Racjonalny irracjonalizm

Jakże niewdzięczną, skazującą na męki włóczenia się okrężnymi drogami po wszelakich manowcach bywa dla myśliciela intuicja. Nic nie dręczy tak jak świadomość znajomości rozwiązania, powiązana z nieświadomością poślednich kroków do niego prowadzających. Bez nich staje się ono hermetyczne i niedostępne nikomu, poza Tobą samym: nikogo bowiem nie przekonasz bez wyjawienia mu swojego toku rozumowania, a niemożliwym jest przekazać coś, do czego samemu nie ma się bezpośredniego dostępu.

Kiedy podejmujesz świadomy wysiłek intelektualny, myślisz celowo. Ucząc się języka, zdobywając pewną partię wiedzy czy robiąc research na jakiś temat, jesteś na ogół w stanie przekazać drugiej osobie know-how. Wiesz co robisz, wiesz jak to robisz, zdajesz sobie sprawę, chociażby orientacyjnie, ile zajmie Ci to czasu, by osiągnąć zamierzony cel. W przypadku intuicji zazwyczaj dostajesz jedynie olśniewającą bottom line, jakiś ostateczny, czasem bardzo daleko idący wniosek, bez wglądu w ścieżkę, jaka do niego doprowadziła.

Jest z tym trochę tak, jak z odnajdywaniem zasypanych w lawinie. Można, oczywiście, wytyczyć przybliżone miejsce, w jakim podejrzewa się ich obecność i warstwa po warstwie przebijać się tam, licząc na ich odnalezienie. To jest odpowiednik celowego, świadomego myślenia. Intuicja natomiast działa inaczej — w najmniej spodziewanym momencie przenosi Cię w miejsce, w jakim znajdują się zagubieni i to bez żadnego aktywnego wkładu z Twojej strony, bez wysiłku, bez ostrzeżenia. Powoduje uczucie euforii, wszakże dotarłeś do nich bez pudła, imponująco, prędzej niż ktokolwiek inny. Odnalazłeś poszukiwanych! Czy to nie najważniejsze? A chwilę później zdajesz sobie sprawę z tego, że chociaż owszem, dotarłeś we właściwe miejsce, nie znasz tak naprawdę przebytej drogi, nie orientujesz się więc wcale, gdzie ono leży. A przecież ostatecznie i tak musisz przebyć drogę powrotną do domu, by powiadomić resztę o swoim odkryciu. Wcale nie znajdujesz się w korzystniejszej sytuacji. Jesteś tak samo skazany na poszukiwania, tyle że innego celu — domu. Najważniejsze to dotrzeć tam jakkolwiek: nadkładając drogi, na czworakach, bez butów — byle tylko nie zapomnieć sedna, kluczowej informacji, swego odkrycia. Nawet jeśli Twoja relacja będzie niezrozumiała, ratownicy nie będą kojarzyć miejsc obok jakich to przechodziłeś albo będziesz jedynie w stanie pokazywać im coś na migi, kompletnie dla nich nieprzystępnie czy niewiarygodnie — nie ma to większego znaczenia: udało Ci się powrócić. Zastanów się teraz, jak inaczej mogłeś wytyczyć swą trasę i skąd przyszedłeś, bo wkrótce, tak samo niespodziewanie, otrzymasz kolejną szansę na przebycie podobnej drogi od zaginionych i wyjaśnienia gdzie leży to miejsce. Przy którejś próbie w końcu będziesz w stanie wyznaczyć nie tylko jakąkolwiek drogę prowadzącą na miejsce zdarzenia, ale wiele różnych dróg. Z wszystkich tych flashbacków złożysz wreszcie w miarę spójny obraz okolicy, uświadomisz sobie też w jaki sposób lepiej i użyteczniej mógłbyś o tym opowiedzieć innym. Ale tak naprawdę nie dowiesz się, kiedy ta chwila nadejdzie. A póki nie nastąpi, nie będzie Ci dane osiągnięcie stanu wewnętrznego spokoju i ciągle będziesz starać się znaleźć sposób na zrzucenie z siebie tego ciężaru.

Oczywiście większość ludzi wcale nie pomoże Ci w tych wysiłkach. Wręcz przeciwnie — możesz spodziewać się z ich strony rzucania kolejnych kłód pod nogi. I częstokroć nie będziesz się temu wcale dziwić. Trudno o zaufanie wobec procesów, w jakie nie mamy wglądu. Do ich źródeł, do jakich nie uzyskamy bezpośredniego dostępu. Do pewności wnioskowań przeprowadzanych nieprzytomnie, w granicach snu i jawy. Tym trudniej o to zaufanie dziś, w czasach zdominowanych metodą empiryczną, zakładającą pełną otwartość wspólnoty badaczy, powtarzalność ich eksperymentów, możliwość wglądu w metodę osiągania zamierzonych rezultatów. To wszystko składa się na swego rodzaju uniwersalność. Błyski intuicji są niepowtarzalne. Nie dość, że przytrafiają się pojedynczym osobom, to jeszcze nie mogą być przez nie świadomie przywoływane w celu lepszego zrozumienia ich treści. Procesu intuicyjnego wnioskowania nie można świadomie sprowokować, bo nie da się zaplanować pojawienia się odpowiednich skojarzeń, analogii czy bliskoznaczności wobec tego, co nie do końca uświadomione, nazwane i sklasyfikowane. Po prostu odpuszczacie, zajmujecie się czymś innym i rozwiązanie samo się znajduje. Jedyne co można zrobić świadomie pod tym kątem, to zatroszczyć się o środowisko nasycone bogactwem bodźców i powiązań między nimi, bo to daje wyższe szanse trafienia odpowiedniej, położniczej paraleli.

Intuicji, wbrew opiniom głoszonym przez część jej (historycznych?) użytkowników (na przykład zwolenników iluminacji), nie musimy wiązać z irracjonalnością, doszukując się jakichś jej transcendentnych źródeł. Możemy ją wyprowadzić równie dobrze z podświadomości. Charakterystyczne olśnienie w postaci uzyskania gotowej, długo oczekiwanej odpowiedzi na dręczący problem jest niczym innym, jak czubkiem góry lodowej, której reszta ukryta jest przed nami pod wodą. Na tę ukrytą część składa się cały proces intelektualny prowadzący do tejże odpowiedzi, z którego nie zdajemy sobie sprawy, ale on tam jest i się dokonuje. To nie tak, jak z początku mogłoby się wydawać; nie jest to żadna droga na skróty — magiczna teleportacja i nagłe przeniesienie w pobliże uwięzionych w lawinie, trzymając się naszego porównania, a raczej lunatykowanie tam ze swego miejsca zamieszkania i przebudzenie w chwili dotarcia. Wrażenie nagłego znalezienia się w odległym miejscu pozostaje w obu przypadkach podobne.

W paru miejscach zaznaczyłem, iż mam w zwyczaju wracać do swoich tekstów. Ze wstydem przyznam: nie czynię tego wcale, by następnie pracować nad stylem, przystępnością dla Czytelników (przynajmniej nie wprost) czy ogólnie pojmowanym doskonaleniem swojego warsztatu. Nie. Dla mnie one stanowią przede wszystkim próbki do przepuszczenia przez inżynierię wsteczną. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że w sporej mierze opieram się na materiale, opracowywanym poprzez takie właśnie „lunatykowanie”, staram się później odtworzyć przebytą drogę, która i dla mnie jest przecież zagadką, całkowicie już na jawie i w pełni świadomie, uzupełniając luki. Na początku jest ich przytłaczająca większość. Niezmiernie przydatne jest zapamiętanie tego, co naprowadziło nas na jakiś pomysł. Dzięki analizie jakości tego przedmiotu, dotrzemy pośrednio i do jakości tego z czym go powiązaliśmy skojarzeniem — a to niesamowicie ułatwia odtworzenie pierwszego kroku wstecz i jest wstępem do podglądnięcia fragmentu zanurzonej części góry lodowej, na razie tylko tego najbliższego lustra wody. Stałe doszukiwanie się inspiracji i źródeł zewnętrznych wpływów jest niezbędne przy podejmowaniu prób prześledzenia i wyodrębnienia potencjalnych przedmiotów czy związków między nimi, stanowiących odpowiedniki dla tych paralelnych, nieuświadomionych, co pozwoliłoby na utworzenie z nich rekonstrukcji możliwych ścieżek prowadzących do wniosku, z taką oczywistością i siłą wypływającego na powierzchnię świadomości w formie pierwotnego olśnienia.

Mimo trudnej do przełamania hermetyczności, to chyba najbardziej niezawodna metoda rozstrzygania, chociaż w kwestiach poznawczych, jak każda inna, obarczona pewnym ryzykiem nadużycia. Jakiego? Cóż, korzystając z niej, najprawdopodobniej nie otrzymacie fałszywych wniosków per se, to znaczy formalnie będą w porządku, ale jeśli przepuścicie przez nią jakieś pojęcia nie mające desygnatów w naszym świecie, tak czy owak dostaniecie swoją odpowiedź — tyle, że będziecie musieli wtedy pamiętać, iż nie dotyczącą już naszego świata. Należy zatem uważać z czym się pracuje. Tutaj pojawia się problem: skoro to nieświadomy proces, skąd możemy wiedzieć, co do niego zaprzęgamy? Absolutnej pewności, oczywiście, nigdy mieć nie będziemy, ale przy zachowaniu odpowiedniej higieny umysłowej; wychodzeniu od przemyślanych i sensownych problemów do rozwiązania, ryzyko maleje.

Kiedyś w »Zakątku« pojawił się wątek hipotezy istnienia języka mentalskiego (a tutaj rozszerzenie w postaci całego wykładu), którą to niewątpliwie uznaję za bardzo ciekawe potraktowanie tematu intuicji. Jeśli w istocie język naturalny jest jedynie nakładką wytworzoną do celów komunikacji interpersonalnej na strukturze wobec niego pierwotniejszej, intuicja byłaby niczym innym, jak zdolnością bezpośredniego sięgania do tejże struktury i pracy na niej. Jeżeli faktycznie całość tego mechanizmu jest taką biologiczną maszyną Turinga, jesteśmy wyposażeni w naprawdę potężny, wewnętrzny komputer. Czy racjonalnie zatem jest ignorować jego, rzekomo irracjonalne, podpowiedzi? Lżyć tych, którzy potrafią zaprząc go do pracy? Być może istnienie sawantów, potrafiących dokonywać skomplikowanych obliczeń matematycznych, świadczy na korzyść tej tezy i są to osoby ze stałym, bezpośrednim dostępem do tej maszyny, w bardzo ograniczonym stopniu cokolwiek na nią nadbudowujących — w tym sensie są intuicjonistami par excellence.

Ze swojej strony, mogę Was tylko zachęcić do pracy z tą częścią samych siebie. Ostatecznie zawsze macie wybór czy wygenerowaną odpowiedź potraktować serio i postarać się ją dalej oszlifować, opracowując, czy też nie. Czasem bywa to straszliwą orką na ugorze, ale jednak lepiej gdy znikąd coś tam się pojawia, co można wypróbować, niż gdyby tego w ogóle nie było. A skąd w ogóle ten temat? Powód jest prozaiczny: ostatnio właśnie przechodziłem okres takiej położniczej udręki, ale na szczęście byłem w stanie prześledzić przynajmniej część potencjalnej ścieżki przebytej uprzednio po omacku, a w pewnym momencie pomogłem sobie kolejnymi błyskami (na temat poprzednich błysków), zapamiętując co w nich było najważniejsze. Częstotliwość, powtarzalność i przede wszystkim utrzymanie i wydobycie ich treści, prowadzące do sukcesu, były na tyle długie i intensywne, że zdążyłem poddać je introspekcyjnemu oglądowi. Uznałem więc, że i temu zjawisku poświęcę tekst, ot choćby w ramach takiego hołdu zadziwieniem. Dzięki niemu w zasadzie rozwiązałem problem, który męczył mnie od dawna. Znacząco uprościłem i wyklarowałem sobie jedną z najbardziej istotnych dla siebie spraw — tę dotyczącą wolności. Chyba wreszcie znalazłem metodę na opowiedzenie o niej tak, byście w końcu zrozumieli; krok po kroku, od podstaw, stopień po stopniu, bez intuicyjnego jumping to conclusions, bez wprowadzania mglistych terminów i kolejnych metafor. Odkopałem w końcu tę najłatwiejszą do zapamiętania drogę do zasypanych. I to jakże znamienitych…

Klucz do rozwiązania leżał w Spinozie. Jak to dobrze, że o nim wspomniałem. Wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale o wolności to już następnym razem.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Niewidzialny chłopiec do bicia

[człowiek] myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu którego wcale nie zamierzał osiągnąć.

Adam Smith, „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”

Pozwoliłem sobie rozpocząć od powyższego cytatu, by w ramach wstępu nawiązać do czasów, w jakich traktaty ekonomiczne stawały paralelą do greckiej tragedii. Takiego Edypa też przecież zgubiła jakaś niewidzialna ręka, co pokierowała nim tak, że nie tylko zdążał, ale i osiągnął cel, którego wcale nie zamierzał osiągnąć, a wręcz przeciwnie — ze wszystkich sił starał się go uniknąć. Kto wie, może odpowiedzialna za to była ta sama kończyna? Fatum czy wolny rynek — jak zwał, tak zwał. Gdy zdarza mi się czytać lewicową krytykę kapitalizmu, uzyskuję wrażenie obcowania z kolejną formą mitologii. Z jednej strony mamy w niej bowiem Bogu ducha winnych ludzi, starających się żyć w pokoju, harmonii i dobrobycie ze swymi bliźnimi, z drugiej natomiast, uwikłani w kapitalizm, determinowani są oni do wyrządzania wszystkim krzywdy, wzajemnego deptania swojej godności, rozpętywania między sobą przemocy. Można niemal rzec, że kapitalizm w świetle tej narracji zdaje się psuć ludzi, szlifować ich do najgorszych z możliwych wzorców, eksponując wszelkie ich wady. Tak przynajmniej wypada sądzić pośród zadeklarowanych antykapitalistów.

Otwarcie mówiąc, takie postawienie sprawy zawsze wydawało mi się bzdurne. Z przynajmniej paru powodów:

  1. Stawiam wyraźną linię demarkacyjną między -izmolandią, zamieszkiwaną przez wszelakie -izmy, a światem wrażeń zmysłowych, przez co sądzę, że nie jest możliwe spotkać się w nim bezpośrednio z jakąkolwiek ideą, a jedynie z czyimiś próbami urzeczywistnienia jej treści — w związku z czym mało sensownie jest oskarżać i dąsać się na idee, o zachowania jakich, w ostateczności, dopuszczają się i tak ludzie. Idee jako bezwolne w żadnym stopniu nie mogą być czynnikiem sprawczym czegokolwiek, takimi mogą być wyłącznie podmioty zdolne do ich rozumienia. (Jeśli interesuje was zagadnienie tego rozróżnienia, zajrzyjcie do komentarzy u smootnego.) Jeśli więc mówimy, że ktoś coś robi „pod wpływem jakiejś idei” albo „jest owładnięty jakąś ideą”, musimy zdawać sobie sprawę, iż posługujemy się metaforą, której jak to jest z metaforami, nie należy rozumieć dosłownie. Aby wyjaśnić z jakich powodów ludzie uznają taką ideę za atrakcyjną, należy potraktować ją jako narzędzie o pewnym potencjale. Jeżeli ten potencjał wydaje się komuś za wystarczający do zaspokojenia jakiejś jego potrzeby, uznaje ideę za wartościową i z niej korzysta, co czasem wygląda tak, jakby się jej poddawał. Motywów używania narzędzi należy szukać w użytkownikach; w ich budowie, wynikłych z niej potrzebach, a nie w samych narzędziach — chyba, że chcemy wyrobić sobie wrażenie życia w (bardziej) magicznym świecie.

  1. Często zdarza się, że mylnie identyfikujemy, która z nich jest w rzeczywistości implementowana, jako że nie jest to czynione w warunkach laboratoryjnych. W dodatku ludzie starają się urzeczywistniać wiele idei, często ze sobą sprzecznych i dających nieprzewidziane wyniki przy ich zderzeniu. W innych przypadkach za błędną identyfikacją stoi zwykła zła wola i nieuczciwość intelektualna.

  1. Jeśli już chcemy wykazać wpływ i efekt implementacji danej idei, powinniśmy liczyć się przede wszystkim z jej treścią, a nie tej treści czyjąś interpretacją czy takąż diagnozą efektów jej implementacji. Te bowiem stanowią już osobne przedmioty, które także mogą oddziaływać (bądź raczej »być oddziaływane« przez kogoś), ale nie są one przecież tożsame z pierwotną ideą, o jaką nam chodziło początkowo. Tymczasem często krytyka dotyczy właśnie tych pochodnych.

  2. Przy analizie efektów implementacji danej idei powinniśmy znaleźć jakiś sposób odróżniania tego, co pochodzi niewątpliwie i bezpośrednio od niej, od tego co ma inne źródła. W jakimś stopniu można tego dokonać przez logiczną analizę a priori. Pomaga ona odróżniać całe spektrum zachowań, począwszy od tych koniecznych, immanentnie związanych z treścią danej idei, które muszą wystąpić — po akcydensy, które siłą rzeczy będą mieć inne źródła. Oczywiście, możemy krytykować samą implementację danej idei, w okolicznościach w jakich istnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś niepożądanych akcydensów. Tymczasem, bardzo często krytyka nie bierze pod uwagę, ani skali występowania tychże, ani nie rozpoznaje ich źródeł, jedynym swoim punktem zaczepienia czyniąc ich współwystępowanie.

  3. Geneza każdej krytyki leży w oczekiwaniach krytykującego. Należy opracować ich pozytywny model i zastanowić się, czy jakakolwiek inna idea jest w stanie im sprostać. Jeśli nie, taka krytyka jest niekonstruktywna. Jeżeli natomiast istnieje, należy zastanowić się, czy nie nosi w sobie jakichś poważniejszych skaz, dyskwalifikujących jej w innym miejscu.

W bieżącej notce zajmę się właśnie kwestiami tego rodzaju, przy okazji pokazując, dlaczego idee kapitalizmu i wolnego rynku stanowią tak wdzięczny obiekt ataków. Nie będę ukrywał; długo rezonował we mnie komentarz Jasia Skoczowskiego z anegdotą o sprzedaży telefonu komórkowego osobie po wylewie. To niechybny znak, że najwidoczniej nie odpowiedziałem tak jasno i bez pozostawienia cienia wątpliwości, jakbym sobie tego życzył. Nic straconego. Tym bardziej, że ta anegdota znakomicie nadaje się do zilustrowania problemu krytyki kapitalizmu i refleksji nad tym, na ile ona może być uzasadniona, a na ile ukierunkowana nań jest niesłusznie i powinna znaleźć innego adresata. Zatem do rzeczy.

Przede wszystkim, powinniśmy wyraźnie określić „podejrzanych”, odróżniając jednego od drugiego, by potem móc prześledzić jak rozkłada się na nich odpowiedzialność. Wprowadźmy ich więc.

Poza tym: empatia nie rozwiązuje wszystkich problemów, które wskaże Ci w wolnym rynku człowiek przywiązany do swojej i cudzej wolności zarazem. Na wolnym rynku, tym kapitalistycznym, jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się. Tracą wiec wolność za nieposłuszeństwo. To jest jasna oznaka braku wolności i to jest podstawowe źródło krytyki wolnego rynku, które pominąłeś.

Wolny rynek, ten kapitalistyczny. Hmm. Narzuca się od razu pierwsze pytanie — czy jest ich więcej, skoro trzeba jakiś wyróżniać? Czym w zasadzie różni się wolny rynek i kapitalizm? Jakie są zależności między nimi? Żeby nie narażać się na zarzuty Strony, o posługiwaniu się definicjami, które uznaje jedna osoba, sięgnijmy po taką do Wikipedii:

Wolny rynek – rodzaj rynku, na którym wymiana dóbr dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi, a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie. Na wolnym rynku kupujący i sprzedający nie podlegają żadnym ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (np. władzy publicznej), a warunki transakcji – w szczególności cena – zależą jedynie od ich obopólnej zgody. Przeciwieństwem wolnego rynku jest rynek regulowany.

OK, coś już wiemy. Wymiana dóbr, dobrowolność transakcji, dobrowolność ustalania cen, nie podleganie ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (podmiotom, nie czynnikom: stąd wolnorynkowcy nie muszą przejmować się tzw. „przymusem ekonomicznym”). Zgadza się. A kapitalizm? Cóż, o ile w przypadku wolnego rynku Wiki dała radę, o tyle w przypadku kapitalizmu jej definicja jest bełkotliwa i do niczego nam się nie przyda. To by było na tyle, gdy idzie o definicyjny konformizm. Sami sobie coś sklecimy. Skorzystajmy z opisu wrzuconego przez Jasia:

jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się.

Ponieważ ten opis pasuje równie dobrze do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który wolnorynkowy nie był, musimy zrobić z tego coś bardziej sensownego. „Rozkazy” to po prostu polecenia pracodawcy, bądź osoby przez niego uprawnionej do wydawania takowych, komuś kto uprzednio zdecydował się je w zamian za zapłatę wykonywać, rezygnując z dalszej kontroli nad owocami swojej pracy i możliwości czerpania z nich zysków. Kapitalizm zatem oznacza pewną formę stosunków pracy.

Teraz, gdy już wiemy, czym jest jedno i drugie, możemy określić ich zakresy i wzajemne relacje. No i powiedzieć czym jest ten kapitalistyczny wolny rynek. Sam wolny rynek jest pojęciem zdecydowanie szerszym i zawierającym w sobie kapitalizm — ten drugi nie może być sprzeczny z założeniami pierwszego (dobrowolność transakcji, brak podlegania przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych, etc.). Stąd kapitalizm musi być wolnorynkowy, ale wolny rynek wcale nie musi być kapitalistyczny, jako że możemy wyobrazić sobie, że pracownicy na nim wcale nie rezygnują z prawa kontroli nad wyprodukowanym przez siebie towarem albo są wiązani z firmą stając się jej akcjonariuszami czy współwłaścicielami, w każdym razie z pewnością nie kimś, kogo można określić mianem najmity. Kapitalizm jest więc niczym innym, jak jednym z możliwych modeli dobrowolnych zachowań między jednostkami, w którym predefiniowana jest relacja między stronami, utowarowiająca samą pracę, określająca strony pracodawcy, pracobiorcy i ich wymiany, w której pracownik nie rości sobie żadnych dalszych praw wobec swojego wkładu. I tyle.

Cała reszta, taka jak style zarządzania (na jakie składa się przykładowo to, ile szef pozostawia autonomii w rozwiązywaniu określonych problemów swoim pracownikom), środki dyscyplinujące, strategia, wybrane cele i motywacje prowadzenia biznesu to zmienne, owszem kompatybilne i możliwe do naniesienia na zbiory kapitalizmu i wolnego rynku, ale w swojej mnogości niekonieczne i zależne od realizacji idei innych niż sam kapitalizm czy wolny rynek. Przykładem mogą być kary cielesne. W teorii nie ma problemu, by strony dobrowolnie zawarły umowę, zgodnie z którą za odstępstwa od jej warunków groziłoby im 10 batów na gołe plecy albo parę pociągnięć linijką po rękach zamiast cięcia pensji, pomijania przy premiach czy dyscyplinarnych zwolnień, w praktyce dzisiaj takich rozwiązań się nie stosuje, (i to nie tylko z powodów instytucjonalnych, takich jak kodeksy-szmeksy pracy: na czarnym rynku też ludzie się nie okładają czym popadnie) bądź stanowią margines i poza kontaktami z jakimiś mafiami takich raczej nie uświadczymy. Nie stosuje się ich raczej z powodu samego kulturowego otoczenia, realizowania jakichś idei humanitarnych, w świetle których uznaje się stosowanie kar cielesnych za niedopuszczalne. Ponieważ tak pojęty humanitaryzm jest dzisiaj rozpowszechniony w naszym kręgu cywilizacyjnym, przenosi się w postaci oczekiwań jednostek i sprawia, że nie są skłonne akceptować takich działań, które godziłyby w jego treść. No i to właśnie sprawia, że ludzie nie są dziś skłonni podpisywać umów, z jakich wynikałoby traktowanie pejczem innych osób. Sam kształt jaki uzyskuje realizacja kapitalistycznego wolnego rynku zależny jest przede wszystkim od wypadkowej oczekiwań, mniemań na temat skuteczności jakichś działań, wybranych celów, które z kolei sa zależne od innych czynników. Nie stanowi jednak przecież sama źródła dla tegoż, co najwyżej jest katalizatorem. Nie od niej zależy, co ludzie będą skłonni dobrowolnie robić. A od czego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, możemy skorzystać z tego, co zarysowałem w poprzednim wpisie, antropicznej teorii form. Wedle niej rzeczywistość za oknem stanowi zbiorowy autoportret istot w niej uczestniczących; tego w co wierzą, czemu ufają i temu jak się do siebie wzajemnie odnoszą, bo to wszystko składa się na ich decyzje, także biznesowe. Sama idea wolnego rynku (czy kapitalizmu) jest czymś zakresowo bardzo szerokim, co może wchodzić w reakcje i wiązać ze sobą, inkorporować, niemal wszystko. Żeby zstąpić do źródeł, skorzystajmy z mojego niedawnego zainteresowania pochodnymi typologii jungowskiej. Przypomnę, według nich ludzi możemy podzielić ze względu na stopień występowania kilku funkcji poznawczych, ukierunkowanych do wewnątrz bądź na zewnątrz. Funkcje te, stanowią coś w rodzaju klisz czy soczewek, powodujących, między innymi to, że ludzie są skłonni oceniać czy wartościować różnie te same rzeczy – pociągają też w konsekwencji różne sposoby bycia. W tym także i pracy.

W polskojęzycznym internecie nie znajdziemy wielu stron poświęconych, ani stricte analitycznej psychologii Junga, ani wskaźnikowi psychologicznemu Myers-Briggs czy bazującemu na niej KTS) — trochę lepiej jest z najmłodszą spośród nich socjoniką. Generalnie jednak na tym bezrybiu samotnym blaskiem majaczy blog Beaty Stefańskiej, »Potencjał osobowości«. Przybytek ten jest o tyle interesujący, że zaprzęga MBTI głównie pod kątem pracy, spraw zawodowych i tym podobnych. Co prawda, autorka okazjonalnie pisze coś o związkach, generalnie jednak skupia się na biznesie. Na stronach »Potencjału…« znajdziecie więc charakterystykę z mocnymi i słabymi stronami każdego z typów oraz noty inspirowane sytuacjami z codziennej praktyki, polegającej, jak mniemam, na uświadamianiu pracodawcom, że ludzie których zatrudniają, odpowiednio się od siebie (i od nich samych) różnią, zatem należy brać na to poprawkę w sposobie komunikacji, przypisywania im odpowiednich dla nich obowiązków czy przypisaniu im roli, jaką będą pełnić w zespole. Chociaż większość tych wpisów mogłaby być poprowadzona dogłębniej, trafiają się też prawdziwe perełki, takie jak nota „Cele, cele, cele…”. Jest ona o tyle cenna, że z łatwością pozwoli nam na wyjaśnienie, dlaczego często bywa jak bywa.

Pani Stefańska dokonała trochę innego podziału temperamentów na: ST, SF, NT, NF (innego w stosunku do „klasycznego” na: SJ, SP, NT, NF), najprawdopodobniej z tej przyczyny, że poprowadzony w ten sposób dawał jej większe pole manewru do stworzenia ciekawych opisów, lepszego zaznaczenia różnic w rozumieniu i dążeniu do celów. Jeśli zapoznacie się z charakterystyką grupy typów ST, zwróćcie uwagę na następujący ustęp:

Częściej w tej grupie pojawia się myślenie o tym, by czegoś uniknąć, zatrzymać, obronić status quo – niż zdobyć czy stworzyć coś nowego (nową jakość, innowacyjne czy systemowe rozwiązanie, itp.). Ponieważ cele i wyzwania same w sobie są ogromnie ważne i priorytetowe, a możliwość sprawdzenia się jest czynnikiem motywującym – to osoby o tym profilu mogą znacznie częściej wchodzić w rywalizację i za wszelką cenę dążyć do realizacji celów (nawet kosztem innych).

Uzyskujemy obraz ludzi, generalnie rzecz biorąc, znakomicie radzących sobie z wyzwaniami codzienności, zdolnymi świetnie radzić sobie z rutyną, w dość znacznym stopniu zachowawczymi, ale co gorsza – w swej zachowawczości wręcz krótkowzrocznymi i skłonnymi do postrzegania rzeczywistości w formie gry o sumie zerowej, w której ktoś musi przegrać i jak się domyślamy, nie zamierzają to być oni. Oczywiście tę skłonność przenoszą także na sferę gospodarczą: przede wszystkim, jak się domyślacie, objawiać się to może w postaci, przykładowo, „bycia cwanym” i obarczania wszelkimi możliwymi kosztami transakcyjnymi drugą stronę. To bowiem jest częścią „stawki” w ichniej „grze” i generalnie wygrywa ten, kto nie da przerzucić na siebie tego, co można uznać w niej za ciężar. Niezaznajomionym bądź niewystarczająco biegłym w tej rywalizacji, w najbardziej niewyrafinowanej jej odmianie (i przy zachowaniu polskiej terminologii), przypada rola „frajera”, którego się „goli”, bo jest łatwym celem (takiego zresztą trudno nazywać przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia).

Inaczej rzecz ujmując, reprezentantom typów xSTx zdarza się częściej postrzegać świat z punktu widzenia oblężonej twierdzy, jakiej przychodzi im bronić, stosują więc bardzo wyraźnie zaznaczony, antagonistyczny podział na swoich i obcych. Interes i dobro obcych, z którymi się nie identyfikują, nie stanowi ich zmartwienia i częściej niż ludzie o innych profilach będą dążyli do eksternalizacji kosztów. Mają naturalną inklinację do zachowań, przez jakie musimy później stosować regułę caveat emptor.

Jeśli natomiast zapoznacie się ze specyfiką ludzi o temperamencie NF (do grona których zaliczamy się obaj z Jasiem), w szczególności zaś z tym fragmentem:

Osoby NF– myślą o celach w kategoriach tworzenia, inspiracji, znaczenia na przyszłość (perspektywa długoterminowa). Ważne – by realizacja celów była ekologiczna dla nich i ich otoczenia.

zauważycie skłonność zgoła przeciwną. To, co autorka »Potencjału osobowości« ujęła w jednym przymiotniku, możemy rozwinąć i skonfrontować z charakterystyką omawianych wcześniej ST. Potrzeba „ekologiczności” realizacji celów wynika z wyższej emocjonalności/wrażliwości (F) i patrzenia z szerszej perspektywy (N).Za syntezą obu tych rzeczy idzie więc raczej inkluzywne nastawienie w stosunku do innych ludzi i brak wyraźnego podziału na swoich i obcych – obcy wszakże cierpią tak samo jak swoi, a przynajmniej NF odczuwają to jednako. Stąd też wyraźnie ograniczoną mają drogę przerzucania obciążeń, przemilczania czegoś, co ktoś mógłby uznać za niekorzystne dla siebie, praktykowania wszelkiej „picówy”, traktowania drugiej strony jak przeciwnika, którego można mniej lub bardziej wprowadzić w błąd, bo ostatecznie i tak okupią tego rodzaju nieuczciwości w postaci dużo bardziej dla siebie dokuczliwej: wyrzutów sumienia. NF postępują więc odwrotnie niż ST– są skłonni koszta internalizować, ciężary brać na siebie. Dlatego też preferują rozpoznawanie potrzeb nieprzygotowanych do zakupów, niźli wykorzystywanie ich niewiedzy, częstokroć starając się usługi świadczyć „na miarę” klienta. (Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć.)

Co usiłuję Wam pokazać, rozpisując część aspektów tych dwu wydzielonych temperamentów? Prostą zależność: kapitalizm będzie wyglądał tak, jak wyglądamy my,bo nie jest niczym wobec nas zewnętrznym, narzuconym z kosmosu – kapitalizm jest w nas i nasz kształt definiuje jego kształt. Inawet gdybyśmy chcieli utworzyć jakąś generalizację tego, co jest celem działania kapitalistycznej firmy, w postaci twierdzenia, że maksymalizowania zysków, musimy i tak brać poprawkę na to, co kto za takie uznaje. Inaczej będzie działała firma kierowana przez kogoś o temperamencie ST, inaczej NT, inaczej NF czy SF. Możemy się spodziewać, że każda z tych grup będzie troszkę coś innego uznawała za korzyść i stratę, a co za tym idzie, będzie pierwotną przyczynądla powstania odmiennych, charakterystycznych dla siebie metod zarządzania, utrzymywania dyscypliny czy całych etosów opartych na bliskich sobie wartościach, stanowiących pochodne ich charakterów, które mogą istnieć samodzielnie już niezależnie od nich samych i być zapośredniczane, przejmowane w całości czy części przez innych ludzi.

Jeśli więc zastanawia Was, dlaczego żyjemy w świecie umów–pułapek z gwiazdkami, haczykami i drobnym druczkiem, dlaczego Grabaż żyje w kraju, w którym wszyscy chcą go zrobić w ch*** (za jego kasę…), odpowiedź nie tkwi w kapitalistycznym wolnym rynku, bo z jego definicji nie wyprowadzicie konieczności wzajemnego wprowadzania się w błąd, a w skłonnościach jego uczestników i ich liczebności. A ta wedle szacunków przedstawia się mniej więcej tak:

ST – 37,5%   SF – 36%   NT – 12,5%   NF –14%

Skoro najliczniejszą grupę w ludzkiej populacji stanowią osobniki ze skłonnościami do ostrej rywalizacji i dążenia po trupach do celu, nie ma niczego dziwnego w tym, że to ich pochodne będą wyznaczać zręby kultury (także) biznesowej, dominujące w niej normy, wynikłe z ich punktu widzenia, nim nasączone i jemu podporządkowane – ogólnie rzecz biorąc, że będą oni układać świat na swój obraz i podobieństwo. Gdyby te proporcje uległy zmianie, odwróciły się, praktyczna egzemplifikacja kapitalizmu także uległaby jakościowej zmianie, bo w jego ramach realizowane byłyby inne, bądź inaczej postrzegane cele.

Ale żeby dojść do takiego wniosku, trzeba umieć odróżnić to, co konieczne, od tego co możliwe. To co na stałe przypisane do czegoś i z niego bezpośrednio wynikające, od tego co zmienne. Podstawową wadą większości krytyki kapitalizmu jest tego nieumiejętność bądź niechęć wobec tego. Co, zresztą, jest zrozumiałe, zważywszy na jej zazwyczaj marksistowskie pochodzenie oraz wynikły z niego, ograniczający i pozbawiający szerszego kontekstu historycyzm. Aby dobrze zanalizować daną ideę i dalej, jej realizacje, trzeba zbadać ją w każdym zakresie – nie tylko tego co i jak było, ale także jak mogłoby być, zatem przede wszystkim, co w jej ramach jest logicznie możliwe, a co nie. Tylko w ten sposób można bowiem zbudować pełny obraz tego, za co ona może odpowiadać, a za co już nie, tworząc sobie punkt wyjścia do badania innych przedmiotów.

Stąd i krytyka jaką wyprowadza Jaś:

Kompletnie nie są. Wystarczy, że wmanipulują człowieka odpowiednio w sytuacje, a do tego czyjeś potrzeby mogą mieć w dupie. A czasem nawet muszą, bo nie mogą zwyczajnie powiedzieć; “moim zdaniem, na ile pana rozumiem, to nie mam nic panu do zaoferowania”. Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

[…]

Dopóki nie płaci się ludziom za to, że będą odradzali kupno towaru, bredzisz, bo to jest zakaz podstawowej czynności wyrażającej troskę. Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć. Ja wiedziałem, że tak kobieta mogła nie chcieć tego telefonu i nawet nie powiedziałem jej, że może być trudny w obsłudze.

jest chybiona: nie dotyczy nawet samego wolnego rynku, czy kapitalizmu, a jedynie jakichś jednostek (uściśliliśmy zresztą jakich), które żyją dzisiaj, coś robią i mają takie preferencje, a nie inne. Dlaczego? Dlatego, że brak praktyki niepłacenia sprzedawcom za odradzanie kupna towaru, który nie jest najlepiej dostosowany do potrzeb danego klienta, nie wynika z istoty tego, czym jest wolny rynek/kapitalizm. W teorii możemy sobie podstawić taką postulowaną przez Jasia praktykę i jeśli nie będzie ona kolidowała z dobrowolnością umów, wymiany handlowej, dobrowolnością ustalania cen i tym podobnych konstytuujących to, czym jest wolny rynek, jakie wyszczególniliśmy na początku (a nie będzie kolidowała), będzie zawierała się w zbiorze dozwolonych działań wolnorynkowych. Tak samo zresztą jak praktyka przeciwna, czyli ta, z którą spotkał się Jaś. A skoro tak, to należy zastanowić się nad preferencjami ludzi, wybierających spośród wszystkich praktyk akurat tę, co nie przypada do gustu wspomnianemu a także nad preferencjami innych, którzy godzą się na nią dobrowolnie, czyniąc ją wolnorynkową (zamiast jak w przypadku kar cielesnych, odmawiać). Ja za wystarczającą odpowiedź uznaję właśnie wewnętrzną budowę ludzi, z której wynikają opisane trendy i dalej ich odpowiednio proporcjonalne nawarstwienie powodowane takimi różnicami w częstotliwości występowania w populacji.

No dobrze – możecie powiedzieć – ale czy nie jest tak, że zakładając, iż ludzkość przez całe dzieje mniej-więcej jest złożona z tak samo skomponowanej mieszaniny charakterów, jesteśmy skazani na taki, a nie inny obraz wolnego rynku czy kapitalizmu i zachowania na nim panujące? Czy więc Jaś nie ma racji, gdy idzie o charakter pracy najemnej i podporządkowanie ludziom, którzy w większości przypadków nie poprą jego sposobu działania? Czy nie należy poszukać rozwiązania, które systemowo niwelowałoby pewne zachowania, przejawiane naturalnie przez sporą część ludzkości?

I ma, i nie ma. To znaczy, o ile zrozumiałe jest dla mnie, że można żywić aż tak wielką niechęć do ryzyka pracy pod kimś oczekującego od nas zachowań, na które nie chcemy przystać, by dyskwalifikować całkowicie jej pomysł, o tyle w świetle tego co do tej pory napisałem, nie widzę większego pożytku z jakiejkolwiek alternatywy. Zakładając bowiem, że ludzie będą mieli podobny wgląd w siebie i innych, że charakteryzować się będą dokładnie tymi samymi inklinacjami, wynikającymi z określonej wewnętrznej specyfiki, generować będą te same pochodne, tyle że w innych okolicznościach. ST nie stracą wcale swego zapału do przerzucania kosztów na innych: będą go prezentować po prostu w odmiennych warunkach, także instytucjonalnych. Czy będą pracować w czymś na kształt średniowiecznej, feudalnej manufaktury, anarchokomunistycznym kolektywie, mutualistycznym warsztacie czy kapitalistycznej firmie, należy się spodziewać po nich dokładnie tego samego. Ich modus operandi się nie zmieni, bo w dużej mierze podyktowany jest tym, co podpowiada ich aparat poznawczy. Jeśli nie macie jakiegoś magicznego dowodu, że zmiana ustroju ekonomicznego spowoduje zmiany w liczebności reprezentantów danych temperamentów, ani nie zakładacie czystek osób o ‚nieprawowiernych’ charakterach, czyli rzeczywiście uznajcie stałość proporcji składników tej całej społecznej mieszaniny, nie wyrugujecie ze społeczeństwa tego, co wadzi Wam w nim dziś. Liczniejsi, tak jak dziś, będą podporządkowywać mniej licznych swojej, popularniejszej, perspektywie, a Jaś zamiast pisać o szefach zmuszających swych podwładnych do wykonywania poleceń, z jakimi oni się osobiście nie zgadzają, będzie skarżył się na równie niegodziwą politykę handlową kolektywów, manufaktur czy innych whateverów.

Atak na hierarchiczność pracy najemnej ze względu na masowość występowania wspomnianego zjawiska, przy uznaniu takiej jego genezy, jest zatem także chybiony. Sama hierarchiczność nie ma bowiem wpływu na masowość jego występowania, wręcz przeciwnie, daje szansę mniejszości na wyraźne zaznaczenie jej interesu – arystokracja, elitaryzm i tym podobne zawsze opierają się na dychotomii nieliczni-liczni. Paradoksalnie więc dla egalitarystów sądzących, iż spłaszczenie stosunków międzyludzkich poprawi sytuację, może być wręcz przeciwnie. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że liczniejsi są generujący to, co z naszego punktu widzenia jest niepożądane. Mniej licznym opłaca się zatem popierać hierarchiczność, bo ona daje im możliwość nie zostania zdominowanymi, a nawet otwarcia jakiejś niszy dla dominacji własnej, więc i swoich pochodnych. Innymi słowy, praca najemna daje większą szansę ludziom o jakichś niepopularnych poglądach, unikalnym spojrzeniu, rzadkich potrzebach niż jej brak. Egalitaryzm kończy się tyranią głównego nurtu.

Ostatecznie jestem skłonny sądzić, że przeważną cześć, jeśli nie wszystkie, z tych trudności, którymi dotąd zabawiali się filozofowie, a które zagradzały drogę do poznania, zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: najpierw wznieśliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy.

George Berkeley „Traktat o zasadach poznania ludzkiego”

Kończę akurat tym cytatem nie bez przyczyny. Pojęciom ogólnym bądź metaforom często zdarza się robić karierę w postaci właśnie takiego kurzu, który zamiast ułatwiać pojmowanie spraw, czyni je nieprzejrzystymi. Z perspektywy czasu, niewątpliwie możemy powiedzieć to o „niewidzialnej ręce” Smitha, jawiącej się ludziom jako czymś od nich zewnętrznym, narzuconym, kierującym ich losem. Tymczasem wolny rynek jest uzewnętrznieniem ich samych, bo to pojęcie denotuje, w uproszczeniu, wszystkie dobrowolne transakcje. Zawierane między takimi ludźmi, jakimi byliśmy, jesteśmy i będziemy. Tak, a nie inaczej wytyczającymi granice swej zgody na coś i jej brakiem. Krytyka wolnego rynku sprowadza się zazwyczaj do uznania, że granice tego, co dobrowolne są poprowadzone zbyt szeroko, w ten czy w inny sposób. Ale tych granic ostatecznie nie wyznacza żadna niewidzialna ręka, a my sami. Krytyka wolnego rynku jest więc niczym innym, jak tylko zawoalowanym sposobem powiedzenia: „Nie lubię Cię, Twoich celów bądź sposobów działania i najchętniej zakułbym Cię w kajdany, byś nie mógł robić tego, co robisz i na co się godzisz.”, wybieranym przez tych, którzy nie są w stanie nam tego powiedzieć otwarcie. Warto o tym pamiętać.

Wersja offline – PDF

Zmierzając w stronę antropicznej teorii form

Wstałem i zobaczyłem za oknem kupę śniegu. W lany poniedziałek. Ponieważ tradycji powinno dziać się zadość, młodzi ludzie zabrali się za dyngusowanie, tyle że wodą w innym stanie skupienia i teraz dybią na naszą rzekomą nietykalność cielesną śnieżkami i soplami. Momentalnie narzuciło mi się, że aktualnie furorę robi przecież temat rosnącej średniej temperatury na Ziemi i prognoz dalszego jej wzrostu oraz powiązanych z tym: eksterminacją wiosny, wydłużaniem jesieni i przesunięciem zimy, znany popularnie pod hasłami »globalnego ocieplenia« i »zmian klimatu«. Toczy się dyskusja na temat przyczyn tego zjawiska, no i jak wiadomo, część środowiska naukowego uznaje, że jest one spowodowane działalnością człowieka. Temat ten nie jest dla mnie istotny. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu, nie mam żadnych wyraźnych preferencji względem pogody i klimatu, nie robi mi większej różnicy, czy śnieg będzie padał w grudniu, czy czerwcu i czy w ogóle będzie padał, ani to czy będzie cieplej, czy zimniej. W zasadzie mógłbym mieszkać w każdej strefie klimatycznej. Po drugie, żyję dość ascetycznie, więc tak czy owak, nie mam już zbytniego pola manewru, by cokolwiek ograniczać czy poświęcać na rzecz ewentualnego ratowania świata. Skoro zatem nie wiążę z klimatem, ani żadnego interesu w jego zmianie czy konserwowaniu obecnego stanu, ani też nie dysponuję środkami, jakie ten interes pomogłyby zrealizować, sprawa jest całkowicie poza moją kontrolą, a skoro tak, to nie zamierzam zaprzątać sobie nią głowy.

Natomiast cała ta sytuacja związana z poniedziałkowym śniegiem, globalnym ociepleniem a zwłaszcza hipotezą o antropogenicznych jego przyczynach, przypomniała mi, że miałem się za coś zabrać. Za coś, co i tak gdzieniegdzie przebijało z moich tekstów. Widzicie, wspomniana hipoteza jest próbą (mniejsza o to, czy skuteczną, czy nie) wyjaśnienia zaistnienia pewnego zjawiska w określony sposób: przez postawienie jako przyczyny — działań człowieka.

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uczynienia czegoś podobnego, ale na szerszą skalę. Zamierzam w następnych notach przyjąć taką strategię eksplanacyjną, która polegałaby na wyprowadzaniu zasad racji bytu danych przedmiotów, w oparciu o jakości przedmiotów będących ich przyczynami. Tam, gdzie przyczynę stanowi człowiek, w rezultatach jego działań należy doszukiwać się jego charakterystyki. Podpisu czy pieczęci odciśniętej przez jego czyny, stojących za nimi motywów, opartych na jakichś marzeniach i nadziejach, też utrzymujących przecież jakąś tożsamość, złożonych z jakości, które również zostały wygenerowane, odciśnięte w określonym kształcie przez takie, a nie inne formy odczuwania i myślenia. Do pewnego stopnia zrobiłem to w przypadku wpisu o Platonie portretującym w swej filozofii samego siebie. Wpis ten stanowił wprawkę. W jej zakończeniu pozostawiłem sobie otwartą furtkę, by w nieokreślonej przyszłości powrócić do tego sposobu czynienia zrozumiałym efektów naszej działalności.

Prawdą jest to, iż zdarzało mi się z niego korzystać w przeszłości, jako że łatwo oprzeć go na widzeniu istotnościowym, do którego mam tak wielką słabość, ale odbywało się to raczej okazjonalnie. Tym razem chciałbym spróbować zaprzęgnąć tę strategię do bardziej konsekwentnego użytku, być może wypracowując poprzez nią jakąś kolejną teorię form. Jak zdążyłem już zauważyć w pierwszym moim blogowym tekście, w coraz większym stopniu byt staje się i będzie stawał się antropocentryczny. W związku z tym, jeszcze bardziej uzasadnionym krokiem przestawiać się na uzasadnianie bytu i jakości rzeczy, istnieniem i jakościami ludzi, którzy działają, pozostawiając po sobie wszelkiego rodzaju pamiątki.

Pampalini, narzekając kiedyś na moją skłonność do ekshibicjonistycznego ujawniania swojego strumienia świadomości (a przede wszystkim dalszego babrania się w nim i zastanawiania jak kształtuje się myśl, z jakich idei jest formowana, krótko mówiąc: podejmowania prób ustalenia jej źródeł oraz w drugą stronę: dociekania takich spraw jak to, w imię czego jest konstruowana, co jest interesem jaki za tym stoi i motywem do jej wytwarzania?), stwierdził podobieństwo do procesów gastrycznych i uznał, że jego interesuje jedynie gotowy produkt ostateczny — sama myśl, koncepcja, uzasadnienie czegoś i tegoż praktyczna wartość, a nie pochodzenie, środki produkcji i inne tym podobne. Żachnąłem się wtedy, bo z tego porównania nieuchronnie wynikało, że myśl ludzką zrównał z ekskrementami. Dziś jednak pójdę za tym wnioskiem, bowiem zamierzam w najbliższym czasie nauczyć się tropienia. Tak jak możemy nauczyć się po odchodach w lesie rozpoznawać zwierzęta, tak ja chciałbym nauczyć się rozpoznawać ludzi po ich pozostałościach intelektualnych w nauce, kulturze czy biznesie.

Ponieważ Dziewic wciąż montuje swoją steampunkową ontologię maszynową, za jaką być może pójdzie następnie ciekawa, oryginalna typologia:

Staram się tak skonstruować ontologię maszynową, aby pozwalała ona na badanie zjawisk o różnej skali: od indywidualnych typów psychicznych (psychicznych w Nietzscheańskim sensie, fizjologicznych) po globalne systemy społeczne.

(którą z chęcią przetestuję, jeśli się już pojawi, ale do tego jeszcze długa droga pewnie…), a ja zamierzam zaczynać teraz, postanowiłem skorzystać z już gotowego narzędzia, wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. Dlaczego wybrałem akurat ten system? Sprawdzałem już wiele typologii, łącznie z Global 5, R-Drivem czy MOTIVem, „wielką piątką”, testem osobowości Eysencka, ale żadna z nich nie wyznacza swoich podziałów poprzez wytyczenie równie fundamentalnych cech biegunowych, względem których można byłoby się orientować, a tym bardziej, za żadną z nich nie stoi większa przewodnia myśl, którą można byłoby wykorzystać do podobnego przedsięwzięcia, jakie sobie zamierzyłem. Owszem, niektóre z nich są całkiem ciekawe ze względów technicznych, ale same w sobie niewiele wyjaśniają — grupują jedynie ludzi pod pewnymi, dość powierzchownymi, względami.

A Ty którym "mostem" jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

A Ty którym „mostem” jesteś? Zresztą nic nie mów… Przecież „po owocach ich poznacie..”

Przewaga MBTI zawiera się w podstawie systemu – jungowskim podziale funkcji kognitywnych, które same mogą być skierowane do wewnątrz (introwertycznie) bądź na zewnątrz (ekstrawertycznie). O ile z większości testów starających się jakoś podsumować osobowość, oczywiście, dowiemy się, czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami, o tyle w przypadku MBTI dostaniemy pełniejszy wgląd, bo okaże się, że nie jesteśmy ekstrawertykami bądź introwertykami w całości, a poniekąd stajemy się nimi, głównie ze względu na ukierunkowanie najsilniejszej funkcji poznawczej. W każdym introwertyku znajdziemy zatem coś ekstrawertycznego, w każdym ekstrawertyku – coś introwertycznego. Kluczowe jest jednak, co to takiego i do jakiego stopnia na tym bazujemy. Dopiero z rozkładu i ukierunkowania tychże funkcji można zbudować szkielet osobowości danej osoby, wraz z wieloma jej skłonnościami bądź talentami. Każda funkcja ma jakąś swoją tożsamość oraz za coś odpowiada. Każda jest więc rozpoznawalna, bo wiadomo za co odpowiada, więc i na podstawie samego zachowania jesteśmy w stanie wywnioskować, która z nich doszła w danej osobie do głosu.

Rozkładówka 16 typów z ich czterema głównymi funkcjami kognitywnymi

Oczywiście, w większości wypadków będą one ze sobą zgodnie współpracować, często na zasadzie komplementarności. Jednak co interesujące, niejednokrotnie będziemy mogli odnieść wrażenie, że zdają się one mieć pewną autonomię i starają się wypłynąć na wierzch, dominując nad pozostałymi — dobrą tego ilustrację stanowią dylematy powodujące wewnętrzne rozdarcie. Bardzo często bowiem, sprowadzają się one do sporu postulatów o treściach reprezentujących dane funkcje, które walczą ze sobą o wolicjonalny prymat realizacji własnej opcji. Poczucie sprzeczności, działania wbrew sobie samemu, a jednocześnie zgodnie ze swoją wolą, wyjaśnić możemy konfrontacją tych naszych wewnętrznych struktur. Ponieważ każdy typ psychologiczny ma swój, unikalny zestaw funkcji, u każdego z nich wspomniane, potencjalne rozdarcia będą przebiegały względem innych „uskoków”, odmienna będzie także ich specyfika. Stąd też mamy wytłumaczyć, z jakiego powodu dla jednych ludzi niektóre pary alternatyw wcale nie będą stanowić dylematów, wręcz przeciwnie, wybór któregoś ich członu będzie dla nich banalnie łatwy i nie przestaną zachodzić w głowę, jak dla kogoś innego, podobny wybór w ogóle może być problematyczny czy tym bardziej, ze względów egzystencjalnych, destruktywny. I vice versa. Po prostu, każdy z typów osobowości ma ulokowane gdzie indziej swoje, że się posłużę gwiezdnowojennym terminem, punkty przełomu — newralgiczne miejsca, najwrażliwsze i najbardziej podatne na wzajemne kruszenie i rozłam.

Innymi słowy, solą MBTI nie jest sam podział na typy, wtórne wobec sposobów postrzegania, odczuwania czy myślenia (do wewnątrz, bądź na zewnątrz), a wyszczególnienie tych ostatnich, co jest najbardziej obiecujące dla moich zamierzeń, jako że sposoby te stanowią jednocześnie środki produkcji wobec wszelkich decyzji i jako takie są używane przez działające jednostki. Sam wybór typologii jest zresztą kwestią drugorzędną. Jeśli znajdzie się lepsza, dogłębniej wyszczególniająca formy, za pośrednictwem których ludzie postrzegają zjawiska i przekształcają świat, będzie mogła zająć miejsce wskaźnika psychologicznego Myers-Briggs. W każdym razie, to akurat jest element wymienny i nie będę się specjalnie przy nim upierał, jeśli znajdę, stworzę czy dostanę lepszy. Nie ukrywam też wcale, że częściowo, mój wybór podyktowany jest popularnością tej akurat propozycji – dzięki niej mogę „wysłużyć się” innymi (czytaj: skorzystać ze spostrzeżeń jakich dokonali, zaoszczędzając swój czas), w jakimś stopniu też weryfikować swoje sądy na podstawie porównań i konfrontacji przeczących sobie interpretacji danych zachowań. Praktyka zresztą potwierdza potencjał, jaki dostrzegam w tym systemie: w przeciwieństwie do innych, ludzie korzystający z tego narzędzia podejmują próby rozpoznawania typu osobowości historycznych postaci poprzez owoce ich działań. Przykładem może być serwis Celebrity Types, w którym znajdziemy takie oto soczyste infografiki z porównaniami:

Za każdym z wynotowanych tam poglądów czy zachowań stoją jakieś funkcje kognitywne. Ponieważ sam jestem INFJ, najłatwiej, bo z miejsca, będzie mi Wam rozszyfrować Spinozę i Platona. Otóż, jeśli zestawimy ich ze sobą, zauważymy też pewne podobieństwa w ich pracach, zwłaszcza w charakterze filozofii jaką tworzyli. Obie były unifikujące, wymierzone przeciw konfliktowi. Obie były aprioryczne. Obie bliskie mistycyzmowi. Obaj filozofowie podobnie radzili sobie ze sprzecznościami, tworząc na szczeblu wyżej ich syntezę, podporządkowując je jakiejś nadrzędnej im myśli, hierarchizując swą narrację.

Te zbieżności są nieprzypadkowe. U obu dominującą z funkcji była introwertyczna intuicja (Ni), którą możecie wyobrazić sobie jak soczewkę skupiającą światło – premiującą myślenie konwergentne, nad którą nie ma się żadnej kontroli, bo zasilanie leży poza nią. W pewnym momencie wskazuje ona to właściwe, aczkolwiek najczęściej dalekosiężne rozwiązanie, które trzeba później opracować, ale co do którego ma się niezachwianą pewność i robi się to z przeświadczeniem o jego niezaprzeczalności – grzebanie w empirii jest zbędne. W połączeniu z introwertycznym myśleniem (Ti) (zauważcie, obie funkcje stricte poznawcze skierowane są do wewnątrz!), kończy się na aksjomatyzowaniu wyabstrahowanych z jakiś abstraktów kolejnych abstraktów, określanie relacji między nimi, które ostatecznie są i tak bliższe, bardziej oczywiste oraz nurtujące w o wiele znaczniejszym stopniu, niż ta sensualna, rozedrgana, namacalna plama za oknem, która nam ich dostarcza, zwana przez Was rzeczywistością. Więc jaki, kurwa, empiryzm? ;) Empiryzm to policzek dla naszej swojości, wszakże metoda eksperymentalna jest okazywaniem braku szacunku wobec rzeczy wzniosłych.

Jednakże nie wszystko w twórczości Spinozy i Platona można wyjaśnić połączeniem tych dwóch funkcji. O ile umiłowanie aprioryzmu, i owszem, o tyle unifikacji – już nie. To znaczy, samą jej „techniczną” i intelektualną stronę, jak najbardziej, bo w gruncie rzeczy najczęściej też sprowadza się do użycia myślenia konwergencyjnego, ale nie wytłumaczymy tym motywu snucia rozważań o jakichś nadrzędnych całościach, Jedniach czy jedynej substancji. Skąd więc to się bierze? Z ekstrawertycznego czucia (Fe), które u nas jest drugą po intuicji najsilniejszą funkcją. Ponieważ jest zwrócona na zewnątrz, odpowiada za potrzeby emocjonalnego kontaktu z innymi ludźmi, nie sobą samym – na ogół więc czujemy się tak, jak czuje się rezonujące w nas otoczenie. Funkcja ta determinuje nasze towarzyskie ciepło, taktowność i układność, czasami chęć utrzymywania pozorów, po to by kogoś nie zasmucić. Jeżeli dochodzi do jakiegoś konfliktu, często zdarza się, iż stajemy w roli samozwańczych mediatorów, wchodzących między wódkę a zakąskę, po to tylko by je rozładować, bądź zakończyć, bo to jest także naszym interesem: źle czujemy się tam, gdzie źle czuje się ktoś inny, co nam się udziela. Generalnie więc, ta funkcja odpowiada też za sporo zachowań mesjanistycznych, romantycznych i ogólnie rzecz biorąc, samobójczych. Rozumiecie już? Sprzeczności w myśli filozoficznej są po prostu metaforą konfliktu między ludźmi. Konfliktu, który nas rani. Jeśli jest jakaś sprzeczność, to w końcu ktoś może opowiedzieć się jednym stanowiskiem, a inny za drugim. I o ile większość ludzi oczekuje wtedy poparcia jednego bądź drugiego bądź nie wtrącania się w taki spór, o tyle INFJ zazwyczaj zachowują neutralność, uznając że żadna ze stron nie zasługuje na ich poparcie (bo w końcu tamci walczą o jakieś swoje interesiki, które my co prawda rozumiemy, ale są dla nas nieistotne i niewarte spięcia), ani też na eliminację, jednak konflikt trzeba i tak wygasić i tu pojawia się potrzeba syntezy na jakimś wyższym poziomie, czyli odpowiednik jakiegoś salomonowego wyroku. I tu wkraczają Jednie i inne panteizmy, Absoluty, Byty od Parmenidesa i reszta maksymalnie inkluzywnych przedmiotów, w których może mieścić się WSZYSTKO, czyli w domyśle – WSZYSCY. Dopóki jest możliwość uwzględnienia wszystkiego, bez odrzucania i rezygnowania z czegokolwiek (i bycia niemiłym dla tegoż), będziemy z niej korzystać.

 A czym innym podyktowane było moje dążenie do ideału systemu politycznego, który pozwoliłby jednostce, w ramach jej uprawnień, na kreowanie własnego, dowolnego aksjologicznie ładu? Systemu, który powstał, gdy libertarianizm okazał się w swej budowie zbyt wykluczający? Rozwijałem i będę rozwijał nadal koncepcję świata najbogatszego pod względem ontycznym jako jednocześnie najbardziej wolnościowego, w którym rzekomo konkurencyjne i sprzeczne względem niego stanowiska nie są wykluczone, ale stanowią możliwy do wyprodukowania towar. Czy to nie jest ten sam manewr ucieczki w górę? Wolnorynkowy odpowiednik czegoś w największym stopniu inkluzywnego, czegoś co będzie manifestacją przedmiotu najuboższego treścią, lecz o najszerszym zakresie, z genezą antropogeniczną? Niewątpliwie! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę infografikę ze Spinozą i na niej:

when faced with a logical contradiction, adds up both positions to form a greater whole

pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałem było: „Przecież to jest niemalże mój znak rozpoznawczy! Robię dokładnie to samo. Wdrapuję się na jakieś szczyty, by uspokajać skłóconych, znajdując im obu miejsce w systemie, jakąś funkcję, dzięki czemu uda się zachować obu.” Baruch zadziałał podobnie. Chciał zachować majmonidesowy mistycyzm i kartezjańską racjonalność. Stworzył coś, co połączyło jedno z drugim. I choć w more geometrico jak najbardziej widoczne są wpływy Ni i Ti, sam motyw ukucia czegoś takiego, wynika jak najbardziej z Fe. Spory filozoficzne są więc w dużej mierze sporami między ludzkimi charakterami. Skłonności do danych stanowisk wyjaśnić można wewnętrzną budową implikującą sposób bycia i życia, preferowanych sposobów postrzegania.

Antropiczna teoria form, nawet gdyby powstała, miałaby oczywiście swoje ograniczenia i to dość znaczne. Nie obejmowałaby oczywiście tego, na co człowiek nie ma wpływu. Zarówno w sferze makro — nie mogłaby wyjaśnić właściwości praw fizyki, bo one są „odciśnięte” przez coś innego niż ludzi, jak i mikro; nie wyjaśniłaby biologicznych mechanizmów dziedziczenia. (Chociaż mogłaby wyjaśnić już ewentualne starania człowieka, by odpowiednio zarówno jedne i drugie, zmienić czy nagiąć do swoich potrzeb.) W obu przypadkach takie filozofowanie musiałoby ustąpić „prawdziwej nauce” w postaci odpowiednio: fizyki i genetyki, należy zauważyć, że i one same korzystają z podobnej teorii odciśnięć, tyle że ogólniejszej, gdy poszukują dróg przekazywania informacji czy jakichś zbiorów stałych, determinujących jakość czy rację bytu przedmiotów od nich zależnych. Natomiast z całą pewnością to podejście odniosłoby sukces w innych kwestiach, dotyczących dynamiki świata ludzkich działań, wyjaśniania kształtu kultury i jej zmian. Przykładowo, na polu estetyki pomogłoby wypracować teorię gustów, a dzięki takowej można byłoby przewidywać, co się komu ma szansę spodobać i z jakich powodów (harmonizowanie dzieła ze specyfiką funkcji poznawczych odbiorcy).

Myślę, że gra jest warta świeczki. Całość opiera się na prostej myśli: podobieństwa generują podobieństwa. Trzeba znaleźć tylko odpowiednio dobry miernik podobieństwa i nauczyć się patrzeć, a jest przecież na co… Rozedrgana plama za oknem drga, drga, drga…

Inspiracje?

Nie podaruję tego, co irytuje tak pampiego — postaram się znaleźć źródła tego pomysłu. Główną rzeczą przychodzącą mi na myśl, jest oczywiście metafizyka klasyczna i jej pierwsze zasady. Mógłbym też nawiązać pewnie do mistyków i ich przekonania o równoważności mikrokosmosu wewnątrz człowieka i makrokosmosu na zewnątrz, które są tym samym, pochodzą z tego samego źródła, więc badając siebie przez bardzo głęboką introspekcję, możemy dojść także do pewnych jakości świata zewnętrznego, z którym jesteśmy kompatybilni i musimy mieć coś wspólnego. Można byłoby tę intuicję rozciągnąć i poszerzyć w duchu ewolucjonistów: skoro istniejemy w dzisiejszych warunkach, bo jesteśmy przystosowani do istnienia w dzisiejszych warunkach — zatem, jeśli przystosowanie uznać za relację pewnej zbieżności, jakie są dzisiejsze warunki i jacy jesteśmy my sami? Gdzieś trzeba postawić paralelę, skoro jesteśmy zdolni żyć w takim otoczeniu. A dalej to już prosto, wystarczy zapytać o naszą bytność, efekty naszych działań, o ich jakości, wywnioskować z własnej budowy, dlaczego one są takie, a nie inne.

Albo wrócić do tego cytatu z Platona, skoro był podobny i pisał takie rzeczy:

Czy myślisz, że ustroje powstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach? (…) Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć będzie rodzajów struktury duchowej ludzi prywatnych.

„Państwo”, Księga ósma, 544 B, s. 252 Wydawnictwo ANTYK, Kęty, 2003

Pewnie mógłbym wyjaśnić to w ten sposób, ale wydaje mi się, że tak naprawdę ta rzecz przyszła z bardziej pop-kulturowych źródeł, w czasach gdy filozofią się nie zajmowałem (a były takie?!), przynajmniej nie wprost — w dzieciństwie. Właściwa, najstarsza i najbardziej prostolinijna część tej myśli, najprawdopodobniej pochodzi z filmów kryminalnych, w których ze sposobu mordu (najczęściej seryjnego), wyboru ofiar i innych dość skromnych, nieoczywistych poszlak, śledczy starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji i na ich podstawie stworzyć portret psychologiczny sprawcy, wnioskując z jego dzieła o nim samym, zawężając w ten sposób grono podejrzanych, czy w ogóle je typując. To sprawka takiego Obywatela X”, „Milczenia owiec” i innych hannibalowych filmów (w sumie, faworyzując swoich, powinienem z tego cyklu wybrać „Czerwonego smoka” ze względu na postać Willa Grahama) czy też zdecydowanie mojego ulubionego „Seven” Finchera. W każdym z tych obrazów, bardzo wyraźnie pojawia się ten motyw.

Ale mogę podrążyć temat jeszcze głębiej, znajdując chyba najbardziej bezpośredni i najlepiej pasujący wpływ. Na początku wydawało mi się to dość mgliste, bo zupełnie zapomniałem o tych książkach. W przyrodzie jednak nic nie ginie, a użycie terminu zaczerpniętego, niby przypadkowo, z „Gwiezdnych wojen” wcale okazało się nie być przypadkowe. Czyżby chodziło o podchwycenie pomysłu fikcyjnego Wielkiego Admirała Thrawna? Zresztą sami zobaczcie:

  • Pierwsze spotkanie czytelnika z Thrawnem. Fragment rozdziałuotwierającego„Dziedzica Imperium”: 1, 2, 3, 4

  • Jedyny raz, gdy się nie udało – koniec rozdziału piętnastego. 5

W skrócie:

Thrawn na podstawie kultury tworzonej przez jakiś gatunek czy populację danego świata, z jakim się mu przyszło potykać, potrafił określać ewentualne niedostatki, psychologiczne słabe strony wroga, jakie przekładał później na język wojny. Następnie wybierał taktykę w największym stopniu te słabości wykorzystującą, co sprawiało, że był przeciwnikiem wyjątkowo trudnym, bo rzucającym na swego oponenta jego największe demony, często pewnie takie, z jakich istnienia tamten nie zdawał sobie nawet sprawy — dopóki nie było już za późno…

Teraz zresztą przypomina mi się, że nawet bezpośrednio po lekturze tych książek, gdzieś w okolicach 1996, byłem dość sceptycznie nastawiony wobec możliwości przeprowadzenia analizy pod akurat takim kątem. Głównej trudności upatrywałem w odróżnianiu, przy dość skąpych informacjach, tego co jednostkowe, od tego co ogólne. O ile zgodziłbym się, że na podstawie dzieła możemy powiedzieć coś o jego twórcy, o tyle naciągana wydała mi się ekstrapolacja jego cech na resztę populacji, z jakiej pochodzi. Jak na podstawie rozpracowania jego dzieła wyodrębnić własności charakteryzujące wszystkich, spośród tych charakteryzujących wyłącznie jego samego, czyniących go pod pewnymi względami specjalnym? Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś cechy twórcy, na podstawie analizy jego dzieła, skąd właściwie możemy wiedzieć, czy ta cecha jest reprezentatywna dla ogółu? Tym bardziej w przypadku sztuki, którą przecież często, o ile nie zazwyczaj, uprawiają osobniki wyróżniające się pod pewnymi względami spośród pobratymców. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, iż w jakimś stopniu, jako reprezentant danego zbioru, artysta musi w jakimś zakresie być podobnym do pozostałych członków swojej społeczności, ale nie wiemy w jakim. I dlatego, chociaż ta metoda rozpoznania przeciwnika jest interesująca w zarysie i z pewnością imponująca w opisie, to już przy detalach i know-how staje się dziurawa jak sito. Co wcale, mimo tych zastrzeżeń nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą. Fantastyka ma być fantastyczna. Thrawn był widocznie geniuszem i znalazł jakiś sposób na obejście tych problemów albo był skłonny do większego ryzyka. Cykl Timothy’ego Zahna jest jednym z bardziej udanych franczyzowych zapychaczy spod znaku gwiezdnej sagi i w sumie szkoda, że to nie z niego zostanie wykrojona kolejna filmowa trylogia, tym razem pod patronatem kombinatu Disneya. Zresztą… nietrudno będzie zrobić coś lepszego od prequeli…

Koneser sztuki gromiący Rebeliantów, esteta, erudyta i geniusz wojenny – Mitth’raw’nuruodo. Jedna z ciekawszych postaci antagonisty, jaka została wykreowana na potrzeby starwarsowej franczyzy.

 

Wersja offline – PDF