Czy „Gra o tron” skończy się tegoż upadkiem oraz postępującą demokratyzacją Westeros?

Serial HBO powraca z finałowym sezonem po kampanii marketingowej równie gargantuicznej jak armia Króla Nocy, zagrzewając przy tym widzów do ostatecznego obstawiania zakładów i wysnucia ostatków spekulacji, dotyczących rozstrzygnięć fabularnych. Zakładów nie tylko starających się dokonać niemożliwego: rzetelnego wyznaczenia szans poszczególnych postaci na przetrwanie w niesamowicie przewrotnym środowisku, ale w dodatku podejmujących się wydania odpowiedzi na kluczowe pytanie – który z pretendentów obsadzi na zakończenie Żelazny Tron?

Zbiorowe oglądanie i przeżywanie „Gry o tron” cechuje się tą niesamowicie sympatyczną właściwością, że w ramach społeczności widzów, każdy ma swych faworytów, którym albo kibicuje, życząc realizacji ichnich ambicji (pozdrowienia dla zwolenników Stannisa!), albo przynajmniej stara się odgadnąć, komu sztuka zabezpieczenia władzy finalnie się powiedzie.

Pod tym względem, niczym nie zamierzam odstawać od całej reszty – również posiadam swoją teorię, aczkolwiek jej treść jest nieco bardziej przewrotną. Uznaję bowiem, że całkiem prawdopodobnym rozstrzygnięciem jest to zakładające, iż tak naprawdę nikt nie obsadzi Żelaznego Tronu, a w samym Westeros nastąpi zmiana ustrojowa, zakończy się tam monarchia dziedziczna i nastąpi przekazanie władzy w ręce ludu.

Czy pośród pretendentów do tronu mamy kogoś zdolnego do spojrzenia poza ramy systemu, w jakim wszyscy oni funkcjonują, rywalizując ze sobą? Otóż, mamy.

Tym kimś jest nie kto inny, jak Matka Smoków – Daenerys Targaryen.

Jeżeli prześledzimy odcinek Hardhome (S5 E8), znajdziemy w nim interesującą wymianę zdań pomiędzy Tyrionem Lannisterem a smoczą królową, zdradzającą nam w metaforycznej mowie, co zamierza uczynić oraz dlaczego chce zasiąść na Żelaznym Tronie.

Daenerys Targaryen: I’m not going to kill you.

Tyrion Lannister: No? Banish me?

Daenerys Targaryen: No.

Tyrion Lannister: So, if I’m not going to be murdered and I’m not going to be banished…

Daenerys Targaryen: You’re going to advise me. While you can still speak in complete sentences.

Tyrion Lannister: Advise you on what?

Daenerys Targaryen: How to get what I want.

Tyrion Lannister: The Iron Throne. Perhaps you should try wanting something else.

Daenerys Targaryen: If I want jokes, I’ll get myself a proper fool.

Tyrion Lannister: I’m not entirely joking. There’s more to the world than Westeros, after all. How many hundreds of thousands of lives have you changed for the better, here? Perhaps this is where you belong, where you can do the most good!

Daenerys Targaryen: I fought, so that no child born into Slaver’s Bay would ever know what it meant to be bought or sold. I will continue that fight here, and beyond. But, this is not my home.

Tyrion Lannister: When you get back to your „home”, who supports you?

Daenerys Targaryen: The common people.

Tyrion Lannister: Let’s be generous, and assume that’s going to happen. Here, in Slaver’s Bay, you had the support of the common people and only the common people. What was that like? Ruling, without the rich? House Targaryen is gone. Not a single person who shares your blood is alive to support you! The Starks are gone, as well; our two terrible fathers saw to that. The remaining members of House Lannister will never back you, not ever. Stannis Baratheon won’t back you, either; his entire claim to the throne rests on the illegitimacy of yours! That leaves the Tyrells: not impossible, not enough.

Daenerys Targaryen: Lannister, Targaryen, Baratheon, Stark, Tyrell: they’re all just spokes on a wheel. This one’s on top, then that one’s on top, and on and on it spins, crushing those on the ground.

Tyrion Lannister: It’s a beautiful dream: stopping the wheel. You’re not the first person who’s ever dreamt it.

Daenerys Targaryen: I’m not going to stop the wheel. I’m going to break the wheel.

Metafora łamanego koła jest dosyć klarowna.  Dankowe koło to po prostu opis krążenia elit monarchii w Westeros, wywodzących się ze znakomitych szlacheckich rodów, które ku naszej rozrywce, ostro rywalizują ze sobą o tron. O ile Tyrion myśli dość konwencjonalnie, uznając, że dziewczyna zamierza „raz zdobytej władzy nigdy nie oddawać”, utrzymując swoją rodzinę na szczycie – zatrzymać koło, ta jednak stwierdza, że woli je rozbić.

Cóż w praktyce ten akt ma oznaczać? Otóż, nie ma innego sposobu by przerwać cykl krążenia monarchicznych elit, niż przez zniszczenie samego obiektu ich pożądania wokół którego toczy się cała gra: władzy królewskiej. Daenerys docelowo chodzi o unicestwienie monarchii w Westeros. Jeśli zamierza wywalczyć dostęp do tronu, to nie po to, by na nim zasiąść, ale by go zniszczyć, władzę zapewne ostatecznie oddając gminowi. (W opcji miękkiej mogłoby to być wprowadzenie monarchii elekcyjnej, w której szlachta i plebs wybierałyby władcę demokratycznie.)

Jeżeli przyjrzymy się bliżej całej jej karierze politycznej w Essos, zauważymy silną tendencję do faworyzowania ludu czy nawet stanów jeszcze niższych, jak niewolnicy. Daenerys jako królowa gra jednocześnie emancypatorkę, tytułuje się Wyzwolicielką z Okowów, przyjmuje rolę trybuna ludu i mianuje się reprezentantką interesu warstw najniższych. Osłabia również pozycję Wielkich Panów, szlacheckich rodów w Meereen, wcześniej parających się handlem niewolnikami. Wydaje się więc, że cała władza stanowi dla niej jedynie środek do celu, jakim jest przeobrażenie świata na jakąś antyfeudalną modłę a jej samej miejsce w historii jako królowej, która wyzbywa się królestwa na rzecz poddanych.

Tym samym, Dany uzyskuje niesamowicie mocną pozycję do stworzenia potężnego despotyzmu na modłę absolutystyczną, co może wydawać się paradoksalnie dla laików – stając się potencjalnie największym zagrożeniem dla wolności w Westeros.

Dlaczego?

Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, należałoby sięgnąć po „Traktat o władzy” Bertranda de Jouvenela, opisujący wzrost władzy centralnej (królewskiej) następujący od początku średniowiecza, aż do schyłku monarchii i powstania demokracji, która osiągnęła w praktyce potęgę i posłuszeństwo ludu nieznaną nawet dawnym absolutystom.

O ile nam, ludziom urodzonym w czasach demokracji, monarchia może wydawać się hierarchicznym monolitem, w którym chłopstwo, szlachta i król podlegają sobie bezwzględnie a każda z tych warstw betonuje i kontroluje poprzednią, de Jouvenel kreśli bardziej dynamiczny obraz rywalizacji politycznej występującej w tym ustroju. W rozważaniach francuskiego filozofa polityki mamy do czynienia raczej z trójkątem, w którym król i szlachta siłują się przeciągając linę, walcząc o potencjalne pozycje przetargowe, starając się wyrwać lub obronić siłę roboczą w postaci chłopów, by wykorzystać tychże na swoje potrzeby.

Co dzieje się, gdy zwycięża szlachta?

Blokuje wpływy królewskie. Uniemożliwia osłabiania własnej pozycji majątkowej przez króla, gwarantuje sobie odpowiednie wolności i przywileje, zwalnia się z podatków i obowiązków względem monarchy, uniemożliwia łatwego podejmowania akcji militarnych oraz imperialnych, ciesząc się z wypracowanych przez chłopów zysków, które nie przypadają koronie.

De Jouvenel stawia sprawę następująco, powoławszy się najpierw na de Bolanda:

abs2

abs3

oraz:

abs4

abs5

O ile w warunkach angielskich znaczącym tryumfem wolności było ograniczenie woli władzy centralnej i zmuszenie przegranego monarchy – Jana bez Ziemi – do podpisania Wielkiej Kart Swobód, o tyle w Polsce zwycięstwa szlachty bywały jeszcze częstsze, o czym zaświadcza długi ciąg kolejnych przywilejów przez nią uzyskiwanych (których kucie na blachę do dziś zapewne jest zmorą uczniów szkół średnich). Rzecz jasna, w optyce de Jouvenela świadczyłoby to  o ewidentnej słabości władzy centralnej, dlatego właśnie niczym zaskakującym nie jest nazywanie wywalczonego modelu demokracją szlachecką, bo do tego sprowadza się sławna „złota wolność” i pozycja „szlachcica na zagrodzie, równego wojewodzie” kontrolującego króla, będącego raczej jego reprezentantem niż samodzielnym podmiotem, mogącym kimkolwiek władać.

Cóż z kolei dzieje się, gdy zwyciężają królowie?

Odpowiedzi na to pytania poświęcona jest w zasadzie cała książka francuskiego filozofa, gdyż ostatecznie opisuje ona długi marsz monarchii ku absolutyzmowi, wynoszący aparat biurokratyczny zbudowany na modłę nowoczesną ponad tradycyjne układy arystokratyczne a zwieńczony jego przekształceniem w urzędy demokratyczne, nie potrzebującym wreszcie żadnego króla do szczęścia.

Za największą zaletę lektury „Traktatu o władzy” uznaję jednak to, że pozwala łatwo uporać się z lewicowymi i demokratycznymi stereotypami, wedle których królowie oraz szlachta są największymi sojusznikami i razem jako jedna, samokoptująca się klika, mogą sobie w harmonii powyzyskiwać prosty lud. De Jouvenel pokazuje jednak, że w rzeczywistości sprawa była zdecydowanie bardziej skomplikowana, a monarchowie dążący do umocnienia swojej pozycji, starali się osłabić tę szlachty, na ogół najbardziej to jej się obawiali, nie zaś zwykłego ludu. Co więcej – to właśnie z ludem zawierali sojusze przeciw niej, otwierali mu możliwości awansu społecznego, po to tylko by go wyrwać z majątków ziemskich swoich oponentów i przeciągnąć na swoją stronę.

„Jeśli naturalną skłonnością władzy jest rozrost i jeśli może ona zwiększać swój autorytet i mnożyć swoje zasoby tylko kosztem notabli, wynika z tego, że jej sojusznikiem zawsze są zwykli ludzie. Pasja absolutyzmu nieuchronnie wiąże się z pasją równości.” – powiada nam Bertrand de Jouvenel.

Tak w detalach opisuje nam ten sojusz:

abs6

[…]

abs7.pngabs8abs9

Uśmiechnijmy się w tym miejscu na myśl o Wyzwolicielce z Okowów, która istotnie woli uwalniać niewolników…

abs10

abs11

abs12

Nieodwołalnym aspektem nowoczesności jest zatem wyeliminowanie trzeciej, pośredniczącej lub buforującej klasy społecznej, bez której istnieją już tylko rządzący i rządeni.

Cóż z tego wynika dla naszego odbioru „Gry o tron”?

Z oczywistych względów Daenerys z rodu Targaryenów, Pierwsza tego imienia, Zrodzona z burzy, Niespalona, Królowa Meereen, Królowa Andalów i Pierwszych Ludzi, Khaleesi Wielkiego Morza Traw, Wyzwolicielka z Okowów, Matka Smoków, Srebrna Królowa, Dziecko Trzech i Córa śmierci – w jednej osobie – budzi zapewne naturalne sympatie widowni wychowanej w epoce powszechnych demokracji, która w filigranowej blondynce może upatrywać głosu wciąż tak bardzo popularnych dziś idei emancypacyjnych. Skoro według de Jouvenela wszyscy zostaliśmy „uludowieni”, z kim mamy się utożsamiać, jeśli nie z ludem Essos czy Westeros i komu kibicować, jeśli nie temu, kto deklaruje, że przychyli mu nieba?

Rzecz w tym, że jeśli rozważymy rzecz systemowo, podobnie jak uczynił to francuski myśliciel i spojrzymy dalej niż na ładną buzię dziewczyny, zrozumiemy, iż monarchowie jednający sobie lud nie robili tego nigdy czysto bezinteresownie lub dlatego, że lubili sobie patrzyć na awans społeczny najniższych stanów. Nie, ten awans był umożliwiany i warunkowany interesami władców, chcących wyeliminować uznawanych przez siebie za konkurencję, zagrożenie czy przeszkodę na drodze do jeszcze większego wpływu na świat, unicestwiających każdą inną władzę, poza swoją własną.

Mimo zmiany ustroju, mechanizmy te nie zmieniły się nawet o jotę. Najsilniejsi wciąż wyciągają rękę do najsłabszych, aby osłabiać średnich. Z tego względu mamy na przykład kawiorowych socjalistów – dysponujących olbrzymimi środkami bogaczy, którzy dość dziwacznie wspierają czysto egalitarne programy walki o tzw. sprawiedliwość społeczną, zabiegają o nie politycznie w sejmach i parlamentach czy po prostu sponsorują tego rodzaju ruchy, bo wiedzą, że tym sposobem uderzą głównie w tych poniżej swojej pozycji, którzy mogliby jej zagrozić. Z nałożonymi obciążeniami mają na to mniejszą szansę.

Demokracja kwitnącego sojuszu najsłabszych z najsilniejszymi na ogół przekształca się w totalitaryzm, gdzie awans społeczny uzależniony jest od posłuszeństwa tyranowi i okupiony majątkami wrogów ludu, czyli zazwyczaj tych, którzy zdołali zgromadzić wpływy, jakie mogłyby pomóc obronić się przed władzą lub ją przejąć.

W każdym razie, Dany jest na jak najlepszej drodze do absolutyzmu: otacza się doradcami z nizin społecznych, wynosząc ich na najwyższe godności (Missandei), toczy wojnę z możnymi z Essos, a jeżeli dopuszcza się okrucieństw, ich ofiarą pada szlachta – naturalny opornik dla centralnej władzy. Daenerys wprost po leninowsku wiesza kapitalistów na sznurze, który sama od nich kupiła:

A po wylądowaniu z wielką armią w Westeros dla efektu propagandowego i zastraszenia elit, rezygnuje z tradycyjnie praktykowanego pojmania jeńców wojny oraz być może następującej później ich wymiany, na rzecz ich przykładnej egzekucji, gdy jej ofiarą pada ród Tarlych. Cóż, jak dla mnie to wygląda na absolutystyczny zamordyzm pełną gębą – w tej scenie brakuje tylko rozdania ich majątków jakimś wiernie służącym Dothrakom lub Nieskalanym.

Sytuacja jest więc w miarę jasna. Daenerys Targaryen w rozmowie z Tyrionem sama określa, na kim chce oprzeć swoją władzę w Westeros – na pospólstwie. To do niego musi skierować swoją ofertę awansu społecznego i jak zwykle przy metodach politycznych bywa, ktoś musi zapłacić za tę jej… reformę. Oczywiście, będą to inne rody szlacheckie.

Nie spodziewam się jednak żadnych innych Targaryenów, żadnego tworzenia i wzmacniania swojej dynastii. Danka widzi mi się jako królowa-rewolucjonistka, królowa-demokratyzatorka, której intencją jest przejście do historii jako postać przełomu, jako ktoś, kto zupełnie zmieni zasady polityczne w Westeros, kończąc dokumentnie całą grę o… tron. Wpisuje się to przy okazji w aktualne trendy promowania tzw. silnych kobiet w fikcji.

Wojciech Orliński, dosyć nietypowo jak na zawodowego lewaka, pozwolił sobie na fantazję o Samie Tarlym na tronie, obstawiając opcję dość zachowawczą – wyniesienie do władzy nowej rodziny. Ja z kolei przyjmę w swoich spekulacjach wariant najbardziej pesymistyczny dla dalszego trwania monarchii w Westeros i postawię na Daenerys, albo w przypadku niespodziewanego zgonu, na realizatorów jej woli politycznej – na przykład zbajerowanego Jona Snow. Myślę, że landrynkowego zakończenia nie będzie i któreś z tej głównej pary protagonistów umrze, właśnie w obronie marzenia Matki Smoków o połamaniu koła władzy [i zastąpienia go innym, bezszprychowym].

Czy dlatego, że uznaję, iż holywoodzcy scenarzyści nie robią niczego innego, jak tylko czytają po kątach zapomnianych teoretyków polityki, opisujących jak królowie przed wiekami podcinali gałąź, na której siedzieli? Skądże!

Solidnie tworzona fikcja po prostu ma to do siebie, że przenikliwie naśladuje rzeczywistość. Opisywane procesy polityczne mogły przez stulecia podmywać wpływy tych czy innych grup społecznych, doprowadzając wreszcie do erozji ustroju i jego zmiany, w sztuce zaś mogą wystąpić w wersji skondensowanej, na przestrzeni jednej powieści, czy nawet serialu.

Myślę, że dodatkowym argumentem za takim rozwiązaniem, jest po prostu Zeitgeist, jaki ostatnio panuje w filmowym światku. Od kiedy zauważyłem, że pop-kulturowym markom jak „Gwiezdne wojny”, niegdyś ostojom eskapizmu, zanurzonym w przednowoczesnym sosie mitologii, magii i sacrum, poczęto nachalnie dopisywać komentarze społeczne, bawić się dekonstrukcją i wiążąc je z okresem historycznym, w jakim powstały – niszcząc przez to zupełnie ich eskapistyczny potencjał, nie spodziewam się niczego innego i w przypadku „Gry o tron”. Amerykanie ze swoją bieżączką nie przepuszczą przecież żadnej monarchii bez wypominania, że jest gorsza od demokracji i musi zostać przez nią słusznie zastąpiona.

Walkę o demokrację można toczyć na wielu frontach. Czasem przynosi się ją, nasyłając gdzieś swoje bombowce. Innym razem znosząc niedemokratyczne reżimy w wyimaginowanych krainach z pomocą blond bohaterek i smoków. Z braku laku, smoki to dobry ekwiwalent bombowców, więc co innego mogą zanieść do Westeros, jeśli nie postęp, demokrację i prawa człowieka?

Reklamy

Wyjątek ze starożytnego dzieła „Bestiariusz społeczny, albo lewaka opisanie” Mistrza FatBanthy

Redystrybucja dóbr jest prawdziwym cudem etatyzmu – bluźnierczym odpowiednikiem chrześcijańskiej transsubstancjacji. Ma moc przekształcania bezużyteczności w nikczemność.

Cudowność redystrybucji, jak zresztą każdego rabunku, polega na tym, że pozwala ona na osiągnięciu celu – zdobycia środków – bez uprzedniego wypracowywania jakichkolwiek formalnych cech czy cnót, które w naturalnym porządku rzeczy byłyby dla tego koniecznemi i niezbędnemi.

Każda użyteczna praca wymaga bowiem osiągnięcia pewnego zasobu umiejętności, popartego takoż solidnie przyswojoną wiedzą, jak też cierpliwością, opanowaniem popędów, koncentracją na celu a w wielu wypadkach również talentem, męstwem, zręcznością czy innemi ciężko wypracowanemi przymiotami ducha, doprawionemi na ogół końską dawką samozaparcia. Dopiero wtedy może ona wydać sensowne owoce.

Cud redystrybucji dóbr zasadza się z kolei na magicznym skrócie: dostępujący jego łaski może sięgnąć po ową nagrodę bez jakichkolwiek umiejętności czy przejścia zaprawy charakteru. Celem przeprowadzenia rytuału redystrybucji nie potrzeba ponosić wielkiej ofiary – wystarczy wykazać się w odpowiednim stopniu zawiścią i bezczelnością, tuszując je nieporadnością. Kapłani przymusu, dokonujący ostatecznego zaboru mocy, na ogół sami łatwo znajdują swych akolitów, chętnych do przetoczenia nienależnych im sił.

Redystrybucja dóbr jest komunią świętą w liturgii etatyzmu, centralnym jej punktem. Podobnież jak cały etatyzm przynależy do magii czysto wampirycznej.​

I gdzie teraz jest Twój empiryzm?

BEC CREW, 6 JUL 2016

A bug in fMRI software could invalidate 15 years of brain research

This is huge.

There could be a very serious problem with the past 15 years of research into human brain activity, with a new study suggesting that a bug in fMRI software could invalidate the results of some 40,000 papers.

That’s massive, because functional magnetic resonance imaging (fMRI) is one of the best tools we have to measure brain activity, and if it’s flawed, it means all those conclusions about what our brains look like during things like exercise, gaming, love, and drug addiction are wrong.

„Despite the popularity of fMRI as a tool for studying brain function, the statistical methods used have rarely been validated using real data,” researchers led by Anders Eklund from Linköping University in Sweden assert.

The main problem here is in how scientists use fMRI scans to find sparks of activity in certain regions of the brain. During an experiment, a participant will be asked to perform a certain task, while a massive magnetic field pulsates through their body, picking up tiny changes in the blood flow of the brain.

These tiny changes can signal to scientists that certain regions of the brain have suddenly kicked into gear, such as the insular cortex region during gaming, which has been linked to ‚higher’ cognitive functions such as language processing, empathy, and compassion.

Getting high on mushrooms while connected to an fMRI machine has shown evidence of cross-brain activity – new and heightened connections across sections that wouldn’t normally communicate with each other.

It’s fascinating stuff, but the fact is that when scientists are interpreting data from an fMRI machine, they’re not looking at the actual brain. As Richard Chirgwin reports for The Register, what they’re looking at is an image of the brain divided into tiny ‚voxels’, then interpreted by a computer program.

„Software, rather than humans … scans the voxels looking for clusters,” says Chirgwin. „When you see a claim that ‘Scientists know when you’re about to move an arm: these images prove it,’ they’re interpreting what they’re told by the statistical software.”

To test how good this software actually is, Eklund and his team gathered resting-state fMRI data from 499 healthy people sourced from databases around the world, split them up into groups of 20, and measured them against each other to get 3 million random comparisons.

They tested the three most popular fMRI software packages for fMRI analysis – SPM, FSL, and AFNI – and while they shouldn’t have found much difference across the groups, the software resulted in false-positive rates of up to 70 percent.

And that’s a problem, because as Kate Lunau at Motherboard points out, not only did the team expect to see an average false positive rate of just 5 percent, it also suggests that some results were so inaccurate, they could be indicating brain activity where there was none.

„These results question the validity of some 40,000 fMRI studies and may have a large impact on the interpretation of neuroimaging results,” the team writes in PNAS.

The bad news here is that one of the bugs the team identified has been in the system for the past 15 years, which explains why so many papers could now be affected.

The bug was corrected in May 2015, at the time the researchers started writing up their paper, but the fact that it remained undetected for over a decade shows just how easy it was for something like this to happen, because researchers just haven’t had reliable methods for validating fMRI results.

Since fMRI machines became available in the early ’90s, neuroscientists and psychologists have been faced with a whole lot of challenges when it comes to validating their results.

One of the biggest obstacles has been the astronomical cost of using these machines – around US$600 per hour – which means studies have been limited to very small sample sizes of up to 30 or so participants, and very few organisations have the funds to run repeat experiments to see if they can replicate the results.

The other issue is that because software is the thing that’s actually interpreting the data from the fMRI scans, your results are only as good as your computer, and programs used to validate the results have been prohibitively slow.

But the good news is we’ve come a long way, and Eklund points to the fact that fMRI results are now being made freely available online for researchers to use, so they don’t have to keep paying for fMRI time to record new results, and our validation technology is finally up to snuff.

„It could have taken a single computer maybe 10 or 15 years to run this analysis,” Eklund told Motherboard. „But today, it’s possible to use a graphics card”, to lower the processing time „from 10 years to 20 days”.

So going forward, things are looking much more positive, but what of those 40,000 papers that could now be in question?

Just as we found out last year that when researchers tried to replicate the results of 100 psychology studies, more than half of them failed, we’re seeing more and more evidence that science is going through a bit of a ‚replication crisis’ right now, and it’s time we addressed it.

Unfortunately, running someone else’s experiment for the second, third, or fourth time isn’t nearly as exciting as running your own experiment for the first time, but studies like this are showing us why we can no longer avoid it.

Nieźle – 15 lat błędów i wypaczeń, stosy bzdur naprodukowanych przez kółka wzajemnej adoracji masturbujące się ideą peer review i wzajemnymi cytowaniami. A ostatecznie okazuje się, że stary, dobry konformizm zawarty w owczym pędzie i ciężar autorytetu robią swoje – w tym wypadku akurat powiązane ze ślepą ufnością w narzędzia pomiarowe.

Na całe szczęście to tylko neuronauki. Pomyślcie, co mogłoby się stać, gdyby podobna przypadłość dotknęła ekonomii! ;)