*, czyli wątpliwości na granicach Wszechrzeczy

Spostrzegawczy zapewne zauważyli asterysk, jaki postawiłem w poprzedniej notce. Pojawił się on w miejscu, w którym nie byłem do końca pewny tego, czy pisać, to co napisałem. Wątpliwości pojawiły się przy zdradzieckim słówku „każdy”. Uznałem, że zasługują na oddzielny wpis.

»Za każdym* przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość.«

No właśnie. Czy aby na pewno za każdym? Może niektóre nie mają żadnego do pary? Uwikłałem się w pewną aporię. Ale nim ją omówię, zacznę okrężniej. Ostatnio, Ewie na blogu Dziewica zdarzyło się wyrazić niepochlebnie o postmodernizmie. W tym akurat nie ma niczego zadziwiającego — postmodernistów zazwyczaj, albo się kocha, albo nienawidzi — można dodać jeszcze trzecią opcję: albo nie zna. Natomiast oberwało się też przy okazji „logice różnicy” i holizmowi. Ewa uznała, powyższe za bankructwo poznawcze. No i ja w tym momencie stanowczo chciałbym zaprotestować!

Sądzę, że jedne z największych tryumfów intelektualnych biorą swój początek właśnie od dochodzenia tego, jak przedmioty się od siebie różnią. A liczby są w ogóle cholernie ciekawym przypadkiem, chociaż może nie powinienem o nich mówić, bo matematycznie jestem bardziej niż niekompetentny. No ale co tam! Poważę się. Nie będę na nich działał, bo zazwyczaj w tym się zawsze gdzieś machnę, o jakimś elemencie zapomnę i nic z tego nie wychodzi, ale powiem czym mi się one wydają być. A wydają się być ciekawe.

Oś liczb rzeczywistych. Jak ja was w szkole, k***y, nienawidziłem!

Liczby to takie przedmioty, których jedyną cechą konstytutywną jest wartość. I nawet ta jedyna konstytutywna cecha zdaje się nie być niczym dla liczby immanentnym, lecz wynikającym jedynie z zajmowanej przez nią pozycji w ciągu innych, z samego przyporządkowania. Po bliższych oględzinach okazuje się, że oczywiście liczby mają też inne cechy; są parzyste bądź nieparzyste, inaczej reagują na traktowanie ich jakimiś działaniami arytmetycznymi — są liczbami złożonymi bądź pierwszymi, itd. — ale to wszystko cechy konsekutywne, wtórne no i tym bardziej zależne od „miejsca w szeregu”, które ostatecznie nadaje im ich wszystkie właściwości. Ludzie zajmują się serio matematyką najprawdopodobniej z tego mianowicie powodu: jej przedmioty cechują się bardzo ekonomiczną istotą, bo tą jest wzajemna „odległość” jednej liczby od innej, natomiast mimo tego minimalizmu, byty matematyczne okazują się tworzyć bardzo złożone zależności. Generują jakiś swój świat, który można badać. Pomijam tu samą użyteczność matematyki do opisu zjawisk. Ale do czego [matematyka] się w końcu sprowadza, jeśli nie do jednej wielkiej indukcji i właśnie logiki różnicy? Zauważania tego, że 1 jest mniejsze od 2, a 10 jeszcze większe niż 1 i 2? Przekłada się to wszystko na „koszmar holizmu”. No bo gdy uznamy, że liczba nie istnieje w pojedynkę, jako że treść swej tożsamości zawdzięcza wchodzeniu w odpowiednie relacje z innymi liczbami, trzeba brać pod uwagę całość. A wtedy nie wiadomo co i jak ugryźć, by zacząć rozsupływać tajemnicę.

Na starość przychodzi mi się pitagoreizować. Wprawdzie nie będę mówił, że wszystko jest liczbą, ale być może, wszystko istnieje na dokładnie tej samej zasadzie co one. Wzajemnego określania swoich jakości przez odpowiednie przyporządkowanie. Chciałem ugryźć temat relacyjności wolności — dotarłem do tożsamości przedmiotów, między którymi miała się ona rozpościerać, zauważając, że i sama tożsamość zakłada uprzednie istnienie wolności, bez niej istnieć nie może. A i każda wolność ma przecież jakąś tożsamość. „Koszmar holizmu” czy po prostu komplementarność wszelkiego bytu, wzajemnie się konstytuującego? Ta wzajemność w najwyższym stopniu uwidacznia się w przypadkach przeciwieństw: usuwając jeden z przedmiotów, na takie się składających, drugi przestaje mieć jakikolwiek sens. Generalnie jednak, do tożsamości każdego przedmiotu można dotrzeć poprzez odpowiednią negację innych.

Problem pojawia się gdy zauważymy, iż nawet przedmioty nieistniejące mogą stanowić punkty odniesienia. Ale nie jest to jeszcze największym zmartwieniem – gdyby było, nie dopuszczałbym uznawania tożsamości [ich] braków. Jeżeli jednak zastanowimy się nad nieistnieniem, odkryjemy, że tak naprawdę mamy do czynienia z różnymi jego stopniami. Gdybyśmy przykładowo uszeregowali przedmioty według prawdopodobieństwa ich urzeczywistnienia czy częstotliwości występowania, jedną stronę spektrum zajmowałyby te istniejące zawsze, niemal zawsze, bardzo często, następnie te których egzystencja byłaby równie prawdopodobna / częsta jak jej brak. Dalej swoje miejsce zajęłyby przedmioty rzadkie, bardzo rzadkie i unikatowe. Następnie – niemożliwe, sprzeczne, niezdolne z jakichś przyczyn do zachowania tożsamości, ale mimo tego charakteryzujące się jakąś treścią. Szybko okazałoby się, że część z nich niemożliwa jest lokalnie – tylko przy założeniu odpowiednich warunków bądź układów odniesienia. Więc moglibyśmy poszerzyć to spektrum, biorąc poprawkę na multiwersum, wszystkie możliwe światy.

Pewne z przedmiotów byłyby niemożliwymi w mniejszej liczbie światów, inne w większej. Być może dotarlibyśmy też do tych całkowicie niemożliwych (sprzecznych w każdym możliwym układzie odniesienia, nieutrzymujących tożsamości w żadnych warunkach). I właśnie z tymi ostatnimi byłby największy problem. Bo niby co miałoby być dla nich negacyjną przeciwwagą? Czym miałby być brak ich braku? Wszakże nie ma żadnych sprzecznych, istniejących przedmiotów. Czy więc aby na pewno »za każdym przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość«, czy niektóre stoją samotnie, bez żadnych odpowiedników?

O ile niesprzeczne przedmioty, nawet nieistniejące, żadnych kłopotów nam nie nastręczają, bo z racji bycia możliwymi, ich »negatywy« są także możliwe, o tyle w przypadku sprzecznych tracimy już tę symetrię. Oczywiście możemy również tego, co sprzeczne za przedmiot nie uznawać. Więc za co? Czym jest takie „coś-nie-coś”?

Trudność tkwi właśnie w tej treści. Jesteśmy w stanie odróżnić dwa sprzeczne przedmioty, takie nie-byty. Zielbieska króliko-kaczka i kwadratowe koło, mimo swych sprzeczności, różnią się od siebie – różnią nawet tymi sprzecznościami. Gdybyśmy zechcieli wykazać z jakich powodów jedno i drugie nie może istnieć, źródła niemożliwości leżałyby w nich gdzie indziej, z innych względów nie utrzymywałyby swojej tożsamości. A zatem cechują się, mimo wszystko, C Z Y M Ś innym.

Wątpliwości te spowodowane są tak naprawdę wymieszaniem filozoficznych tradycji, jakiego się tutaj dopuściłem. Kiedy mówię o przedmiotach, nawiązuję do wspominanej tu często meinongowskiej Gegenstandstheorie, nietypowo istnienie traktującą jako jedną z cech, jakimi te mogą być obdarzone lub nie. Ta bardzo ładnie uzupełnia się z moim ujęciem »negatywów«, tudzież »antyprzedmiotów«, które różnią się od swoich odpowiedników właśnie pod względem cechy istnienia. Teoria przedmiotu jednak wykracza poza zwyczajną ontologię, bo nie zajmuje się tylko tym co jest, ale także tym, czego nie ma, ale może zostać intencjonalnie przez nas ujęte, na przykład być przedmiotem sądu. Możemy tworzyć całkiem sensowne sądy na temat zielbieskich króliko-kaczek i kwadratowych kół, chociaż z niczym takim się nie spotkamy.

Niemniej jednak, przez to rozszerzenie trudno znaleźć w Bycie jakieś miejsce dla tego rodzaju przedmiotów. Równie trudno znaleźć je również poza nim, uznając że niczego poza nim nie ma, bo niebytu nie ma. Meinong wyróżnił więcej stanów niż egzystencja i jej brak, wprowadzając także pośrednie. Można byłoby co prawda zreanimować kategorię pozoru, tłumacząc niemożliwe przedmioty rozszczepionym aktem intencjonalnym skierowanym ku kilku różnym możliwym przedmiotom, ale z paru względów nie chcę tego robić i zastanowię się jak to obejść. Z całą pewnością czeka mnie trochę dłubaniny, jeśli zechcę się tym zająć poważniej. Na razie tylko zaznaczam wątpliwość i ją opisuję.

***

Ale już przy okazji możemy rozważyć kolejną z ciekawych kwestii z natury Bytu, za taki uznając wszystko co było, jest i będzie, w każdym układzie odniesień czy świecie. Przyjąwszy taką jego definicję, musimy wyciągnąć wniosek, że nigdy nie będzie tego, co w tamtych jest sprzeczne. Ale co z klasą przedmiotów (w tym zdarzeń) niesprzecznych, więc możliwych, ale z jakiegoś powodu niebyłych, nigdzie i nigdy niezrealizowanych? Czy będzie ona pusta, czy też znajdą się w niej jakieś elementy?

Intuicja podpowiada mi pierwszą odpowiedź. Czy bowiem nie jest tak, iż wszystko co możliwe ostatecznie musi gdzieś i kiedyś, przynajmniej na chwilę, zaistnieć, bo w innym razie, siłą rzeczy, byłoby czymś niemożliwym? To, co nigdy nie zostanie zrealizowane, nie może być przecież częścią Bytu, nie może być więc też możliwym in the first place. A jeśli tak, to wszystko co lokalnie możliwe jest też globalnie konieczne, bo musi znaleźć swoje miejsce pośród wszelkiego istnienia, chociażby na moment. Czyli w ostateczności wszystko co niesprzeczne musi gdzieś i kiedyś zostać urzeczywistnione, zaistnieć.

Poniekąd do tego wniosku nieśmiało dochodzą niektórzy spośród fizyków. Na Copernikusie znalazła się interesująca prezentacja profesora Aleksandra Wilenkina Many Worlds in One. [klik] Rozpoczyna się od kosmologii Wielkiego Wybuchu i promieniowania tła, ale później robi się naprawdę ciekawie, bo prowadzący stara się dojść tego, co było przed Big Bangiem i jakie są okolice naszego wszechświata. Najlepszy fragment, metafizyczne interludium, zaczyna się od 20 minuty. ;) Nie wiem czemu Wilenkina akurat to tak bardzo niepokoi, ale mnie się podoba tego rodzaju potwierdzenie (ach, chodziło o utratę unikalności…). A im dalej w prezentację, tym bliżej Jedni, czy w tym wypadku „Zerni” od której wszystko się zaczęło, bo taka jest implikacja inflacji (od 31 minuty) – musi być jakiś początek. Strasznie platonizują ci kosmologowie, nieprawdaż? To zresztą zabawne oglądać jak scjentyści uzbrojeni we wszelkie zdobycze techniki, zdobywający te swoje empiryczne dane, w ostateczności dochodzą do wniosków, które kiedyś wygłosili, wydawać by się mogło, obskuranccy metodologicznie filozofowie spekulujący o problemach takich jak geneza wielości. Bo do tego to się w zasadzie sprowadza, chociaż droga jest inna.

Pitagorejczycy świętujący wschód słońca (1869), Fiodor Bronnikow

W ramach zakończenia wrócę do tych nieszczęsnych liczb. Zazwyczaj po fakcie, gdy sformułuję już to, co przyjdzie mi na myśl, sprawdzam później czy komuś zdarzyło się obrać tę samą drogę. Wprawdzie nie znalazłem niczego zupełnie identycznego, ale coś dość zbliżonego do myśli o przedmiotach i równoważnych wobec nich brakach, razem składających się na całość Bytu – owszem. Otóż kiedyś w necie popularność zdobył filmik „Imagining the Tenth Dimension” [klik]. Autor, Rob Bryanton na fali popularności swego dzieła, promującego zresztą książkę pod tym samym tytułem, postanowił stworzyć później całą serię podobnych klipów, poświęconych w szczegółach kolejnym wymiarom. Jeżeli zajrzycie do tego dotyczącego wymiaru „zerowego”, zobaczycie, że w znacznej mierze jest czymś w rodzaju macierzy zawierającej wszystkie możliwości, z jakiej mogą wyniknąć kolejne wymiary i to, co się w nich znajduje. Bryanton odwołuje się do książki Gevina Giorbana – „Wszystko na zawsze. Nauka postrzegania bezczasowości.” („Everything Forever. Learning to See Timelessness”) (od 4:35) – no i powiedzcie, znajomo wygląda to zestawienie liczb dodatnich i ujemnych w jeden ciąg, składający się na to jedno wielkie zero?

Samą ksiażkę Giorbana już sobie znalazłem. Na razie jedynie ją przejrzałem, ale z tego co zauważyłem, rzecz sprowadza się do konfliktu dwóch porządków: zbiorczego oraz symetrii. Brak jednego skutkuje pojawieniem się drugiego. Stan wszechświata jest wypadkową tego konfliktu, więc wszystko w pewnym sensie wynika z odpowiedniego przyporządkowania i wzajemnego zorientowania. Tak jak te liczby. W każdym razie, jako eternalistę z pewnością ta pozycja mnie zainteresuje.

Wiem już, że gdybym sobie uznał, iż »za każdym przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku«, mógłbym podpiąć się pod to całe towarzystwo. Ale moja metafora Bytu jako sortera kształtu nie wymaga zupełnej symetrii – można wyobrazić sobie, że w komplecie znajdują się figury nie do pary albo nadprogramowe otwory, do których nie przewidziano żadnych klocków i pewne elementy są unikatowe, nie mające swoich odpowiedników. W tym sensie, że bywają przedmioty konieczne i niemożliwe, jakim nie można znaleźć żadnego alternatywnego stanu. Zresztą już sama Całość nie ma żadnej alternatywy: po prostu jest, a niebytu nie ma. Sorter z otworami jest, ale wystarczająco obszernego otworu do którego można byłoby go wrzucić już nie ma, bo musiałby znajdować się w czymś większym, jak to z otworami bywa…

Z liczbami trudniej o taki brak symetrii. Bo czy są jakieś wartości, które nie mogą mieć swojego ujemnego odpowiednika? Przydałaby się ekspertyza jakiegoś prawdziwego matematyka. Tak czy owak, stoję na rozdrożu.

Wersja offline – PDF

Specjalnie dla Jasia: przeciwnicy wolności, czyli o nędzy anarchizmu

Zgodnie z obietnicą złożoną Jasiowi Skoczowskiemu, w tym tekście zajmę się przypadkiem Herberta Spencera i szerzej, żenującą pretensjonalnością większości ruchu wolnościowego, z anarchizmem na czele. Nie ukrywam, iż bezpośrednią motywacją do podjęcia tego tematu, był ton w jakim Jaś się do mnie zwrócił. To jego „dalej, dalej, uznaj…” jakoś jednoznacznie skojarzyło mi się z pimkowską apologią Słowackiego rodem z „Ferdydurke”. Tak jakby uznanie, że Spencer jest przeciwnikiem wolności, miało służyć za dowód dyskwalifikującej mnie niepoczytalności, eliminującej sens dalszej rozmowy. Może Jaś sobie uważać, że Spencer wielkim przyjacielem wolności był i podnosić to twierdzenie do rangi dogmatu, może wyliczać jego zasługi dla tradycji jakiej czuje się częścią i oburzać się na tych, którzy wzruszają ramionami, zarówno nad nią jak i zasłużonymi dla niej reprezentantami. Ja niniejszym to robię, znalazłem już jakiś czas temu, w swoim mniemaniu, bardzo dobry powód, by ostatecznie uznać ją za upośledzoną i niegodną dalszego zainteresowania.

Po pierwsze, chciałbym zaznaczyć, że nie mam żadnego problemu, który wynikałby z rzekomo ograniczającej natury języka polskiego. Ramy tegoż nie są tak wąskie, jak zdajesz się sugerować. Nawet w języku polskim, wolność jest definiowalna. Stąd na przykład możliwe są przekłady nań tekstów Spinozy, Hegla, Berlina czy Nozicka. Każdy z tych panów posługując się słowem „wolność”, miał ciutkę co innego na myśli, jej koncepcje u nich się bardzo często nie pokrywały, a mimo tego, (surprise!) każdego z nich można poczytać po polsku, a nawet zrozumieć, co każdy z nich miał na myśli, nie mając problemu z ramami tego języka. Więc na początku mam prośbę – przestań bucować, narzucając mi jakąś ze swej dupy wyjętą listę dopuszczalnych w polskim zabaw językowych.

Mam i będę miał ambiwalentne uczucia przy pisaniu tego tekstu. Z jednej strony, cieszę się, że mnie sprowokowałeś do jego napisania i poszczułeś na Spencera, pozwoliło mi to wypracować nowy punkt widzenia i odrywając od tego co piszę, zestawić i zaznaczyć różnice w postrzeganiu wolności, a później, dzięki temu, wyprowadzić krytykę i pokazać skąd ona się bierze i dlaczego zakładając taki, a nie inny punkt odniesienia, jest ona sensowna. Z drugiej, jestem solidnie poirytowany. W końcu ile lat już się czytamy? Naprawdę przez ten cały czas, nie zadałeś sobie przy lekturze moich tekstów, przy tych wszystkich dyskusjach w jakie się ze mną wikłałeś, tego minimum trudu, jakim jest zastosowanie zasady życzliwości? (która pozwoliłaby Ci przyjąć na chwilę mój punkt widzenia, co z kolei ułatwiłoby jego odbiór i interpretację) No najwyraźniej nie, skoro po tych wszystkich latach, jedyne na co Cię stać, to opowiadanie pierdół o ojczystym języku. Tak, jestem rozczarowany Twoją postawą, chyba tylko dlatego, że miałem o Tobie wyższe mniemanie. Irracjonalnie, najwyraźniej.

Ale z drugiej strony, także dziękuję Ci za to, że zainspirowałeś mnie do poczynienia kilku obserwacji, które teraz wykorzystam, by jeszcze dokładniej zaznaczyć na czym polega przewaga mojej propozycji nad innymi i dlaczego zasługuje ona na miano wolnościowej i indywidualistycznej w znacznie większej mierze niż jakakolwiek inna. A co za tym idzie, dlaczego z jej perspektywy pozostałe przedstawiają się jako wrogie wolności i ją ograniczające.

Moje ujęcie wolności

Przede wszystkim, należałoby zapytać czym jest wolność w moim ujęciu. Najkrócej rzecz ujmując, jest to nazwa pewnej funkcji emancypującej. Od czego? Od przedmiotów, które się do niej podstawi. Od jakichś: iksów, igreków i zetów a także ich kombinacji. Wolność przez wielkie „W”, powszechnik wolności, możemy sobie wyobrazić jako tę funkcję ze zbiorem wszystkich możliwych podstawień do jakich może się odnosić. Nie stanowi ona jednak wolności jaką możemy cieszyć się w świecie fizycznym, a jedynie koncept, na którym ludzie operują, z którego czerpią i dokonują poprzezeń wyborów, które następnie realizują.

Wolność realną postrzegam w dwóch aspektach. Pierwszym z nich jest wolność podmiotu. Wolność podmiotu jest zdolnością dokonywania operacji na powszechniku wolności i praktycznej implementacji wybranych przez siebie podstawień. Można nazwać ją w jakimś sensie wolnością osobistą. Jesteśmy wolnymi podmiotami wtedy, gdy możemy decydować o kierunku naszej emancypacji, wybierając przedmioty (w tym stany) od których chcemy być wolni i gdy nic nie neguje naszego formalnego wyboru. Wolność podmiotu jest zatem swobodą wyznaczania i dążenia do celów, jakie ten sobie ustali.

Maksimum w jej przypadku wyznacza suwerenność jednostki.

Drugim jej przejawem jest coś, co można określić terminem wolności-w-świecie. Wpływa na granice możliwych działań jednostek i je określa. Sumarycznie wyznaczają ją zdarzenia w świecie, ogólny stan wiedzy podmiotów w nim (na przykład dostępność pewnych wynalazków, umożliwiających dążenie do jakichś celów, bez których byłoby to niemożliwe), a także sama natura świata i jego właściwości oraz relacje między jego składowymi elementami. Częściowo zależna jest od wolności podmiotów i wszelkich dokonywanych przez nich działań.

Maksimum w jej przypadku wyznacza stan krańcowego nasycenia świata w wielokierunkowe działania, powodowane wydarzenia, a co za tym idzie, istniejące w nich produkty, będące efektami końcowymi tych działań i wydarzeń oraz potencjalnymi początkami możliwych do wytyczenia kolejnych celów, czy też istniejącymi aktualnie środkami do nich.

Nawiązując do poprzedniego wpisu – wolność podmiotu odnosi się do sfery eksploracji świata inteligibilnego, stawiania celów, zamierzeń i planowania, wolność-w-świecie z kolei – wydarzeń inicjowanych w świecie fizycznym. Ponieważ opisałem jak działania w jednym z nich wpływają na drugi, nie będę do tego wracał. Istotne jest w tym momencie jedynie to, że budując jakieś systemy społeczne, nie mamy bezpośredniego wpływu na wolność-w-świecie, jedynym na co takowy mamy, jest wolność podmiotu, której stopień, możemy ograniczyć w wybranym przez siebie zakresie bądź nie.

Podsumowując – z propozycją maksymalizującą wolność w moim ujęciu, mamy do czynienia wtedy, gdy w świecie realnym jednocześnie największa liczba ludzi ma dostęp do największej liczby podstawień w funkcji emancypacyjnej. Innymi słowy, wtedy gdy rzeczywistość w największym stopniu przypomina powszechnik wolności, na który składają się wszystkie podstawienia.

Świat najbardziej wolnościowy jest zatem jednocześnie i światem najbogatszym ontologicznie.

Wolność natomiast jest fundamentalnym mechanizmem stawania się Bytu.

Ujęcie wolności Herberta Spencera i jego krytyka

Teraz zajmijmy się drugim stanowiskiem. Czym się charakteryzuje? Najistotniejsze w nim, będące niejako trademarkiem i gwarantujące miejsce Spencerowi w historii filozofii jest to, że stanowiło próbę stworzenia konsekwencjonalistycznej odmiany liberalizmu, odmiennej od tego prawonaturalnego, deontologicznego. Osiągnięte to zostało poprzez oparcie go na utylitaryzmie.

O ile, jak mniemam, tego na czym polega liberalizm, ludziom z kręgu w którym się obracam, wyjaśniać nie muszę, bo jest tam wałkowany na lewo, prawo wszerz i wzdłuż, o tyle mogę przypomnieć kim są utylitaryści. To tacy ludkowie, którzy życzą sobie, aby w sferze moralnej obowiązywała dewiza: „jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi”, czyli: aby ludzie dążyli do takiego właśnie ideału.

I już tu, pojawia się problem. Jak to ładnie ujął Aregirs, kiedy dokonujemy mariażu dwóch idei, te nawzajem się tłumaczą, precyzują i ograniczają. Ale nie tylko się. Ponieważ każda idea ma jakąś treść, implementacja jej w rzeczywistości musi wiązać się z pewnymi ograniczeniami. Skoro urzeczywistniamy ideę x, jednocześnie nie możemy urzeczywistniać idei anty-x albo tych, które by w treść idei x w jakiś sposób uderzały i ją niweczyły. Realizacja idei liberalizmu zobowiązuje zatem jednostki w sferze moralnej, aby powstrzymywały się od działań, które naruszyłyby treść idei liberalizmu, na przykład od ignorowania faktu pierwotnego zawłaszczenia dokonanego przez jakąś osobę. Każda idea ma jakieś wymagania – wiążąc ich kilka, musimy liczyć się z akumulacją wymagań. I tak, w przypadku spencerowskiego liberalizmu wzbogaconego utylitaryzmem, jednostka zobowiązana jest już nie tylko do powstrzymywania się od działań sprzecznych z samym liberalizmem, ale teraz także dodatkowo, tych sprzecznych z celami utylitaryzmu. O ile więc w liberalizmie bezdomieszkowym jednostka, mogłaby w jego ramach dążyć do swojego celu jakim, powiedzmy, jest unieszczęśliwienie ogółu, tak w liberalizmie opartym o utylitaryzm – już nie. Jej pole manewru jest więc bardziej ograniczone. Nic zresztą w tym dziwnego, skoro liberalizm Spencera ma do zrealizowania cel, z góry przez niego wyznaczony, jakim jest ewolucyjne wytworzenie doskonale moralnego społeczeństwa. Jednostka oraz jej wszelkie prawa są więc zdeterminowane i podporządkowane przez odgórnie wyznaczony cel.

Wolność w ujęciu spencerowskim jest więc sprowadzona do ideału moralnego, służącego jako wytyczna, która pozwoli osiągnąć cel, nadając pożądany przez niego kształt społeczeństwu. Na angielskiej wikipedii możemy znaleźć jedno zdanie, które lakonicznie podsumowuje spencerowskie ujęcie wolności:

‚Liberty’ was interpreted to mean the absence of coercion, and was closely connected to the right to private property.

Przypomina to coś? Oczywiście, istotę późniejszej non-agression principle, nic więc dziwnego, że Murray tak piał nad Herbertem, który w zasadzie odwalił całą robotę, stawiając fundamenty pod libertarianizm. Później wystarczyło już tylko sprecyzować czym jest to coercion i voila! Rothbardyzm mamy upichcony.

Sęk w tym, że całe szerokie pojęcie wolności w ujęciu Spencera sprowadza się tylko i wyłącznie do jednego z możliwych podstawień: od przymusu. Reszta jest zupełnie pominięta. A co się z tym wiąże? Podmioty są pozbawione możliwości decydowania o kierunku swojej emancypacji. To właśnie czyni Spencera wrogiem wolności. Kierunek emancypacji każdej jednostki zostaje bowiem ustalony przez niego samego i jest on obowiązkowy, wynika wprost z jego idei, która ma taki, a nie inny cel.

Oczywiście, oceniając moje stanowisko z punktu widzenia, opartego na tak wąsko zdefiniowanej wolności, niejednokrotnie będzie ono jawiło się jako niewolnościowe – z tego powodu, że dopuszczając i preferując możliwie najbogatszy ontologicznie świat, a przez to w jakimś stopniu – klasę postaw, czynów, a co za tym idzie, stanów rzeczy i produktów sprzecznych z wolnością od przymusu, ale na przykład zgodnych z wolnością od braku przymusu, która może być gdzieś przez kogoś lokalnie preferowana. Tyle, że w zasadzie dlaczego miałbym się tym przejmować? Końcem końców, to nie ja redukuję pojęcie wolności do jednego z wielu jej przejawów. Jasiu może upierać się, że jedynie wolność od przymusu jest wolnością prawdziwą, jedyną moralnie użyteczną (skoro tak kocha utylitarystów), możliwą do zrozumienia w języku polskim, czy co tam jeszcze chce, ale równie sensownie mógłby się upierać, że z całego zbioru liczb rzeczywistych najprawdziwszą jest 42 (bo stanowi odpowiedź na Wielkie Pytanie o Życie, Wszechświat i całą resztę), pozostałych zaś nie należy brać pod uwagę, ani używać, a stosowanie -42 powinno być surowo zabronione. Albo że odtąd za stoły będziemy uważać tylko te okrągłe, na jednej nóżce (bardziej), przykręcane do podłogi.

Środowiska wolnościowe niezbyt zasługują na swoje miano. Każde z nich zgromadzone jest wokół jakiegoś programu, mającego wyzwolić ludzi od czegoś. I owszem, te programy mają jakąś wartość emancypacyjną. Tyle, że to troszkę za mało, by z tego powodu uznawać je od razu za wielce urzeczywistniające wolność. Dlaczego? Dlatego, że generalnie wszystko, co ma jakąkolwiek treść, ma tę wartość – jest jakieś, więc jednocześnie nie jest też inne. Przez bycie określonym w jeden sposób, nie jest określone w drugi. Jeśli więc wpakujesz do ust garść malin, tak by nie zmieściła Ci się do nich ani jedna truskawka, będziesz mógł powiedzieć, że w danej chwili zapewniają wolność od truskawek. Jednak nie będzie to czynić z nich żadnego świętego artefaktu wolności. Podobnie przedstawia się sprawa takich programów. Twórcy większości z nich wskazują, że jakieś zjawiska stanowią zagrożenie dla wybranego przez nich ujęcia wolności, po czym postulują stan rzeczy, w którym będą one nieobecne – następnie podają metodę ich eliminacji albo pozostawiają to do opracowania innym. Jednostka w tych programach ma zawsze określoną rolę, narzucona jest jej implicite jakaś moralność, której ma się podporządkować, spójna z wytyczonym przez ‚programistę’ celem. Sama natomiast traci możność wybierania celów spoza spektrum nakreślonego przez ideologa. I tak, zestawiając przykładowo propozycje: Spencera, feminizmu czy też anarchosyndykalizmu, łatwo możemy dostrzec, że ta pierwsza wyrugować ze świata chce przymus, druga; między innymi – przejawy seksizmu skierowane w kierunku kobiet, trzecia: pracę najemną. Generalnie każda z nich może mieć wartość dla jakichś jednostek. Dla takich, które życzyłyby sobie żyć bez przymusu, bez złośliwych komentarzy dotyczących ich płci czy też pracy najmity. Problem jednak polega na tym, że każda z tych idei traktowana bez odpowiedniego dystansu, z łatwością staje się poprzez swoją treść następną tyranią. Oto bowiem, ich zwolennicy nie spoczną, póki do końca nie podporządkują im całego świata: póki nie zaszlachtowany zostanie ostatni zatrudniciel, sprośny typ opowiadający seksistowskie żarty czy przymuszacz. Niewiele pod tym względem różnią się słowa Herberta Spencera:

No one can be perfectly free till all are free; no one can be perfectly moral till all are moral; no one can be perfectly happy till all are happy.

 

od słów takiego Ericha Mühsama:

nikt nie będzie wolny dopóki wszyscy nie będą wolni. Wszyscy będą wolni wyłącznie, kiedy ludzkość zjednoczy się w socjalizmie.

To zresztą jest symptomatyczne dla gości, którzy są przywiązani do naiwnych, organicystycznych wizji społeczeństwa i którzy roszczą sobie wyłączne prawo do decydowaniu, co temu organizmowi wyjdzie na zdrowie. Spencer-biolog jako wzór wolnościowca? Jasiu, naprawdę?

No one my ass, you bastards!

Nie jest tak, że nikt tego nie dostrzegł. Dostrzegł to chociażby jeden z ulubieńców Jasia, Maksymilian:

Człowieku, masz bzika, brakuje Ci piątej klepki. Wyobrażasz Sobie wielkie rzeczy i wymyślasz cały świat bogów, który istnieje tutaj dla Ciebie; królestwo Ducha, do którego zostałeś powołany; ideał, który Cię przywołuje. Opętała Ciebie idée fixe! Nie myśl, że to żarty czy metafora, gdy ludzi oddanych wyższym sprawom (a należy do nich przytłaczająca większość, prawie cały świat) uważam za skończonych idiotów, prosto z domu wariatów. Cóż to bowiem jest “idée fixe”? Idea, która ujarzmiła człowieka dla siebie. Jeżeli uznacie taką idée fixe za szaleństwo, to zamykacie jej niewolnika w zakładzie dla obłąkanych. A prawda wiary, w którą nie wolno zwątpić, majestat np. narodu, którego nie można naruszyć (kto tak czyni, jest zbrodniarzem wobec majestatu), cnota, dla której cenzor nie przepuści najmniejszego słowa, by zachować czystość obyczajów – czyż nie są to idées fixes i czcza gadanina?

„Jedyny i jego własność”, s. 19

czy też współcześnie – Jason McQuinn:

All ideology in essence involves the substitution of alien (or incomplete) concepts or images for human subjectivity. Ideologies are systems of false consciousness in which people no longer see themselves directly as subjects in their relation to their world. Instead they conceive of themselves in some manner as subordinate to one type or another of abstract entity or entities which are mistaken as the real subjects or actors in their world.

Whether the abstraction is God, the State, the Party, the Organization, Technology, the Family, Humanity, Peace, Ecology, Nature, Work, Love, or even Freedom; if it is conceived and presented as if it is an active subject with a being of its own which makes demands of us, then it is the center of an ideology.

Generalnie, moje stanowisko jest w dużej mierze zbieżne ze zdaniem obu panów w tym temacie, może z małym wyjątkiem, bo nie sądzę, aby ucieczka od ideologii w ogóle, była w praktyce sensownym rozwiązaniem (ucieczka od ideologii, po stirnerowsku, też może stanowić idée fixe.) Nie, ideologie bywają pożyteczne, natomiast nie należy oddawać im we władanie całego świata. A jeśli już musimy wybrać jakąś nadrzędną – porządkującą wszelkie inne, winniśmy szukać jej według odpowiedniego kryterium: w jakim stopniu to jednostce pozostawia swobodę wyboru celów, a nie samej sobie.

Moje ujęcie wolności pozwala bardzo dokładnie dostrzec ten problem. W jego obliczu, wybór świata najbogatszego ontologicznie jest jedynym sensownym, wolnościowym posunięciem. Oparte na tym przekonaniu stanowisko indywidualistycznego propertarianizmu, stanowi natomiast propozycję, która spośród wszystkich poznanych przeze mnie do tej pory, w najwyższym stopniu, przynajmniej na razie, spełnia to kryterium.

Tak, Spencer z mojego punktu widzenia jest wrogiem wolności. Podobnie jak znacząca większość ludzi parających się anarchizmem. Wolność nie potrzebuje anarchistów, a anarchów.

Suplement

Nie mam zielonego pojęcia, czemu miałoby mnie interesować rządzenie innymi, gdyby dało się go w ogóle uniknąć. I tym bardziej nie wiem, czemu miałbym szanować chęć rządzenia u kogokolwiek, skoro oznacza akceptacje dla pozbawiania kogoś wolności. Ty wiesz i to twój problem.

Wiem, że nie masz zielonego pojęcia, Jasiu. Niestety nie będę się silił na następne merytoryczne wyjaśnienia, natomiast ten pan dobrze wytłumaczy Ci, dlaczego zrozumienie mnie dość kiepsko Ci wychodzi:

Najwyraźniej nie mogę się przebić przez Twoje chciejskie Fi, a Ty nie jesteś w stanie zrozumieć mojego Fe, dzięki któremu nie mam trudności w szanowaniu także tych ludzi, którzy przejawiają taką chęć, a także – skłania mnie do poszukiwań maksymalnie inkluzywnych rozwiązań, aby także i ich, wraz z takimi a nie innymi aspiracjami, ująć i nie pomijać, jeśli to tylko możliwe. A jest to możliwe, tylko Tobie po prostu w niesmak. Zresztą nie tylko możliwe, ale też i dość spójne (Ti). To, że nie potrafisz się wznieść ponad partykularyzm swoich upodobań nie jest moim problemem, bo z tym mamy raczej do czynienia, niźli z moją nieumiejętnością objaśniania. I tym obosiecznym ad personam kończę ten temat.

Wersja offline – PDF

I ilustracja muzyczna: