„Stalker” Andrieja Tarkowskiego, czyli najbardziej niesamowita pielgrzymka w historii kina

Zaryzykowawszy życiem, sposobem przedarłeś się przez kordon wojskowy. Druty kolczaste i ostrzał karabinów maszynowych prowadzony z okolicznych wieżyczek strażniczych masz już z głowy. Oznacza to, że pierwsza przeszkoda na drodze do Komnaty została pokonana. Najbardziej oczywiste zagrożenie – zażegnane. Lecz to zaledwie początek twojej wyprawy.

Ponieważ wkroczyłeś do Zony.

W niej panują zupełnie inne reguły postępowania, niż tam, na zewnątrz, skąd przychodzisz. Jeżeli ich nie uszanujesz, przepadniesz – tak jak ci wszyscy przed tobą, którym wydawało się, że ich potęga da im panowanie nad Strefą. Spójrz tylko na wraki ich czołgów. Myśl, że panujesz nad sytuacją możesz od razu wybić sobie z głowy.

W Zonie nad sytuacją panuje tylko ona sama – im szybciej przyswoisz tę oczywistą prawdę, tym większą dasz sobie szansę na przetrwanie. Strefa to odrębny, nieprzewidywalny żywioł zaklęty w przestrzeni. Można go otoczyć zasiekami, ograniczając do niego dostęp ludziom, ale niemożliwym jest jego opanowanie bez uprzedniego opanowania samego siebie.

Aby przeżyć podróż po tym zagadkowym miejscu potrzebujesz czegoś, co utemperuje przesadną pewność powziętych zamiarów. Bojaźni. W Zonie nie ma przecież niczego pewnego. Meandruj więc, jakby cel twojej wyprawy nie był powodem, dla której się w nią wybrałeś. Strefa nie toleruje tych, którzy poruszają się w prostej linii do celu. Taka bezpośredniość świadczy o arogancji, a ta zazwyczaj bywa bardzo surowo karana, podobnie jak bezmyślność czy niedbalstwo.

Przywyknij do myśli, że to miejsce posiada swój własny majestat, który będziesz musiał uszanować. Jeżeli zlekceważysz Zonę, ona pokaże ci, ile w gruncie rzeczy warte są twoje zamiary. Z własnej głupoty skończysz w Wyżymaczce albo jeszcze gorzej.

Powiadasz, że jak wielu przed Tobą, ciągniesz tam wiedziony pogłoskami o Komnacie spełniającej najskrytsze pragnienie?

Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebujesz stalkera, nieszczęsny, współczesny mi człowieku…

***

„Stalker” jest jednym spośród garstki tych nielicznych filmów, w których zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Nielicznych, ponieważ kino jako medium posługujące się przede wszystkim obrazem, nie zaś słowem dającym bezpośredni wgląd w myśli czy uczucia, rzadko wywołuje u mnie autentyczne poruszenie. Zazwyczaj w jego konwencji brak elementów broniących się na przykład w sztukach teatralnych, takich jak wewnętrzne monologi czy solilokwia, dzięki którym postaci mogłyby dokonać znaczącej ekspresji swojego subiektywnego przeżycia, odkryć przed nami swą duszę.

W filmach niezbyt często otrzymujemy postaci mające coś odkrywczego do powiedzenia, odsłaniające przed nami jakieś przesłanie. Jeszcze rzadziej: czyniące to w na tyle piorunujący sposób, który uznalibyśmy za godny zapamiętania. Opowiadanie historii za pomocą ruchomych obrazów ciąży z reguły w stronę narracji sytuacyjnej, to znaczy przez wymowę scen, nie zaś klasyczne oratorstwo czy romantyczny ekshibicjonizm emocjonalny, dla których istotna jest postać – a jeszcze lepiej – mistrzostwo pathosu czy ethosu konkretnego mówcy. Naturalną tendencją kinematografii (i dalece większej roli montażu niż w tradycyjnych formach sztuk scenicznych) jest zwalczanie wszelkiej statyki sceny a wraz z nią również „przegadania”. W teatrze (jak również w słuchowiskach) aktorzy w znacznie większym stopniu są uwięzieni w konkretnym miejscu i czasie. Zamknięcie w ramach granic statycznej sceny nadaje im zdolność naturalnego przerzucania się kolejnymi racjami, negocjowania, apelowania do sumienia, rozumu, serca czy wyższych instancji w stopniu – wydawać by się mogło – niemożliwym do osiągnięcia przez kino. Opuszczanie miejsca akcji przez wiodące dramatis personae na ogół podporządkowane jest szerszemu, logicznemu podziałowi scen i występuje wówczas, gdy rzeczywiście wszelkie środki interakcji na pewnym etapie zostaną wyczerpane, a zatem wystąpi faktyczna konieczność zamknięcia sceny, w której nie ma niczego więcej do ugrania do dramaturgicznego urobku całości.

Teatr, w przeciwieństwie do kina, ma o wiele więcej cierpliwości wobec swoich bohaterów, bo również dalece bardziej jest skazany na ich subiektywizmy a dzięki temu lepiej może zadośćuczynić ich stronie psychologicznej czy duchowej. Jest szlachetniejszą ze sztuk poniekąd właśnie z powodu swoich ograniczeń. Z racji, że zwyczajnie nie dysponuje środkami, by dorównywać kinematografii w prezentowaniu spektakularnej akcji, rozmachu w całej jego powierzchowności – skupia się na sięganiu wgłąb i rozgrywaniu napięć międzyludzkich wywoływanych konkretną, ustanowioną dramaturgiczną sytuacją. Kino natomiast znakomicie nadające się do efekciarskiego przedstawania dynamicznych przemian świata przedstawionego, woli zrywać z teatralną statyką, ale przez to raczej kastruje się z wydobywania przed publicznością głębi ludzkiej duszy.

Istnieją jednak chlubne wyjątki a „Stalker” jest niewątpliwie jednym z nich. Dzięki charakterystycznemu stylowi Tarkowskiego opartemu na przede wszystkim długich ujęciach, zbliża się do realizacji klasyczej zasady trzech jedności; tym samym nabiera wspomnianej teatralnej jakości.

Zapewne częściowo z powyższego względu, film ten uchodzi za pozycję nieprzystępną, niestrawną, uznawaną za trudną w odbiorze. U widza w dodatku wymagającego silnej, zewnętrznej stymulacji, przyzwyczajonego do standardowych środków stosowanych w kinie rozrywkowym będzie wywoływał wręcz znużenie tzw. „dłużyznami”. A przecież to właśnie one definiują jego unikalny, medytacyjny charakter i stanowią zasadniczy atut, pozwalający stanąć obok mainstreamowej kinematografii, obok wymagań epoki, ponad przyziemnością problemów codzienności i najpopularniejszych tematów ogrywanych zazwyczaj przez filmy. Poniekąd właśnie dzięki tej swojej stylistycznej odrębności zyskuje warstwę samopodobieństwa, stając się dla nas kinematograficznym odpowiednikiem Strefy, o wyprawie do której opowiada.

Najwięcej krzywdy w odbiorze dzieła Tarkowskiego tak naprawdę czyni sugerowanie się jego nominalną gatunkową klasyfikacją. Według niej należy ono bowiem do kina science fiction. W rzeczywistości film, mimo wykorzystania szczątkowej ekspozycji świata inspirowanego książką braci Strugackich („Piknik na skraju drogi”), nie podejmuje w najmniejszym nawet stopniu tematyki przynależnej do tego gatunku. W „Stalkerze” nie znajdziemy żadnych kompleksowych prób mierzenia się z perspektywą tego, jak postęp techniczny czy spotkanie z bardziej zaawansowaną, obcą cywilizacją wpływa na realia społeczne, nie odkryjemy tajemnicy zagadkowego fenomenu, nie weźmiemy udziału w żadnym wielkim konflikcie ani też nie wyspekulujemy co by było, gdyby ludzkość dysponowała wiedzą i zasobami wykraczającymi poza jej stan.

Kto sięgnie po „Stalkera” oczekując wiernej ekranizacji książki lub za dobrą monetę weźmie informacje podawane w napisach prologu, roztaczające atmosferę wielkiej zagadki wymieszanej po trochu z impresjami bliskimi katastrofie tunguskiej, ten dosyć szybko odbije się od niego rozczarowany. Film w najmniejszym stopniu nie traktuje poważnie przybranej prowizorycznie konwencji science fiction na poważnie, bo ta w zasadzie nie jest mu do niczego potrzebna.

Wręcz przeciwnie — to co nakręcił Tarkowski, można uznać za jawną negację science fiction. „Stalker” bowiem nie podejmuje typowej dla tego gatunku spekulacji skupionej wokół problematyki wynalazku, odkrycia naukowego czy ograniczeń poznania wynikłego ze stosowania metody naukowej. Nie głosi, ani przestróg przed jakąś dystopijną wizją przyszłości, do której doprowadzi nas nieopanowany rozwój techniki, ani, co tym bardziej oczywiste, nie jest też panegirykiem względem postępu. Nie znajdziemy w nim ni krztyny futuryzmu, żadnej zabawy w próbę przewidzenia przyszłości. Rosyjskiego reżysera naukowość i roztrząsanie jej koncepcji zupełnie nie interesuje. Jeżeli w ogóle kieruje na nie nieco naszej uwagi, to jedynie aby ją zbyć oględnym komentarzem o tym, jak unaukowienie postrzegania świata wyjałowiło doświadczenie pierwotnej tajemnicy, zadziwienia, jego cudowności.

— Moja droga, nasz śœwiat jest beznadziejnie nudny. A zatem, takie rzeczy jak telepatia, czy przywidzenia, czy latające spodki, po prostu nie mogą istnieć. Światem rządzą żelazne prawa, które czynią go nieznośœnie nudnym. Niestety, tych praw nie da się obejœść. Może pani nawet nie marzyć o UFO, to by było zbyt interesujące.

— A Trójkąt Bermudzki? Nie zaprzeczy pan, że…

— Zaprzeczę. Trójkąt Bermudzki nie istnieje. Istnieje tylko trójkąt ABC równy trójkątowi A’ B’ C’.

Czy czuje pani całą nudę tego twierdzenia?

Życie w śœredniowieczu było ciekawsze. Każdy dom miał swojego skrzata a każdy koœściół miał Boga. Ludzie byli młodzi! Teraz co czwarty to starzec. To takie nudne, mój aniołku.

— Ale powiedział pan, że Strefa jest dziełem wysoko rozwiniętej cywilizacji…

— Pewnie też jest nudna – te wszystkie prawa, trójkąty. I żadnych skrzatów, żadnego Boga, to pewne. Bo jeżeli Bóg też jest trójkątem, to już sam nie wiem, co o tym myœśleć.

Dopiero niespodziewane pojawienie się Zony z jej rzekomymi niezwykłymi właściwościami, wymykającymi się ludzkiemu zrozumieniu przywraca nadzieję na odtworzenie utraconej zdolności przeżywania świata. Powyższa rozmowa Pisarza, jednego z pielgrzymów reprezentujących postawę współczesności, pośrednio zdradza nie tylko jego osobistą motywację dla podjęcia wyprawy – próbę uczieczki od wszechogarniającej nudy czy znalezienia inspiracji, ale określa także ton i temat całego filmu. Zestawienie nowoczesności, w której „co czwarty to starzec” ze średniowieczem z jego mitologią i religią nie jest wcale przypadkowe – ten podział będzie bowiem odnosił się do rzeczywistości poza Zoną i w Zonie.

1. Strefa jako alegoria boskości.

Wbrew temu, co o „Stalkerze” można wyczytać w sieciowych dyskusjach, nie ma on specjalnie zawikłanego czy skrupulatnie ukrytego znaczenia. Trudno też serio traktować twierdzenia o jakiejś niesamowitej swobodzie interpretacji jaką miałoby nam dawać to dzieło czy, jak sobie wymyślili snobistycznie nastawieni postmoderniści, niezbędnej wieloznaczności z musu wymaganej od prawdziwego majstersztyku. Tak, „Stalkerowi” nie można odmówić wybitności, niewątpliwie posługuje się też znakomicie zawiązaną alegorią, ale jej odcyfrowanie nie jest przesadnie skomplikowane, o ile tylko nie zignoruje się kolejnych, dosyć bezpośrednio wykładanych wskazówek pozwalających ją odczytać. Jeśli ludzie mają problem z jednoznacznym zrozumieniem tego filmu albo wybierają jakieś zwiedzone interpretacje, to tylko dlatego, że są podobni do Pisarza i Naukowca, na których tytułowy bohater skarży się małżonce w finale filmu, powątpiewając w sens powziętej przez siebie misji.

Bo czym w gruncie rzeczy u Tarkowskiego jest Zona? Jaka jest relacja między nią a postaciami czy raczej figurami występującymi w tym filmie? Dlaczego decydują się one ją odwiedzić?

Zacznijmy od charakterystyki miejsca akcji, które wyrasta niemal na dodatkowego, nieosobowego bohatera filmu. Wedle relacji tytułowego przewodnika:

– Strefa to bardzo skomplikowany system pułapek i wszystkie są śœmiertelne.
Nie wiem, co tu się dzieje kiedy nie ma ludzi, ale kiedy ktośœ się pojawi, wprawia Strefę w ruch. Stare pułapki znikają i pojawiają się nowe. Bezpieczne miejsca okazują się nie do przejœcia. ŚŒcieżka raz jest prosta i łatwa, a to znowu plącze się i gubi.

Taka jest Strefa.

Może się nawet wydać kapryœśna, ale przez cały czas to my ją tworzymy naszą obecnoœścią.

Zdarzało się, że trzeba było zatrzymać się wpół drogi i zawrócić. Byli tacy, co zginęli na samym progu Komnaty. Ale wszystko, co tu się dzieje, zależy nie od Strefy, ale od nas!

– Zatem dobrym pozwala przejœść a złych zabija?

– Nie wiem. Myśœlę, że przepuszcza tych, którzy stracili całą nadzieję. Nie złych, czy dobrych, ale straceńców. Ale nawet oni zginą, jeżeli nie
będą się właœściwie zachowywać.

Miał pan szczꜶcie, został pan ostrzeżony.

Z jednej strony Strefa jest więc niebezpieczna i kapryśna, z drugiej łaskawa dla tych, którzy wędrują do niej w poszukiwaniu nadziei. Ten zestaw cech jest dosyć charakterystyczny dla bóstw – gniewnych i wymagających ubłagania oraz pokory czy bojaźni, a jednak pełniących również jakąś rolę opiekuńczą, zdolnych do odnowy ducha swych wyznawców czy atrakcyjnych dla potrzebujących, wymagających podparcia.

Na tym jednak wcale nie kończą się zbieżności:

– Prawdopodobnie meteoryt spadł tutaj około 20 lat temu. Spalił osadę. Szukano meteorytu, ale oczywiście nigdy go nie znaleziono.

– Dlaczego „oczywiście”?

– Ludzie zaczęli znikać. Przychodzili tu i nie wracali. Wtedy uznano, że ten meteoryt wcale nie był meteorytem. Na początku otoczono to miejsce drutem kolczastym, żeby trzymać z dala ciekawskich. Dało to początek plotkom, że w Strefie jest takie miejsce… gdzie spełniają się życzenia.

Oczywiście, zaczęto strzec Strefy jak źrenicy oka. A wiadomo to, czego ludzie mogą sobie życzyć?

– Jeśli nie meteoryt, to co to było?

– Już mówiłem – nikt nie wie. A pan jak myśli?

– Nic nie myślę. Jak kto woli. Przesłanie dla ludzkości, jak twierdzi jeden z moich kolegów. Albo prezent.

– Niczego sobie prezent.

– Dlaczego to zrobili?

– Żeby nas uszczęśliwić.

Motyw szczęścia, spełnienia życzeń, pielgrzymowania w jakiejś błagalnej intencji również jest zbieżny z aspektami boskości. Zonie przypisywane są właściwości nadnaturalne, a zarazem stanowi ona coś w rodzaju, wydzielonej od reszty świata świeckiego, świętej ziemi. Co ciekawsze – dostęp do niej jest surowo wzbroniony przez siły państwa, co czyni tę interpretację jeszcze bardziej wymowną, jeżeli przypomnimy sobie o państwowej ateizacji Związku Radzieckiego, w którym „Stalker” powstał. Nie przypadkiem Tarkowski „był wielkim artystą, ale nie ich”.

A jeżeli chcielibyśmy, mimo tych wskazówek pozwalających przypisać sakralny charakter Zonie i całej powziętej doń wyprawie, usilnie zbagatelizować je na rzecz jakiejś bardziej laickiej interpretacji, ostateczny, dominujący komentarz będzie stanowić ścieżka dźwiękowa Eduarda Artiemjewa, składająca się głównie motywu przewodniego – „Medytacji”,

Medytacja, motyw przewodni „Stalkera”
Pulcherrima rosa w wykonaniu męskim…
…oraz w wykonaniu żeńskim.

Artiemjew znakomicie wiedział, co robi. Wymieszawszy muzyczne tradycje, pozbawił chrześcijańskiej pieśni tekstu, wyabstrahował jej sakralny sens i zilustrował nim duchowość przejawianą przez Stalkera, jego wiarę w cuda Zony, jak również samego procesu pielgrzymowania.

Tych sakralnych odniesień jest zresztą więcej i pochodzą z róznych kulturowych źródeł. Weźmy na przykład pod uwagę specyfikę spełnianych przez Komnatę marzeń – problematycznie obnażającą najgłębsze motywacje rzekomych beneficjentów i odsłaniającą przed nimi ich ukrytą strukturę. Skąd to się wzięło Tarkowskiemu? Otóż, najprawdopodobniej z maksymy delfickiej świątyni: „Poznaj samego siebie!” (γνῶθι σεαυτόν).

Samowiedza jako dar uzyskiwany w formie łaski, środek do dalszego wzrostu duchowego również wpisuje się w sakralny sens, korespondując w dodatku z częstą motywacją pielgrzymek – odnajdywaniem siebie i swojego miejsca w świecie.

Strefa i jej Komnata jest więc ogólnie zarysowana tak, aby pełnić rolę substytutu bóstwa w przedstawionym świecie.

2. Jurodiwyj stalker oraz jego posługa kapłańska i tabu…

Jeżeli Zona w całej tej pielgrzymiej opowiastce pełni rolę miejsca świętego czy zdolnego do czynienia cudów obiektu kultu, musi się znaleźć w niej również miejsce dla kogoś, kto obsadzi rolę związaną z archetypem kapłana. I ktoś taki w filmie występuje. To tytułowy bohater.

Protagonista odgrywany przez Aleksandra Kajdanowskiego jest nie tylko (duchowym) przewodnikiem, który wie jak obłaskawić kapryśną Strefę. Dopełnia również swoich stalkerskich rytuałów – co rusz rzuca muterką na sznurku, sprawdzając czy na wędrowców nie czyhają jakieś enigmatyczne, niewypowiedziane niebezpieczeństwa, co musi wydawać się jego sceptycznym podopiecznym niezwykłym przesądem bez żadnego praktycznego uzasadnienia. Celebracja zaczyna się już po wkroczeniu do Zony, gdy na powitanie, pozostawiwszy resztę pielgrzymów na stronie, na znak ostatecznego oddania a może i tęsknoty kładzie się na wznak i tuli do jej ziemi. Stara się również, chociaż na ogół bezskutecznie, zachęcić towarzyszy tej dziwacznej podróży do przybrania wobec Strefy podobnej postawy.

Stalkera widzimy w filmie po raz pierwszy, gdy szykuje się na wyprawę i zostaje na tym przyłapany przez swoją żonę, wypominającą mu, że z myślą o swojej rodzinie miał znaleźć sobie praktyczniejszą a może też bardziej konformistyczną pracę przez którą nie wpadnie ponownie w tarapaty. Jak się dowiadujemy, ma bowiem za sobą pięcioletnią odsiadkę – prawdopodobnie właśnie za wcześniejsze forsowanie zakazanej granicy Strefy.

Powzięta przez niego misja, jej celowość, ogólny sens zajmowania się doprowadzaniem chętnych do Komnaty w Strefie – to wszystko jest podważane od samego początku, przez praktycznie każdą przewijającą się w filmie postać. W zasadzie, stalker znajduje się on na marginesie społecznym, nie tyle z powodu swojego wyroku, co raczej uporczywie powtarzanej praktyce ascetycznej, wyłamującej się z oczywistych społecznych konwenansów.

Tarkowski wiedzie tytułowego bohatera od upokorzenia do upokorzenia nieprzypadkowo, ponieważ w gruncie rzeczy rzedstawia nam historię specyficzną dla rosyjskiej tradycji sakralnej w przebraniu. Stalker to po prostu jurodiwyj – boży głupiec osadzony w wyabstrahowanej z prawosławia formie.

O ile w zachodnioeuropejskiej tradycji religijnej trudniej znaleźć ekwiwalent dla tej odmiany ascezy, bo nam świętość osiągana przez głupca może kojarzyć się co najwyżej z toposem naiwnego prostaczka postępującego słusznie, niezdającego sobie uwagi z trudności pokus, na jakie są narażeni bardziej świadomi, obecnym chociażby w wagnerowskim Parsifalu, o tyle dla ortodoksyjnego chrześcijaństwa była to dosyć wyraźnie określona w tradycji społeczna funkcja, mająca na celu prowokowanie refleksji religijnej oraz w pewnym sensie nabierania dystansu do spraw świeckich, powszednich i racjonalnych – właśnie przez konfrontację z ekscentrycznym jurodiwym, który o nic z rzeczy ważnych dla żyjącego zwykłym życiem typowego człowieka się nie troszczył ani nie zabiegał.

Jak zauważa Ewelina Kmita,

Maska szaleństwa jurodiwego pozwalała mu na robienie więcej niż przeciętny człowiek, gdyż społeczeństwo przymykało oko na dziwactwa obłąkanych. Z tego powodu jurodstwo było niezawodnym sposobem na bunt przeciwko władzy – tylko szaleniec mógł powiedzieć carowi co naprawdę myśli o jego rządach i nie ponieść konsekwencji. Można powiedzieć, że w czasach, gdy Rosją rządzili tyrani tylko jurodiwy był wolnym człowiekiem, który mógł robić co chce, bez podporządkowywania się woli władcy i normom społecznym. Ekscentryczne zachowanie jurodiwego było też swego rodzaju prowokacją, sposobem na zmuszenie ludzi do zastanowienia się nad swoim istnieniem i zachowaniem, co czyniło z jurodiwego swoisty głos sumienia społeczeństwa.

https://histmag.org/Jurodiwy-bozy-szaleniec-17554/

Postać kreowana przez Kajdanowskiego, ignorująca wszelkie zakazy wstępu, przedzierająca się przez kordony wojska do Zony, niewątpliwie wpisuje się w tego rodzaju bunt przeciw władzy, zabezpiecza własną autonomię mimo naporu norm społecznych oraz potencjalnych sankcji, jakie mogą ją spotkać czy nawet spotykają za ich nieprzestrzeganie.

Jurodstwo Stalkera sprawdza się również w warstwie czysto wizualnej filmu:

Bezwzględna asceza jurodiwego wyrażała się też w jego miejscu zamieszkania, którym mógł być szałas lub opuszczony dom. Najczęściej jednak jurodiwy spał pod gołym niebem. Często można było go spotkać przesiadującego na cerkiewnych schodach i oddzielającego święte miejsce od reszty świata.

https://histmag.org/Jurodiwy-bozy-szaleniec-17554/
Asceza w Zonie

Jurodstwo Stalkera zostaje zresztą rozpoznane przez Pisarza w finałowej, konfrontacyjnej scenie:

– Stalkerowi nie wolno wchodzić do Komnaty.

Stalkerowi nie wolno nawet wejœść do Strefy dla własnych celów. Pamiętacie Jeżozwierza?

Ma pan rację, jestem gnidą. Nic dobrego nie zrobiłem i nic
dobrego zrobić nie potrafię. Własnej żonie nie mogłem nic dać. Nie mam żadnych przyjaciół. Nie zabierajcie mi jeszcze tego!

Wszystko mi już zabrali tam, za drutami. Wszystko, co mam, jest tutaj.
Rozumiecie? Tutaj! W Strefie!
Moje szczꜶcie, moja wolnoœść, szacunek do samego siebie, wszystko tutaj!

Przyprowadzam tu takich jak ja, zrozpaczonych i cierpiących. Ludzi, którzy nie mają innej nadziei. A ja mogę im pomóc! Nikt inny im nie pomoże, tylko ja, gnida, mogę!

To mi daje takie szczꜶcie, że aż chcę płakać. I to wszystko. Niczego więcej nie chcę.

– Nie wiem… Może…W każdym razie, przepraszam, ale jesteśœ tylko bożym błaznem. Nie masz pojęcia, o co tu chodzi. Jak myśœlisz, dlaczego
Jeżozwierz się powiesił?

Przy okazji, w tym cytacie możemy dojrzeć kolejnego elementu tradycyjnego doświadczania świata: tabu. Poza wprowadzonym podziałem na sferę świętości (sacrum) i świeckości (profanum) określającym przestrzeń w Strefie i poza nią, pojawia się również kulturowe obostrzenie uniemożliwiające stalkerom samolubnych wypraw do Strefy. Sprawia ono, że w zasadzie mogą oni pełnić jedynie rolę przewodników duchowych osób trzecich, pośredniczących między nimi a świętością, natomiast sam przedmiot kultu jest dla nich obłożony tabu – nie wolno im osobiście wkraczać ze swoimi wiernymi do najświętszego miejsca. Mają ich jedynie do niego doprowadzać. Według bohatera tytułowego, ufnego w owe stalkerskie prawdy wiary i wynikłą z nich etykę, Jeżozwierz – jego mentor, od którego zapewne rozpoczęty został cały kult Zony i pełniący rolę pierwszego kapłanem, popełnił samobójstwo, czyli został ukarany właśnie z powodu złamania tego tabu.

Wyprawa do Zony okazuje się być symboliczną, skrajnie minimalistyczną podróżą do odległych korzeni cywilizacji – w pradawną przednowoczesność, podtrzymywaną jeszcze na skrawku ogrodzonej kordonem wojskowym ziemi wierzeniami nielicznych stalkerów. W Zonie jesteśmy u siebie, ponieważ możemy znowu poczuć się jak w społeczeństwie tradycyjnym, archaicznym, całkowicie ufnym w kulturową sprawczość istniejących granic, zasad, zakazów, animujących je a także zapewniających mu żywotność, ogniskującym się wokół tego co najlepsze – świętości, czasem nieokiełznanej, nieprzewidywalnej, groźnej, czasem dodającej nam sił, nadziei albo pozwalającej określenie nam, kim jesteśmy i czego pragniemy.

Nieświadomie sięgnąć po „Stalkera” w nadziei zaspokojenia apetytu na dzieło klasycznego science fiction, niespodziewanie uzyskując z kompletnego zaskoczenia tego rodzaju odmładzające pierwociny – to zyskać w dwójnasób!

3. Niewierzący pielgrzymi nowoczesności – Pisarz i Naukowiec.

Najciekawiej nawet zawiązana alegoria sakralna, nie byłaby dramaturgicznie interesująca, gdyby nie ostatni, świecki element układanki wprowadzający napięcie i konflikt. W „Stalkerze” ten ciężar spoczywa na figurach Pisarza i Naukowca, reprezentujących elitę intelektualną nowoczesnego społeczeństwa we wcieleniach stereotypowych ludzi dobrze wykształconych: humanisty i ścisłowca. To właśnie w ramach ich wzajemnych interakcji i rozmów prowadzonych zarówno ze sobą jak i ze stalkerem zabierającym ich do Strefy, odkryjemy nie tylko wymowę całego filmu, ale finalnie również diagnozę postawy charakteryzującą ludzi epoki.

Dobór tych figur jest na tyle przemyślany, że ułatwia widzowi identyfikację albo ze stroną kreatywną, zakorzenioną w estetyce, psychologizującą i sprawnie posługującą się językiem, albo z reprezentantem STEM, skupionym na naukach przyrodniczych. Obie, wyposażone w pewien zasób zdobytej wiedzy, zostają wysłane przez Tarkowskiego w dosyć surrealną pielgrzymkę a my mamy okazję przekonać się, ile i co konkretnie z niej wynoszą, co sądzą o enigmie Strefy, w jakim stopniu rozumieją podjętą przez siebie wędrówkę a także poznajemy motywy dla których w ogóle zdecydowali się w nią wyruszyć. Tak czy inaczej, zyskujemy przekrojowe spojrzenie na reprezentantów inteligencji mierzących się poznawczo z tajemnicą oraz suflowanym przez stalkera doświadczeniem religijnym, wynikłym wprost z przejawianej przez niego postawy życiowej.

Reżyser mógłby zapewne uczynić z Pisarza i Naukowca bardziej zindywidualizowane, bliższe życiu postaci albo przynajmniej nadać im jakiekolwiek konkretyzujące personalia, jednakże główną zaletą tak dobranego zabiegu anonimizacji jest jego totalny, wyczerpujący charakter. Dzięki niemu, wiemy, że mamy do czynienia bardziej z figurami reprezentującymi całe ludzkie typy dzielące społeczeństwa na pół, a sam Tarkowski decydując się nań, nie pozostawia nam jakiejkolwiek przestrzeni manewru: nie możemy uznać, że w jakimś najszerszym sensie nie zostaliśmy uwzględnieni w tej uniwersalnej opowieści. Jako ludzie nowoczesności będziemy skłaniać się przynajmniej do części spostrzeżeń czy też racjonalnych konkluzji czynionych przez Pisarza czy Naukowca. Być może jednak ulegniemy medytacyjnemu charakterowi filmu i zastanowimy się, co w naszym wypadku, mogłoby się okazać spełnionym przez Komnatę życzeniem, świadczącym o naszym naczelnym ukrytym pragnieniu kierującym naszym życiem, przyjąwszy postawę opartą na myśleniu magicznym prezentowaną przez najlepiej przystosowanego do działania w Strefie stalkera, uznając jego autorytet i światopogląd.

Film ze swoim niespiesznym tempem narracji, ze snującymi się przez kadry wędrowcami, pozostawi nam mnóstwo czasu do podjęcia gry i będzie sprzyjać prowadzeniu refleksji. W pewnym sensie sprawi, iż będziemy mogli zanurzyć się w niego i potraktować się jako współuczestnika oglądanej wyprawy. Wówczas sami zaczniemy urozmaicać sobie czas tej nietypowej pielgrzymki, zaprzątając głowę myślami o Strefie i tym, co spodziewalibyśmy się odnaleźć w Komnacie albo jak zachowalibyśmy się przy tak rozrysowanej sytuacji w grupie.

Wróćmy jednak do przedstawień dwóch reprezentantów naszych czasów. Co można powiedzieć o nich samych, zawiązanymi relacjach czy stosunku do stalkera?

Pisarza poznajemy pierwszego w kolejności. Dość szybko przyznaje, że podróż zamierza traktować jako doświadczenie mające przywrócić mu utracone natchnienie, stać się inspiracją dla przyszłej twórczości.

– Po co panu Strefa? Jest pan modnym pisarzem. Kobiety pewnie za panem szaleją.

– Straciłem natchnienie, profesorze. Idę o nie prosić.

– Wypisał się pan?

– Co? Tak, w pewnym sensie.

Zapewnia on również podróży podstawową analizę psychologicznych motywów działania różnych postaci. Na przykład, dokonuje interpretacji zachowania Jeżozwierza, mentora stalkera, rzucając również nieco światła na charakter życzeń spełnianych przez Komnatę.

– Jak myœlisz, dlaczego Jeżozwierz się powiesił?

– Przyszedł do Strefy w złej wierze. Z chciwośœci doprowadził do śœmierci brata w Wyżymaczce.

– To wiem. Ale dlaczego się powiesił?
Dlaczego nie wrócił i nie poprosił o wskrzeszenie brata?
Kiedy go naszły wyrzuty sumienia.

– Chciał… sam nie wiem. Powiesił się tydzień późŸniej.

– Bo zdał sobie sprawę, że nie każde życzenie tu się spełnia, a tylko te najskrytsze. Nie to, co wypowiadasz na głos…

Spełnia się tylko to pragnienie, które leży w twojej naturze, w głębi twojej duszy, o którym nic nie wiesz. Ale ono tam jest, kieruje twoim życiem.

Nic nie zrozumiałeœś, Indianinie. To nie chciwośœć sprowadziła tu Jeżozwierza. Czołgał się w tym błocie, błagając o życie brata.

Ale dostał tylko pieniądze i nic innego dostać nie mógł, bo przypadło Jeżozwierzowi co jeżozwierzowe!

A sumienie, żal – to tylko wynalazki. Zrozumiał to i powiesił się.
Nie wejdę do tej twojej Komnaty. Nie chcę unieszcz궜liwiać nikogo swoją niegodziwośœcią. Nawet ciebie. A potem wieszać się, jak Jeżozwierz…

Już prędzej zapiję się na œśmierć w moim domu, w ciszy i spokoju.

A wcześniej zwraca też uwagę na mglistość pojęcia pragnienia:

Wszystko, co wam powiedziałem to kłamstwo. Nie obchodzi mnie natchnienie.

Skąd mam wiedzieć, jak nazwać to, czego chcę?
Skąd mam wiedzieć, czy tak naprawdę nie chcę tego, czego chcę?
Albo, że naprawdę nie chcę tego, czego nie chcę?

To się nam cały czas wymyka: w chwili, kiedy je nazwiemy,
ich znaczenie znika, rozpływa się, rozpuszcza jak meduza na słońcu.

Moja śœwiadomośœć pragnie œświatowego zwycięstwa wegetarianizmu. A podœświadomośœć woła o kawał soczystego mięsa. A czego ja chcę? Panowania nad światem.

Kiedy jeszcze po Naukowcu moglibyśmy się spodziewać sceptycznego oporu wobec religijnej wizji Strefy stalkera, licząc na to, że to Pisarzowi zostanie przypisana rola apologety cudowności, za którą zdawał się opowiadać na początku filmu, deklaratywnie przynajmniej tęskniąc za utraconą epoką wiary, okazuje się on w praktyce jedynie kryć za fasadą.

Gdy bowiem przychodzi do podjęcia ostatecznej decyzji, nie jest on w stanie zawierzyć mocy Strefy, sfinalizować własnej pielgrzymki – obawia się bowiem samego siebie, odkrycia ostatecznej prawdy o sobie. Decyduje się więc na podważenie całego sensu odwiedzania Komnaty, uznając ją za zastawioną na naiwnych pułapkę i mimo wszelkich wysiłków stalkera zmierzających do pokonania jego tremy związanej z wyzwaniem bezpośredniego spotkania z sacrum, odrzuca swoją szansę, jako zbyteczny element ludzkiego doświadczenia.

Naukowiec również do Zony wybiera się z ukrytą motywacją. Na początku możemy zakładać, że interesuje go ona jedynie czysto poznawczo, ze względów zawodowych, jak przystało na badacza. Sam zdaje się również kreować taki obraz swojej osoby, przystając na wizerunek łowcy chwały, nadany mu przez Pisarza.

– Miał przechlapane w instytucie. Nie chcieli dać mu pieniędzy na wyprawę. Więc zapakował plecak pełen termometrów i innego złomu, żeby zbadać Strefę na własną rękę i poddać te wszystkie cuda testom arytmetycznym.

Nikt na śœwiecie nie słyszał jeszcze o Strefie. To będzie prawdziwa sensacja! Telewizja, wiwatujące tłumy, laurowe wieńce. I oto nasz Profesor, cały w bieli i powiada: „Mene, tekel, fares.”
Wszyscy się gapią, wszyscy krzyczą: „Dać mu Nobla!”

– Nie dośœć, że grafoman, to jeszcze niedzielny psychoanalityk. Nadajesz się tylko do pisania po śœcianach w kiblu, gaduło. Kiepskie. Zbyt rozlazłe. Nie wiecie, jak to się robi.

Nieważne. Ja dostanę nagrodę Nobla. A pan?
Chce pan obdarzyć ludzkoœść perłami swojego kupionego natchnienia?

– Mam gdzieœ ludzkoœść. Z całej ludzkoœści obchodzi mnie tylko jeden
człowiek. Ja sam.

W rzeczywistości, wybiera się do niej jako bogobójca, którego dręczy perspektywa nadzwyczajności obecnej w świecie, dostępnej ludziom.

– Proszę państwa, oto przed nami najnowszy wynalazek Profesora!
Przyrząd do badania ludzkiej duszy! Duszometr!

– To tylko bomba.

– Co? Pan chyba żartuje.

– Nie, to bomba. Dwadzieœścia kiloton.

– Po co?

– Skonstruowałem ją z przyjaciółmi. Z moimi byłymi kolegami. To miejsce nigdy nikomu nie przyniesie szczꜶcia. A jeśœli wpadnie w niewłaœściwe ręce… choć nie jestem już taki pewien.

Wtedy doszliœmy do wniosku, że jednak nie powinniœmy niszczyć Strefy. Nawet jeżeœli to cud, to wciąż jednak czꜶć przyrody a zatem, w pewnym sensie – nadzieja.
Schowali tę bombę, a ja ją znalazłem. W starym budynku, w bunkrze czwartym.

Pewnie jest taka zasada: „nigdy nie rób niczego, co nie może zostać cofnięte”.

Ja to wszystko rozumiem, nie jestem jakimœś maniakiem. Ale dopóki ta zaraza jest dostępna dla byle łotra, nie zaznam snu ani spokoju.

A może moja podœwiadomoœść nie pozwoli mi tego zrobić?

– Biedny człowiek, wynalazł sobie problem.

Jeżeli więc Tarkowski przewiduje w swojej opowieści miejsce dla ludzi nauki, to wcale nie określa ich jako ateistów czy też agnostyków, co raczej antyteistów, starających się dla swojego komfortu psychicznego unicestwić bóstwo, a z nim jakąkolwiek podstawę dla irracjonalnych odskoczni od nieodwołalnych rządów rozumu.

Obaj pielgrzymi wybierają się do Strefy nieszczerze. Przybierają różne pozy, ukrywają się za fikcyjnymi motywacjami, deklarują cele jakich nigdy nie zamierzali realizować. Jedynym autentycznie przeżywającym wyprawę człowiekiem, okazuje się być prowadzący ich stalker, którego zresztą Pisarz mierzy swoją miarą, przypuszczając na niego prymitywny, w zasadzie antyklerykalny w swym charakterze atak:

– On chce zniszczyć pańską nadzieję!

– To jedyne, co zostało ludziom na œświecie! To jedyne miejsce,
do którego mogą przyjœść, kiedy stracili już całą nadzieję. Wy samiśœcie tu przyszli! Dlaczego chcecie zniszczyć nadzieję?

– Zamknij się! Przejrzałem cię na wylot! Nie obchodzą cię ludzie! Ty zarabiasz na naszym nieszczꜶciu! I wcale nie chodzi o pieniądze.

Ty się tu dobrze bawisz. Jesteśœ tu jak Bóg Wszechmogący. Ty, dwulicowa gnida, decydujesz kto przeżyje, a kto zginie. On się zastanawia!

Teraz rozumiem, dlaczego stalkerzy nigdy nie wchodzą do Komnaty.
Bo i po co? Upajacie się swoją władzą, tajemnicą i autorytetem! Czego jeszcze można chcieć?

Ponieważ obaj mężczyźni rezygnują z podjętych zamiarów a stalkerowi nie udaje się ostatecznie zachęcić żadnego z nich do odwiedzenia Komnaty i zwieńczyć w ten sposób wyprawy ogólnym konsonansem, Tarkowski decyduje się na jedną z najbardziej znaczących jazd kamery na wózku w historii kina. Aby pielgrzymka zachowała swój sens i ktoś z niej skorzystał, jedynymi przekraczającymi próg świętości w Strefie, mierzącymi się ze swoim ukrytym pragnieniem, okazują się być widzowie filmu, co zostaje uświetnione jeszcze bardziej malowniczym deszczem znikąd i zdobyciem chwilowej uwagi prezentowanych osób dramatu.

Czy więc już się wam spełniło?

4. Podsumowanie kondycji duchowej epoki.

Ibn Arabi w średniowieczu napisał swoją mistyczną Księgę o podróży nocnej do najbardziej szlachetnego miejsca. Tarkowskiemu udało się nakręcić jej filmowy odpowiednik w 1979 roku, co więcej, przy osadzeniu go w dodatku w realiach postapokaliptycznych, wśród scenografii znamionującej bankructwo nowoczesności i tożsamości, jakie jest ona zdolna z siebie rodzić. Oprócz tego, dokonał również innej rzeczy: skutecznie przystosował sztukę – w tym wypadku sztukę filmową – do roli upatrywanej przez Ryszarda Wagnera: odnowicielki duchowości, regenerującej sens doświadczenia religijnego.

Względnie. Z zastrzeżeniem.

„Stalker” może na nas w ten sposób oddziałać, o ile podczas jego projekcji uświadomimy sobie, w jakiego rodzaju spektaklu uczestniczymy. Wyprawa do Komnaty poddaje próbie zatem nie tylko Pisarza i Naukowca, postaci po drugiej, fikcyjnej stronie ekranu. Testuje również i nas – widzów – stawiając przed dokładnie tym samym sprawdzianem.

Jeżeli nie odnajdziemy sensu w tym starannie, po mistrzowsku wyestetyzowanym przez Tarkowskiego doświadczeniu, jeżeli okaże się ono dla nas zupełnie niezrozumiałe, stalkerskie słowa z epilogu filmu, będą również oskarżeniem odnoszącym się do nas:

– Nie masz pojęcia, jaki jestem zmęczony! Bóg jeden wie! Tak zwani intelektualiœści: Pisarz i Naukowiec!

– Nie denerwuj się.

– Oni w nic nie wierzą! Ich narządy wiary zanikły z braku używania. […] Boże, co za ludzie…

– Uspokój się, to nie ich wina. Powinieneśœ ich żałować, a nie się złośœcić.

– Widziałaśœ ich? Mieli puste oczy.
Jedyne, o czym myœślą, to żeby się jak najdrożej sprzedać! Żeby zarobić na każdej emocji! Wiedzą, że zostali „stworzeni dla wyższych celów”, „powołani”! W końcu „żyje się tylko raz”!

Jak tacy ludzie mogą w cokolwiek wierzyć?

[…]
I nikt nie wierzy. Nie tylko ci dwaj. Nikt! Kogo mam tam zabierać?
O Boże…
A najgorsze jest, że nikt tego nie potrzebuje. Nikt nie potrzebuje Komnaty. Cała moja praca na darmo.

– Nie mów tak. Przestań.

– Nikogo więcej tam nie zabiorę.

– Chcesz żebym z tobą poszła? […] Myśœlisz, że nie mam o co prosić?

– Nie… Nie wolno.

– Dlaczego nie?

– Nie, nie. A jeœśli tobie też się nie uda?

Czy słowa stalkera rozżalonego na ludzi nowoczesności, skarżącego się żonie, że całe jego jurodstwo zdało się ostatecznie na nic, utraciło zdolność formacyjną i nie znajduje już żadnego oddźwięku wśród pielgrzymów, brzmiałyby nieaktualnie, dajmy na to, w ustach kapłana powątpiewającego w owoce swych wysiłków duszpasterskich albo zasmuconego brakiem powołań w laicyzującym się społeczeństwie, w którym religijne doświadczenie zostało doszczętnie wyalienowane, okazując się elementem zupełnie niezrozumiałym dla współczesnych?

Ten film jest majstersztykiem. Nie tylko z powodu swoich niezaprzeczalnych jakości technicznych czy realizacyjnych, za jakie zazwyczaj jest i tak zasłużenie chwalony. Znajdziemy w nim mnóstwo pięknych, organicznych kompozycji kadrów i tej charakterystycznej dla Andrieja Tarkowskiego zabawy przesuwającymi się fakturami planów świata przedstawionego, nadającej mu urokliwej gęstości, tajemniczego charakteru odwiecznego uroczyska. Jeśli ktoś potrafił tworzyć niesamowite odpowiedniki ogrodów romantycznych, wznosząc je nawet z gruzu, to właśnie on.

Tutaj przede wszystkim doskonale wyodrębnił główne aspekty sakralnego przeżycia, jednocześnie dokonując ich stylistycznej obfuskacji. Kapłan nie wyglądający na kapłana. Pielgrzymi, nie wyglądający na pielgrzymów. Rytuały nie wyglądające na rytuały. Ziemia święta jako nieużytek na końcu świata. Świątynia jako zrujnowany, obskurny budynek gospodarczy, osadzony gdzieś tam w sowieckiej rzeczywistości. A jednak potrafimy dostrzec znaczenie powołania stalkerskiego i tej opowieści, podjąć grę, przekonać się na własnej skórze, czy posiadamy wrażliwość zdolną do zdekodowania i odtworzenia pierwotnego sensu.

To nie my w Zonie – to nam odebrana Zona

Wszystkie spośród filmów, które kiedykolwiek zdołały odcisnąć na mnie swe piętno, w gruncie rzeczy opowiadają o tym samym, mimo że czynią to na zupełnie odmienne sposoby. Są manifestami nieodżałowanej tęsknoty za światem przed procesem jego odczarowania w przebraniu. Tak było z opowieścią o micie zdolnym do swojego odrodzenia, zwycięskiego przełamania i odwrócenia wszelkich wypracowanych przewag postępującego procesu demitologizacji – z „Gwiezdnymi wojnami”, pokochaną w dzieciństwie. Tak było również ze „Stalkerem”, podejmującym podobną, tyle że zdecydowanie bardziej kameralną i minimalistyczną oraz niestety nieudaną próbę odzyskania utraconego porządku ducha, którego zobaczyłem już jako człowiek dorosły.

Konflikt dramatyczny między nowoczesnością a przednowoczesnością, biurokratycznym chłodem a światem żywej wiary, ślepym posłuszeństwem a świętym buntem przeciw bezcelowej potoczności profanów, między prawem stanowionym a regułą obyczaju uznanej dobrowolnie tradycji, stanowił od zawsze jeden z moich ulubionych.

Kadr pochodzący jak z mojej odległej przeszłości. Jedynie szerokość torów się nie zgadza…

„Zwierciadło” mogło być najbardziej osobistym filmem Tarkowskiego, jednak to właśnie jego „Stalker”, okazał się być skrojony na moją miarę – przywołał dawno zapomniane wspomnienia własnych perypetii z dzieciństwa, w którym odkryłem przecież swoją własną Strefę i usilnie starałem się nią podzielić z resztą świata. Jej centrum, axis mundi, jakiś odpowiednik Komnaty, wyznaczało najstarsze i jednocześnie najbardziej potężne drzewo w dzikim zagajniku graniczącym z opuszczonymi halami poPRLowskich terenów kolejowych, wyłożonych betonowymi płytami, obok którego położony był rodzinny dom dziadków i mojego ojca [52° 5’32.67″N 19°56’25.24″E]. Wokół tego świętego drzewa, w przestrzeni sakralizowanej jedynie bogobojnym, dziecięcym przesądem, również zakazane nam było przemieszczać się najkrótszą drogą do celu, bo mogło to przynieść jakieś straszliwe, niewypowiedziane nieszczęścia. Aby jakoś obłaskawić totemicznego ducha władającego naszym losem, należało z szacunku nadkładać drogi i pokornie je obchodzić, nie odwracając się do niego nigdy plecami.

Kiedy pierwszy raz oglądałem trzech pielgrzymów wysłanych przez Tarkowskiego po torach, za pociągiem a dalej drezyną na spustoszone tereny poprzemysłowe, odzyskiwane od lat przez bujną zieleń przyrody, ten obraz poruszył we mnie jakąś intymną, sentymentalną strunę, przypominając coś niezmiernie znajomego, pochodzącego z czasu kiedy świat przeżywałem (a zarazem oswajałem) niezmiernie bezpośrednio. W chwili, gdy z ust Kajdanowskiego usłyszałem o narzuconych rygorach poruszania się po Zonie, rozkleiłem się, ponieważ zdałem sobie sprawę, że oglądam film o sobie. Rzeczywistość filmu prześwietliła rzeczywistość niemal zatartego wspomnienia, kołaczącego gdzieś na dnie pamięci, topiąc się w jedno.

Mnie też niegdyś przecież było dane stalkerować innym. A tak wyglądała moja Strefa:

Znajdowała się w pobliżu bocznicy kolejowej na łowickich przedmieściach, nieopodal stacji kolejowej. Nieodżałowana utrata zaczarowania świata oraz zdolności przeżywania wiary poruszana jako motyw przewodni filmu, w moim przypadku dodała drugą, osobistą warstwę: związała się również z oczywistą refleksją o niemożności powrotu do dzieciństwa, w którym zarówno wiara, jak również wspomniane zaczarowanie świata były najbardziej żywotne. Być może odzyskanie cywilizacyjnej werwy jest niemożliwe bez zdolności przeżywania swojej duchowej młodości na nowo.

Jeżeli film ostatecznie okazuje się opowiadać bezpośrednio o tobie, nie może być to zły film. „Stalker” nie jest niezły. Jest wybitny.

A fakt, że mogę traktować go jak magiczne zwierciadło do spoglądania we własną przeszłość pozwala mi go dowartościować jeszcze bardziej, stawiając nad wszelkie inne medytacyjne produkcje, które i tak bliżej sedna – przynajmniej w moim przypadku – nie trafią.

Racjonalny irracjonalizm

Jakże niewdzięczną, skazującą na męki włóczenia się okrężnymi drogami po wszelakich manowcach bywa dla myśliciela intuicja. Nic nie dręczy tak jak świadomość znajomości rozwiązania, powiązana z nieświadomością poślednich kroków do niego prowadzających. Bez nich staje się ono hermetyczne i niedostępne nikomu, poza Tobą samym: nikogo bowiem nie przekonasz bez wyjawienia mu swojego toku rozumowania, a niemożliwym jest przekazać coś, do czego samemu nie ma się bezpośredniego dostępu.

Kiedy podejmujesz świadomy wysiłek intelektualny, myślisz celowo. Ucząc się języka, zdobywając pewną partię wiedzy czy robiąc research na jakiś temat, jesteś na ogół w stanie przekazać drugiej osobie know-how. Wiesz co robisz, wiesz jak to robisz, zdajesz sobie sprawę, chociażby orientacyjnie, ile zajmie Ci to czasu, by osiągnąć zamierzony cel. W przypadku intuicji zazwyczaj dostajesz jedynie olśniewającą bottom line, jakiś ostateczny, czasem bardzo daleko idący wniosek, bez wglądu w ścieżkę, jaka do niego doprowadziła.

Jest z tym trochę tak, jak z odnajdywaniem zasypanych w lawinie. Można, oczywiście, wytyczyć przybliżone miejsce, w jakim podejrzewa się ich obecność i warstwa po warstwie przebijać się tam, licząc na ich odnalezienie. To jest odpowiednik celowego, świadomego myślenia. Intuicja natomiast działa inaczej — w najmniej spodziewanym momencie przenosi Cię w miejsce, w jakim znajdują się zagubieni i to bez żadnego aktywnego wkładu z Twojej strony, bez wysiłku, bez ostrzeżenia. Powoduje uczucie euforii, wszakże dotarłeś do nich bez pudła, imponująco, prędzej niż ktokolwiek inny. Odnalazłeś poszukiwanych! Czy to nie najważniejsze? A chwilę później zdajesz sobie sprawę z tego, że chociaż owszem, dotarłeś we właściwe miejsce, nie znasz tak naprawdę przebytej drogi, nie orientujesz się więc wcale, gdzie ono leży. A przecież ostatecznie i tak musisz przebyć drogę powrotną do domu, by powiadomić resztę o swoim odkryciu. Wcale nie znajdujesz się w korzystniejszej sytuacji. Jesteś tak samo skazany na poszukiwania, tyle że innego celu — domu. Najważniejsze to dotrzeć tam jakkolwiek: nadkładając drogi, na czworakach, bez butów — byle tylko nie zapomnieć sedna, kluczowej informacji, swego odkrycia. Nawet jeśli Twoja relacja będzie niezrozumiała, ratownicy nie będą kojarzyć miejsc obok jakich to przechodziłeś albo będziesz jedynie w stanie pokazywać im coś na migi, kompletnie dla nich nieprzystępnie czy niewiarygodnie — nie ma to większego znaczenia: udało Ci się powrócić. Zastanów się teraz, jak inaczej mogłeś wytyczyć swą trasę i skąd przyszedłeś, bo wkrótce, tak samo niespodziewanie, otrzymasz kolejną szansę na przebycie podobnej drogi od zaginionych i wyjaśnienia gdzie leży to miejsce. Przy którejś próbie w końcu będziesz w stanie wyznaczyć nie tylko jakąkolwiek drogę prowadzącą na miejsce zdarzenia, ale wiele różnych dróg. Z wszystkich tych flashbacków złożysz wreszcie w miarę spójny obraz okolicy, uświadomisz sobie też w jaki sposób lepiej i użyteczniej mógłbyś o tym opowiedzieć innym. Ale tak naprawdę nie dowiesz się, kiedy ta chwila nadejdzie. A póki nie nastąpi, nie będzie Ci dane osiągnięcie stanu wewnętrznego spokoju i ciągle będziesz starać się znaleźć sposób na zrzucenie z siebie tego ciężaru.

Oczywiście większość ludzi wcale nie pomoże Ci w tych wysiłkach. Wręcz przeciwnie — możesz spodziewać się z ich strony rzucania kolejnych kłód pod nogi. I częstokroć nie będziesz się temu wcale dziwić. Trudno o zaufanie wobec procesów, w jakie nie mamy wglądu. Do ich źródeł, do jakich nie uzyskamy bezpośredniego dostępu. Do pewności wnioskowań przeprowadzanych nieprzytomnie, w granicach snu i jawy. Tym trudniej o to zaufanie dziś, w czasach zdominowanych metodą empiryczną, zakładającą pełną otwartość wspólnoty badaczy, powtarzalność ich eksperymentów, możliwość wglądu w metodę osiągania zamierzonych rezultatów. To wszystko składa się na swego rodzaju uniwersalność. Błyski intuicji są niepowtarzalne. Nie dość, że przytrafiają się pojedynczym osobom, to jeszcze nie mogą być przez nie świadomie przywoływane w celu lepszego zrozumienia ich treści. Procesu intuicyjnego wnioskowania nie można świadomie sprowokować, bo nie da się zaplanować pojawienia się odpowiednich skojarzeń, analogii czy bliskoznaczności wobec tego, co nie do końca uświadomione, nazwane i sklasyfikowane. Po prostu odpuszczacie, zajmujecie się czymś innym i rozwiązanie samo się znajduje. Jedyne co można zrobić świadomie pod tym kątem, to zatroszczyć się o środowisko nasycone bogactwem bodźców i powiązań między nimi, bo to daje wyższe szanse trafienia odpowiedniej, położniczej paraleli.

Intuicji, wbrew opiniom głoszonym przez część jej (historycznych?) użytkowników (na przykład zwolenników iluminacji), nie musimy wiązać z irracjonalnością, doszukując się jakichś jej transcendentnych źródeł. Możemy ją wyprowadzić równie dobrze z podświadomości. Charakterystyczne olśnienie w postaci uzyskania gotowej, długo oczekiwanej odpowiedzi na dręczący problem jest niczym innym, jak czubkiem góry lodowej, której reszta ukryta jest przed nami pod wodą. Na tę ukrytą część składa się cały proces intelektualny prowadzący do tejże odpowiedzi, z którego nie zdajemy sobie sprawy, ale on tam jest i się dokonuje. To nie tak, jak z początku mogłoby się wydawać; nie jest to żadna droga na skróty — magiczna teleportacja i nagłe przeniesienie w pobliże uwięzionych w lawinie, trzymając się naszego porównania, a raczej lunatykowanie tam ze swego miejsca zamieszkania i przebudzenie w chwili dotarcia. Wrażenie nagłego znalezienia się w odległym miejscu pozostaje w obu przypadkach podobne.

W paru miejscach zaznaczyłem, iż mam w zwyczaju wracać do swoich tekstów. Ze wstydem przyznam: nie czynię tego wcale, by następnie pracować nad stylem, przystępnością dla Czytelników (przynajmniej nie wprost) czy ogólnie pojmowanym doskonaleniem swojego warsztatu. Nie. Dla mnie one stanowią przede wszystkim próbki do przepuszczenia przez inżynierię wsteczną. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że w sporej mierze opieram się na materiale, opracowywanym poprzez takie właśnie „lunatykowanie”, staram się później odtworzyć przebytą drogę, która i dla mnie jest przecież zagadką, całkowicie już na jawie i w pełni świadomie, uzupełniając luki. Na początku jest ich przytłaczająca większość. Niezmiernie przydatne jest zapamiętanie tego, co naprowadziło nas na jakiś pomysł. Dzięki analizie jakości tego przedmiotu, dotrzemy pośrednio i do jakości tego z czym go powiązaliśmy skojarzeniem — a to niesamowicie ułatwia odtworzenie pierwszego kroku wstecz i jest wstępem do podglądnięcia fragmentu zanurzonej części góry lodowej, na razie tylko tego najbliższego lustra wody. Stałe doszukiwanie się inspiracji i źródeł zewnętrznych wpływów jest niezbędne przy podejmowaniu prób prześledzenia i wyodrębnienia potencjalnych przedmiotów czy związków między nimi, stanowiących odpowiedniki dla tych paralelnych, nieuświadomionych, co pozwoliłoby na utworzenie z nich rekonstrukcji możliwych ścieżek prowadzących do wniosku, z taką oczywistością i siłą wypływającego na powierzchnię świadomości w formie pierwotnego olśnienia.

Mimo trudnej do przełamania hermetyczności, to chyba najbardziej niezawodna metoda rozstrzygania, chociaż w kwestiach poznawczych, jak każda inna, obarczona pewnym ryzykiem nadużycia. Jakiego? Cóż, korzystając z niej, najprawdopodobniej nie otrzymacie fałszywych wniosków per se, to znaczy formalnie będą w porządku, ale jeśli przepuścicie przez nią jakieś pojęcia nie mające desygnatów w naszym świecie, tak czy owak dostaniecie swoją odpowiedź — tyle, że będziecie musieli wtedy pamiętać, iż nie dotyczącą już naszego świata. Należy zatem uważać z czym się pracuje. Tutaj pojawia się problem: skoro to nieświadomy proces, skąd możemy wiedzieć, co do niego zaprzęgamy? Absolutnej pewności, oczywiście, nigdy mieć nie będziemy, ale przy zachowaniu odpowiedniej higieny umysłowej; wychodzeniu od przemyślanych i sensownych problemów do rozwiązania, ryzyko maleje.

Kiedyś w »Zakątku« pojawił się wątek hipotezy istnienia języka mentalskiego (a tutaj rozszerzenie w postaci całego wykładu), którą to niewątpliwie uznaję za bardzo ciekawe potraktowanie tematu intuicji. Jeśli w istocie język naturalny jest jedynie nakładką wytworzoną do celów komunikacji interpersonalnej na strukturze wobec niego pierwotniejszej, intuicja byłaby niczym innym, jak zdolnością bezpośredniego sięgania do tejże struktury i pracy na niej. Jeżeli faktycznie całość tego mechanizmu jest taką biologiczną maszyną Turinga, jesteśmy wyposażeni w naprawdę potężny, wewnętrzny komputer. Czy racjonalnie zatem jest ignorować jego, rzekomo irracjonalne, podpowiedzi? Lżyć tych, którzy potrafią zaprząc go do pracy? Być może istnienie sawantów, potrafiących dokonywać skomplikowanych obliczeń matematycznych, świadczy na korzyść tej tezy i są to osoby ze stałym, bezpośrednim dostępem do tej maszyny, w bardzo ograniczonym stopniu cokolwiek na nią nadbudowujących — w tym sensie są intuicjonistami par excellence.

Ze swojej strony, mogę Was tylko zachęcić do pracy z tą częścią samych siebie. Ostatecznie zawsze macie wybór czy wygenerowaną odpowiedź potraktować serio i postarać się ją dalej oszlifować, opracowując, czy też nie. Czasem bywa to straszliwą orką na ugorze, ale jednak lepiej gdy znikąd coś tam się pojawia, co można wypróbować, niż gdyby tego w ogóle nie było. A skąd w ogóle ten temat? Powód jest prozaiczny: ostatnio właśnie przechodziłem okres takiej położniczej udręki, ale na szczęście byłem w stanie prześledzić przynajmniej część potencjalnej ścieżki przebytej uprzednio po omacku, a w pewnym momencie pomogłem sobie kolejnymi błyskami (na temat poprzednich błysków), zapamiętując co w nich było najważniejsze. Częstotliwość, powtarzalność i przede wszystkim utrzymanie i wydobycie ich treści, prowadzące do sukcesu, były na tyle długie i intensywne, że zdążyłem poddać je introspekcyjnemu oglądowi. Uznałem więc, że i temu zjawisku poświęcę tekst, ot choćby w ramach takiego hołdu zadziwieniem. Dzięki niemu w zasadzie rozwiązałem problem, który męczył mnie od dawna. Znacząco uprościłem i wyklarowałem sobie jedną z najbardziej istotnych dla siebie spraw — tę dotyczącą wolności. Chyba wreszcie znalazłem metodę na opowiedzenie o niej tak, byście w końcu zrozumieli; krok po kroku, od podstaw, stopień po stopniu, bez intuicyjnego jumping to conclusions, bez wprowadzania mglistych terminów i kolejnych metafor. Odkopałem w końcu tę najłatwiejszą do zapamiętania drogę do zasypanych. I to jakże znamienitych…

Klucz do rozwiązania leżał w Spinozie. Jak to dobrze, że o nim wspomniałem. Wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale o wolności to już następnym razem.

Wersja offline – PDF

Niewidzialny chłopiec do bicia

[człowiek] myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu którego wcale nie zamierzał osiągnąć.

Adam Smith, „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”

Pozwoliłem sobie rozpocząć od powyższego cytatu, by w ramach wstępu nawiązać do czasów, w jakich traktaty ekonomiczne stawały paralelą do greckiej tragedii. Takiego Edypa też przecież zgubiła jakaś niewidzialna ręka, co pokierowała nim tak, że nie tylko zdążał, ale i osiągnął cel, którego wcale nie zamierzał osiągnąć, a wręcz przeciwnie — ze wszystkich sił starał się go uniknąć. Kto wie, może odpowiedzialna za to była ta sama kończyna? Fatum czy wolny rynek — jak zwał, tak zwał. Gdy zdarza mi się czytać lewicową krytykę kapitalizmu, uzyskuję wrażenie obcowania z kolejną formą mitologii. Z jednej strony mamy w niej bowiem Bogu ducha winnych ludzi, starających się żyć w pokoju, harmonii i dobrobycie ze swymi bliźnimi, z drugiej natomiast, uwikłani w kapitalizm, determinowani są oni do wyrządzania wszystkim krzywdy, wzajemnego deptania swojej godności, rozpętywania między sobą przemocy. Można niemal rzec, że kapitalizm w świetle tej narracji zdaje się psuć ludzi, szlifować ich do najgorszych z możliwych wzorców, eksponując wszelkie ich wady. Tak przynajmniej wypada sądzić pośród zadeklarowanych antykapitalistów.

Otwarcie mówiąc, takie postawienie sprawy zawsze wydawało mi się bzdurne. Z przynajmniej paru powodów:

  1. Stawiam wyraźną linię demarkacyjną między -izmolandią, zamieszkiwaną przez wszelakie -izmy, a światem wrażeń zmysłowych, przez co sądzę, że nie jest możliwe spotkać się w nim bezpośrednio z jakąkolwiek ideą, a jedynie z czyimiś próbami urzeczywistnienia jej treści — w związku z czym mało sensownie jest oskarżać i dąsać się na idee, o zachowania jakich, w ostateczności, dopuszczają się i tak ludzie. Idee jako bezwolne w żadnym stopniu nie mogą być czynnikiem sprawczym czegokolwiek, takimi mogą być wyłącznie podmioty zdolne do ich rozumienia. (Jeśli interesuje was zagadnienie tego rozróżnienia, zajrzyjcie do komentarzy u smootnego.) Jeśli więc mówimy, że ktoś coś robi „pod wpływem jakiejś idei” albo „jest owładnięty jakąś ideą”, musimy zdawać sobie sprawę, iż posługujemy się metaforą, której jak to jest z metaforami, nie należy rozumieć dosłownie. Aby wyjaśnić z jakich powodów ludzie uznają taką ideę za atrakcyjną, należy potraktować ją jako narzędzie o pewnym potencjale. Jeżeli ten potencjał wydaje się komuś za wystarczający do zaspokojenia jakiejś jego potrzeby, uznaje ideę za wartościową i z niej korzysta, co czasem wygląda tak, jakby się jej poddawał. Motywów używania narzędzi należy szukać w użytkownikach; w ich budowie, wynikłych z niej potrzebach, a nie w samych narzędziach — chyba, że chcemy wyrobić sobie wrażenie życia w (bardziej) magicznym świecie.

  1. Często zdarza się, że mylnie identyfikujemy, która z nich jest w rzeczywistości implementowana, jako że nie jest to czynione w warunkach laboratoryjnych. W dodatku ludzie starają się urzeczywistniać wiele idei, często ze sobą sprzecznych i dających nieprzewidziane wyniki przy ich zderzeniu. W innych przypadkach za błędną identyfikacją stoi zwykła zła wola i nieuczciwość intelektualna.

  1. Jeśli już chcemy wykazać wpływ i efekt implementacji danej idei, powinniśmy liczyć się przede wszystkim z jej treścią, a nie tej treści czyjąś interpretacją czy takąż diagnozą efektów jej implementacji. Te bowiem stanowią już osobne przedmioty, które także mogą oddziaływać (bądź raczej »być oddziaływane« przez kogoś), ale nie są one przecież tożsame z pierwotną ideą, o jaką nam chodziło początkowo. Tymczasem często krytyka dotyczy właśnie tych pochodnych.

  2. Przy analizie efektów implementacji danej idei powinniśmy znaleźć jakiś sposób odróżniania tego, co pochodzi niewątpliwie i bezpośrednio od niej, od tego co ma inne źródła. W jakimś stopniu można tego dokonać przez logiczną analizę a priori. Pomaga ona odróżniać całe spektrum zachowań, począwszy od tych koniecznych, immanentnie związanych z treścią danej idei, które muszą wystąpić — po akcydensy, które siłą rzeczy będą mieć inne źródła. Oczywiście, możemy krytykować samą implementację danej idei, w okolicznościach w jakich istnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś niepożądanych akcydensów. Tymczasem, bardzo często krytyka nie bierze pod uwagę, ani skali występowania tychże, ani nie rozpoznaje ich źródeł, jedynym swoim punktem zaczepienia czyniąc ich współwystępowanie.

  3. Geneza każdej krytyki leży w oczekiwaniach krytykującego. Należy opracować ich pozytywny model i zastanowić się, czy jakakolwiek inna idea jest w stanie im sprostać. Jeśli nie, taka krytyka jest niekonstruktywna. Jeżeli natomiast istnieje, należy zastanowić się, czy nie nosi w sobie jakichś poważniejszych skaz, dyskwalifikujących jej w innym miejscu.

W bieżącej notce zajmę się właśnie kwestiami tego rodzaju, przy okazji pokazując, dlaczego idee kapitalizmu i wolnego rynku stanowią tak wdzięczny obiekt ataków. Nie będę ukrywał; długo rezonował we mnie komentarz Jasia Skoczowskiego z anegdotą o sprzedaży telefonu komórkowego osobie po wylewie. To niechybny znak, że najwidoczniej nie odpowiedziałem tak jasno i bez pozostawienia cienia wątpliwości, jakbym sobie tego życzył. Nic straconego. Tym bardziej, że ta anegdota znakomicie nadaje się do zilustrowania problemu krytyki kapitalizmu i refleksji nad tym, na ile ona może być uzasadniona, a na ile ukierunkowana nań jest niesłusznie i powinna znaleźć innego adresata. Zatem do rzeczy.

Przede wszystkim, powinniśmy wyraźnie określić „podejrzanych”, odróżniając jednego od drugiego, by potem móc prześledzić jak rozkłada się na nich odpowiedzialność. Wprowadźmy ich więc.

Poza tym: empatia nie rozwiązuje wszystkich problemów, które wskaże Ci w wolnym rynku człowiek przywiązany do swojej i cudzej wolności zarazem. Na wolnym rynku, tym kapitalistycznym, jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się. Tracą wiec wolność za nieposłuszeństwo. To jest jasna oznaka braku wolności i to jest podstawowe źródło krytyki wolnego rynku, które pominąłeś.

Wolny rynek, ten kapitalistyczny. Hmm. Narzuca się od razu pierwsze pytanie — czy jest ich więcej, skoro trzeba jakiś wyróżniać? Czym w zasadzie różni się wolny rynek i kapitalizm? Jakie są zależności między nimi? Żeby nie narażać się na zarzuty Strony, o posługiwaniu się definicjami, które uznaje jedna osoba, sięgnijmy po taką do Wikipedii:

Wolny rynek – rodzaj rynku, na którym wymiana dóbr dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi, a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie. Na wolnym rynku kupujący i sprzedający nie podlegają żadnym ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (np. władzy publicznej), a warunki transakcji – w szczególności cena – zależą jedynie od ich obopólnej zgody. Przeciwieństwem wolnego rynku jest rynek regulowany.

OK, coś już wiemy. Wymiana dóbr, dobrowolność transakcji, dobrowolność ustalania cen, nie podleganie ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (podmiotom, nie czynnikom: stąd wolnorynkowcy nie muszą przejmować się tzw. „przymusem ekonomicznym”). Zgadza się. A kapitalizm? Cóż, o ile w przypadku wolnego rynku Wiki dała radę, o tyle w przypadku kapitalizmu jej definicja jest bełkotliwa i do niczego nam się nie przyda. To by było na tyle, gdy idzie o definicyjny konformizm. Sami sobie coś sklecimy. Skorzystajmy z opisu wrzuconego przez Jasia:

jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się.

Ponieważ ten opis pasuje równie dobrze do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który wolnorynkowy nie był, musimy zrobić z tego coś bardziej sensownego. „Rozkazy” to po prostu polecenia pracodawcy, bądź osoby przez niego uprawnionej do wydawania takowych, komuś kto uprzednio zdecydował się je w zamian za zapłatę wykonywać, rezygnując z dalszej kontroli nad owocami swojej pracy i możliwości czerpania z nich zysków. Kapitalizm zatem oznacza pewną formę stosunków pracy.

Teraz, gdy już wiemy, czym jest jedno i drugie, możemy określić ich zakresy i wzajemne relacje. No i powiedzieć czym jest ten kapitalistyczny wolny rynek. Sam wolny rynek jest pojęciem zdecydowanie szerszym i zawierającym w sobie kapitalizm — ten drugi nie może być sprzeczny z założeniami pierwszego (dobrowolność transakcji, brak podlegania przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych, etc.). Stąd kapitalizm musi być wolnorynkowy, ale wolny rynek wcale nie musi być kapitalistyczny, jako że możemy wyobrazić sobie, że pracownicy na nim wcale nie rezygnują z prawa kontroli nad wyprodukowanym przez siebie towarem albo są wiązani z firmą stając się jej akcjonariuszami czy współwłaścicielami, w każdym razie z pewnością nie kimś, kogo można określić mianem najmity. Kapitalizm jest więc niczym innym, jak jednym z możliwych modeli dobrowolnych zachowań między jednostkami, w którym predefiniowana jest relacja między stronami, utowarowiająca samą pracę, określająca strony pracodawcy, pracobiorcy i ich wymiany, w której pracownik nie rości sobie żadnych dalszych praw wobec swojego wkładu. I tyle.

Cała reszta, taka jak style zarządzania (na jakie składa się przykładowo to, ile szef pozostawia autonomii w rozwiązywaniu określonych problemów swoim pracownikom), środki dyscyplinujące, strategia, wybrane cele i motywacje prowadzenia biznesu to zmienne, owszem kompatybilne i możliwe do naniesienia na zbiory kapitalizmu i wolnego rynku, ale w swojej mnogości niekonieczne i zależne od realizacji idei innych niż sam kapitalizm czy wolny rynek. Przykładem mogą być kary cielesne. W teorii nie ma problemu, by strony dobrowolnie zawarły umowę, zgodnie z którą za odstępstwa od jej warunków groziłoby im 10 batów na gołe plecy albo parę pociągnięć linijką po rękach zamiast cięcia pensji, pomijania przy premiach czy dyscyplinarnych zwolnień, w praktyce dzisiaj takich rozwiązań się nie stosuje, (i to nie tylko z powodów instytucjonalnych, takich jak kodeksy-szmeksy pracy: na czarnym rynku też ludzie się nie okładają czym popadnie) bądź stanowią margines i poza kontaktami z jakimiś mafiami takich raczej nie uświadczymy. Nie stosuje się ich raczej z powodu samego kulturowego otoczenia, realizowania jakichś idei humanitarnych, w świetle których uznaje się stosowanie kar cielesnych za niedopuszczalne. Ponieważ tak pojęty humanitaryzm jest dzisiaj rozpowszechniony w naszym kręgu cywilizacyjnym, przenosi się w postaci oczekiwań jednostek i sprawia, że nie są skłonne akceptować takich działań, które godziłyby w jego treść. No i to właśnie sprawia, że ludzie nie są dziś skłonni podpisywać umów, z jakich wynikałoby traktowanie pejczem innych osób. Sam kształt jaki uzyskuje realizacja kapitalistycznego wolnego rynku zależny jest przede wszystkim od wypadkowej oczekiwań, mniemań na temat skuteczności jakichś działań, wybranych celów, które z kolei sa zależne od innych czynników. Nie stanowi jednak przecież sama źródła dla tegoż, co najwyżej jest katalizatorem. Nie od niej zależy, co ludzie będą skłonni dobrowolnie robić. A od czego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, możemy skorzystać z tego, co zarysowałem w poprzednim wpisie, antropicznej teorii form. Wedle niej rzeczywistość za oknem stanowi zbiorowy autoportret istot w niej uczestniczących; tego w co wierzą, czemu ufają i temu jak się do siebie wzajemnie odnoszą, bo to wszystko składa się na ich decyzje, także biznesowe. Sama idea wolnego rynku (czy kapitalizmu) jest czymś zakresowo bardzo szerokim, co może wchodzić w reakcje i wiązać ze sobą, inkorporować, niemal wszystko. Żeby zstąpić do źródeł, skorzystajmy z mojego niedawnego zainteresowania pochodnymi typologii jungowskiej. Przypomnę, według nich ludzi możemy podzielić ze względu na stopień występowania kilku funkcji poznawczych, ukierunkowanych do wewnątrz bądź na zewnątrz. Funkcje te, stanowią coś w rodzaju klisz czy soczewek, powodujących, między innymi to, że ludzie są skłonni oceniać czy wartościować różnie te same rzeczy – pociągają też w konsekwencji różne sposoby bycia. W tym także i pracy.

W polskojęzycznym internecie nie znajdziemy wielu stron poświęconych, ani stricte analitycznej psychologii Junga, ani wskaźnikowi psychologicznemu Myers-Briggs czy bazującemu na niej KTS) — trochę lepiej jest z najmłodszą spośród nich socjoniką. Generalnie jednak na tym bezrybiu samotnym blaskiem majaczy blog Beaty Stefańskiej, »Potencjał osobowości«. Przybytek ten jest o tyle interesujący, że zaprzęga MBTI głównie pod kątem pracy, spraw zawodowych i tym podobnych. Co prawda, autorka okazjonalnie pisze coś o związkach, generalnie jednak skupia się na biznesie. Na stronach »Potencjału…« znajdziecie więc charakterystykę z mocnymi i słabymi stronami każdego z typów oraz noty inspirowane sytuacjami z codziennej praktyki, polegającej, jak mniemam, na uświadamianiu pracodawcom, że ludzie których zatrudniają, odpowiednio się od siebie (i od nich samych) różnią, zatem należy brać na to poprawkę w sposobie komunikacji, przypisywania im odpowiednich dla nich obowiązków czy przypisaniu im roli, jaką będą pełnić w zespole. Chociaż większość tych wpisów mogłaby być poprowadzona dogłębniej, trafiają się też prawdziwe perełki, takie jak nota „Cele, cele, cele…”. Jest ona o tyle cenna, że z łatwością pozwoli nam na wyjaśnienie, dlaczego często bywa jak bywa.

Pani Stefańska dokonała trochę innego podziału temperamentów na: ST, SF, NT, NF (innego w stosunku do „klasycznego” na: SJ, SP, NT, NF), najprawdopodobniej z tej przyczyny, że poprowadzony w ten sposób dawał jej większe pole manewru do stworzenia ciekawych opisów, lepszego zaznaczenia różnic w rozumieniu i dążeniu do celów. Jeśli zapoznacie się z charakterystyką grupy typów ST, zwróćcie uwagę na następujący ustęp:

Częściej w tej grupie pojawia się myślenie o tym, by czegoś uniknąć, zatrzymać, obronić status quo – niż zdobyć czy stworzyć coś nowego (nową jakość, innowacyjne czy systemowe rozwiązanie, itp.). Ponieważ cele i wyzwania same w sobie są ogromnie ważne i priorytetowe, a możliwość sprawdzenia się jest czynnikiem motywującym – to osoby o tym profilu mogą znacznie częściej wchodzić w rywalizację i za wszelką cenę dążyć do realizacji celów (nawet kosztem innych).

Uzyskujemy obraz ludzi, generalnie rzecz biorąc, znakomicie radzących sobie z wyzwaniami codzienności, zdolnymi świetnie radzić sobie z rutyną, w dość znacznym stopniu zachowawczymi, ale co gorsza – w swej zachowawczości wręcz krótkowzrocznymi i skłonnymi do postrzegania rzeczywistości w formie gry o sumie zerowej, w której ktoś musi przegrać i jak się domyślamy, nie zamierzają to być oni. Oczywiście tę skłonność przenoszą także na sferę gospodarczą: przede wszystkim, jak się domyślacie, objawiać się to może w postaci, przykładowo, „bycia cwanym” i obarczania wszelkimi możliwymi kosztami transakcyjnymi drugą stronę. To bowiem jest częścią „stawki” w ichniej „grze” i generalnie wygrywa ten, kto nie da przerzucić na siebie tego, co można uznać w niej za ciężar. Niezaznajomionym bądź niewystarczająco biegłym w tej rywalizacji, w najbardziej niewyrafinowanej jej odmianie (i przy zachowaniu polskiej terminologii), przypada rola „frajera”, którego się „goli”, bo jest łatwym celem (takiego zresztą trudno nazywać przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia).

Inaczej rzecz ujmując, reprezentantom typów xSTx zdarza się częściej postrzegać świat z punktu widzenia oblężonej twierdzy, jakiej przychodzi im bronić, stosują więc bardzo wyraźnie zaznaczony, antagonistyczny podział na swoich i obcych. Interes i dobro obcych, z którymi się nie identyfikują, nie stanowi ich zmartwienia i częściej niż ludzie o innych profilach będą dążyli do eksternalizacji kosztów. Mają naturalną inklinację do zachowań, przez jakie musimy później stosować regułę caveat emptor.

Jeśli natomiast zapoznacie się ze specyfiką ludzi o temperamencie NF (do grona których zaliczamy się obaj z Jasiem), w szczególności zaś z tym fragmentem:

Osoby NF– myślą o celach w kategoriach tworzenia, inspiracji, znaczenia na przyszłość (perspektywa długoterminowa). Ważne – by realizacja celów była ekologiczna dla nich i ich otoczenia.

zauważycie skłonność zgoła przeciwną. To, co autorka »Potencjału osobowości« ujęła w jednym przymiotniku, możemy rozwinąć i skonfrontować z charakterystyką omawianych wcześniej ST. Potrzeba „ekologiczności” realizacji celów wynika z wyższej emocjonalności/wrażliwości (F) i patrzenia z szerszej perspektywy (N).Za syntezą obu tych rzeczy idzie więc raczej inkluzywne nastawienie w stosunku do innych ludzi i brak wyraźnego podziału na swoich i obcych – obcy wszakże cierpią tak samo jak swoi, a przynajmniej NF odczuwają to jednako. Stąd też wyraźnie ograniczoną mają drogę przerzucania obciążeń, przemilczania czegoś, co ktoś mógłby uznać za niekorzystne dla siebie, praktykowania wszelkiej „picówy”, traktowania drugiej strony jak przeciwnika, którego można mniej lub bardziej wprowadzić w błąd, bo ostatecznie i tak okupią tego rodzaju nieuczciwości w postaci dużo bardziej dla siebie dokuczliwej: wyrzutów sumienia. NF postępują więc odwrotnie niż ST– są skłonni koszta internalizować, ciężary brać na siebie. Dlatego też preferują rozpoznawanie potrzeb nieprzygotowanych do zakupów, niźli wykorzystywanie ich niewiedzy, częstokroć starając się usługi świadczyć „na miarę” klienta. (Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć.)

Co usiłuję Wam pokazać, rozpisując część aspektów tych dwu wydzielonych temperamentów? Prostą zależność: kapitalizm będzie wyglądał tak, jak wyglądamy my,bo nie jest niczym wobec nas zewnętrznym, narzuconym z kosmosu – kapitalizm jest w nas i nasz kształt definiuje jego kształt. Inawet gdybyśmy chcieli utworzyć jakąś generalizację tego, co jest celem działania kapitalistycznej firmy, w postaci twierdzenia, że maksymalizowania zysków, musimy i tak brać poprawkę na to, co kto za takie uznaje. Inaczej będzie działała firma kierowana przez kogoś o temperamencie ST, inaczej NT, inaczej NF czy SF. Możemy się spodziewać, że każda z tych grup będzie troszkę coś innego uznawała za korzyść i stratę, a co za tym idzie, będzie pierwotną przyczynądla powstania odmiennych, charakterystycznych dla siebie metod zarządzania, utrzymywania dyscypliny czy całych etosów opartych na bliskich sobie wartościach, stanowiących pochodne ich charakterów, które mogą istnieć samodzielnie już niezależnie od nich samych i być zapośredniczane, przejmowane w całości czy części przez innych ludzi.

Jeśli więc zastanawia Was, dlaczego żyjemy w świecie umów–pułapek z gwiazdkami, haczykami i drobnym druczkiem, dlaczego Grabaż żyje w kraju, w którym wszyscy chcą go zrobić w ch*** (za jego kasę…), odpowiedź nie tkwi w kapitalistycznym wolnym rynku, bo z jego definicji nie wyprowadzicie konieczności wzajemnego wprowadzania się w błąd, a w skłonnościach jego uczestników i ich liczebności. A ta wedle szacunków przedstawia się mniej więcej tak:

ST – 37,5%   SF – 36%   NT – 12,5%   NF –14%

Skoro najliczniejszą grupę w ludzkiej populacji stanowią osobniki ze skłonnościami do ostrej rywalizacji i dążenia po trupach do celu, nie ma niczego dziwnego w tym, że to ich pochodne będą wyznaczać zręby kultury (także) biznesowej, dominujące w niej normy, wynikłe z ich punktu widzenia, nim nasączone i jemu podporządkowane – ogólnie rzecz biorąc, że będą oni układać świat na swój obraz i podobieństwo. Gdyby te proporcje uległy zmianie, odwróciły się, praktyczna egzemplifikacja kapitalizmu także uległaby jakościowej zmianie, bo w jego ramach realizowane byłyby inne, bądź inaczej postrzegane cele.

Ale żeby dojść do takiego wniosku, trzeba umieć odróżnić to, co konieczne, od tego co możliwe. To co na stałe przypisane do czegoś i z niego bezpośrednio wynikające, od tego co zmienne. Podstawową wadą większości krytyki kapitalizmu jest tego nieumiejętność bądź niechęć wobec tego. Co, zresztą, jest zrozumiałe, zważywszy na jej zazwyczaj marksistowskie pochodzenie oraz wynikły z niego, ograniczający i pozbawiający szerszego kontekstu historycyzm. Aby dobrze zanalizować daną ideę i dalej, jej realizacje, trzeba zbadać ją w każdym zakresie – nie tylko tego co i jak było, ale także jak mogłoby być, zatem przede wszystkim, co w jej ramach jest logicznie możliwe, a co nie. Tylko w ten sposób można bowiem zbudować pełny obraz tego, za co ona może odpowiadać, a za co już nie, tworząc sobie punkt wyjścia do badania innych przedmiotów.

Stąd i krytyka jaką wyprowadza Jaś:

Kompletnie nie są. Wystarczy, że wmanipulują człowieka odpowiednio w sytuacje, a do tego czyjeś potrzeby mogą mieć w dupie. A czasem nawet muszą, bo nie mogą zwyczajnie powiedzieć; “moim zdaniem, na ile pana rozumiem, to nie mam nic panu do zaoferowania”. Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

[…]

Dopóki nie płaci się ludziom za to, że będą odradzali kupno towaru, bredzisz, bo to jest zakaz podstawowej czynności wyrażającej troskę. Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć. Ja wiedziałem, że tak kobieta mogła nie chcieć tego telefonu i nawet nie powiedziałem jej, że może być trudny w obsłudze.

jest chybiona: nie dotyczy nawet samego wolnego rynku, czy kapitalizmu, a jedynie jakichś jednostek (uściśliliśmy zresztą jakich), które żyją dzisiaj, coś robią i mają takie preferencje, a nie inne. Dlaczego? Dlatego, że brak praktyki niepłacenia sprzedawcom za odradzanie kupna towaru, który nie jest najlepiej dostosowany do potrzeb danego klienta, nie wynika z istoty tego, czym jest wolny rynek/kapitalizm. W teorii możemy sobie podstawić taką postulowaną przez Jasia praktykę i jeśli nie będzie ona kolidowała z dobrowolnością umów, wymiany handlowej, dobrowolnością ustalania cen i tym podobnych konstytuujących to, czym jest wolny rynek, jakie wyszczególniliśmy na początku (a nie będzie kolidowała), będzie zawierała się w zbiorze dozwolonych działań wolnorynkowych. Tak samo zresztą jak praktyka przeciwna, czyli ta, z którą spotkał się Jaś. A skoro tak, to należy zastanowić się nad preferencjami ludzi, wybierających spośród wszystkich praktyk akurat tę, co nie przypada do gustu wspomnianemu a także nad preferencjami innych, którzy godzą się na nią dobrowolnie, czyniąc ją wolnorynkową (zamiast jak w przypadku kar cielesnych, odmawiać). Ja za wystarczającą odpowiedź uznaję właśnie wewnętrzną budowę ludzi, z której wynikają opisane trendy i dalej ich odpowiednio proporcjonalne nawarstwienie powodowane takimi różnicami w częstotliwości występowania w populacji.

No dobrze – możecie powiedzieć – ale czy nie jest tak, że zakładając, iż ludzkość przez całe dzieje mniej-więcej jest złożona z tak samo skomponowanej mieszaniny charakterów, jesteśmy skazani na taki, a nie inny obraz wolnego rynku czy kapitalizmu i zachowania na nim panujące? Czy więc Jaś nie ma racji, gdy idzie o charakter pracy najemnej i podporządkowanie ludziom, którzy w większości przypadków nie poprą jego sposobu działania? Czy nie należy poszukać rozwiązania, które systemowo niwelowałoby pewne zachowania, przejawiane naturalnie przez sporą część ludzkości?

I ma, i nie ma. To znaczy, o ile zrozumiałe jest dla mnie, że można żywić aż tak wielką niechęć do ryzyka pracy pod kimś oczekującego od nas zachowań, na które nie chcemy przystać, by dyskwalifikować całkowicie jej pomysł, o tyle w świetle tego co do tej pory napisałem, nie widzę większego pożytku z jakiejkolwiek alternatywy. Zakładając bowiem, że ludzie będą mieli podobny wgląd w siebie i innych, że charakteryzować się będą dokładnie tymi samymi inklinacjami, wynikającymi z określonej wewnętrznej specyfiki, generować będą te same pochodne, tyle że w innych okolicznościach. ST nie stracą wcale swego zapału do przerzucania kosztów na innych: będą go prezentować po prostu w odmiennych warunkach, także instytucjonalnych. Czy będą pracować w czymś na kształt średniowiecznej, feudalnej manufaktury, anarchokomunistycznym kolektywie, mutualistycznym warsztacie czy kapitalistycznej firmie, należy się spodziewać po nich dokładnie tego samego. Ich modus operandi się nie zmieni, bo w dużej mierze podyktowany jest tym, co podpowiada ich aparat poznawczy. Jeśli nie macie jakiegoś magicznego dowodu, że zmiana ustroju ekonomicznego spowoduje zmiany w liczebności reprezentantów danych temperamentów, ani nie zakładacie czystek osób o ‚nieprawowiernych’ charakterach, czyli rzeczywiście uznajcie stałość proporcji składników tej całej społecznej mieszaniny, nie wyrugujecie ze społeczeństwa tego, co wadzi Wam w nim dziś. Liczniejsi, tak jak dziś, będą podporządkowywać mniej licznych swojej, popularniejszej, perspektywie, a Jaś zamiast pisać o szefach zmuszających swych podwładnych do wykonywania poleceń, z jakimi oni się osobiście nie zgadzają, będzie skarżył się na równie niegodziwą politykę handlową kolektywów, manufaktur czy innych whateverów.

Atak na hierarchiczność pracy najemnej ze względu na masowość występowania wspomnianego zjawiska, przy uznaniu takiej jego genezy, jest zatem także chybiony. Sama hierarchiczność nie ma bowiem wpływu na masowość jego występowania, wręcz przeciwnie, daje szansę mniejszości na wyraźne zaznaczenie jej interesu – arystokracja, elitaryzm i tym podobne zawsze opierają się na dychotomii nieliczni-liczni. Paradoksalnie więc dla egalitarystów sądzących, iż spłaszczenie stosunków międzyludzkich poprawi sytuację, może być wręcz przeciwnie. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że liczniejsi są generujący to, co z naszego punktu widzenia jest niepożądane. Mniej licznym opłaca się zatem popierać hierarchiczność, bo ona daje im możliwość nie zostania zdominowanymi, a nawet otwarcia jakiejś niszy dla dominacji własnej, więc i swoich pochodnych. Innymi słowy, praca najemna daje większą szansę ludziom o jakichś niepopularnych poglądach, unikalnym spojrzeniu, rzadkich potrzebach niż jej brak. Egalitaryzm kończy się tyranią głównego nurtu.

Ostatecznie jestem skłonny sądzić, że przeważną cześć, jeśli nie wszystkie, z tych trudności, którymi dotąd zabawiali się filozofowie, a które zagradzały drogę do poznania, zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: najpierw wznieśliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy.

George Berkeley „Traktat o zasadach poznania ludzkiego”

Kończę akurat tym cytatem nie bez przyczyny. Pojęciom ogólnym bądź metaforom często zdarza się robić karierę w postaci właśnie takiego kurzu, który zamiast ułatwiać pojmowanie spraw, czyni je nieprzejrzystymi. Z perspektywy czasu, niewątpliwie możemy powiedzieć to o „niewidzialnej ręce” Smitha, jawiącej się ludziom jako czymś od nich zewnętrznym, narzuconym, kierującym ich losem. Tymczasem wolny rynek jest uzewnętrznieniem ich samych, bo to pojęcie denotuje, w uproszczeniu, wszystkie dobrowolne transakcje. Zawierane między takimi ludźmi, jakimi byliśmy, jesteśmy i będziemy. Tak, a nie inaczej wytyczającymi granice swej zgody na coś i jej brakiem. Krytyka wolnego rynku sprowadza się zazwyczaj do uznania, że granice tego, co dobrowolne są poprowadzone zbyt szeroko, w ten czy w inny sposób. Ale tych granic ostatecznie nie wyznacza żadna niewidzialna ręka, a my sami. Krytyka wolnego rynku jest więc niczym innym, jak tylko zawoalowanym sposobem powiedzenia: „Nie lubię Cię, Twoich celów bądź sposobów działania i najchętniej zakułbym Cię w kajdany, byś nie mógł robić tego, co robisz i na co się godzisz.”, wybieranym przez tych, którzy nie są w stanie nam tego powiedzieć otwarcie. Warto o tym pamiętać.

Wersja offline – PDF