitywny koniec opowieści. Spełnionym z całą pewnością warto umierać, niekoniecznie jednak żyć.

II. Zwrot.

Kompresja stratna — metoda zmniejszania liczby bitów potrzebnych do wyrażenia danej informacji, które nie dają gwarancji, że odtworzona informacja będzie identyczna z oryginałem. Dla niektórych danych algorytm kompresji stratnej może odtworzyć informację w sposób identyczny.

Kompresja stratna jest możliwa ze względu na sposób działania ludzkich zmysłów, tj. wyższą wartość pewnych części danych nad innymi. Algorytmy kompresji stratnej zazwyczaj posługują się modelami psychoakustycznymi, psychowizualnymi itd., aby odrzucić najmniej istotne dane o dźwięku, obrazie, pozostawiając dane o wyższej wartości dla rozpoznawania tej informacji (akustycznej, wizualnej) przez zmysły. Ilość odrzucanych danych jest zazwyczaj określana przez stopień kompresji.

Zwykle kompresję stratną stosuje się do:

– obrazków

– dźwięków

– ruchomych obrazów, np. w filmie

Też Wikipedia

Większość z moich dziwactw, tudzież natręctw — często wymagających misternego zaangażowania, włączając w to wspomniane cykliczne archiwizacje, opiera się więc na imperatywie zachowywania najcenniejszych przedmiotów w niezmiennym, opierającym się wszelkim czynnikom zewnętrznym, stanie. Jeśli jest to niemożliwe, przynajmniej najwierniejszym. To ciężka walka o ocalenie tego, co ocalić się da. FLAC to jeden z nielicznych przypadków kompletnego tryumfu w tej dziedzinie. Przy pomocy tego kodeka, można przekształcić jeden przedmiot w inny, mniejszy, nie roniąc z niego ni krztyny tego, czym jest.** To niejako zdefiniowany ideał, a takie są nam dane jedynie w środowiskach zakładających ich bezpośrednią obecność i możliwość realizacji — w tym przypadku w technice. Już poza jej obrębami, najczęściej musimy liczyć się z ich nieobecnością, pełnieniem tylko i wyłącznie roli normatywnej i co za tym idzie, niemożliwością ich urzeczywistnienia, nieuchronną stratą.

Człowiek już organicznie, na codzień, nawet w najistotniejszych dla siebie, sprawach zmuszony jest do stosowania kompresji stratnej. Kompresji, bo nie jest istotą ukierunkowaną na zbieranie i zachowywanie informacji — dziedzictwo przeszłości służy mu głównie jako zasób przydatny do realizacji spodziewanych, pragmatycznych celów przyszłości. Stratnej, bo ludzka pamięć jest zawodna, selektywna, podatna na zewnętrzną i wewnętrzną manipulację, nietrwała. Zapominamy, zachowujemy tylko to, co ważne bądź nietypowe, tudzież w inny sposób charakterystyczne, przede wszystkim zaś wyłącznie to, co chcemy zapamiętać.

Kiedy przypominam sobie zainteresowania mojego dzieciństwa, jednym ze sztandarowych była historia. W międzyczasie zdążyłem się już na nią parokrotnie obrazić, nie mogę jednak zaprzeczyć, że gdybyście mieli okazję spotkać mnie jakieś dwie dekady temu, najprawdopodobniej znaleźlibyście, starającego się nakłonić otoczenie do podjęcia swego rodzaju historycznych misteriów — zabawy w odtwarzanie dawnych realiów, osadzonej w okolicach jakiegoś przełomowego wydarzenia. Niekoniecznie widzącego się w roli pierwszoplanowych bohaterów, często przehandlowującego swą pozycję, w zamian za samą możliwość zabawy w wybranym przez siebie świecie przedstawionym. Innymi słowy, w moim dzieciństwie mogliście mnie spotkać jako: jednego z wznoszących świątynię Amona w Karnaku, ścigającego w rydwanie zbiegających z Egiptu Żydów, ginącego na polu bitwy pod Hastings wiarołomnego Harolda II, gromiącego Francuzów pod Crécy anonimowego angielskiego łucznika, czy Champolliona odczytującego hieroglify. Dzisiaj nazywa się to fachowo „rekonstrukcją historyczną”, dla mnie wtedy było po prostu codziennością. Co jednak istotne, zawsze pojawiał się ten krytyczny głos, powątpiewający w wierność naszego odtwórstwa, nie tyle wymierzonego w samą zabawę i moje ustępstwa na rzecz kolegów chcących interpretować odgrywane postaci po swojemu (czasem znacznie odbiegając od „oficjalnej wersji wydarzeń”), co raczej niedostateczność przekazów, z jakich można było wnioskować: kim ci ludzie w istocie byli? Jacy byli? Co sprawiło, że podjęli takie decyzje? Co motywowało ich do takiego, a nie innego zachowania? W książkach nie było didaskaliów, podpowiadających jak kogo odgrywać, bazowaliśmy więc na wyobraźni, a w jeszcze większej mierze: archetypach opartych na pełnionej przez nią funkcji. Niestety. Czymś trzeba było zapełnić pustkę.***

Oczywiście, moglibyście powiedzieć: „trzeba Ci było, szczylu, biografie czytać”. Ale na Matkę Boską Goddamnitańską, stanowczo oponuję! To, że byłem z lekka nerdowatym dzieckiem, nie znaczyło wcale, iż zamierzałem przestać być dzieckiem w ogóle! Tak czy owak, nie spędziłbym (całego) dzieciństwa w bibliotekach, historia miała szczęście oraz ogromny zaszczyt, że mogła stać się inspiracją dla moich podwórkowych wyczynów i właśnie tak należy to rozpatrywać. Bo mogłem sobie nabijać sińce, zdzierać kolana i wybijać mleczaki ze stukroć razów mniej edukacyjnych powodów. Poza tym, biografie nie rozwiązują wszystkich problemów — bo albo ich nie ma o tych postaciach, które mnie interesowały, albo gdy ich autorzy chcą stąpać twardo po ziemi, opierając się jedynie na źródłach, są suchym opisem działań, bez psychologicznych odniesień, którymi można byłoby tamte wyjaśnić, bądź też są w dużej mierze niepewną fikcją, interpretacją danej postaci tworzoną przez autora, często bez uzasadnienia skąd ten wnosi o tym, co pisze. Generalnie zatem, historia wskazuje nam często dowody istnienia pewnych ludzi i ich dokonań, jednak o nich samych mówi naprawdę niewiele. Co dla mnie, wtedy dziesięciolatka było wyjątkowo irytujące. Na szczęście państwowa edukacja zabiła we mnie te pokłady naturalnej ciekawości, także w dziedzinie historii, zapał do radosnych personifikacji obróciła w niwecz i na tym poprzestańmy.

Temu, że historia pełna jest dziur, nawet w przypadku postaci o których coś mówi, temu nie powinniśmy się temu dziwić. By przestać, wystarczy rzucić okiem na naszą teraźniejszość. Czy potrafimy opisywać spotkanych przez siebie, zupełnie współczesnych nam ludzi? Nawet tych, wśród których żyjemy przez lata? Najbliższych, z którymi dzielimy życie? Czy potrafimy opowiadać o nich ludziom ich znających, znajdując sposób, aby chociaż trochę im ich przybliżyć? Czy znamy aspiracje swoich bliskich i ich powody? A czy chociaż staramy się to robić wobec samych siebie? Wykrystalizować chociaż parę motywów przewodnich swojego życia, wokół których zdaje się nam ono kluczyć?

Cobb: I can’t stay with her anymore because she doesn’t exist.
Mal: I’m the only thing you do believe in anymore.
Cobb: I wish. I wish more than anything. But I can’t imagine you with all your complexity, all you perfection, all your imperfection. Look at you. You are just a shade of my real wife. You’re the best I can do; but I’m sorry, you are just not good enough.

Na większość tych pytań, globalnie rzecz biorąc, odpowiedź brzmi: nie. Nie, niczego takiego nie robimy. Nawet zwyczaje pogrzebowe mamy dziś niemalże całkowicie anonimizujące zmarłych. Widzieliście jeden pogrzeb — widzieliście wszystkie. One nie są przykre, przynajmniej dla mnie, z tego powodu, że panuje na nich przygnębiająca atmosfera, że obecni tam są ludzie, którzy cierpią z powodu straty i ich emocje na nas w określony sposób oddziałują, a dlatego, że najlepsza ze wszystkich okazji, by podsumować czyjś żywot, w którym nie będzie dopisany już żaden rozdział, najmniejszy nawet epizod — by właśnie wtedy, gdy zbierają się wszystkie najważniejsze osoby, dla których zmarły coś znaczył, nie robi się absolutnie niczego, aby publicznie podsumować jego obecność, wkład i dążenia, czy nawet same zamiary, oczekiwania wobec świata lub samego siebie, które jakoś przecież przejawiał, nim opuścił ostatecznie nasz padół łez. Nie przedstawia się jego osobistego stosunku do życia, nie oddaje mu należnego honoru za element piękna i dobra jaki ze sobą przyniósł, którym mogliśmy się nacieszyć, nie robi absolutnie niczego, by utrwalić pamięć o nim, chociaż formalnie rzecz rozważając, głównie temu te uroczystości mają służyć. Trumna nie bez przyczyny zajmuje przecież eksponowane miejsce. Tymczasem sam zmarły, w ramach takiego dysonansu poznawczego, pomijany jest niemal całkowicie, sprowadzony zostaje do jakiegoś absolutnego ogółu i wykorzystuje się go jako pretekst do przypomnienia innym ich własnej śmiertelności oraz doktryny religii na temat śmierci i tego co po niej.

Później mamy stypę, która w polskich realiach jest wyjątkowo podłą imprezą, chociaż niekoniecznie przecież taką być musi. Bo podła jest znowu sama praktyka bezczelnej wyżerki na koszt rodziny bez jakiegokolwiek, najmniejszego nawet listka figowego. I znowuż, sprowadza się ona do utracenia okazji wspomnienia zmarłego. A przecież mogłaby przerodzić się w coś innego: być ucztą na jego cześć, w której warunkiem uczestnictwa byłoby wygłoszenie upamiętniającej go mowy, opowiedzenie o swojej znajomości ze zmarłym, o tym co mu się zawdzięcza. Nie miałoby to więcej sensu, także dla rodziny?

No i wreszcie cykliczne święto zmarłych, czyli Zaduszki czy w ogóle cały, katolicki początek listopada. Ludzie w ramach rytuału jeżdżą na groby, często sami do nich trafiają, zabijając się po drodze w wypadkach komunikacyjnych, najczęściej jednak są to po prostu spotkania, w których spotykają się z dalszą, zamiejscową rodziną i tu także kwestia zmarłych traktowana jest po macoszemu, o ile w ogóle.

I tak też pamięć o ludziach z biegiem lat zamiera. Nie potrafi się nic o nich powiedzieć, nie przekazuje się informacji dalej. W ramach eksperymentu, spróbujcie sobie przedstawić w miarę spójny i kompletny obraz Waszych pradziadków. Potrafilibyście powiedzieć co ich charakteryzowało? Wymienić chociaż parę cech ich wyróżniających, czyniących ich w opowieści kimś więcej niż tylko funkcją bycia czyimiś w łańcuchu przyczyn i skutków, rodzicami i dziećmi, dzięki którym także i Wy ostatecznie znaleźliście się na świecie? Ja nie potrafię. Tak jak zresztą nie potrafiłem skłonić swoich rodziców, do wytworzenia takiego obrazu ich dziadków. Nie ma się zatem dziwić lukom w historii, skoro i na krótszych dystansach, także pod względem genetycznym i emocjonalnym, informacje ulegają unicestwieniu.

III. Prestiż.

Reflektując się nad swym dzieciństwem, wyjaśniłem sobie najwcześniejszą z moich historycznych fascynacji. Zamiłowanie do cywilizacji Starożytnego Egiptu. Do czegoś, co najtrafniej określić można, dzisiaj tak często nadużywanym epitetem — cywilizacji śmierci. Świata, z którego wydawać by się mogło, nie pozostało nic organicznego, wznoszonego z budulca innego niż kamień. Nie przetrwały pałace, nie przetrwały proste domostwa, świątynie i grobowce natomiast stoją po dziś dzień. A jednak ten kamień zdołał zachować pamięć, cywilizacja śmierci natomiast doskonale przekazała informacje o życiu jakie w niej tętniło. Życiu codziennym, o jego rozrywkach, sztuce, ale też pracy i jej organizacji, handlu czy cenach. Bogusław Kwiatkowski we wstępie swego Pocztu faraonów ujął rzecz następująco:

Kamień nauczył również Egipcjan, że na świecie tak naprawdę nie wszystko przemija i istnieją rzeczy, które zdaje się, trwają wiecznie i są niezniszczalne. […] To dzięki kamieniowi poznajemy imiona i dzieła całych pokoleń egipskich władców oraz wnikamy w dzieje państwa i narodu. Narodu, o którym Herodot, podróżujący po Egipcie w połowie V wieku p.n.e., pisał, że »bardziej niż jakikolwiek inny naród kultywuje pamięć przeszłości i lepiej zna historię«.

Od jego czasów, nie pojawiła się żadna kultura, która byłaby w stanie go pod tym względem przebić. Egipt zatem leżał w pobliżu atrakcyjnego dla mnie krańca spektrum, od którego nasza epoka coraz to bardziej odbiega. Jego mieszkańcy starali się podobnie jak ja, zachować jak najwięcej. Nawet pylony ich świątyń, poza oczywistą funkcją sakralną, stanowią w znacznej części kroniki, uwieczniające kluczowe wydarzenia. Konserwująca tym bardziej, wiara w życie po śmierci, będące kontynuacją tego obecnego, do którego należy się przygotować, czyniąc odpowiednie zapasy i zabierając ze sobą potrzebne do utrzymania swego stylu życia przedmioty, opisując na ścianach grobowców, na czym dokładnie on polegał, tym bardziej wskazuje, że ci ludzie potrafili cieszyć się swoim życiem. I dlatego mieli co zachowywać.

My natomiast nie potrafimy celebrować śmierci, ale przez to nie jesteśmy również w stanie do końca podkreślić wartości życia, ani tym bardziej zachować jego osiągnięć. Tezy o końcu historii, o końcu wielkich systemów filozoficznych, o końcu wielkich narracji są niezmiernie lotne. Ludzie zdają się je podchwytywać i im ufać, uznając ich prawdziwość. Ich poparcie jednak wcale o tej nie świadczy. Nie jest żadnym performatywnym dowodem. Wskazuje jedynie na fakt utraty przez nich zdolności narracyjnych, bądź motywacji ich wykorzystywania, najpewniej zaś jednego i drugiego. O nieumiejętności spojrzenia na swój, bądź cudzy, żywot z dystansu, znalezieniu w nim klucza i uczynienia zeń sensownej opowieści, w której o coś chodzi i coś jednak jest w niej istotne, tym samym godne i warte uwiecznienia. Powszechne odmówienie sobie istotności i roli swego istnienia, musi ostatecznie przenieść się na upowszechnieniem takich tez na jakimś wyższym, ogólnym poziomie.

Tymczasem wcale nie trzeba się z takim stanem rzeczy godzić! Nie wszystko jest przecież stracone. Moją osobistą bazą do kontry wobec zastanej sytuacji, uczyniłem uczucie, o którym wspomniałem, kończąc „Lustro puchem obleczone” — nostalgię. To właśnie poprzez nią znajdziemy istotne dla siebie fragmenty przemijających ładów, to właśnie dzięki niej znajdziemy swoją odpowiedź na pytanie: „Co warto zachować?”, wykorzystamy to, co się nam jawi, jako swoistą sieć boi nawigacyjnych, dzięki którym będziemy w stanie wytyczyć i przedłużyć kurs jakim biegnie nasze życie, określając czego naprawdę potrzebujemy i gdzie chcemy zmierzać.

Kadr z „Nuovo Cinema Paradiso”. Toto przegląda swój, przechowany latami przez niedawno zmarłego przyjaciela, skarb.

To taki mój mały sposób na stworzenie świata, w jakim w leniwy poranek, każdy z nas, nie mając nic specjalnego do roboty, mógłby wybrać się do najbliższej świątyni na pogrzeb kogoś zupełnie nieznajomego, a po całej ceremonii byłby w stanie zorientować się, kim zmarły był, co zdołał do rzeczonego świata wnieść i dlaczego powinno być nam żal, że nie udało się poznać go za życia. Obecne zwyczaje zdają się sugerować, że wraz ze śmiercią człowieka, ani niczego nie tracimy, ani niczego nie zyskujemy. Bezczelnie ośmielam się z tym nie zgodzić.

Asteryskowisko:

* Cieszę się, że większość mojego życia przypada na cyfrowe czasy; gdybym miał kolekcję winyli pewnie nigdy bym ich nie słuchał, każde odtworzenie skutkowałoby świadomością degeneracji samego nośnika, więc i wpłynięcia na zapisaną na nim treść, utratę pierwowzoru! To byłaby udręka. Z drugiej strony, być może muzyka byłaby wtedy jeszcze ważniejsza?

** Pomijam w tym miejscu to, na co wpływu nie mam, czyli ograniczenia cyfrowego zapisu dźwięku z analogowego świata, arbitralnie wybierane przez innych, kompromisowe jego standardy, etc. Zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, działam po prostu tak, by nie dopuścić do jeszcze dalej posuniętej degeneracji informacji tam, gdzie mam na to wpływ.

*** Uważni czytelnicy, zaznajomieni z moją twórczością, zapewne z łatwością znajdą obustronne powiązanie między rzeczonym ustępem, bądź nawet całym bieżącym tekstem a pewnym fragmentem „[…]suwerenności właściciela[…]”. Mianowicie, rozważając drabinę bytów fizycznych według skali ich wielkości, jakie jeszcze mogłyby uzyskać genezę antropiczną, wyczerpując ostatecznie zdolności twórcze człowieka i wspierającego go w tych wysiłkach ustroju politycznego, doszedłem do etapu produkcji wszechświatów. Aby jednak postulować obrót handlowy wszechświatami, należałoby podać przynajmniej jedną przyczynę, jeden motyw, dla którego ktoś chciałby je kupować. Oczywiście, mogłem wymyślić ich dziesiątki, jednak pierwszym jaki przyszedł mi do głowy i jaki zdecydowałem się z miejsca wybrać, była eksploracja historii, chęć poznania przeszłości i uczestnictwa w niej, wbrew intuicyjnemu poczuciu braku szansy na nie.

Tym samym, chociaż w symboliczny sposób, zaspokoiłem głód chłopca z przeszłości, jakim niegdyś byłem, który to nawet po, zdaniem jego towarzyszy, udanej zabawie, potrafił wrócić do domu niezadowolony, kwestionując stopień wierności swej rekonstrukcji. Który wciąż i wciąż wypatrywał kolejnych teoretycznych przeszkód, stojących mu na przeszkodzie osiągnięcia pożądanego high fidelity w tej dziedzinie. O dziwo, nigdy nie przyszły mu na myśl jego własne ograniczenia — na przykład fakt, że był tylko dzieckiem i jego koledzy też nimi byli. Niemniej jednak postanowiłem oddać mu taki pokłon za samą bezkompromisową postawę pełną perfekcjonizmu i pasji dążenia do czegoś więcej, łącząc jego zamiłowanie do historii z tymi późniejszymi: literaturą science fiction i filozofią, licząc po cichu, że w zamian za rozwiązanie jego dawnego problemu, podzieli się szczyptą swych przymiotów ducha, które u mnie nieco wyblakły i przydałaby się ich restauracja.

Wersja offline – PDF