O sztuce mitotwórstwa oraz niszczeniu przez postmodernistycznych barbarzynców stolicy eskapizmu kultury popularnej – „Gwiezdnych wojen”

star-wars-light-saber-poster-mens-t-shirt2
Broń na bardziej cywilizowane czasy? Nie, to tylko symbol cyklu przypominającego nam o tym, czym one są i jak je wywalczyć…

Czy gdyby przyszło wam zapłacić 4 miliardy dolarów za kupno największej przez długie lata z filmowych franczyz, zdecydowalibyście się poświęcić poza pieniędzmi przynajmniej trochę czasu i zasobów intelektualnych na zrozumienie, dlaczego w ogóle zyskała taką pozycję? Nie uznalibyście, że priorytetem po takim przejęciu byłoby jej dogłębne poznanie a następnie określenie naczelnej formuły, by móc ją później z sukcesem powielić?

Wydawać by się mogło, że nie ma bardziej intuicyjnego kroku – rozpoznać, co w zasadzie się uzyskało w zamian za swoją krwawicę. Zrozumieć, jakie możliwości drzemią w materiale źródłowym. A może określić jego ograniczenia? Dogłębna analiza powinna pozwolić na wyprowadzenie oraz rozpisanie kluczowych jakości, dzięki którym zdobyło wyobraźnię a później nawet uwielbienie licznej części publiki, przetrwało kolejne dekady, skutkując rozrostem świata przedstawionego w kolejnych setkach derywatów głównej historii. To właśnie powinno stanowić fundament, na jakim będzie się stawiać swoje, godne kontynuacje, nie zrażając do nowopowstających filmów najwierniejszej publiki.

Korporacja Disneya, nawet jeśli tuż po przejęciu klejnotów rodowych Lucasfilmu takie kroki podjęła, nie wyciągnęła żadnych wniosków i prawdopodobnie zlekceważyła „Gwiezdne wojny”. Nic bowiem prostszego niż uznać, że są tak naprawdę całkiem banalne w swej istocie, a skoro powielają jeden z najbardziej podstawowych schematów narracyjnych stosowanych w fikcji, w związku z czym zupełnie spokojnie można powierzyć je do realizacji komukolwiek, bo każdy w miarę kompetentny scenarzysta, powinien sobie z nimi poradzić.

Nic z tych rzeczy!

Praktyka dosyć wymownie zweryfikowała wszystkie te rozpowszechnione mniemania przyjmowane bez krzty refleksji. Spośród wielkich, wysokobudżetowych produkcji jedynie Klasyczna Trylogia, czyli te filmy od których wszystko się zaczęło, została niekwestionowanym, unieśmiertelnionym sukcesem artystycznym. Całej reszcie twórczości spod znaku Star Wars w porównaniu z pierwowzorem czegoś brakuje, traktowana jest jak ułomny krewny, nieporozumienie czy wręcz obraza dla marki. Mimo podejmowanych kolejnych prób nawiązania do dawnej świetności, mamy do czynienia z poszerzającą się listą falstartów, niewypałów i uchybień, niemal za każdym razem opowiadane historie jakoś szwankują, czegoś z tego nieuchwytnego nastroju oryginału nie uwzględniają. Zupełnie tak jakby nie rozumiały własnego charakteru. Wychodzą więc zupełnie bezduszne i mechaniczne.

Co więcej, po niezmiernie entuzjastycznych recenzjach koszmaru, jakim był „Ostatni Jedi”, kompletnie nie pokrywających się z wrażeniami publiki, można już kompletnie zwątpić, czy ktokolwiek komu za to płacą, jeszcze rozumie specyfikę franczyzy i potrafi odróżniać udane od nieudanych filmów jej serii.

Żeby to jeszcze była przypadłość dotykająca wyłącznie krytyki, czy nowego właściciela w postaci korporacji Disneya… A skąd! Już pierwotny twórca Sagi – George Lucas poległ na Trylogii Prequeli, dowodząc przy tym, że w gruncie rzeczy nie rozumie swojej własnej kreacji – albo raczej tego, co dostrzegli w niej ludzie i co pozwoliło jej odnieść sukces. Stworzył tym samym pokoleniowe rozczarowanie oraz na długo podupadł wizerunkowo w oczach fanów Sagi. Przeistoczył się z uwielbianego Prometeusza, wykradającego bogom ogień we wzgardzonego nieudacznika (zob. „The People vs. George Lucas.”, 2010) W zasadzie nikt, kto do tej pory mierzył się z legendą, nie wyszedł z konfrontacji obronną ręką. Nawet sam wizjoner, który powołał ją do istnienia, stracił twarz, błaźniąc się przy tym i sprawiając, że ludzie zaczęli poważnie zastanawiać się:

  • czy jest tą samą osobą a może w międzyczasie został przez kogoś podmieniony na jakiegoś sobowtóra-hochsztaplera?
  • czy Klasyczna Trylogia była w stopniu większym niż dotychczas przypuszczano dziełem zbiorowym, niż indywidualną zasługą reżysera?
  • jak facetowi piszącemu tak koszmarne scenariusze udało się wykreować centralną dla popkultury pozycję?

Cóż jest w tych „Gwiezdnych wojnach”, że z jednej strony wydają się być tak banalne, a mimo tego stanowią dla scenarzystów a nawet krytyki śmiertelną pułapkę? Czy rzeczywiście nie ma sposobu, by zaspokoić widzów żywiących nazbyt wygórowane, sprzeczne oczekiwania? A może rację powinniśmy przyznać krytykom z Red Letter Media: materiał źródłowy jest na tyle ograniczony, że nie da się opowiadać zbyt wielu dobrych historii w tym uniwersum? A może Saga trafiła na zły dla siebie okres w kulturze a w tych czasach nie znajdziemy zbyt wielu ludzi potrafiących udźwignąć jej brzemię?

Aby odpowiedzieć na te i inne podobne pytania postanowiłem poświęcić niniejszą notę w całości anatomii „Gwiezdnych wojen” oraz ich oddziaływaniu na otoczenie. Objaśnię krok po kroku specyfikę tych filmów, tak by wypracować na nowo ten złoty, niczym najważniejszy kiedyś logotyp w moim życiu, przepis, czyniąc to na tyle klarownie, aby każdy – nawet ktoś, kto z Sagą się do tej pory nie spotkał, bądź nie rozumiał magnetycznego wpływu, jaki miała na tak licznych, wreszcie pojął tego powody i mógł wytyczyć granice jakościowo akceptowalnego podobieństwa. Krótko mówiąc, będzie wiedział jak stworzyć przynajmniej kompetentną historię gwiezdnowojenną, zachowującą szansę spodobać się fanom. Najwyraźniej w dzisiejszych czasach istnieje z tym olbrzymi problem, chociaż trudno mi zrozumieć tego powody.

Najwyższy czas zerwać z tego rodzaju nieświadomym, przepełnionym ignoranc podejściem i kolejnymi wymówkami. Pierwsze filmy były dostatecznie uniwersalne, aby opowiedzieć historię gromadzącą w kinach wszystkie pokolenia. Ich długotrwałej siły oddziaływania nie osłabiły kolejne artystyczne porażki w postaci Trylogii Prequeli, ani cała masa pobocznych źródeł, odcinających raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem kupony od pierwotnego sukcesu. Jeżeli nowe kolejno zawodzą, to ewidentny znak, że czegoś im brakuje. Rolą tego tekstu jest wyjaśnić zagubione niuanse, pomóc określić ton i wybrać odpowiednie nastawienie do zmierzenia się z wymaganiami tego rodzaju twórczości. A poza tym, wrócić myślami do dni młodości, kiedy walka garstki Rebeliantów z niemalże wszechmocnym Imperium była najważniejszą rzeczą na świecie…

I. Kto nie chce wielbić monomitu, niech też nie pisze gwiezdnowojennej ewangelii.

Powiedzieć mimochodem, że „Gwiezdne wojny” oparte są na campbellowskim monomicie, to w zasadzie niczego o nich nie mówić. Podróż bohatera stanowi ich serce, duszę, odpowiada za cały przenoszony ładunek emocjonalny. Rzecz idzie nawet dalej, ponieważ istota charakteru gwiezdnej Sagi zasadza się właśnie na szczególnym nastawieniu względem monomitu. Nie chodzi więc tylko o to, aby go uwzględnić – wszak istnieje mnóstwo opowieści, które koncepcję Josepha Campbella instrumentalnie wykorzystują w formie suchego stelażu fabularnego, traktując bardziej lub mniej poważnie. „Gwiezdne wojny” dystansują całą konkurencję, idąc o ten jeden krok dalej: w zasadzie wygłaszają monomit widzowi na kolanach, z pełną pobożnością, jako swą dobrą nowinę. Wprowadzają do naszego nowoczesnego świata coś niesamowicie archaicznego: starożytny kult bohaterów. Pośrednio również kult samej ścieżki, po której bohaterowie stąpają. Są mitem czczącym życiową pielgrzymkę Skywalkera, ale w dorozumieniu otwierają się też na nas, widzów, opuszczając przed nami zwodzony most, oczekując byśmy sami wybrali się w swoją inicjacyjną podróż. Stanowią zaproszenie a poniekąd nawet zobowiązanie. Nie traktują własnej mitologiczności z przymrużeniem oka: mogą zawierać elementy komiczne, ale w gruncie rzeczy są mitem pisanym całkiem na serio, z czego bierze się ich obligująca atmosfera.

Spośród wszystkich blockbusterów kręconych wyłącznie dla prostej stymulacji widzów, one jedyne wyróżniają się tym swoistym, pośrednim dydaktyzmem. Niby z jednej strony są lekką, przygodową operą kosmiczną, zapewniającą czystą rozrywkę, oderwanie od realnego świata, ale z drugiej, pod względem ciężaru gatunkowego mają się przecież nijak do perypetii Flasha Gordona czy Bucka Rodgersa. Uderzają dość mocno w sakralne tony, wprowadzając Moc, wikłają protagonistę w różne traumatyczne przejścia, okalecza go fizycznie i psychicznie, mordują mu najbliższą rodzinę, ostatecznie oczekując by jednak znalazł wewnętrzne pokłady dojrzałości i zachowując się jak należy, rozwiązdylematy grożące zdradą swej tożsamości, przekonań czy przyjaciół. Dzięki przechodzeniu tych wszystkich mąk ze Skywalkerem, ostatecznie wraz z nim zwyciężając, Saga przypomina nam kanon wzorców postępowania heroicznego, mówiąc przy tym coś o sensie godnego życia. A według „Gwiezdnych wojen” godne życie to życie podporządkowane kolejnym krokom uniwersalnej egzystencjalnej wędrówki wyłożonej przez Josepha Campbella, przed którymi każdy z nas staje i może im podołać bądź nie. To właśnie podróż bohatera organizuje w konkretną strukturę proces zdobywania nowego doświadczenia. Uczestnictwo w przygodzie, dzięki której dojrzewamy i wyrabiamy w sobie cnoty, a następnie stajemy w sytuacjach wybrzmiewającymi odwiecznymi toposami, nadaje życiu sens czy jak opisywał to amerykański mitoznawca: sprawia, że ludzie czują się w pełni ożywieni.

Kiedy twoje życie ma się nijak do eposu bohaterskiego i bardziej przypomina bezładną masę nawyków, przyzwyczajeń i rutyn, przestajesz dostrzegać jego sens. Bez przyjęcia nadrzędnej misji, omija cię uczestnictwo we wspomnianych toposach, wchodzenie w archetypiczne role do których powinieneś dorosnąć. Wraz z ich absencją ginie również znaczenie, jakie mógłbyś za ich pomocą dla siebie zaczerpnąć. Kiedy nie masz o co walczyć, czego zdobywać czy bronić, nie masz też szans obnażyć przed sobą własnego powołania – możesz już nawet zwątpić w jego istnienie, bo ostatecznie przecież wszystko ci jedno – jesteś tylko jednym z trybików, które można zastąpić kimkolwiek innym, nie masz żadnego przynależnego ci w Bycie czy Historii miejsca, żadnej roli do wypełnienia. Z kolei popadając w zwątpienie, nie zdołasz się już do czegokolwiek zmobilizować ani nauczyć. Wówczas nikt nie zechce na tobie polegać, mała szansa też, że zechce ci pomóc – zatem, rzeczywiście możesz skończyć w stanie, w jakim niemożliwością będzie doświadczyć wartości życia i odnaleźć jego sens. Wylądujesz na zupełnej bocznicy nihilizmu czy hedonizmu, mieszając się z całą resztą podobnie zgorzkniałych typów, ponieważ nikt normalny nie chce mieć do czynienia z ludźmi, którzy w nic nie wierzą, niczego sobą nie reprezentują, nie są podjąć dla innych żadnego ryzyka czy nawet wysiłku.

Aby wygrzebać się z podobnego stanu, musisz zmienić punkt odniesienia, duchowej orientacji. Przyłożenie monomitu niczym półprzezroczystej miary okalającej twoją egzystencję pomoże w ruszeniu z miejsca. Dopiero wtedy postawisz sobie jakieś wymagania, zaczniesz podchodzić z oczekiwaniami i żywą nadzieją do swych następnych kroków. Nie zrobisz tego inaczej, niż samemu wchodząc w buty bohatera swojej własnej historii i zdobywając się w niej na jakiś heroizm; znajdując coś, o co warto zawalczyć, dla czegoś się poświęcić a dalej niezachwianie dla tego stawać, oddalając pokusę zejścia na manowce łatwego, bezwyzwaniowego życia, Dopiero wówczas odkryjesz, że zyska ono jakąś wartość, że podąży we właściwym kierunku i przeżyjesz wewnętrznie podobną przygodę.

„Gwiezdne wojny” przypominają właśnie o tym – wyciągają rękę i podają rozwiązanie. Są więc nie tylko suchym eposem heroicznym (bo nie ma czegoś takiego), ale zarazem moralitetem i w pewnym sensie wykładnią godnego życia, opartą na najbardziej rudymentarnej, a dziś zapomnianej i wzgardzonej etyce cnót. Można je oglądać i wynieść z nich tę lekcję w każdym wieku, chociaż najbardziej podatnym na ich przesłanie będzie się gdzieś w okolicach trzeciego stadium rozwoju moralnego Kohlberga – gdy kluczowa okazuje się aprobata społeczna, uznanie, pragnienie bycia kimś nadzwyczajnym czy zasłużonym dla wspólnoty.

***

Sceptyk może zakrzyknie, że to wszystko są nadinterpretacje. Doda, że to tylko filmy w jakich nie należy się dopatrywać żadnego drugiego dna, bo takiego nie ma – chodzi wyłącznie o czystą rozrywkę. A jakie właściwie dowody na obecność tego całego dydaktyzmu moglibyśmy przedstawić?

Myślę, że możemy znaleźć nieco tego materiału dowodowego, porozrzucanego w wypowiedziach po różnych dekadach, a zebranego w książce Chrisa Taylora pod tytułem: „Gwiezdne wojny. Jak zdobyły wszechświat”:

Założeniem Lucasa realizowanym w jego filmach było jednak wydobycie esencji wierzeń religijnych, które już istniały, a nie tworzenie nowych.

Mając świadomość kierowania filmu do młodej publiczności, chciałem powiedzieć prostymi słowami, że Bóg istnieje i że istnieje zarówno dobro, jak i zło” – powiedział Lucas swojemu biografowi Dale’owi Pollockowi. „Masz wybór między nimi, ale świat jest lepszy, jeśli staniesz po stronie dobra”3.

Idea Mocy jest na tyle podstawowa, że wydaje się powszechnie atrakcyjna: religia epoki świeckiej idealnie dostosowana do naszych czasów ze względu na oszczędność szczegółów. Każdy może nadać jej własne znaczenie. W długim procesie prób i błędów Lucas celowo zachęca odbiorców do indywidualnych interpretacji. Lucas wspominał w 1997 roku:

Im bardziej wdawałem się w szczegóły, tym bardziej oddalałem się od podstawowej koncepcji, jaką chciałem przedstawić. Dlatego kluczem było skupienie się na Mocy bez zbędnego wdawania się w szczegóły na jej temat4.

[…]

Porter zauważa:

Motywem, który przewija się najsilniej przez komentarze jest Moc jako metafora boskości, która przejawia się i inspiruje w głębi serca, głębsze poświęcenie dla boskości rozumianej w ramach ich tradycyjnej religii6.

Innymi słowy, Moc jest jak filtr Instagrama, przez który patrzymy na dowolną religię. Nikt nie przeciwstawia się jej na tyle, by próbować ją wyrugować, choćby w sposób, w jaki robił to przez chwilę John Lennon, zauważając, że Beatlesi mają więcej aktywnych zwolenników niż chrześcijaństwo. Moc jest przyjazna i pociągająca dla wszystkich. Tym samym Moc zwycięża wszystko.

Chrześcijaństwo z łatwością mogłoby odrzucić teologię, która – jak się wydaje – przejmuje kulturę Wschodu. Zamiast tego w przeważającej większości – może poza odizolowanymi miejscami, jak szkółka niedzielna Albina Johnsona – chrześcijanie przyjęli Moc. Była dostatecznie uduchowiona, aby dać się utożsamić z Duchem Świętym. „Niech Moc będzie z tobą” – brzmiało niezwykle podobnie do Dominus vobiscum (Bóg z wami) z tradycyjnej liturgii7. I rzeczywiście, najwcześniejsze próby nałożenia na Moc tradycyjnych wierzeń w postaci jednej z najwcześniejszych książek poświęconych Gwiezdnym Wojnom dotyczyły treści chrześcijańskich. W 1977 roku Frank Allnutt, były publicysta Disneya, który miał na koncie Mary Poppins i był świeżo upieczonym ewangelikiem, opublikował książkę pod tytułem The Force of Star Wars8. Allnutt pisał, że Gwiezdne Wojny nie są ucieczką od rzeczywistości, lecz czymś znacznie bardziej realnym.

Film mówi widzowi:

Posłuchaj! W życiu są znacznie lepsze rzeczy niż tarzanie się w bagnie pornografii, dragów, materializmu i próżnych zachcianek. Masz wyższe powołanie – powołanie, by być kimś, by coś uczynić. Masz randkę z przeznaczeniem. Masz potencjał w sobie, którego nawet nie zacząłeś rozwijać. We wszechświecie istnieje Moc, z którą powinieneś się połączyć.

Rezonuje to całkiem nieźle ze świadectwem wygłoszonym następnie przez samego Lucasa:

Chrześcijański trop Franka Allnutta pod jednym względem jest prawidłowy: Lucas potępia oddawanie się przyziemnym przyjemnościom, argumentując to wyższym powołaniem, mianowicie potrzebą czynienia dobra bliźniemu. Ale przyjmuje raczej humanistyczną niż chrześcijańską orientację. Weźmy choćby to świeckie kazanie, które Lucas wygłosił w Akademii Osiągnięć w Waszyngtonie w 2012 roku:

Oto, czego nauczyłem się po drodze. Szczęście to przyjemność i radość. To może być jedna z tych rzeczy. Przyjemność to rzecz krótkotrwała. Trwa godzinę, minutę, miesiąc i jest bardzo intensywna. Przypomina doznania po narkotykach albo czymś podobnym – jak zakupy czy zaangażowanie się w jakąkolwiek inną czynność, jakość jest zbliżona. Radość ma mniejszą intensywność, ale zostaje z wami. To coś, co można przywołać. Przyjemności nie można przywołać. Ale radość zostaje dłużej. Ludzie doznający przyjemności mówią: „Och, gdybym tak mógł stać się bogatszy, kupiłbym więcej samochodów …”.

Nigdy nie przypominasz sobie momentu zakupu swojego pierwszego samochodu. To najwyższy szczyt.

Przyjemność jest fajna, ale przyjmij po prostu, że przychodzi i mija. Radość trwa wiecznie. Przyjemność jest czysto egoistyczna. Chodzi wyłącznie o przyjemność własną. Chodzi wyłącznie o ciebie. O samolubne, egoistyczne emocje wywołane przez jakąś chwilę.

Radość to współczucie. Radość polega na oddaniu siebie czemuś innemu lub komuś innemu. To czyni ją znacznie potężniejszą od przyjemności. Gdy uzależnisz się od przyjemności – już po tobie. Jeśli realizujesz się w radości, odnajdziesz wieczne szczęście25.

Wielu z nas wie, że trudno przestrzegać tej zasady. Pokusy skłaniają, by poddać się przyjemnościom. Ale Lucas ma rację: momenty, które chcemy pamiętać jako radosne, rzeczy, które robimy z innymi ludźmi i dla innych, są bezcenne.

Zyskujemy więc przy okazji klucz do interpretacji, czym w istocie były w „Gwiezdnych wojnach”: Jasna i Ciemna Strona Mocy, o co chodzi w przechodzeniu bądź też przeciąganiu kogoś na jedną z nich. Tłumaczy to również stoicką postawę Rycerzy Jedi i nienasycenie Sithów. Chodzi mianowicie o wybór podstawowego źródła motywacji dla swojego działania, zdefiniowanie szczęścia.

I na koniec, chyba już najbardziej bezpośrednie odniesienie:

Lucas przekazał tę wiadomość na konwencie Star Wars Celebration, odbywającym się co trzy lata, a po raz pierwszy na Celebration III w Indianapolis w kwietniu 2005 roku, tuż przed premierą Zemsty Sithów.

„Gwiezdne wojny” są czymś, z czego można czerpać przyjemność, z czego można przejąć to, co się uda, by pomogło wam w życiu. Ale nie pozwólcie im tym życiem zawładnąć. Wiecie, to właśnie mówią o trekkerach. „Gwiezdne wojny” tego nie robią. One mają dać impuls do zmian w waszym życiu. Przyjmijcie to wyzwanie, opuśćcie farmę wilgoci swojego wuja, wyruszcie w świat i ocalcie galaktykę.

Jeżeli więc uprzejmie uznamy, że omawiany dydaktyzm nie jest wcale przeze mnie urojony, lecz rzeczywiście od początku obecny, intencjonalnie zawarty przez autora Sagi a wreszcie odbierany bardzo osobiście przez ludzi, do których te filmy przemówiły, będziemy musieli przyznać, że mówi do nas Campbellem.

Ten zaś nie wyprowadzał swojej koncepcji, by służyła za pomoc w tworzeniu holywoodzkich scenariuszy (to już sprawka Christophera Voglera). Dla Campbella była ona wypreparowanym schematem inicjacyjnym przynależnym rzekomo wszystkim mitologiom świata. Mitów z kolei historycznie nie przedstawiało się dla zabawy, ale raczej dla zakorzenienia ich przesłania bądź ku przestrodze. Podobnie jak rytuały, miały wymiar sakralny i tożsamościowy, stanowiły fundament kulturowy, organizowały wokół siebie tradycyjną, przednowoczesną wspólnotę, dla której były ważne. Dzieci poprzez nie poznawały nie tylko wzorce osobowe, które miały im imponować, ale też ideały zbiorowości, w jakiej były wychowywane i którym miały czynić zadość. Opowieści wskazywały, co w zasadzie należy czynić, by osiągnąć tę samą heroiczną godność, zdobyć uznanie i okryć się sławą, czcią.

Lucas sięgając po mitologiczność starożytnych eposów sprawił, że „Gwiezdne wojny” ożywiły coś podobnego w naszej epoce. Jako baśń osadzona w kosmosie nie zostały oczywiście centralnym tekstem całej kultury, ale ustanowiły się dla wielu w roli nieformalnego, quasi-świeckiego, popkulturowego mitu, daleko wykraczającego poza to, czego dokonywały wszystkie poprzednie opery kosmiczne. Są niejako darem przednowoczesnego, archaicznego świata dla wykorzenionych z tradycji ludzi nowoczesności czy dziś już nawet ponowoczesności. Filmami, które odtwarzają oczyszczające doświadczenie słuchania jakiegoś przekazu tradycji ustnej o legendarnych postaciach zasłużonych dla zbiorowości, dokonujących epickich czynów i cieszących się nieprzemijającą chwałą i szacunkiem, czczonych w opowieści przekazywanej z pokolenia na pokolenie. „Gwiezdne wojny” dla wielu wypełniły lukę po obumierającej religii, zaspokajając tęsknotę za archaicznymi aspektami kultury, pozwalając w niej uczestniczyć, na przykład przez fandom. Zanurzenie się w nie przywołuje nostalgię za czasem, gdy przekazy kulturowe nie sprowadzały się wyłącznie do krytyki społecznej podług jakichś ideologicznych linii, ale konstytuowały niekwestionowane wówczas ideały, wzorce etyczne, świętości i przydawały godności tym, którzy stawali w ich obronie.

Nie do każdego dotrze ta prosta konstatacjakrytycy wydają się być impregnowani na tę prostą prawdę – ale właśnie z tego względu „Gwiezdne wojny” dla części fanów stanowią coś więcej niż tylko filmy. W pewnym sensie one odtrutką na całą nowoczesność z jej mechanicystycznym, biurokratycznym sposobem organizacji społeczeństw, z kulejącymi autorytetami, wątpliwymi metodami wychowawczymi, wszechobecną kontrolą w formach prewencji oraz inwigilacji. Z nieustannym demaskatorstwem w postaci dekonstrukcji i zalewem krytyki. Odtrutką, po jaką sięga się, by odzyskać równowagę wewnętrzną, poczucie normalności, wiarę w osobistą odpowiedzialność za los swój i wpływ na otoczenie, wiarę w oddolnie, z własnej woli zawiązywane grupy. We własne sprawstwo.

Za każdym razem, kiedy oglądamy jak Luke Skywalker wyłącza – zapewne wbrew woli zaskoczonych doradców z obsługi technicznej – komputer celowniczy, zdając się wyłącznie na swoja intuicję kierowaną przez sacrum a następnie oddaje niemożliwy strzał wysadzający Gwiazdę Śmierci, doświadczamy ekstazy, bo oto na naszych oczach narracja mitu zwycięża nad bezdusznym, nihilistycznym porządkiem naszej nowoczesnej codzienności, której niepodważalną dominacją jesteśmy serdecznie zmęczeni.

Przynajmniej w fikcji możemy dojrzeć cudu, jakiego chcielibyśmy doczekać w rzeczywistości, z ulgą zaczerpnąwszy głębokiego oddechu świeżego powietrza.

Kiedy nasz najmłodszy syn obejrzał „Gwiezdne wojny” dwunasty albo trzynasty raz z rzędu, spytałem go: Dlaczego oglądasz je tak często? A on mi na to: „Z tego samego powodu, dla którego ty przez całe życie czytasz w kółko Stary Testament”. Znalazł się w świecie nowego mitu.

– Joseph Campbell, „Potęga mitu”

 

 

II. Jak kroczyć drogą tysiąca ścieżek i wyprawiać w nią innych?

Tylko szlachetne czyny są trwałe.

Sofokles

Najbardziej lakonicznym wyjaśnieniem jakie możemy przedstawić komuś, kto nigdy świadomie nie spotkał się z konceptem monomitu, byłoby stwierdzenie, że jest on ogólną strukturą opisującą schemat postępujących etapów heroicznej transformacji zachodzącej w protagoniście na przestrzeni jego wędrówki. Stanowi swoistą mapę drogową dla rodzącego się w kimś bohaterstwa. Jest zbiorem pośrednich, niezbędnych do przebycia przystanków na ścieżce przygody, które powinny zostać uwzględnione w toku opowieści, aby uczynić ją możliwie kompletną i kompetentnie wyjaśniającą wewnętrzną przemianę tego, o czyich losach opowiada.

Jeżeli jednak chcemy od podszewki poznać „Gwiezdne wojny”, nie możemy ograniczać się do lakoniczności – powinniśmy również zagłębić się w arkana monomitu i rozpisać jego wszystkie stopnie, aby zrozumieć ich rolę w opowieści a także rozprawić się z pewnymi nieporozumieniami czy popularnymi zarzutami.

Całość dzieli się na trzy fazy: odejścia, inicjacji oraz powrotu, na które składa się łącznie 17 etapów:

Faza odejścia:

1. Wezwanie do wyprawy (Call to Adventure)

2. Odrzucenie wezwania (Refusal of the Call)

3. Pomoc sił nadprzyrodzonych (Supernatural Aid)

4. Przekroczenie progu (Crossing the Threshold)

5. W trzewiach bestii (Belly of the Whale)

Faza inicjacji:

6. Droga prób (The Road of Trials)

7. Spotkanie z boginią (Meeting the Goddess)

8. Kobieta jako kusicielka (Woman as Temptress)

9. Pojednanie z ojcem (Atonement with the Father)

10. Apoteoza (Apotheosis)

11. Ostateczna nagroda (The Ultimate Boon)

Faza powrotu:

12. Odmowa powrotu (Refusal of the Return)

13. Magiczna ucieczka (The Magic Flight)

14. Ocalenie z zewnątrz (Rescue from Without)

15. Przekroczenie powrotnego progu (Crossing the Return Threshold)

16. Mistrz obu światów (Master of Both Worlds)

17. Swoboda dalszego życia (Freedom to Live)

Oto bijące serce gwiezdnowojennej opowieści w całej swojej okazałości. Rdzeń, który musi przenieść wszelkie narracyjne ciężary, jakie na niego nałożymy. Oś fabuły, jaką w ramach dążenia do oryginalności możemy wewnętrznie naginać, ale ostatecznie musimy uszanować i pozostać jej wierni.

Dlaczego? Wyjaśnia to doskonale następujący passus z książki Taylora:

[…]

Summers miał trudności z wytłumaczeniem działań fandomu swojej dziewczynie, ponieważ prawdziwi fani nienawidzą wszystkiego, co dotyczy „Gwiezdnych wojen”, poczynając od płaczliwych kwestii Marka Hamilla jako Luke’a Skywalkera w oryginalnej trylogii, a kończąc na ciągłych upadkach Jar Jar Binksa w CGI z prequeli. Pisał:

Jeśli trafisz na kogoś, kto powie ci, że jego zdaniem franczyzę oglądało się przyjemnie i bardzo podobały mu się zarówno oryginalne filmy, jak i prequele, że ma całą sagę na DVD, a także kilka książek – to będzie oszust, a nie prawdziwy fan10.

Magazyn „Jive” już nie istnieje, ale felieton Summersa po przetłumaczeniu na wiele języków stał się viralem i przewijał się przez liczne fora internetowe. Autor był bombardowany mejlami od zachwyconych fanów, którzy go zrozumieli, i tych wściekłych, którzy go nie zrozumieli. Summers miał konkretny cel, gdy podkreślił, że miłość i nienawiść są bliźniaczymi cnotami każdego prawdziwego fana „Gwiezdnych wojen”

[…]

Podobnie jak nowi fani są konieczni dla podtrzymania przy życiu i zdrowiu Gwiezdnych Wojen, ci starzy i zmurszali muszą odnowić się poprzez powrót do tego, co niegdyś dawało im radość. Summers napisał w swoim felietonie:

Bycie fanem Gwiezdnych wojen wymaga posiadania umiejętności dostrzegania błędów i niedociągnięć, ale w ogólnym rozrachunku nie mogą one przysłonić idealnego obrazu. Każdy prawdziwy fan jest Luke’em Skywalkerem, który patrzy na swojego zdeformowanego, złego ojca i dostrzega w nim mimo wszystko dobro.

„Nienawidzimy wszystkiego w Gwiezdnych wojnach” – podsumował Summers przed ostateczną puentą, pod którą mógłby podpisać się każdy fan franczyzy na świecie.

„Ale idea Gwiezdnych wojen… to ją właśnie kochamy”.

Mogę się pod tym podpisać obiema rękoma, bez najmniejszego słowa sprzeciwu. W młodości miałem okazję przebrnąć przez całe mnóstwo naprawdę kiepskiej literatury pulpowej osadzonej w dawnym kanonie Star Wars. Już jako dzieciak zgrzytałem zębami nad co bardziej przesadzonymi pomysłami fabularnymi autorów. Załamywałem ręce nad umieszczaniem w opowiadaniach elementów niezbyt przystających do filmowego materiału źródłowego, dysharmonijnie burzących moją immersję. Pomstowałem na niewykorzystany potencjał czy zmarnowane szanse na osiągnięcie dojrzalszego obrazu postaci i konfliktów odległej galaktyki. Irytowała mnie przewidywalność czy wręcz siermięga niektórych przygód, opisywanych bez krztyny oryginalności, erudycji, odrabianych jak od szablonu, zapewne by zdążyć z publikacją na ostatnią chwilę przed deadlinem. Prequele wręcz odrzuciłem poza swój osobisty kanon, uznając je za śmieci niegodne franczyzy…

A jednak zawsze po pewnym czasie wracałem do historii osadzonych w tym uniwersum. Mimo kolejnych następujących po sobie zawodów, coś zawsze skłaniało mnie, by dawać kolejne szanse inspirowanym przez dzieło Lucasa książkom, komiksom, grom, filmom czy serialom. Powód był prosty: nawet w tych gorszych pozycjach, co do których było się gotowym skreślić je jako w większości bezwartościowe, można było czasem zupełnie niespodziewanie natknąć się na cenne fragmenty opowieści, jakieś ukochane toposy nadające blasku całości, rehabilitujące wszelkie jej niedostatki. Chwile dotykające świetności, będące godnymi przeżycia, nawet jeśli trzeba było się dla nich zdrowo przemęczyć z całą resztą pisarskiego śmietnika. Autorom tej jakże często lichej masówki zdarzało się wskrzeszać ducha pierwszych filmów, które kochałem najbardziej. A kiedy te podrzędne, poboczne źródła przynajmniej na chwilę to osiągały, wszystkie ich skazy zostawały wybaczane – uczestniczyły bowiem w czymś większym od siebie. W czymś uniwersalnym.

Jest dokładnie tak jak opisywał to Summers – nie znajdziecie żadnego fana, który byłby bezkrytyczny wobec fikcji spod znaku Star Wars. Dla kogoś z zewnątrz fandom przy pierwszym, bliższym poznaniu może wręcz wydać się grupą nałogowych masochistów. Jedni stale wybrzydzają na to, inni na tamto, nic się nikomu nie podoba a gdy przychodzi wyjaśniać powody niezadowolenia, nawet wtedy opinie są rozbieżne i wybuchają konflikty. Kiedy jednak włączycie im filmy, w końcu każdy z tych malkontentów klęknie przed ideą „Gwiezdnych wojen”, bo niezależnie od kwestionowanych elementów, ostatecznie obcując z broniącą się całością, uzyska emocjonalną nadpłatę zainwestowanego czasu i uwagi. Stanie się tak, ponieważ z campbellowskim monomitem nierozłącznie wiążą się pewne atrakcyjne obietnice.

Dotyczą one powrotu do wszystkiego tego, co powinno mieć dla nas znaczenie, o czym zapominamy w toku swych codziennych rutyn, kiedy nie robimy niczego, co uznalibyśmy za życiowo dla siebie znaczące. Zasadzają się na przypomnieniu sobie o swoim powołaniu, odnalezieniu drogi czy roli do odegrania na rzecz swego otoczenia. Oferują inspirację dla unieśmiertelnienia naszej godności w jakimś ostatecznym akcie heroizmu, po długiej drodze doskonalenia i wyjściu od pierwotnej niekompetencji. Od zbierania cięgów od losu do odebrania oznak uznania od wdzięcznej wspólnoty, doceniającej walory moralne, dzięki którym została ocalona, zachowana lub uleczona.

Najkrócej rzecz ujmując: chodzi o szansę doznania prawdziwego katharsis wraz z protagonistą danej opowieści: odtworzenia marzenia sięgnięcia po zasłużone laury czy wyzwolenia od dawnej niedojrzałości, wyrobienia moralnego charakteru, jaki byłby nagrodą samą w sobie. Kiedy piszemy historię opartą na podróży bohatera, powinniśmy więc przede wszystkim zastanowić się, jak wszystkie te obietnice w przekonujący sposób spełnić, ponieważ od powodzenia tego zabiegu zależeć będzie nasza pozycja „plemiennego opowiadacza” fandomu. Nie obronimy jej urządziwszy plebiscyt na najlepszy fanserwis. Możemy to zrobić jedynie przez opowiedzenie czegoś znaczącego, z czym każdy mógłby się utożsamić – mitu wartego opowiedzenia.

7169497

Sukces w znacznej części tak naprawdę zależy od konsekwentnego trzymania się powziętych założeń dotyczących wyboru protagonisty; określenia jego charakteru a wraz z nim silnych oraz słabych stron moralnych oraz punktu startowego, w którym jest jeszcze mało imponującą odmianą samego siebie, z niewykorzystanym potencjałem, nieoszlifowanym talentem albo jakiegoś innego rodzaju niekompetencją, jaką powinien przewalczyć. Wybór przedstawianej przez nas przygody w ostateczności ma pomóc mu uporać się z samym sobą, wyrobić w jej przebiegu odpowiednie jakości, aby stał się zdolny osiągnąć w punkcie kulminacyjnym własności heroiczne, odwracając nieprzychylny los. Kluczową koniecznością jest uzgodnienie fabularnego toru przeszkód tak, aby odnosił się do zestawu cnót bądź pojedynczej cnoty okazującą się tą kluczową, dzięki której zwycięstwo zostanie finalnie odniesione.

Czy bohater zwycięży dlatego, że wyeliminuje swoją moralną achillesową piętę, czy wręcz przeciwnie – wykorzysta swoje silne strony, jakimi nieumiejętnie dysponował (być może niedoceniane przez otoczenie w toku przygody)? To już zależy od nas. W jaki sposób mentor zdoła ukierunkować go i zmotywować do pracy nad sobą, zachęci do skonfrontowania się ze swoimi słabościami? Jak rozpozna obszary konieczne do rozwoju? Czego konkretnie nauczy swojego wychowanka? Takich szczegółów monomit nie narzuca, pozostawia wybór twórcy i jego wrażliwości. Co będzie stanowić materiał do przyszłych prób, narzucających ciężar psychologiczny, nim podjęte zostanie ostatnie, najtrudniejsze wyzwanie? Z jakim stosunkiem sam uczeń będzie podchodził do kolejnych wyzwań i prób? Cały ten wybór leży w gestii artysty.

Bez względu na to, w jakiej epoce odległej galaktyki zechcemy umieścić naszą opowieść, musimy mieć dobre pojęcie o jej uniwersalnej części, a ta zawsze będzie stanowiła moralitet na temat przywar, słabości, ale również cech rehabilitujących protagonistę w naszych oczach. Dopiero kiedy będziemy mieli świadomość o jakiej cnocie chcemy pisać swój epos bohaterski i wyrobimy jako tako wizję wewnętrznej przemiany, będziemy mogli osadzić ją w konkretnym środowisku i okresie historycznym, szukając bądź preparując wydarzenia, stanowiące pretekst oraz tło dla podróży naszego bohatera, które mogłyby rezonować z jego przemianą.

Skoro zatem wiemy już, że od właściwie potraktowanego monomitu, zależy w większej części nasze powodzenie, rozpiszemy każdy jego etap, opisując go w detalach [dla łatwiejszego zobrazowania każdego stopnia podróży, pozwoliłem sobie zamieścić swoją interpretację dla konkretnych przykładów zarówno z „Nowej nadziei” jak i z całej Klasycznej Trylogii]

Faza odejścia (i podział na światy)

Pierwszym krokiem, jaki przyjdzie nam wykonać, będzie dokonanie ekspozycji. Nie chodzi tylko o to, byśmy opisali czas i miejsce akcji oraz historyczne tło, gdyż to zadanie w „Gwiezdnych wojnach” zazwyczaj przypada w roli wprowadzających napisów tytułowych, ale również o wyznaczenie granic zwykłego świata naszego wybrańca. Czym jest ten „zwykły świat”?

W koncepcji heroicznej wędrówki niezmiernie istotny jest podział na światy. Ten zwykły, obfitujący w codzienne, przyziemne zajęcia, podlegający rutynom, wiązany ze sferą profanum, często wymaga ocalenia od zepsucia za pomocą środków, które znajdują się poza nim. Zazwyczaj stanowi źródło udręki czy niespełnienia protagonisty, ogranicza jego rozwój, nakłada znienawidzone obowiązki, generalnie stanowi kulę u nogi naszego bohatera, który nie uczy się w nim żadnych poważnych lekcji życiowych i bierze go jako dany z góry pewnik, na jaki zdaje się być wręcz skazany. To w nim egzystuje on w swej niedojrzałej postaci. Zwykły świat, chociaż może być wykreowany dosyć egzotycznie, w gruncie rzeczy powinien działać dokładnie tak, jak nasza szara codzienność. Oczywiście, możemy mu nadać bardziej zdemoralizowany czy brutalny charakter (lub wręcz przeciwnie – uczynić z niego miejsce nazbyt sielankowe, w którym niewiele się dzieje), ale zawsze będzie stanowić duchową pustynię, na jakiej nasz bohater nie będzie mógł zrealizować swoich najskrytszych pragnień albo powołania. Tak czy inaczej, w granicach zwykłego świata, pojawia się szansa wyruszenia w wyprawę – pielgrzymkę do świata magicznego.

Magiczny świat to z kolei ten, w którym ostatecznie następuje inicjacja bohatera. Odpowiada nieokiełznanej sferze sacrum – tam protagonista podejmuje największe wyzwania i przechodzi ostateczne szlify transformacji, zdobywa kluczowe doświadczenie niezbędne w uporaniu się z przyszłymi wyzwaniami. Często wiąże się z pokorą w stosunku do jakichś zapomnianych wartości, dzięki którym można odnowić zwykły świat. To w magicznym świecie bohater przekracza swoje granice komfortu, uczy się żyć według zupełnie innych reguł, improwizuje, dowiaduje się tajemnych prawd, poznaje odwieczne mądrości, przechodzi wewnętrzną walkę lub w wyniku onirycznych wizji poznaje swoją rzeczywistą życiową rolę, dojrzewa, odzyskuje wiarę w siebie, przyjmuje na siebie swoje zobowiązania, wynosi najcenniejsze doświadczenia a wreszcie sięga po jakieś trofea czy nagrody.

Podróż bohatera w monomicie ostatecznie będzie zawsze przebiegać między tymi dwoma światami (tam i z powrotem) które mogą, ale nie muszą wiązać się z jakimiś odrębnymi miejscami w geograficznym sensie, chociaż akurat dla „Gwiezdnych wojen”, stanowiących pożywkę dla romantycznego eskapizmu wypadałoby wymyślić epickie miejsca obfitujące w walory podróżniczo-przygodowe a przy tym zaspokajające wagnerowską skalę opowieści, bo nie jest to przecież kino psychologiczne w rodzaju filmów Ingmara Bergmana ani monodram.

Pierwsze kroki stawiamy jednak w zwykłym świecie, którego rutynę zakłóci:

1. Wezwanie do wyprawy (Call to Adventure)

Ten etap polega na związaniu naszego przyszłego herosa, znajdującego się jeszcze w niedojrzałej postaci z główną fabularną intrygą eposu. Zazwyczaj nasz protagonista niezadowolony ze swojej życiowej sytuacji będzie szukał pewnego rodzaju odskoczni, pretekstu do jakiejś włóczęgi czy szansy do wykazania się. Jako niespokojny duch, może odebrać przeoczone lub zbagatelizowane przez innych zdarzenie, nieprawidłowość czy konkretny, tajemniczy przedmiot, który go zaintryguje, bo nie będzie pasować do reszty jego egzystencji.

Wezwanie do przygody może być spowodowane zagrożeniem bytu rodzimej wioski przez jakiś tajemniczy, niepokojący fenomen, kwestie polityczne czy splot innych wypadków losowych, zmuszających bohatera do wyruszenia w drogę i podjęcia działania przekraczającego dotychczasowe koleiny. Wezwanie przenosi informację, która stawia wszystko na głowie i wymaga przewartościowania całej ustalonej hierarchii wartości, zmiany priorytetów, wprowadza poważny dylemat.

W najbardziej znaczących przygodach ten pierwszy zew okazuje się być blisko związany z głębokim, życiowym powołaniem protagonisty, które da mu ostatecznie największe spełnienie.

W „Nowej nadziei”: wejście Luke’a w posiadanie R2-D2 z planami Gwiazdy Śmierci, odkrycie prośby o pomoc księżniczki Leii – w skrytalizowanej postaci – bezpośrednia oferta Obi-Wana Kenobiego.

W całej Klasycznej Trylogii: oferta Obi-Wana Kenobiego dotyczące pójścia w ślady ojca, przejście szkolenia Jedi

2. Odrzucenie wezwania (Refusal of the Call)

Drugi etap wiąże się z odrzuceniem wezwania, uciszeniem zewu przeznaczenia lub zignorowaniem własnego powołania z powodu ogólnego przytłoczenia skalą albo trudnością zadania czy wymaganą zmianą stylu życia, oderwaniem od przyzwyczajeń i utartych nawyków. Nasz bohater miga się od brzemienia, które wiąże się z heroiczną wędrówką w nieznane. Chociaż męczy się w swym zwykłym świecie i chętnie by go opuścił, szukając pretekstu nagle przypomina sobie o wszystkich wzgardzonych obowiązkach, które urastają w jednej chwili do rangi najważniejszych rzeczy na świecie. Może marzyć o wielkich czynach, ale w obecnej niedojrzałej postaci, gdy wypada zacząć je realizować, wycofuje się bądź powstrzymuje od działania. W ten czy inny sposób zawodzi.

Jest to fragment eposu dotyczący wymówek i unikania wzięcia odpowiedzialności za sprawy doniosłe. Odpowiednio go wykorzystując, możemy wykreować realistyczny, bardzo ludzki obraz naszego bohatera, z którym każdy może się zidentyfikować, patrząc na własne zmarnowane szanse czy zaniechania.

W „Nowej nadziei”: odrzucenie questu Obi-Wana Kenobiego, chęć pomocy wujowi przy zbiorach:

„Alderaan? Nie lecę na Alderaan. Muszę wracać do domu. Jest późno. Nie mogę się w to bardziej mieszać. […] Nie mogę się w to wtrącać. Mam pracę do wykonania. Nie żebym lubił Imperium, nienawidzę go, ale nic nie mogę z tym teraz zrobić. To tak daleko stąd…

W całej Klasycznej Trylogii: j.w.

By ruszyć z miejsca potrzebna jest:

3. Pomoc sił nadprzyrodzonych (Supernatural Aid)

Teraz naszym zadaniem jest wprowadzenie postaci mentora bądź dojrzalszego pomocnika, który skłoni protagonistę do zmiany stanowiska lub po prostu będzie na miejscu, gdy ten sam podejmie decyzję, by jednak ruszyć na wyprawę. Jeśli już wcześniej taka postać została wprowadzona do opowieści i tułała się gdzieś po trzecim planie, teraz jest czas i miejsce, by na nią skierować fabularne jupitery, dać jej zabłysnąć wiedzą, mądrością, jakimiś innymi cnotami czy ogólną dojrzałością życiową lub kompetencjami. W tej części historii to bardziej doświadczony mistrz może przejąć inicjatywę, gdy nasz protagonista wciąż jest zagubiony, nieporadny czy po prostu niewyrobiony w fachu, którego zdecydował się zostać czeladnikiem.

Na tym etapie pracujemy nad odpowiednim wizerunkiem mentora w naszej opowieści. Możemy rzucić nieco światła na jego zagadkową przeszłość, dać mu się wypowiedzieć o tym, co jest stawką całego wyzwania czy zdradzić jakąś część tajemnych arkan. Być może ma do przekazania jakieś pomocne przedmioty czy atrybuty, które okażą się być niezbędnymi do radzenia sobie bohaterowi na jego nowej ścieżce życia?

Jeżeli mentor jest strażnikiem dawnej tradycji, możemy coś o niej napomknąć, kierując przygodę w bardziej zobowiązującą stronę, by zyskała ona jakiś bardziej znaczący, szlachetny wymiar. Odpowiedni mentor znakomicie może przydać właściwego ciężaru gatunkowego, przez swoją cnotę gravitas.

W „Nowej nadziei”: Obi-Wan ratuje Luke’a przed Ludźmi Pustyni, przekazuje miecz świetlny jego ojca, opowiada o swoim udziale w Wojnach Klonów, zdradza Skywalkerowi wiedzę o istnieniu Mocy i Rycerzy Jedi, załatwia transport na Alderaan.

W całej Klasycznej Trylogii: j.w. + nauki Mistrza Yody oraz przeprowadzony trening Jedi, wraz z demonstracyjnym wyciągnięciem za pośrednictwem Mocy myśliwca z bagna, przekazanie informacji o zatajonej tożsamości siostry.

4. Przekroczenie progu (Crossing the Threshold)

Jeden z ostatnich etapów odbywających się w zwykłym świecie. Przekroczenie progu zrywa z tym, co w życiu bohatera było do tej pory ustabilizowane, rutynowe i pewne. Dawna egzystencja jest już niemożliwa do kontynuacji, stary świat leży w gruzach bądź całkowicie traci znaczenie dla protagonisty. Przebiera się ostatnia miarka, wszelkie przeszkody czy opory psychologiczne w podjęciu nowego wyzwania tracą jakąkolwiek rację bytu czy też są rozpoznane jako pozór.

Bohater zmienia tożsamość, odrzuca dawne życie, jest gotowy pożegnać się z przeszłością i poświęcić się nowemu zajęciu. W tym miejscu zaczyna się jego właściwa przygoda i afirmacja otwarcia na nieznane.

W „Nowej nadziei”: śmierć wujostwa i zniszczenie farmy przez wojska Imperium, opuszczenie rodzimej Tatooine przez Luke’a, sceny w Anchorhead.

W całej Klasycznej Trylogii: j.w.

5. W trzewiach bestii (Belly of the Whale)

Nasz protagonista opuścił już bezpieczne, znane jak własną kieszeń domowe pielesze i jest rzucony po raz pierwszy na głęboką wodę, z bardzo mglistą wiedzą, jak sobie radzić w nowych sytuacjach. Być może znajduje się na terytorium wroga albo musi radzić sobie w bardzo trudnych warunkach środowiskowych lub znajduje się wśród ludu, czy klasy społecznej, której obyczajów i wartości nie pojmuje. Lekkomyślnie może eksperymentować z nieznaną sobie technologią lub poszukiwać drogi na skróty. Na tym etapie wpada z deszczu pod rynnę. Ostatecznie nie panuje nad sytuacją, jest zdany na łaskę i niełaskę czynników niezależnych od siebie samego. Jest schwytany w pułapkę lub inną pozorną sytuację bez wyjścia. Jego życie z powodu podjętej decyzji po raz pierwszy ulega poważnemu zagrożeniu.

W wyniku tego doświadczenia traci przytomność lub rzeczywiście czasowo umiera, lecz ostatecznie zostaje przywrócony do życia.

Na tym etapie akcentujemy, że same dobre chęci nie wystarczą, by przebyć całą ścieżkę przygody a nieprzygotowanie do kolejnych wyzwań może następnym razem zakończyć się tragicznie – nie zawsze heros będzie miał więcej szczęścia niż rozumu. Nasz protagonista ma wciąż przed sobą mnóstwo nauki. Daleko mu do pełnej samodzielności i nie zawsze to, co robi musi być przemyślane i roztropne.

W „Nowej nadziei”: dosłownie – gdy Luke trafia do zgniatarki śmieci na Gwieździe Śmierci i zostaje wciągnięty pod wodę przez żyjącą tam dianogę. Symbolicznie – gdy Sokół Millenium zostaje sprowadzony na pokład Gwiazdy Śmierci promieniem ściągającym.

W całej Klasycznej Trylogii: jaskinia wampy na Hoth, ocalenie Luke’a od zamarznięcia przez Hana Solo.

Tu następuje koniec fazy odejścia. Rozpoczyna się faza inicjacji.

Bohater ostatecznie trafia do magicznego świata, gdzie poświęca się w pełni swej heroicznej ścieżce.

6. Droga prób (The Road of Trials)

Ten etap monomitu jest najczęściej kojarzony i najbardziej charakterystyczny dla eposów bohaterskich. Składa się zazwyczaj z serii testów, prób bądź zadań, które protagonista musi wykonać, aby czegoś się o sobie dowiedzieć, nauczyć podstaw swojego fachu czy wyszlifować właściwą postawę moralną, niezbędną by okazać się godnym powierzenia najbardziej wymagającego zadania finałowego.

Nie istnieje reguła dotycząca długości tego etapu – w zależności od posiadanego czasu na rozwój postaci, możemy go przedłużać. W opowieściach o padawanach z Akademii Jedi przechodzących wieloletnie szkolenie w czasach pokoju, droga prób może składać się z wielu zadań czy misji dopasowanych do wieku, zlecanych przez mistrzów wyciągających następnie wnioski na podstawie odnoszonych postępów. W przypadku przygody o błyskawicznym przebiegu, etap drogi prób może być zaznaczony jedynie symbolicznie bądź zwyczajnie stanowić pomniejsze cele głównej misji, które należy zrealizować przed przystąpieniem do ostatecznej konfrontacji.

W zależności od opowiadanej historii, drogę prób możemy odegrać na koturnach, niemalże jako ceremonialne tableau, kiedy konkretne zadania odnoszą się do konkretnych sprawności lub cnót, mających zostać sprawdzonymi w ramach rytualnych prób lub wręcz przeciwnie – ukrywając ich charakter, starając się, aby trudności wydawały się bardziej organiczne dla perypetii bohatera.

W pomniejszych, „wyjazdowych” przygodach droga prób może być zadana przez lokalnych mieszkańców czy innych tubylców, jako jedyny sposób zdobycia ich zaufania czy wkradania się w ich łaski, zanim zechcą udzielić naszemu protagoniście pomocy czy wtajemniczyć w okoliczne problemy czy intrygi. Ten etap też można wykorzystać do testowania wiarygodności i czystych intencji naszego herosa, by uświadomić mu, czy jest rzeczywiście gotowy podjąć wyzwanie.

Zawalenie etapu drogi prób niekoniecznie musi wiązać się z całkowitym upadkiem bohatera, równie dobrze może stać się ciekawą odskocznią, dzięki której będzie on chciał dokonać rehabilitacji i wybrać się samodzielnie w alternatywną drogę prób, by dowieść swej wartości mentorowi, czyniąc jakieś osobiste postanowienia, składając śluby czy w inny sposób wyznaczając własne cele, kierując fabularnie opowieść w pozornie nieznaną stronę.

W „Nowej nadziei”: trening z mieczem świetlnym na Sokole, ratowanie księżniczki Leii przed straceniem, przebycie przepaści na Gwieździe Śmierci, odpieranie szturmowców, (wyłączenie promienia ściągającego – przez Obi-Wana).

W całej Klasycznej Trylogii: trening fizyczny na Dagobah, opanowywanie telekinezy, trening czytania wizji przyszłości, nauka zdawania się na wiarę i intuicję, nieudana próba jaskini, wydobycie zamrożonego w karbonicie Solo, wysadzenie barki żaglowej Jabby.

7. Spotkanie z boginią (Meeting the Goddess)

Kiedy nasz bohater dostatecznie już zmężnieje, w końcu przypadnie mu spotkanie z niewieścim wcieleniem cnót wszelakich. Tytułowa bogini może być szlachetną dziewczyną o nieskazitelnej postawie albo stanowić przykładny materiał na poukładaną żonę czy pełnić rolę opiekuńczą, wręcz matczyną. Zazwyczaj to właśnie ona wyznacza główne zadanie, przed którym bohater będzie musiał stanąć, udziela finalnej rady czy podarunku przydatnego w ostatniej konfrontacji. Często stanowi stereotypową księżniczkę do uwolnienia z łap bestii.

Nie musimy jednak ogrywać tego etapu tak dosłownie. Boginią może okazać się równie dobrze niematerialna manifestacja Mocy, zdradzająca charakter rodzącej życie natury czy cokolwiek innego równie abstrakcyjnego, obdarzonego mitologicznymi atrybutami kojarzonymi z kobiecością. Ostatecznie chodzi o łagodne źródło inspiracji, przywracające nadzieję, reperujące morale, popychające do wyrzeczeń, do jakich zdolna jest matka starająca się zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom.

W „Nowej nadziei”: księżniczka Leia pociesza Luke’a po śmierci jego mentora, dowozi na Yavin 4 plany Gwiazdy Śmierci, przypomina o tym, że każdy przy dokonywaniu wyboru posiada autonomię, gdy Solo nie chce przystąpić do ostatniego natarcia, wynagradza zasługi podczas celebracji zwycięstwa.

W całej Klasycznej Trylogii: Leia opiekuje się wszystkimi w Bazie Echo, ostrzega przed intencjami Lando, osobiście ratuje Hana Solo z Pałacu Jabby, obłaskawia Ewoki na Endorze, opowiada Luke’owi o ich matce.

8. Kobieta kusicielką (Woman as Temptress)

Monomit operuje na stereotypie zespołu Madonny i ladacznicy. O ile poprzedni etap opowieści odnosił się do tej pierwszej, Kusicielka stawia w centrum akcji ten drugi, bardziej zmysłowy aspekt kobiecości, stawiając bohatera przed kolejną próbą.

Teraz nasz protagonista musi zmierzyć się z pokusami. W najbardziej bezpośrednim odczytaniu chodzi o pragnienie cielesnej rozkoszy czy w bardziej ekstremalnym wydaniu – nawet obietnicę rozpasania seksualnego, stanowiącą dystrakcję, mającą odwieść protagonistę od wykonania ostatecznego zadania. Antagonistyczne siły reprezentujące stronę zła zawsze mają na podorędziu jakąś niegrzeczną dziewczynkę czy innego twi’lekkańskiego sukkuba, którym mogą się wysłużyć, byle tylko wybronić się z opresji i tym fortelem spowolnić postępy zagrażającego im herosa.

Zwerbowana ponętna tancerka, mordercza agentka do zadań specjalnych czy nawet pozornie przyzwoita kobieta zachęcająca naszego bohatera do ustatkowania się, wyboru rodzinnego życia o jakim zawsze marzył i porzucenia jego nadrzędnej misji, to niektóre z możliwych wcieleń przewrotnej kusicielki. Ostatecznie piękne oczy, jędrne biusty, zgrabne tyłki i piękne słówka służą tylko grze na czas, mydleniu oczu oraz sprowadzeniu naszego protagonisty na manowce.

Jak najbardziej możliwym jest też fabularne pogodzenie Bogini i Kusicielki w jednej osobie, gdy bohater docenia walory moralne dziewczyny, lecz z drugiej strony odczuwa do niej pociąg a jej atrakcyjność fizyczna przykuwa nazbyt jego uwagę, potencjalnie otwierając pole konfliktu, np.: między przyjaciółmi i ryzyko otwartej groźby rozbicia lojalnej grupy koleżeńskiej protagonisty.

W bardziej ogólnej i abstrakcyjnej formie ten etap może stanowić ostrzeżenie przed zgubnym wpływem hedonizmu, fałszywymi obietnicami łatwego i przyjemnego życia, które może stać się ponętną alternatywą wobec męczącej ścieżki heroicznego poświęcenia. Czasem do rozpisania tego etapu wystarcza zwyczajne przekupstwo lub szantaż. „Szczucie cycem” nie jest więc obligatoryjne. Możemy rzecz jasna zamienić płci, posyłając do akcji jakiegoś bawidamka, jeżeli naszym bohaterem będzie kobieta.

W „Nowej nadziei”: W zasadzie ten etap jest całkowicie pominięty. W śladowych, homeopatycznych ilościach można się go dopatrywać w rozmowie Hana i Luke’a o Leii na pokładzie Sokoła, kiedy Solo podpuszcza młodzieńca do okazania zazdrości i niezadowolenia z powodu tego, że przemytnik wyraził nią zainteresowanie. Luke zdaje się też umniejszać zasługi Solo, gdy Leia docenia odwagę przemytnika i stara zaakcentować szlachetność własnej postawy, gdy ta jest rozczarowana materializmem Solo.

W całej Klasycznej Trylogii: Vader kuszący Luke’a zakończeniem wojny domowej i wspólnymi rządami po przejściu na Ciemną Stronę Mocy, Imperator Palpatine obiecujący uratowanie przyjaciół Skywalkera, w zamian za jego podporządkowanie podczas bitwy pod Endorem.

Podążając dalej homeopatycznym śladem, w „Imperium kontratakuje” przez cały początek filmu trwa rywalizacja o względy księżniczki Leii. Kiedy Luke po powrocie do bazy Echo otrzymuje od niej całusa, lekceważąco zakłada ręce za głowę i sobie pogwizduje, tryumfując nad Hanem, ku jawnemu niezadowoleniu okazanego przez tego drugiego. Dopiero odkrycie pokrewieństwa wyłącza Luke’a z rywalizacji w tym trójkącie. W teorii więc można wyobrazić sobie zagrożenie walką kogutów, narażającą cały Sojusz Rebeliantów na niebezpieczeństwo, gdyby jeden z bohaterów zechciał poświęcić większą sprawę, tylko by zdobyć dla siebie pożądaną kobietę.

Niektórzy widzowie wskażą jeszcze zapewne przykład metalowego bikini w niewolniczym stroju.

9. Pojednanie z ojcem (Atonement with the Father)

Każdy ma jakieś problemy z rodzicami. Jedni żywią pretensje z powodu ich nieobecności. Drudzy z powodu popełnianych błędów wychowawczych czy zaniedbań. Jeszcze inni muszą żyć w cieniu kogoś sławnego i utalentowanego, nie potrafiąc spełnić wysokich oczekiwań związanych z pozycją rodzica, mimo wszelkich starań, aby mu dorównać.

Jeżeli bohater ma finalnie dojrzeć przed najtrudniejszym zadaniem, powinien najpierw domknąć kwestię swojego dzieciństwa, stając się wreszcie kimś dorosłym, kto przeszedł do porządku dziennego nad swoją przeszłością i uporządkował zaniedbane relacje rodzinne. Temat wychodzenia z cienia rzucanego przez świetniejsze pokolenia, rehabilitacji swojej familii czy pohańbionego klanu, uporania się z ciężarem osobistych traum związanych z byciem czyimś synem czy córką załatwiamy dramaturgicznie w dziewiątym etapie wielkiej, monomitycznej podróży życia.

Jak zwykle, ten etap również możemy zrealizować symbolicznie. Niekoniecznie rzecz musi dotyczyć konkretnie rodziców, czasem mogą być to wymogi tradycji, prawa, abstrakcje dotyczące dyscypliny i posłuszeństwa, podporządkowujące protagonistę w danym kształcie wychowania, który nie przystaje do głównego zadania, przed jakim przyjdzie mu stawać w przyszłości.

W „Nowej nadziei”: Kwestie rodzinne nie stanowią zasadniczego punktu pierwszego filmu. Luke jako sierota jest oczywiście bardzo ciekawy życia, jakie prowadził jego ojciec. Każda o tym wzmianka podpala jego uwagę, przez co jest strofowany przez wuja. Z aprobatą przyjmuję komplement Obi-Wana na temat swoich zdolności pilotażu, które jako swoją żyłkę zdał się odziedziczyć po ojcu. Pragnienie zostania pilotem w większości bierze się z chęci podtrzymywania rodzinnej tradycji i upodobnienia do nieobecnego ojca.

W całej Klasycznej Trylogii: Żartujecie? Nigdy nie oglądaliście „Gwiezdnych wojen”? Facet w czarnym hełmie i pelerynie jest ojcem tego młodego chłopaka!

10. Apoteoza (Apotheosis)

Przeszedłszy etapy prób i pokus, nasz podopieczny wchodzi teraz w swoją szczytową formę. Opanował warsztat, zrozumiał siebie, odrzucił fałszywe mniemania, pogodził z przeszłością, na nowo przypomniał sobie nadrzędne ideały, dotknął świętości, doznał łaski. Nie jest już bezradny – przeciwnie, teraz wreszcie zebrał wszystkie elementy doświadczenia pozwalające wejść „w zonę” czy osiągnąć „flow”. Zaakceptował swoją rolę i chętnie przyjmuje ciążącą na nim odpowiedzialność. Już niczego nie musi udawać – okazuje się być bowiem pełnoprawnym czempionem sprawy, o którą walczy. Stał się tym, kim miał się stać, znajduje się na najlepszej drodze spełnienia pradawnych proroctw i przepowiedni. Być może jako charyzmatyk, na tym etapie jedna sobie całe rzesze zwolenników, którzy wcześniej nie chcieli do niego dołączyć.

Dziesiąta część monomitu wynosi nas na wyżyny natchnienia, geniuszu, uświadomionego mistrzostwa czy osobistej świetności – zjednoczenia z archetypem bohatera lub po prostu osiągnięcia pełnej dojrzałości protagonisty. Tu zazwyczaj następuje zwrot akcji, przejęcie inicjatywy, zanik jakichkolwiek wątpliwości, sceptycyzmu czy niewiary utrudniających, bądź uniemożliwiających podjęcia skutecznego działania. Ostatecznie, jeżeli jesteś bohaterem swojego mitu, nie masz się czym przejmować – potrzebujesz jedynie ufności, że do zwycięstwa doprowadzi Cię twoje bóstwo, niezmienna struktura wszystkich heroicznych opowiadań czy niezachwianie wysokie morale.

Apoteoza to część opowieści, w której następuje największa podbudowa dla całego peaku emocjonalnego, tu znajdujemy czas zaprezentowanie pełnego zapału, oddania czy odkupienia, czasem też spokoju czy namaszczenia albo podniesienia na duchu przed nadchodzącą wielką bitwą.

W „Nowej nadziei”: zdanie się Luke’a na Moc, wyłączenie komputera celowniczego w X-Wingu tuż przed oddaniem „strzału jednego na milion.”

W całej Klasycznej Trylogii: scena odrzucenia miecza świetlnego po pokonaniu w pojedynku Vadera wraz z wygłoszeniem przez Luke’a deklaracji o byciu Jedi i porażce odniesionej przez Imperatora, któremu nie uda się dokonać jego konwersji.

11. Ostateczna nagroda (The Ultimate Boon)

Szczyt szczytów zasługujący na unieśmiertelnienie w pieśniach, przekazach tradycji ustnej, legendach opowiadanych dzieciom na dobranoc. Bohaterowie to nie celebryci – nie są znani z tego, że są znani. Są znani, gdyż dokonali czegoś niesłychanie rzadkiego, trudnego, na co nikt poza nimi nie był w stanie się zdobyć, czym zasłużyli się na pamięć przez wieki, stając się żywymi wcieleniami wzorców moralnych.

Ostateczna nagroda to etap kulminacji – w nim prezentujemy główny czyn heroiczny naszego protagonisty. Tu znajduje miejsce zwieńczenie długiego procesu doskonalenia za sprawą finalnego wypracowania konkretnej cnoty bądź całego ich zestawu.

Jeżeli protagonista miewał momenty załamania z powodu tchórzostwa, tu powinien wykazać się najbardziej przykładnym męstwem, jeżeli popełniał omyłki związane z oceną sytuacji, tu powinien wykazać się wreszcie roztropnością. Jeżeli wykorzystywał innych, teraz powinien okazać się sługą sprawiedliwości, naprawiającym krzywdy. Jeżeli wcześniej podpalał się zbytnio swoimi ambicjami, teraz powinien dokonać przełomu zależnego od osiągnięcia umiarkowania.

Dobrze dobrany czyn heroiczny będzie odnosił się zarówno do wielkiej społecznej stawki, o jaką toczy się cała fabularna gra, jak również do osobistej podróży samego bohatera, pozwalając docenić nam go w pełni za ostatni sztych wymierzony w jego największą słabość czy osobistego demona. Bohaterów wszakże nie wielbimy tylko za to, że czegoś dla nas za pomocą swych poświęceń dokonali albo zdobyli, ale również za to, kim osobiście się stali, osiągając pełnię człowieczeństwa.

W „Nowej nadziei”: oddanie przez Luke’a Skywalkera „strzału jednego na milion” wysadzającego pierwszą Gwiazdę Śmierci. Zwycięstwo mistycyzmu Mocy nad techniką świeckiego totalitaryzmu.

W całej Klasycznej Trylogii: rehabilitacja Anakina Skywalkera, pokonanie Imperatora za pomocą jego dawnego sługi, obudzenie ojcowskiej miłości, okazującej się kluczem do rozłamu w sercu władzy Imperium.

W szczycie ostatecznej nagrody kończy się faza inicjacji.

Faza powrotu.

12. Odmowa powrotu (Refusal of the Return)

Etap symetryczny do odrzucenia wezwania z fazy odejścia. Wówczas protagonista nie chciał wyruszać na wyprawę, teraz nie chce z niej wracać. Woli przebywać w świecie magicznym, nie wracać do swojego zwykłego otoczenia czy dawnych rutyn. Przyzwyczaił się do gry o wysoką stawkę, rozwiązywania problemów wielkiej rangi, obawia się banału przeciętnego życia, utraty prestiżu, wewnętrznego znaczenia czy pozycji społecznej zdobytych w przebiegu przygody.

W tym etapie możemy nakreślić ostrzeżenie przed ewentualnym „uderzeniem sodówki do głowy”, manii wielkości po odniesieniu zasłużonego zwycięstwa. Nasz bohater może tu szukać wymówek albo nawet preparować zagrożenia, dzięki którym jego przedłużająca się obecność w magicznym świecie okaże się niezbędna i oddali nieuchronny powrót do świata zwykłych śmiertelników.

Jeżeli jednak protagonista jest bardziej dojrzały, ten etap można rozegrać w postaci zdawkowej, na przykład akcentując niechęć do odejścia w postaci łzawych pożegnań z mieszkańcami świata magicznego, z jakimi zdążył się zaprzyjaźnić. Wszystkie sztampowe „Nigdy o was nie zapomnę!” czy „Tak bardzo będzie mi was brakowało.” należą do tego właśnie etapu podróży. Akcentujemy w nim psychologiczną trudność powrotu do zwyczajnych realiów szarego życia.

W „Nowej nadziei”: Brak. Od biedy – scena, w której Luke chce powystrzelać w odwecie za śmierć Obi-Wana wszystkich szturmowców, pozostając w hangarze na Gwieździe Śmierci (czyli świecie magicznym) można uznać za coś, co wykorzystuje podobny motyw. Problem polega na tym, że ten epizod następuje jeszcze przed wykonaniem głównego zadania, a nie w fazie powrotu, po jego wykonaniu, dlatego ta interpretacja jest bardzo naciągana.

W całej Klasycznej Trylogii: Bardzo słabo, ledwie zdawkowo zaznaczony. Luke po śmierci Imperatora, ciągnie umierającego ojca po pokładzie drugiej Gwiazdy Śmierci, targanej kolejnymi eksplozjami, Anakin mówi, aby go zostawił, w domyśle: salwował się samotną ucieczką. Młody Skywalker odmawia, upierając się przy tym, że musi go ocalić, podczas gdy już tego dokonał.

13. Magiczna ucieczka (The Magic Flight)

Kiedy bohater zdecyduje się jednak powrócić do swojego dawnego życia i zamknąć najbardziej burzliwy rozdział za sobą, bardzo często musi liczyć się z odwetem tych przegranych antagonistów, którzy mimo wszystko zdołali przetrwać i teraz pałają żądzą zemsty za pokrzyżowanie ich niecnych planów.

Główny zalążek zła mógł zostać bezapelacyjnie i epicko pokonany, ale jego odpryski wciąż stanowią podstępne zagrożenie. Heros musi się jeszcze raz sprężyć, by przetrwać ostatni zamach czy odeprzeć atak na swoje życie, zdrowie czy reputację.

Magiczna uczieczka to znakomity etap na rozmaite zemsty zza grobu, klątwy czy odwety sług głównego szwarccharakteru, jeżeli cieszył się jakąś ich lojalnością.

W „Nowej nadziei”: Ten etap mogą stanowić dwie sceny: ucieczkę oznaczonym szpiegowskim nadajnikiem Sokołem Millenium z Gwiazdy Śmierci, sprowadzającym zagrożenie na bazę Rebeliantów i walkę z czterema pościgowymi myśliwcami TIE [ponownie, przesuniętą do fazy inicjacji], albo finalną ucieczkę zdziesiątkowanej rebelianckiej floty przed promieniem eksplozji Gwiazdy Śmierci, której posłano właśnie celny strzał z torped protonowych.

W całej Klasycznej Trylogii: Luke ucieka z ciałem Vadera imperialnym promem z drugiej Gwiazdy Śmierci, w której wysadzono główny generator, Lando pilotuje Sokoła przez wypełniające się ogniem wewnętrzne korytarze stacji bojowej, Sojusz Rebeliantów odsuwa swą flotę od zdestabilizowanej stacji, zmierzającej ku niechybnej destrukcji.

14. Ocalenie z zewnątrz (Rescue from Without)

Nasz protagonista przeszedł trudną drogę poświęceń i do tej pory świecił dla wszystkich przykładem. Być może jako jeden z nielicznych podjął działanie w trudnych okolicznościach. Teraz sam wymaga odrobiny pomocy, której udzieli mu ktoś ze zwykłego świata, kogo zdołał zainspirować swoją postawą. „To ja jestem Spartukusem!” – chciałoby się zakrzyknąć, biorąc część heroicznego ciężaru na siebie, by ulżyć swemu dobroczyńcy czy nawet przyjacielowi.

Ten etap może przypominać „W trzewiach bestii” z fazy odejścia, ponieważ bohater ponownie bywa zdany na czyjąś pomoc i nie wykona zupełnie sam całego uzdrowienia sytuacji. Może pozostawać także niezależny, ale ostatecznie to inni muszą wykorzystać dar bogów wykradziony z magicznego świata, jaki dla nich po prometejsku zdobył czy wykonać ostatni krok na rzecz swojego ocalenia. Heros może zdobyć rzadkie lekarstwo na twoją śmiertelną przypadłość, ale przecież nie zażyje go za ciebie. Aby jego wyprawa zachowała sens, to ty musisz wykonać ostatni krok.

Na tym etapie monomitu zwykli śmiertelnicy, być może do tej pory zupełnie bierni i nieprzekonani do całej wyprawy, na ostatniej prostej również przykładają rękę do swojego ratunku. Ocalenie z zewnątrz stanowi więc ten etap, na którym heroizm okazuje się być zaraźliwy, a dawni sceptycy sami przejmują część bohaterskiej chwały, uczestnicząc przynajmniej w końcowych fragmentach podróży protagonisty, jeśli wcześniej nie byli lub nie chcieli być jej znaczącą częścią.

Tutaj więc będziemy akcentować zaraźliwość postaw heroicznych, podkreślimy współuczestnictwo czy pozwolimy sobie na bardziej sieciowe spostrzeżenia dotyczące całej przygody, która nie mogłaby się odbyć bez osób z drugiego i trzeciego planu.

W „Nowej nadziei”: Cyniczny Han Solo powraca w kluczowym momencie bitwy o Yavin, zestrzeliwuje skrzydłowego Vadera, wprowadzając zamieszanie w szyki myśliwców Imperium, umożliwiając spokojniejsze oddanie Luke’owi jego sławnego strzału.

W całej Klasycznej Trylogii: W „Imperium kontratakuje” Leia, Lando i Chewbacca wracają po okaleczonego Luke’a wiszącego pod Miastem w Chmurach na Bespin. W „Powrocie Jedi” na ten etap składają się: akcja komandosów na Endorze oraz finalny szturm na reaktor drugiej Gwiazdy Śmierci.

15. Przekroczenie powrotnego progu (Crossing the Return Threshold)

Kiedy bohaterowie przekraczają próg między zwykłym a magicznym światem, często zostawiają ten pierwszy w ruinie, nie wiążąc z nim żadnych dalszych planów, być może chcą z niego uciec wyłącznie dla swej korzyści. Kiedy już zupełnie dojrzali przekraczają próg powrotny, wracają do niego jako odnowiciele, znajdują dla jego mieszkańców nowe zadania, dzielą się wiedzą z całej swojej podróży, dzięki której uda się przywrócić go do stanu dawnej bądź nigdy wcześniej nieosiągniętej świetności. Teraz wiedzą, dlaczego warto ostatecznie powrócić i przyczynić się do pracy na rzecz wcześniej wzgardzonego czy niedocenianego miejsca. Nauczyli się w magicznym świecie odpowiedzialności lub innych przydatnych umiejętności, które przenoszą do zwyczajnego świata.

Podróż zmienia nie tylko ich samych, ale również owocuje odnową stosunków społecznych, przypomnieniem o roli podstawowych wartości, postaw czy zasad moralnych. Rozpoczyna się czas odbudowy lub konsumowania owoców zwycięstwa. W tej części opowieści możemy opisywać, jak bohater za pomocą tego czy innego zdobycznego artefaktu lub innego wihajstra naprawił ostatecznie swoją okolicę albo ostatecznie zmienił społeczny ustrój, usuwając z niego nieprawidłowości.

Ponownie, mamy tu okazję do przeprowadzenia szerszej ekspozycji i opisu transformacji już nie bohatera, ale świata, do którego powrócił z wyprawy.

W „Nowej nadziei”: Scena szalonej radości w hangarze bazy Rebeliantów po zwycięskiej bitwie, informacja o uszkodzeniu R2-D2, któremu Threepio chciał oddawać swoje części. Odparcie śmiertelnego zagrożenia dla wszystkich znajdujących się na Yavinie, mocna deklaracja polityczna.

W całej Klasycznej Trylogii: Palenie ciała Anakina po ostatecznym zwycięstwie na Endorze, anegdoty przyjaźniących się pilotów opowiadających przy ogniskach o swojej perspektywie i wkładzie we zwycięską bitwę pod Endorem. Tańce i przytulańce. W Edycji Specjalnej, przegląd przez planety wyzwalające się spod władzy Imperium.

16. Mistrz obu światów (Master of Both Worlds)

W wyniku całej podróży nasz protagonista staje się pełnoprawnym bohaterem. Nie tylko opanował odpowiednie biegłości i osiągnął kompetencje moralne w magicznym świecie, siląc się na spektakularne czyny, ale kompletnie je zinternalizował i potrafi również wykorzystywać w swojej codzienności, w każdym kontekście. Wie już, co jest w życiu ważne, a co nie. Istotnie, jest teraz mistrzem obu światów.

Bohater zyskuje doświadczenie, które sprawia, że sam może teraz stać się mentorem dla innych, asystując w ich własnych przygodach i przeprowadzając przez te wszystkie stopnie monomitycznej podróży, znanej mu z doświadczenia.

W „Nowej nadziei”:

„Pamiętaj, Moc zawsze będzie z tobą.”

W całej Klasycznej Trylogii: Końcowa scena „Powrotu Jedi”, w której Luke podczas celebracji zwycięstwa, spogląda na ukazujące mu się duchy swoich nauczycieli i ocalonego ojca, po czym zabiera pod rękę swą siostrę, wracając do radowania się wraz z żywymi.

17. Swoboda dalszego życia (Freedom to Live)

Etap epilogu a czasem domysłów dotyczących dalszych losów bohatera, który po zakończeniu wyprawy ma czas na odnalezienie kolejnej roli. Tutaj możemy ostatecznie dopieścić publiczność, dając bohaterowi to, czego zawsze prywatnie pragnął, ciesząc się z jego szczęścia. Śluby, wielkie obchody zwycięstwa, zaszczyty lub skromniej, zdobycie świętego spokoju i ucieczka od tego całego zgiełku na rzecz drobnych przyjemności.

Czasem wielcy bohaterowie chcą po prostu pomoczyć sobie nogi w sadzawce, upiec chleb albo coś sobie posadzić w ogrodzie, doceniając małe rzeczy i odpoczywając od gigantycznej skali konfliktów, w jakich uczestniczyli, znajdując nieco czasu dla siebie i swoich bliskich.

Ostateczne zamknięcie narracji.

W „Nowej nadziei”: Celebracja pierwszego znacznego zwycięstwa odniesionego nad Imperium, odznaczenie bohaterów.

W całej Klasycznej Trylogii: Celebracja ostatecznego zwycięstwa nad Imperium na Endorze. Podniosła muzyka Johna Williamsa spinająca klamrą całość.

***

d41a4526c26e3b7ac5ba8c91_rw_3840

Tak przedstawia się całość struktury monomitu. Aby zaznaczyć jej skalowalność podałem przykłady poszczególnych jego etapów w odniesieniu zarówno do pojedynczej, pierwszej części „Gwiezdnych wojen” („Nowej nadziei”, Epizodu IV), mogącej stanowić odrębną całość (gdyby pozostałe części nie powstały), jak również dla ogółu zebranej Klasycznej Trylogii (Epizodów: IV,V,VI), jeżeli zechcemy potraktować je jako większą całość, której bohater powtarza cykl, podchodząc do części jego etapów po wielokroć, nim osiągnie ostateczny tryumf.

W internecie można znaleźć wiele rozbieżnych rozpisek, nieco inaczej dopasowujących sceny i odczytujących ich znaczenie dla toku całej przygody – zwykle jest to spowodowane użyciem skróconej wersji Voglera, składającej się zaledwie z 12 etapów, upraszczającej schemat inicjacyjny Campbella i dopasowującej go do współczesnych realiów egalitarnej kultury. U Voglera nie znajdziemy już na przykład etapu Kobiety jako kusicielki (bo dziś widocznie kobiety mogą być tylko samym dobrem) ani równie szczegółowego potraktowania fazy powrotu.

Pozostałe przypadki rozbieżności zależą od odmiennych interpretacji znaczenia konkretnych, często bardzo ogólnych i zdawkowych scen. Ostatecznie sztuka nie jest naukowym eksperymentem a mit jako taki pozostaje niefalsyfikowalny. Może podążać za ogólnym schematem znaczeń, ale i tak się mu nie poddawać w pełni.

Bardzo częstym nieporozumieniem w przypadku odnoszenia koncepcji monomitu wobec „Gwiezdnych wojen” jest traktowanie jego struktury jako sztywnej, niezmiennej, obowiązkowo przebiegającej według konkretnej chronologii etapów. Stąd zresztą bierze się konfuzja z powodu klasyfikacji niektórych scen w „Nowej nadziei”. Dla przykładu: czy ucieczkę Sokoła Millenium z Gwiazdy Śmierci i walkę z czterema myśliwcami TIE możemy traktować jako „Magiczną ucieczkę”, skoro odbywa się jeszcze w fazie inicjacji, przed wykonaniem głównego heroicznego czynu, czy może jest to jeszcze jedna z prób, a etapu „Magicznej ucieczki” zwyczajnie nie ma? Podobnych problemów narratologicznych możemy mnożyć ponad miarę: czy jeżeli poprzestawialibyśmy kolejność między wprowadzeniem Kobiety jako kusicielki a Spotkania z boginią, to nagle przestalibyśmy mieć do czynienia z klasycznym monomitem, a otrzymalibyśmy jakiś jego inny wariant? Rzecz jasna, w ramach akademickiej dyskusji można się o to spierać, ale w ostatecznym rozrachunku niewiele to zmienia.

Gdy idzie o moje stanowisko, uznaję, że monomit jest przede wszystkim ogólną referencyjną strukturą odsłaniającą znaczenie heroizmu dla protagonisty. Nie musi dotykać bezpośrednio kwestii narracyjnych. Historię moglibyśmy na przykład zacząć od wprowadzenia mentora, którego niespodziewanie odwiedziłby protagonista, wiedziony jakimś niepokojem, a dopiero później z jego narracji dowiedzielibyśmy się, na czym polegało jego wezwanie do przygody. Czyli obserwując całą rzecz według kryterium narracji, etap przedstawienia i spotkania mentora poprzedzałby zarówno etap wezwania do przygody, jak i tegoż odrzucenie. Kwestia punktu widzenia, z którego opowiada się historię, nie zmienia samych racji dostatecznych motywów działania protagonisty, bo skoro przyszedł i chce się poradzić, to coś się jednak musiało zdarzyć, chociaż my jako widzowie jeszcze nie wiemy co. Biorąc poprawkę na to, że każdą historię możemy opowiedzieć w sposób eksperymentalny, zaczynając od środka czy nawet od końca, stosując różne punkty odniesienia w narracji, co nie musi przenosić się na faktyczną kolejność zdarzeń, możemy przyjąć nieco luźniejszy stosunek do następowania po sobie przedstawianych etapów podróży bohatera. Najbezpieczniej jednak przyjąć, że nie należy mieszać i kolejności tak bardzo, by zatracić różnicę między fazami odejścia a inicjacji czy fazami inicjacji a powrotu.

Jeżeli więc chcemy winić „Nową nadzieję” za zaburzenie tej struktury, daje ona nam taki zarzut do ręki. Zagęszcza swój finał do tego stopnia, że następuje przesunięcie „Ostatecznej nagrody” za niektóre stopnie nominalnej fazy powrotu, takie jak „Magiczna ucieczka” oraz „Ocalenie z zewnątrz”.

W wersji hiperpoprawnej, całkowicie zbieżnej z kolejnością wyznaczoną przez Josepha Campbella, Luke Skywalker musiałby wysadzić Gwiazdę Śmierci bez pomocy Hana Solo, bo ta nastąpiłaby dopiero później, podczas powrotu do bazy, gdy dajmy na to, młodego pilota zaatakowałby Vader w odwecie za zniszczoną stację kosmiczną (zamiast sobie w upokorzeniu odlatywać w siną dal). Solo mógłby uratować życie Luke’owi już po dokonaniu przez niego głównego heroicznego czynu (a nie przed) i wtedy wpisywałoby się to w całkowicie purystyczny schemat fazy powrotu.

Czy jednak dramaturgii „Nowej nadziei” nie wyszło na zdrowie to skompresowanie i zatarcie kilku etapów z dwóch różnych faz w jedno, zwarte wydarzenie, nim doświadczyliśmy „Ostatecznej nagrody”? Czy rozgrywając je niemal jednocześnie, nie osiągnęły jeszcze większej synergii i zaskoczenia widza a później jego oczyszczenia? Przesunięte czy nie, w końcu jednak tam są, możliwym jest wydobycie ich sensu, nawet jeśli kolejność nie pokrywa się z nominalną. Znaczenie dla opowiadanej historii oraz Luke’a i Hana pozostaje wciąż to samo, więc trudno traktować to jako wielki gwałt na podróży bohatera. Ostatecznie, dla dobra opowiadanej historii czasem można pójść na kompromis z jej strukturą, o ile nie będzie zbyt wielki.

Dopuszczalnym środkiem jest też obarczenie jednej postaci kilkoma różnymi rolami. Dla przykładu; kiedy nasz protagonista jest samoukiem, musi być jednocześnie mentorem dla samego siebie albo gdy dawny przyjaciel, pełniący rolę pomocnika, okazuje się być późniejszym wrogiem, obmyślającym całą intrygę. Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, nie stanowi to wcale przełamania struktury opowieści, co najwyżej tylko przełamanie oczekiwań widzów, przyzwyczajonych, że najczęściej dla każdej archetypicznej roli dobiera się odrębną postać. Przykładowo, w całej serii o Jamesie Bondzie występuje powszechnie schemat, w którym Bond znajduje w ramach swojej przygody jakąś atrakcyjną pomocnicę (dziewczyna Bonda), z którą romansuje (etap „Kobieta jako kusicielka”), ale najczęściej musi też ją chronić (etap „Spotkanie z boginią”) przed głównym czarnym charakterem. Tymczasem w „Świecie to za mało” z 1999 roku te typowe tropy pomieszano, zwodząc przez długi czas widzów, gdyż dziewczyna Bonda (Elektra King, postać grana przez Sophie Marceau) o którą ten się troszczył przez większą część filmu i starał zapewnić ochronę, okazała się być również głównym jego przeciwnikiem. Niczego więc w gruncie rzeczy nie ubyło, wbrew pozorom schemat ostatecznie nie został złamany, po prostu do czasu premiery wspomnianej części, w całej serii nikt nie wykorzystał pomysłu, by dwie skrajnie różne rolę powiązać w jednej postaci, zwiększając tym samym przebiegłość, przewrotność i perfidię głównego antagonisty a przy tym wewnętrzny konflikt bohatera.

Przydatnym podejściem w próbie adaptacji podróży bohatera w fikcji wydaje mi się traktowanie jej etapów na zasadzie wprowadzanych procesów, które mogą czasem przebiegać równolegle i nachodzić na siebie, niekoniecznie zrywając poprzednie a dopiero później znajdować zwieńczenie i zamknięcie swoich wątków. Nasza referencyjna „Nowa nadzieja” rozpoczyna przecież przynależny do „Drogi prób” trening Jedi Skywalkera jeszcze w czasie podróży na Alderaan, przed etapem „W trzewiach bestii” a kończy go w momencie śmierci Kenobiego, z zaświatów ponaglającego bohatera do ucieczki z Gwiazdy Śmierci. Nawet jeśli wątek mentorski, w którym możemy obserwować relację mistrza i ucznia przyćmiewany jest wydarzeniami czysto przygodowymi, przebija się momentami w niektórych scenach, które chronologicznie następują po lub między innymi częściami podróży. Nie jesteśmy zatem skazani na suchy schemat ciosania bloków tematycznych dotyczących tego czy innego etapu i szczelnego ich zamykania, by stawiać obok kolejne, równie hermetyczne. Wręcz przeciwnie, etapy te mogą wzajemnie się splatać, ale każdy powinien znaleźć jakąś swoją kulminację, moment, w którym najpełniej wybrzmi, znajdzie się w świetle jupiterów i przysłoni resztę procesów znajdujących się wówczas w tle.

Mając na uwadze słowa Summersa o fanach „Gwiezdnych wojen” nienawidzących w nich wszystkiego, poza samą ich główną ideą, możemy przyjąć, że są oni świadomymi (lub znacznie częściej – nieświadomymi) koneserami monomitu. Oznacza to, ni mniej, ni więcej tylko tyle, że powinniśmy im go podać w pełni, o ile to tylko możliwe. Klasyczna Trylogia uczyniła to niemal w całości, w bardzo dobrym wydaniu, dlatego została też unieśmiertelniona. Zaledwie kilka etapów zostało w niej pominiętych, wymieszanych ze sobą, ogranych w domniemaniu czy też potraktowanych symbolicznie. Pozostaje więc pytanie, co robić, gdy wydaje się, że jeden z przystanków drogi bohatera wydaje się nie pasować do tematyki, jaką chcemy podjąć albo do samego protagonisty? Dajmy na to, że chcemy, aby naszym bohaterem został ktoś, kto już długo czekał na swoją okazję do zabłyśnięcia albo jest oportunistą i nie zamierza odrzucać wezwania, które pozwoliłoby mu odejść ze swojego zwykłego świata na przygodę. Czy powinniśmy wtedy całkowicie pominąć drugi etap „Odrzucenia wezwania” i nawet go nie wspominać?

Jeżeli chcemy pisać przyzwoite, pełnokrwiste „Gwiezdne wojny” – nie.

W praktyce zawsze możemy obmyślić coś w rodzaju fabularnych zaślepek, umożliwiających pogodzenie naszych zamiarów ze strukturą opowieści, wymagającą zadośćuczynienia. Podobnie jak w przypadku modeli samochodów z niepełnym wyposażeniem, na ich deskach rozdzielczych znajdziemy puste miejsca przeznaczone na przełączniki obecne w najbogatszych odmianach, tak samo w swojej monomitycznej fabule powinniśmy przeznaczyć trochę miejsca nawet na te etapy, których nie zamierzamy bezpośrednio wykorzystywać. W rozpatrywanym przypadku „Odrzucenia wezwania”, możemy dać je do odegrania komuś innemu, na przykład poprzednikowi protagonisty, któremu nadarzyła się w jego młodości podobna okazja czy propozycja, ale z niej nie skorzystał i wiedzie życie, którego nie chce dla swojego młodszego odpowiednika. W ten sposób nawet jeśli nie dołączamy bezpośrednio motywu początkowego zawahania naszego bohatera, możemy i tak uhonorować strukturę monomitu, wyręczając się jakąś inną postacią, która wypełni brakujące luki swoimi doświadczeniami życiowymi, w ten czy inny sposób nawiązującymi do naszej świętej drogi heroizmu. Podobnych zaślepek oraz korespondencyjnych zapośredniczeń poszczególnych etapów możemy wymyślić znacznie więcej, wprowadzając chociażby narrację rodem z powieści szkatułkowej. Tym sposobem wilk będzie syty, a i owca pozostanie cała.

Nie jest to zresztą rzecz precedensowa. Monomit w „Gwiezdnych wojnach” jest bowiem elementem wysoce diegetycznym. Nie dotyczy jedynie autorów czy scenarzystów wypracowujących w naszym świecie strukturę dla swoich fabuł, ale świadomie odwołują się do niego, chociaż oczywiście nie bezpośrednio z nazwy, również same fikcyjne postaci. Bardzo często stanowi coś w rodzaju nieformalnego kanonu skondensowanej, życiowej mądrości, którym się one ze sobą dzielą lub doń nawiązują, spoglądając przez niego na życiorysy zasłużonych oraz dzieje swoich wspólnot. Mistrzowie w ramach inspiracji, instruktażu czy podbudowy uczniów mogą opowiadać o wydarzeniach z własnej przeszłości, stanowiących ich osobistą część wędrówki, z której kolejną iteracją będą musieli się zmierzyć pragnący pójść w ich ślady następcy. Znajomość z autopsji wszystkich etapów ścieżki inicjacyjnej należy do części warsztatu pracy mentora, poza technicznymi aspektami fachu czy konkretnej dziedziny, jakiej uczy. W „Gwiezdnych wojnach” mentorzy zostają wychowawcami, ponieważ sami uprzednio przeżyli swoje eposy bohaterskie, budząc przy tym jednocześnie naturalną ciekawość u kolejnych pokoleń. Przed jakimi wyzwaniami musieli stawać, nim zyskali obecną wiedzę, obycie, umiejętności czy wyczucie wynikłe z doświadczenia, które będą przekazywać dalej? Monomit ucznia otwiera zawsze kolejne pytania i spekulacje o wcześniejszy monomit jego nauczyciela, potencjalne źródło następnych biograficznych opowieści układających się w dalsze głębiny trzeciego planu kosmicznej Sagi. W takim samym stopniu dotyczy starego wyjadacza, który go przebył po wielokroć i zna już jak własną kieszeń, co i akolity znajdującego się dopiero na początku swej ścieżki, niepewnie wyczekującego kolejnych prób i wyzwań. Perspektywa osobistej wędrówki będzie się w każdym przypadku różnić, ale sama natura jej kolejnych stopni pozostanie ta sama. Rolą gwiezdnowojennych autorytetów jest po campbellowsku objawić stałość tej struktury przed nami, jak również przed swoimi uczniami, uwypuklając jej sakralne znaczenie i wagę. Stawką wszak jest dobre dojrzewanie i godne przemierzenie życia. Porażka ucznia okazuje się być również porażką mentora, nie potrafiącego przewidzieć czy odwieść od zejścia z monomitycznego szlaku czy zaradzić upadkowi, na którymś z jego etapów.

c30158202126650373b33b51d9b41fbb_2_1_art
Anthony Foti, „Early Recruitment”. Emocjonalny rdzeń „Gwiezdnych wojen” w pigułce, zawarty w jednym kadrze: topos przebudzenia bohatera, który na gruzach swego zwykłego świata, jest wreszcie w stanie podjąć decyzję wyruszenia w podróż ku dojrzałości. Tak na ogół przedstawia się etap Przekroczenia progu, będący w monomitycznej historii zapowiedzią kolejnych niesamowitych przygód.

Podróż bohatera to duchowy fundament Sagi a przy tym główne spoiwo kulturowo-wychowawcze emanujące przez czwartą ścianę między fikcją a rzeczywistością. Jest celebrowana zarówno przez bohaterów gwiezdowojennych opowieści, żyjących w jej cieniu, jak również samych fanów, z miłością zanurzających się w starwarsowej twórczości. Stanowi zawsze znajome miejsce wspólne, nadrzędny topos wszystkich toposów spinający oba światy, pozwalający oswoić widzów z obcymi realiami fantastycznego otoczenia, w którym jednak panuje dokładnie ta sama kolej rzeczy w przypadku wzrastania, podejmowania obowiązków dojrzewania, hartowania się w kryzysowych sytuacjach, pozwalających krzepnąć charakterowi.

Skąd wzięła swój początek diegeza monomitu w „Gwiezdnych wojnach”, zwłaszcza ich późniejszych inkarnacjach z Expanded Universe? Sądzę, że wynikło to po części z dwóch zasadniczych przyczyn. Po pierwsze, z potrzeby złożenia hołdu (homage) oryginałowi, do którego nawiązywali pisarze rozwijający uniwersum Star Wars. Hołd polegał po prostu na nawiązaniu do campbellowskiego źródła, autoreferencyjnym zawarciu go z lekkim postmodernistycznym mrugnięciem oka dla obeznanych. W wielu przypadkach mógł to nawet nie być żaden świadomy hołd, a zwyczajne trzymanie się bezpiecznej opcji, coś w rodzaju odpowiednika nawigowania blisko brzegu, aby się nie zgubić. Wyobraźmy sobie pisarza, który otrzymuje zlecenie na napisanie książki osadzonej w świecie przedstawionym „Gwiezdnych wojen”, ale niekoniecznie będącego fanem, ani nawet kimś dostatecznie z nimi zaznajomionym. Ktoś taki, aby przyłożyć się do pracy, będzie musiał dokonać najpierw researchu. A czego się dowie w ramach takiego rozpoznania? O czym usłyszy, wyczyta przy poznawaniu genezy, źródeł inspiracji dla pierwotnego materiału? Ano, właśnie: o Campbellu.

Drugą przyczyną upowszechnienia się tego zjawiska, mogła być chęć pozostawienia niedookreślenia reguł czy technik posługiwania się Mocą, a w związku z tym również detali szkolenia rycerzy Jedi. Im więcej pisarzy o różniących się wizjach artystycznych, podjęłoby wyzwania dokonania dokładnego opisu mechaniki korzystania z Mocy, wyrabiania w sobie umiejętności posługiwania się jej technikami, tym większe rozbieżności i rozgardiasz ostatecznie byśmy uzyskali. Aby tego uniknąć, pisarze skupili się na bardziej pedagogicznych aspektach związanych z relacjami uczeń-mistrz, techniczne kwestie pozostawiając gdzieś z tyłu lub opisując tak, by ostatecznie nie opisać, zadowalając się niedopowiedzeniami. Dostaliśmy więc nauczycieli przekazujących swym uczniom tajniki fikcyjnego warsztatu bez detali, jakie mogłyby być przez nas drobiazgowo rozpatrywane oraz wypowiadających się w nieodgadnionej manierze o zagrożeniach i szansach czyhających na swoich wychowanków na dalszych etapach szkolenia, przygody, czy najszerzej – życia.

Płynie z tego ważna nauka. Jako autorzy możecie zarzucać widza stertą nonsensownego techno-żargonu, dziwacznych nazw własnych czy imion zawierających znaki przestankowe w najbardziej nieprzewidywalnych miejscach, kreując przy tym niesamowite krajobrazy i spektakularne bitwy, w ten czy inny sposób oszałamiając go niestworzonym. Owszem, ale jeżeli wszystkie te cuda-niewidy w ogóle mają zostać przez niego przyswojone, należy wymieszać je z czymś, z czym się nie polemizuje. Z czymś, co zapewni tym bardziej naciąganym elementom waszego dzieła, wynikłym chociażby z samej konwencji space opery, która nie jest najbardziej realistycznym gatunkiem, stałości najbardziej uniwersalnych prawd przekazywanych od początku ludzkich cywilizacji. Potrzebujecie źródła słuszności, zapewniającego większą część balsamu zapewniającego możliwość uzyskania zawieszenia niewiary. Za to odpowiada dobrze skrojona podróż bohatera wypełniona trudnościami, rozterkami moralnymi, pokusami, wewnętrznymi słabościami do opanowania, ponieważ z wszystkim tym każdy z nas może się jakoś identyfikować. Z życiem w fantazyjnym, dosyć umownym uniwersum działającym według nieco innych reguł już nie, stąd potrzeba uwiarygadniającego kotwiczenia czymś wartościowym, kompensującym z naddatkiem pomniejsze bzdurki i niestrawności.

Wymagana nabożność w stosunku do monomitu nie oznacza jednak, że poruszana problematyka czy naczelny temat fikcji nie będą miały wpływu na które etapy zechcemy położyć największy ciężar fabularny, jak wiele miejsca im poświęcimy; co zechcemy w nich wyszczególnić, a co ograniczymy do niezbędnego minimum. Klasyczna Trylogia jako historia Luke’a Skywalkera dokonującego odkupienia Vadera postawiła ostatecznie na wątek Pojednania z ojcem. To w nim okazał się leżeć klucz do zwycięstwa. Nie znaczy to jednak, że odtąd wszystkie kolejne „Gwiezdne wojny” będą musiały rozstrzygać się w identyczny sposób i zawsze w więzach rodzinnych leżeć będzie wybawienie. Monomit jest wystarczająco pojemny treściowo, by za każdym razem obradzać nieco inaczej, odnosząc się echem do innych spośród swoich etapów, w zależności od tego, z czym nasz bohater będzie miał największy problem i co w jego biografii zapewni odpowiedni potencjał dramaturgiczny.

Tak czy inaczej, pisanie gwiezdnowojennego eposu heroicznego w większości sprowadza się do aktu uczczenia monomitu. Niemożliwym jest oderwanie jednego od drugiego bez utraty wiarygodności, nastroju czy ducha. Nikt, kto zechce go zanegować, złamać, porzucić czy spotwarzyć, nie będzie miał najmniejszych szans na stworzenie satysfakcjonujących opowieści spod znaku Star Wars – wykreuje jedynie ich parodię. Każdy z etapów podróży bohatera jest szansą na wykazanie swojego zrozumienia ich wagi dla procesu dojrzewania protagonisty, uzyskiwania przez niego poczucia własnej wartości i znaczenia, ale wymaga zajęcia odpowiedniej postawy. Odnalezienia się w roli kogoś w rodzaju campbellowskiego kapłana, bezkompromisowo okazującego profanom, zanurzonym w swej potoczności, niezachwiane, odświeżające wyznanie wiary. Wiary w nieśmiertelność uniwersalnego przesłania heroizmu. Jeżeli tej wiary zabraknie, sens zajmowania się tworzeniem fikcji mieszczącej się w ramach franczyzy Lucasa i jej tradycji zaniknie. Ona po prostu tego wymaga.

Na szczegółowe wyjaśnienie, dlaczego tak właśnie jest, przyjdzie odpowiedni moment przy omawianiu konstrukcji świata przedstawionego. A to jeszcze przed nami.

Niemniej jednak, nawet już teraz łatwo można się domyślić, na czym polega zasadnicza część magii Sagi. Wyjaśnić, dlaczego jako dziecko a nawet i nastolatek poświęcałem tak wiele czasu i środków akurat „Gwiezdnym wojnom” a nie czemukolwiek innemu. Dlaczego zajmowały centralną rolę, gdy tylko miałem chwilę dla siebie w zabieganiu, w gąszczu młodocianych obowiązków. Dlaczego nawet po okresowym znużeniu czy zachłyśnięciu innymi spośród modnych fenomenów kultury, zawsze do nich wracałem, uznając za coś w rodzaju duchowego domu, w którym mogłem wreszcie poczuć się jak u siebie, gdzie wszystko było na odpowiednim miejscu, znajome, dające wytchnienie po kolejnych eskapadach w nieznane i nie zawsze satysfakcjonujące przesłaniowo rubieże kultury. Z jakiego powodu odnosiłem wrażenie odnawiania komunii, ponownego odnajdywania podstaw czystej radości czy wręcz odtwarzania osi centrującej podstawowy sens życia i mojej motywacji.

Pozornie wydawać by się mogło, że chodzi o zwyczajną nostalgię albo celebrę części swojego dzieciństwa, mentalny powrót do okresu największej niewinności w czasie szaleństwa hormonów bądź zapalczywego podtrzymywania dawno przejawianej pewności, dotyczącej odnajdywania się na niwie społeczeństwa i dziejów podczas etapu największego emocjonalnego rozchwiania. Rozchwiania wynikającego z dojrzewania zaburzającego dawne poczucie sensu. Wykrystalizowanie całej mitologicznej formy myślenia cechującej dzieciństwo i zawarcie jej w nawyku obcowania z naczelnym popkulturowym elementem poznanym przed laty, odkrywanym na nowo, podtrzymywanym w obrębie zainteresowań, mającym za cel przedłużyć trwanie tej formy doświadczania świata przez dokarmianie jej kolejnymi, podobnymi opowieściami.

W tym wydaniu miłość do gwiezdnej sagi wpisywałaby się w próbę dokonania mitologizacji świata (lub utrzymania jego mitologicznej wizji), opisywanej również w ciekawej rozmowie o Brunonie Schulzu z profesorem Wójcikiem:

Nie jest trudno wpisać Schulza w rolę eskapisty, który ucieka w mitologię, dzieciństwo, Drohobycz. Nie chce zmierzyć się z wyzwaniami, które nadchodzą. Jest zalękniony, nie opuszcza Drohobycza. Widzę to raczej jako pewną kontrpropozycję – jako budowanie świata o pewnej konsystencji czy pewnej tożsamości.

Mamy zatem propozycję nienegatywnej mitologizacji dzieciństwa. Jaki projekt odmiennej filozofii egzystencji tworzy Schulz?

Słowo projekt wydaje się bardziej właściwe niż figura ucieczki. Projekt jest zawsze jakoś konstruktywny i przyszłościowy. W liście otwartym do Stanisława Ignacego Witkiewicza pisarz wskazał, że sztuka jest właściwie nieustanną relekturą, jeśli o sztuce mowa, lub reinterpretacją, jeśli o egzystencji mowa, tego, co nazywał źródłami i zasobami dzieciństwa. Użył sugestywnej metafory węzła, pisząc, że dzieciństwo jest jak zadany nam na początku węzeł. Potem próbujemy go rozplątać, by zrozumieć jego sensy i znaczenia. Ale ruch rozplątywania kończy się odwrotnie – jeszcze większym splątaniem tego węzła, który narasta i wymaga wciąż nowych odczytań. Już sama wspomniana metafora wystarczy, by docenić wagę tego momentu i doświadczenia egzystencji.

Bruno Schulz pisze do Andrzeja Pleśniewicza w 1936 roku: „ten rodzaj sztuki, jaki leży mi na sercu, jest właśnie regresją, jest powrotnym dzieciństwem. Gdyby można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą powtórnie dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnię i bezmiar – to byłoby ziszczeniem «genialnej epoki», «czasów mesjaszowych», które nam przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa”.

W tym fragmencie pojawiają się bardzo ważne formuły – przede wszystkim formuła „genialnej epoki”, do której Schulz był szczególnie przywiązany. Tak przecież jest zatytułowane jedno z jego opowiadań. „Genialną epoką” miałoby być dzieciństwo. A ruch regresji jest jednocześnie w jego rozumieniu ruchem progresywnym. Dlatego mówi o dojrzewaniu do dzieciństwa, odwraca wektory, rozumie dzieciństwo jako cel, a nie jako pozostawione za sobą dziedzictwo. To trochę tak jak z utopią regresywną, skierowaną w przeszłość. Schulz też nie mówi o tym wszystkim w trybie dokonanym, lecz w trybie warunkowym: „gdyby można było”. Wykonuje ruch powrotu, ale ruch nieskończony tak, jak nieskończony jest punkt, do którego powraca.

Być może po części tak właśnie było. Patrząc na swoje życie z dystansu, sądzę jednak, że chodziło raczej o rzecz bardziej prozaiczną, mianowicie odczuwane braki wychowawcze oraz niezgodę na zastany system oświaty zorganizowany pod egidą państwa, zapełniający mój czas siłowo zdobywaną wiedzą, ale przy tym pozostawiający bez realnej pomocy w wyborze roli i ścieżki życiowej, nauce dokonywania wyborów, ponoszenia za nie odpowiedzialności, jak i sensownych autorytetów, zdolnych wspomóc nie tylko radą, ale również inspirujących własną postawą.

Przebywanie w świecie mitologicznym, pełnym znaczeń, którego chlebem powszednim i centralną osią narracyjną historii całego świata przedstawionego była ścieżka inicjacyjna kolejnych pokoleń, musiało stać się dla mnie naturalnym remedium na dorastanie w jałowym, nihilistycznym świecie płynnej nowoczesności, gdzie znikąd nie można było uzyskać potrzebnego wsparcia ani oparcia w kulturze. Uczestniczenie w perypetiach mistrzów i uczniów rozgrywających się na przestrzeni tysiącleci, żyjących w cieniu, podtrzymujących i odnawiających pradawną tradycję, szarganą kolejnymi konfliktami, stało się w pewnym stopniu substytutem wobec nieuzyskanego, wymarzonego wychowania. Wychowania bezpośrednio wynikającego z kanonu kultury swojej cywilizacji, czerpiącego z jej aksjologicznego autorytetu. Zanurzenie w gwiezdnowojenną fikcję musiało być dla mnie namiastką udzielonej sobie pedagogicznej samopomocy, po odrzuceniu wszystkich bezwartościowych pseudo-autorytetów z zasadniczo przykrej, bezdusznej, banalnej rzeczywistości.

Gdy teraz wracam do wspomnień związanych ze swoimi rówieśnikami z polskiego fandomu Star Wars, myślę, że nie było to jedynie moim osobistym doświadczeniem. Wydaje mi się, iż całkiem sporo z nas, fanów, uczyniła Sagę czymś w rodzaju swojego osobistego sanktuarium, do którego wracaliśmy w chwilach wewnętrznych kryzysów, traktując ją trochę jak Sienkiewicza piszącego ku pokrzepieniu serc o jakichś lepszych, świetniejszych czasach pełnych dostojeństwa. Myślę, że „Gwiezdne wojny” zdobyły swoją pozycję właśnie dlatego, że stały się dla znacznej liczby młodych, często pozostawionych samym sobie, czymś w rodzaju metaforycznego, nieosobowego mentora przynoszącego cząstkę starożytnej mądrości obleczoną w mnóstwo dobrej zabawy.

Niektórym ludziom w ich burzliwej młodości zdarza się spotykać swoich mentorów dopiero na jakichś dodatkowych, pozalekcyjnych zajęciach, związanych ze swoimi zainteresowaniami, na przykład w sporcie. Czasem więc będzie to jakiś maniak kodeksu bushido, starający się zaszczepić młodym nieokrzesańcom odpowiedzialność za nabywaną wiedzę czy filozofię życia, pomagając wyprowadzić ich na ludzi pomimo nieobecności rodziców lub utraty przez nich autorytetu, pod pretekstem zdobywania jakichś ekscytujących umiejętności. Myślę, że w naszym, nerdowskim przypadku, kimś takim okazał się być właśnie George Lucas zainspirowany Josephem Campbellem.

Z tego względu uczciwa gwiezdnowojenna opowieść nie powinna nigdy rezygnować, ani ze swojego dydaktyzmu, ani duchowej podbudowy monomitu, nadającej jej cały wspomniany potencjał samopomocy. Kiedy zdobywamy się na pisanie eposu bohaterskiego, tak naprawdę robimy to dla ludzi poszukujących swojej drogi spełnienia, których chcemy skierować na trakt ku wielkości i cnocie. Nasi bohaterowie będą inspirujący tylko wtedy, gdy sprawimy, że przejdą uczciwą przemianę, zaczynając mniej więcej tam, gdzie pod względem rozwoju znajdują się nasi czytelnicy, na progu dorosłości, trapieni tymi samymi problemami, rozterkami i słabościami, pozbawieni jednak często zaplecza czy nadziei, jakimi my możemy obdarzyć przynajmniej protagonistów naszych historii. Przez taki pryzmat – zobowiązania wobec kogoś, kogo mogą trapić te same problemy, co naszego bohatera, powinniśmy patrzeć na historię, jaką chcemy opowiedzieć. Będziemy ją bowiem opowiadać z myślą o kimś realnym.

Doskonale pamiętam moment, kiedy Klasyczna Trylogia wyciągnęła do mnie swoją pomocną dłoń. Było to w „Nowej nadziei”, gdy pokazała rozgoryczonego po rozmowie z wujem Luke’a Skywalkera, uwięzionego w swej pustynnej codzienności zwykłego świata na kolejny rok, wpatrującego się w zachód podwójnych słońc, doświadczającego przy tym uczucia upływającego czasu, życia bezsensownie przepuszczanego przez palce i wrażenia, że w tej chwili musi go omijać wszystko, co ważne, co toczy się gdzieś tam, hen daleko za horyzontem.

„To przecież film o mnie. Dla mnie.” Jakże często musiało mi przychodzić to na myśl. Ale przecież tak właściwie, to film o nas wszystkich. Dla każdego.

Nie musimy nawet sami ryzykować tej wyprawy, bo przed nami udali się na nią bohaterowie wszystkich czasów. Labirynt jest już dokładnie poznany, musimy tylko trzymać się nici, podążając drogą bohatera. I tam, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć obrzydliwość, znajdziemy boga, tam gdzie spodziewaliśmy się zabić kogoś, zabijemy siebie, tam gdzie spodziewaliśmy się wyjść na zewnątrz, dojdziemy do sedna naszej własnej egzystencji, tam gdzie spodziewaliśmy się być sami, będziemy z całym światem.

– Joseph Campbell, „Bohater o tysiącu twarzy”

 

III. Eskapizmu naszego powszedniego daj nam dzisiaj, panie Lucas.

 

Pisma nasze mówią, jak wielką niegdyś państwo wasze złamało potęgę, która gwałtem i przemocą szła na całą Europę i Azję. Szła z zewnątrz, z Morza Atlantyckiego. Wtedy to morze tam było dostępne dla okrętów. Bo miało wyspę przed wejściem, które wy nazywacie Słupami Heraklesa. Wyspa była większa od Libii i od Azji razem wziętych. Ci, którzy wtedy podróżowali, mieli z niej przejście do innych wysp. A z wysp była droga do całego lądu, leżącego naprzeciw, który ogranicza tamto prawdziwe morze. Bo to, co jest po wewnętrznej stronie tego wejścia, o którym mówimy, to się okazuje zatoką o jakimś ciasnym wejściu. A tamto morze jest prawdziwe i ta ziemia, która je ogranicza całkowicie, naprawdę i najsłuszniej może się nazywać lądem stałym.

Otóż na tej wyspie, na Atlantydzie, powstało wielkie i podziwu godne mocarstwo pod rządami królów, władające nad całą wyspą i nad wieloma innymi wyspami i częściami lądu stałego. Oprócz tego po tej stronie tutaj oni panowali nad Libią aż do granic Egiptu i nad Europą aż po Tyrrenię.

– Platon, „Timajos”

 

Inna galaktyka, inny czas…

Dawna Republika była Republiką z legendy sięgającej poza przestrzeń i czas. Nie trzeba pamiętać, gdzie się znajdowała i kiedy powstała, wystarczy wiedzieć, że… była to Republika.

Kiedyś, pod mądrymi rządami Senatu, pod ochroną Rycerzy Jedi, Republika rozrastała się i rozkwitała. Zwykle jednak, gdy bogactwa i potęga przestają wzbudzać podziw i szacunek, a zaczynają budzić lęk, pojawiają się ci, których zła wola dorównuje chciwości. To właśnie zdarzyło się w Republice w szczytowym okresie jej rozwoju. Stała się niby potężne drzewo, wytrzymujące każdy napór, lecz od środka próchniejące, mimo iż z zewnątrz choroba nie była widoczna.

– George Lucas, wyjątek z prologu książkowej adaptacji „Nowej nadziei”

 

Znaczenie opisanej uprzednio podróży bohatera pozostanie niemożliwe do przecenienia, zarówno dla fabuły, jak również dla ducha inspiracji, ale „Gwiezdne wojny” nie sprowadzają się wyłącznie do niej. Szkielet eposu zawsze będzie kluczowy – w końcu to dzięki niemu kształtujemy w większym stopniu charakterystyczną sylwetkę dzieła, ale ostatecznie powinien on coś na sobie przenosić, zostać obleczonym kolejnymi warstwami treści. Koniec końców, inicjacja heroiczna nie odbywa się przecież w próżni, wymaga świata przedstawionego o odpowiedniej konsystencji i smaku. Laicy mogą nie być świadomi doświadczanego monomitu z jego wszystkimi stopniami, tak jak pan Jourdain u Moliera nie wiedział, że mówi prozą, ale już z łatwością zauważą charakterystyczne cechy miejsca akcji czy samej konwencji, w jakiej toczy się historia, odróżniająca się od opowieści z innych cyklów czy franczyz.

Jeżeli więc zapytacie, na czym miałby polegać charakter czy smak wyróżniający sagę Star Wars w jej najlepszym wydaniu, odpowiedziałbym, że chodzi o specjalną mieszankę nastroju nadziei, przejawianego antycznego fatalizmu, utrzymywania gravitas w prezentowanej obyczajowości; tych wszystkich drobnych, ceremonialnych, czasem wręcz teatralnych gestów uświetniających sposób bycia czy odnoszenia się do siebie postaci, wygłaszanych mowach, demonstrowanych towarzyskich rytuałach, przynależnych lub przynajmniej inspirowanych czasami sprzed powstania społeczeństwa masowego. Ogólnie rzecz biorąc, mitologicznym oderwaniu od naszej potocznej bylejakości.

extrait-4-tales-of-the-jedi-13-ulic-qel-droma-and-the-beast-wars-of-onderon-part-2
Mit i ceremonialne traktowanie rytuałów to przednowoczesna, godnościowa mieszanka, jaką trudno znaleźć w popkulturze poza „Gwiezdnymi wojnami”.

Tak jak miecze świetlne miały być bronią na bardziej cywilizowane czasy, podobnie „Gwiezdne wojny” okazały się stanowić pamiątkę, zaświadczającą echem o znamienitych obyczajach z odległej przeszłości, w której sarkazm, ironia czy ogólnie powszechnie prezentowana dziś prześmiewczość nie miały racji bytu. W SW nie znajdziemy dla tego zbyt wiele miejsca, ponieważ los powodzenia jednostek, plemion czy światów wiąże się bezpośrednio z sacrum Mocy, spajającej wszystko w jedność. Ogólna świętość dziejów, składa się przecież z licznych, pomniejszych cząstek świętości osiąganych poprzez cnotę na ścieżkach bohaterskich jednostek, od decyzji których często zależy los całych społeczności, co zwyczajnie nie pozwala na kpiarski ton. Postaci przeżywają więc swoje przygody i życie, poniekąd zdając sobie sprawę z metafizycznej wagi swojego istnienia, zakorzenienia w tej czy innej wspólnocie, powinności czy obyczaju, dopasowując do tego wszystkiego swój ton. Tym właśnie różnią się od nas. A jeżeli zaś sobie tej roli nie zdają, to albo są zagubionymi ofiarami, albo czarnymi charakterami skazanymi ostatecznie na zatracenie.

Pod względem podobieństwa wynikłego z przyjętej perspektywy naczelnego konfliktu Dobra ze Złem i zaakcentowania obecności sacrum, „Gwiezdne wojny” można postawić obok klasyki gatunku high fantasy, „Władcy pierścieni” największego mitotwórcy zachodniej kultury – J.R.R. Tolkiena. Saga Lucasa nie sięgnie, co oczywiste, podobnego stopnia nobliwości co twórczość Anglika, ponieważ nie czerpie tak dogłębnie z wielonarodowego dziedzictwa północnoeuropejskich kultur, jej źródła inspiracji są o wiele płytsze, mniej erudycyjne, znacznie bardziej rozproszone pod względem geograficznym i czasowym, mniej konsekwentne i spójne, często też odnoszące się luźno do innych elementów popkultury. Podstawową przeszkodą uniemożliwiającą „Gwiezdnym wojnom” jako całości osiągnięcia statusu kultury wyższej jest ich filmowe pochodzenie i nierówny, często pulpowy poziom, charakteryzujący pracę zbiorczą wielu twórców o różnym stopniu kompetencji i talentu. Niemniej jednak, jeśli są one w stanie zapładniać wyobraźnię, zdobywać umysły i oddanie milionów ludzi na świecie, nawet pomimo całego swego nieokrzesania, wciąż stanowią mit o znacznej sile oddziaływania. Paradoskalnie, może o tym świadczyć właśnie ich niezatapialność – zdolność znoszenia kolejnych kompromitacji i niewykorzystanych szans, które tak liczne każdą inną markę posłałyby dawno na dno zapomnienia. „Gwiezdne wojny” zbierają kolejne ciosy od kaleczących ich scenarzystów, reżyserów czy pisarzy, nie rozumiejących do końca ich specyfiki, ale wciąż trwają, bo zdążyły osiągnąć dostateczną masę krytyczną.

Jak ją osiągnęły?

Cóż, po opowieści tego rodzaju sięga się po to, by zaczerpnąć z nich nieco świetności minionych wieków odzianej w fantastycznym przebraniu, wymieszanej z przygodą. Taka jest naczelna formuła eskapizmu: chodzi o to, aby uciekać do miejsc, w których dzieje się lepiej niż u nas, gdzie można znaleźć elementy nieobecne w rzeczywistości, we własnym dniu codziennym. Uciekać można w przyszłość – przez futuryzm składający obietnicę naukowego lub technicznego poskromienia rzeczywistości, oraz w przeszłość – przez fantazję o starych, dobrych czasach i pięknych obyczajach.

swrpg_tfu_alderaan
Alderaan utracony.

„Gwiezdne wojny” wybierają rzecz jasna ten drugi kierunek, o czym zaświadcza nam już wprowadzenie każdego epizodu w formie tekstu: „Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…”. Przygoda w nich zawarta jest szczepionką na rutynę, świetność obyczaju broni przed wulgarnością czy zwyczajnym niedbalstwem stosunków międzyludzkich w egalitarnej nowoczesności, mistycyzm Mocy to sakralna kontrpropozycja dla wciąż postępującej laicyzacji, Zakon Jedi strzegący ustroju Republiki jest odpowiedzią na dzisiejszą nieistotność instytucji religijnych zachodniego świata, zredukowanych do roli kółek zainteresowań prywatnych podmiotów, bez większego znaczenia cywilizacyjnego. Obcując z uniwersum obyczajowo zdecydowanie różniącym się pod tymi względami od naszego, doświadczamy w gruncie rzeczy wyidealizowanego, kompilacyjnego wspomnienia odległej przeszłości własnej cywilizacji. W eskapistycznej fikcji możemy na nowo odkryć powabne strony zapomnianego porządku społecznego cechującego kultury honoru, jaki w rzeczywistości zdążył już przeminąć, a w gruncie rzeczy – w dokładnie takiej postaci – nigdy przecież nie istniał. Nie przeszkadza to jednak w rozbudzaniu za nim uczucia tęsknoty za pomocą odpowiednio wykreowanego analogu.

temple_of_exar_kun
Świątynia Exara Kuna, Yavin 4

Doprawdy, jest coś przewrotnie zabawnego w myśli, że George Lucas – człowiek o silnych poglądach lewicowych, popierający z całego serca Demokratów, dał swoją twórczością początek jednej z najbardziej konserwatywnych marek popkultury. Zapytany o powody stworzenia „Gwiezdnych wojen”, odparł, że chciał się przekonać, czy mitologia nie straciła już swojej żywotności, siły oddziaływania w nowoczesnym świecie. Zarobiwszy na tej własnoręcznie wykreowanej gigantyczny majątek, uzyskał zdecydowanie negatywną odpowiedź. Niemniej jednak, wzbogacił się przecież głównie na konserwatystach (lub tych młodych, którym konserwatywne imaginarium bardziej przypadło do gustu – zatem prawdopodobnie przyszłych konserwatystach), ponieważ to głównie ich zajmuje tradycjonalizm, religia, inspiracje przeszłością. Progresywistę z prawdziwego zdarzenia trudno zachęcić do pasjonowania się mitologią, chociażby dlatego, że świetność tejże przypada na epokę społeczeństw przednowoczesnych, w jakich siłą rzeczy żadnych zwolenników konstrukcjonizmu społecznego walczącego o postęp nie było, bo być ich nie mogło. Świadomy wybór świata mitologicznego przed swoim współczesnym, realnym, jest też do pewnego stopnia opowiedzeniem się przeciw ideologiom czy polityce charakteryzującej nowoczesność, odnalezieniem alternatywnego sposobu organizacji społecznej i zupełnie odmiennej dla niej legitymizacji.

Mitu nie da się też uwspółcześnić. Uwspółcześnić mit znaczy tyle, co go zniszczyć, zdemitologizować. Nowoczesność jest przeciw mitowi, zaś mit osiąga swą pełnię dopiero w uniwersalności przesłania, w nieśmiertelności ogólnych toposów. Znajduje się na antypodach pogoni za tym, co aktualne czy szczegółowe dla konkretnej epoki. Ma się nijak w stosunku do złośliwej narośli, jaką jest nowoczesność, z jej przeczącymi sobie ideologiami, ukrywającymi w gruncie rzeczy wyłącznie partykularne interesy, utrudniającymi odnalezienie prawdziwego znaczenia. Mit opowiada swoją historię całościowo, z góry, przekazując konkretną mądrość w formie zachęty bądź ostrzeżenia. Nie kwestionuje sam siebie, nie uznaje się za relatywny – wręcz przeciwnie: jest ostatecznym, twardym opisem nieprzemijającej prawdy o tym co stałe w przypadłościach i potrzebach człowieka, jego niedoskonałościach, zmaganiu się z nimi oraz społecznych następstwach do jakich mogą one doprowadzać. Mit nie może iść na interesowny kompromis z poprawnością polityczną, głosić tego co jest w danym czasie dla kogo wygodne, bo lokalne, chwilowe, przygodne przesądy panujące w tej czy innej dekadzie ugodzą w jego doniosłość. Mit ma być przecież opowieścią nieśmiertelną, dotyczącą prawdy łączącej wszystkie możliwe czasy. Ma mówić o tym, co zawsze było, jest i co zawsze będzie. Jest opowieścią zdolna przenikać wszechczas, zawsze aktualną, nigdy nie tracącą swego autorytetu, przynależną jakby do niezmiennego świata platońskich idei. Mitu więc nie można uwspółcześnić, tak samo jak nie sposób uwspółcześnić trójkąta równobocznego.

(Co jednak możliwe, mit – jak każdą inną opowieść – można przedstawić w modnej w danym czasie estetyce – mamy przecież sztuki szekspirowskie z aktorami przebranymi w stroje z naszej epoki, ze scenografią odnoszącą się już do naszej współczesności a nie średniowiecza. Estetyka zatem może być zmienna, ale sam mit i charakter jego treści – już nie. W gruncie rzeczy, to ostatecznie uniwersalność opowieści decyduje o jej mitologiczności. Jeżeli opowiadamy historię, mającą znaczenie i mogącą się wydarzyć wyłącznie w naszych czasach, która hołdowałaby mniemaniom i przeświadczeniom wąskiej grupy ludzi żyjących obecnie, a przy tym będącej zupełnie niezrozumiałą albo wręcz odrzuconą jako zdezaktualizowaną przez żyjących później – taka opowieść siłą rzeczy nie byłaby mitem. Mit bowiem musi koncentrować się wokół ziarna truizmu, którego nie sposób nigdy zanegować.)

Dlaczego więc „Gwiezdne wojny” nie zostały osadzone w świecie przedstawionym przypominającym bardziej naszą współczesność, w dalszym ciągu przyjmując mitologiczną tematykę?

Częściowo wynikało to ze zmęczenia publiki filmami, które przez całą dekadę przed nakręceniem opery kosmicznej Lucasa, zajmowały się w większości właśnie problematyką współczesności. Powstawało wówczas wiele obrazów poruszających aktualne wtedy kwestie, zawierające całe tony krytyki społecznej odnoszącej się do tych czy innych przejawów życia społecznego Ameryki. Ponieważ lata te przypadały na czas wybuchu kontrkultury hippisów, konfliktu wietnamskiego, a następnie również afery Watergate i na dokładkę kryzysu paliwowego, kiedy większość Amerykanów po takiej konstelacji wydarzeń już miała autentycznie dosyć zmartwień i międlenia w kółko o tym, jak bardzo źle jest: jak społeczeństwo się rozpada z racji konfliktu pokoleń, jak traci zaufanie do polityki, jak powinno zaciskać pasa. Filmy na dokładkę serwowały równie ciężkostrawną tematykę, osadzoną w szarzyźnie rzeczywistości, w końcu musiał nastąpić zwyczajny przesyt i zmęczenie materiału. Ludzie się znieczulili i zapragnęli jakieś odskoczni, eskapizmu a remedium przyniósł Lucas. SW dały podzielonemu społeczeństwu amerykańskiemu cement i przynajmniej w sztuce je zjednoczyły, dały coś do wspólnego świętowania: doskonale zrealizowaną baśń osadzoną w komosie.

I pod tym względem, nie ma w tym żadnej tajemnicy. Jeżeli serdecznie nie lubicie realiów, w których przychodzi wam żyć, a wszyscy wokół irytują swoją toksyczną krytyką, do jakiej i tak się już znieczuliliście, jedyną szansę na moralny restart, na ponowne uruchomienie instynktu pozwalającego otoczyć troską swoje otoczenie, swoiste lekarstwo na nihilizm, możecie otrzymać w formie alegorii czy przykładu z fantastycznego świata, w którym bohaterowie jeszcze pamiętają, jak należy o niego dbać i które wartości powinny być w nim cenione. Bez tego znacznie prostszą alternatywą jest zwyczajnie podpalić wzgardzoną rzeczywistość, ulec destruktywnym instynktom, mizantropii i pogardzie.

Na tym też polega zasadnicza przewaga mitycznego moralitetu nad siermięgą pospolitej, nowoczesnej krytyki społecznej. Mit odnosi się do stałych dyspozycji ludzi, z góry zna ich słabe i silne strony, potencjał do czynienia dobrego i złego, dążenia na rzecz chaosu i pragnienia przywrócenia utraconego porządku. Krytyka społeczna z kolei na ogół chce zwyczajnie załatwić interesującą ją sprawę po linii najmniejszego oporu, na zasadzie „niech ktoś coś z tym w końcu zrobi!”, traktując dane problemy i za nie odpowiedzialnych o wiele bardziej mechanicznie, bez jakiegokolwiek metafizycznego czy estetycznego uzasadnienia. Mit może zmienić nas na lepsze, bo odwołuje się do naszej oceny postaw i czynów przedstawionych na scenie postaci, kiedy sami możemy wyciągnąć wnioski na temat tego, co nam imponuje, a co gorszy czy odpycha. Piękne zachowania bronią się same, gdy możemy zaobserwować dokładnie z czego biorą swój początek i ku czemu zmierzają. W ten sposób, przez ich doświadczenie w ramach sztuki, możemy sobie przypomnieć o wartości cnót i ich zdolności przekształcania rzeczywistości. Z kolei nowoczesna krytyka społeczna zasadza się na pospolitym strofowaniu, chce wymóc na nas coś konkretnego i podporządkować zwykłej kalkulacji interesów, czasami bardzo wąskich grup, które nie muszą nas obchodzić, do których nie musimy przynależeć, z którymi nie musimy wcale sympatyzować. Wobec krytyki społecznej tworzonej przez tych, z którymi się nie zgadzamy, możemy wręcz podchodzić z przekorą, nonszalancją, szyderą czy lekceważeniem. Wobec słusznego przesłania mitu, odwołującego się do niezmienności naszej natury, zwyczajnie nie wypada tego robić. Atak na mit owocuje samobójczym atakiem na autorytet swojej władzy umysłowej. Wszak tylko szaleńcy poważają się podważać coś ufundowanego na wielokrotnie sprawdzanych truizmach.

Mit nas wychowuje, sprawia, że internalizujemy jego wartości. Krytyka społeczna wyłącznie stara poddać tresurze.

Do czego zatem sprowadza się natura świata przedstawionego „Gwiezdnych wojen”? Jaka jest jego specyfika?

Zasadniczo, mniej więcej taka, jak Atlantydy w „Timajosie” Platona. Centralnym punktem ogniskującym wszelkie wielkie społeczne zrywy, konflikty, spiski i ogół politycznego życia odległej galaktyki jest Republika. Różnica polega na tym, że Atlantyda, kiedy już spełni swoje zadanie w roli motywującego przeciwnika dla przodków Ateńczyków, upada i ginie bezpowrotnie w naturalnej katastrofie, osuwając się na dno oceanu – Republika natomiast u Lucasa trwa niemal wiecznie, działając przez całe dziesiątki tysięcy lat. A nawet wtedy, gdy notuje już wreszcie swój upadek, długo wcześniej gnijąc, rozkładając się od środka, i tak symbolicznie wegetuje w formie ideału części populacji, jaka później zawalczy o jej powrót z państwem ją zastępującym – Imperium. (Pełna, oficjalna nazwa Sojuszu Rebeliantów brzmi: Sojusz na Rzecz Przywrócenia Republiki.)

millennial_celebration_invitation
Obchody tysiąclecia pokoju, które zawłaszczą politycy. Nie przyjdę. Nie będę tego legitymizował.

Mit gwiezdnowojenny w znacznej mierze jest więc mitem politycznym. Wszelkie wojny gwiezdne są wojnami, albo o ustanowienie Republiki, albo w jej obronie, albo w celu wywołania jej rozpadu lub też restauracji. Z kilkoma wyjątkami to w zasadzie wszystko konflikty domowe w ramach gigantycznego, federacyjnego państwa zrzeszającego większość terytoriów w odległej galaktyce. Czy zatem można powiedzieć, że jednak mamy do czynienia z jakąś próbą pochwały nowoczesnej demokracji?

Jeżeli rozpatrywać sprawę powierzchownie, może się tak wydawać, zwłaszcza jeśli zbyt mocno zasugerujemy się totalitaryzmem Imperium. Kiedy natomiast przyjrzymy się bliżej opisom polityki w uniwersum „Gwiezdnych wojen”, szybko dotrze do nas, że sama Republika ma raczej niewiele wspólnego z nowoczesnością – istnieje w niej wprawdzie Senat, ale bardziej przypomina ten z czasów starożytnego Rzymu. Rządzący nie kierują się specjalnie żadnymi ideologiami, polityka jest bardziej personalna, odwołująca się do cech, postępków, opinii i reputacji poszczególnych osób oraz zarządzaniu opartym w większym stopniu na metaforze prowadzenia większego gospodarstwa domowego. Konflikty przebiegają zazwyczaj na płaszczyźnie geograficznej, między centrum – Światami Jądra Galaktyki (Core Worlds) a peryferiami – Odległymi Rubieżami (The Outer Rim), a państwo nie interesuje się przeprowadzaniem zmian w aksjologii u swoich poddanych, przyjmując raczej ich obyczajowość i mniemania, szukając w nich źródeł dla legitymacji swoich rządów, odwołując jako do kulturowego dobra wspólnego, kontrastując je z zewnętrzną barbarią.

Potencjał do baśniowego eskapizmu w krajobrazie politycznym otwiera się w pełni dopiero na poziomie lokalnym. W „Gwiezdnych wojnach” mamy bowiem mnóstwo księżniczek, królów, hrabiów i innych arystokratów. Skąd się oni wszyscy biorą? Okazuje się bowiem, że chociaż ostatecznie Republika jest demokratyczną federacją, w znacznej części składają się na nią właśnie jakieś planetarne monarchie. O ile więc na najwyższym szczeblu gwiezdnowojennej polityki mamy do czynienia z problematyką głosowań i pozyskiwania zwolenników do przepychania ustaw oraz intryg związanych z przeciąganiem tych czy innych senatorów na swoją stronę, na szczeblu lokalnym zmienia się ona całkowicie, bo tam kłopoty polityczne wynikają już ze sporów dynastycznych, konfliktów o sukcesję w ramach skłóconych rodzin, niedojrzałych marionetkowych władców, wymagających jeszcze wychowania czy wyrwania się spod kurateli guwernantów albo odzyskania prawowitej władzy utraconej na rzecz nadmiernie ambitnych namiestników.

telvars_negotiations

W zasadzie każda przerabiana w historii forma organizacji społeczeństw znajduje w jakimś kształcie swą reprezentację w odległej galaktyce. Mamy światy zamieszkiwane przez najprostsze plemiona, są ludy zorganizowane w sposób klanowy, znajdziemy też jakieś gerontokracje z instytucją rady starszych, ale też czysto zawodowe gildie lub cechy, żywcem wyjęte ze średniowiecza. Jeden wielki misz-masz różnych form ustrojowych i organizacyjnych. Wszystko to istnieje obok siebie i nic też nie jest faworyzowane, czy pokazywane w specjalnie negatywny sposób – ostatecznie chodzi przecież o wykładnię etyki cnót i heroizmu, sama systemowa organizacja społeczeństw i społeczności w „Gwiezdnych wojnach” nie podlega ocenie. Koniec końców, żaden ustrój, nacja czy rasa nie jest wolna od konfliktu dobra i złem. Każda staje się zagrożona perspektywą upadku, gdy przestaje być sprawiedliwa, mężna, poddaje się beznadziei czy ulega głupocie, kiedy zaczyna hołdować fałszowi, myśleniu życzeniowemu albo nie potrafi w obliczu większego zagrożenia przewalczyć wewnętrznej kłótliwości. Ten sam podstawowy konflikt toczy się więc wszędzie, po prostu w zależności od przyjętego ustroju przejawia się nieco inaczej, odmiennie odnajdując drogę do słabości czyjegoś charakteru.

Ten uniwersalizm umożliwia przyjęcie perspektywy taśmy produkcyjnej, na jakiej pospiesznie składane są setki większych i mniejszych eposów bohaterskich. Po części wynika także z samej ekonomii regularnego tworzenia masówki, opisującej tego rodzaju wielkie konflikty, począwszy od ich zarania, z unaocznieniem genezy (jak Wojny Klonów), pełnego przebiegu oraz następstw, a częściowo z samej potrzeby pozostania wiernym konwencji pierwowzoru. W zasadzie jest to jedna i ta sama opowieść powtarzana w kolejnych dziesiątkach czy nawet setkach iteracji, z powoli zmieniającymi się w tle realiami historycznymi galaktyki. Ten zabieg znajduje usprawiedliwienie w samej skali konfliktów i frontami przebiegającymi przez tysiące systemów gwiezdnych, które zazwyczaj jeden pisarz musi sam obsłużyć. Tak czy inaczej, będziemy przeżywać monomit nie tylko głównych bohaterów, ale czasem też doświadczymy fragmentów monomitu zupełnie pobocznych postaci z drugiego planu, którym przyjezdni protagoniści mogą pomóc w osiągnięciu osobistych celów, związanych z ich rodzimymi światami, dla których to oni będą musieli się zasłużyć, dojrzewając do pełnienia odpowiedniej roli, stając się w nich pomniejszymi, lokalnymi herosami.

Często więc w „Gwiezdnych wojnach” odnajdziemy powielany schemat wędrownego pomocnika-dyplomaty, zazwyczaj rycerza Jedi, wysyłanego w różne kryzysowe miejsca, po to by dać przykład swoją postawą lokalnej ludności, podbudować jej morale, wesprzeć ją czy zmobilizować do wykreowania własnych bohaterów, rozwiązania problemów w większości swoimi siłami i zazwyczaj – w ramach uzyskanej wdzięczności – zaskarbienia ich poparcia na rzecz Republiki w ogólnym konflikcie. Ten schemat jest widoczny w seriach komiksowych czy też serialach, takich jak „Wojny klonów”. Pozwala on na regularne, cotygodniowe bądź comiesięczne odwiedzanie kolejnych zakątków odległej galaktyki, stykanie się z kolejnymi kulturami, cywilizacjami czy rasami, które mimo swoich odrębnych charakterystyk i całego kolorytu eskapistycznej fikcji, w gruncie rzeczy przechodzą zbliżone kryzysy wynikłe z niedostatków moralnych i stają obarczone swoimi skazami przed oczekującymi dylematami.

d3602983d1f6baa22177c3c5ed6c3c92
Coronet City, koreliańska stolica.

Powiedzmy to jasno: nie wszystkie z tych historii są dopracowane, bo niestety wielokrotnie owa sztampa nie zostaje niczym zamaskowana i w bolesny sposób można dostrzec, co jest zapychaczem wytworzonym przez wypompowanych do granic kreatywnego bankructwa pisarzy, gonionych terminami, a co rzeczywiście zawiera bardziej oryginalne wątki czy sprawniej opisane przygody potraktowane z większą charyzmą. Ale na ogół po zaakceptowaniu i oswojeniu tej starwarsowej konwencji, pojawia się syndrom jeszcze jednego odcinka, czy jeszcze jednego komiksu/książki, ponieważ jesteśmy ciekawi, co dana historia lub postać zmienia w ogólnym rozrachunku w przeznaczeniu całego uniwersum i co zdarzy się w następnej przygodzie.

W odległej galaktyce monomit odciska się monomitem i monomitem pogania, a wszystkie te kotłujące się, przenikające i zazębiające wzajemnie cykle podróży bohaterów wielu generacji, ścieżki heroiczne kolejnych postaci różnej rangi, które kiedyś się ze sobą przecięły czy spotkały, niezależnie od tego, czy odegrały zaledwie pomniejszą rolę w przygodzie na poziomie lokalnym, w relatywnie spokojnym, prowincjonalnym miejscu czy najbardziej epicką, w walnej bitwie, od jakiej zależał już los całej galaktyki, tworzą jedno wielkie godnościowe kłębowisko życiorysów składające się na Expanded Universe (z powodu swoich przepastnych rozmiarów dawno przestało być możliwe do ogarnięcia przez pojedynczego odbiorcę, żaden fan nie zna go w całości, każdy ma dostęp tylko do części).

Właśnie to powielanie monomitu w nieskończoność, jego powszechność niezależna od skali i stawki samej przygody, staje się z jednej strony nieformalną, chociaż namacalną duchowością w ramach świata przedstawionego, a z drugiej strony wręcz wyczekiwaną częścią rytuału fanowskiego oddania gwiezdnowojennej fikcji. Po to się do niej sięga: aby przekonać się kto i jak dzisiaj zachowa się na drodze swego dojrzewania oraz co z tego wyniknie dla reszty świata. Ponownie rzecz ujmując słowami Summersa: najbardziej kochamy ogólną ideę Star Wars. A tę ogólną ideę zdaje się stanowić nieuchronność monomitu, nawet totalność, gdyż z każdą kolejną opowieścią przebiegającą według dokładnie tych samych etapów inicjacyjnych, osiąga większe i większe natężenie w naszej świadomości, potęgując wagę znaczenia tej naczelnej idei.

To, co monomitem nie jest, musi znaleźć się poza kadrem, tekstem lub zostać porzucone przez kamerę, jako niegodne naszego zainteresowania, nieprawdziwe i zbyteczne. Co nie należy do podróży bohatera, zdaje się nie przynależeć również do „Gwiezdnych wojen”. Finalnie są one jednym gigantycznym kobiercem dziejów utkanym z setek pomniejszych moralitetów. Historia powszechna odległej galaktyki jest w gruncie rzeczy kroniką moralnego dziedzictwa zamieszkujących ją postaci, dokonujących swoich trudnych wyborów i wielkich czynów w różnych ustrojowych realiach.

Kto się więc dostatecznie zagłębi w gwiezdnowojenną fikcję, zapoznając z wystarczającą liczbą opowieści rozsianych po kolejnych tysiącleciach, różnych planetach, w cieniu innych okoliczności politycznych, zauważając w nich wszędzie tę samą powracającą prawidłowość, wynikłą ze stosowania monomitu jako wspólnego mianownika, ten osiągnie dziwne wrażenie przenikania tajemnicy sensu życia w wielkiej sztafecie pokoleń. Doświadczy wrażenia heglowskiego dosięgania pierwotnych praw określających i determinujących przebieg wszystkich wypadków. Wtedy zdoła wyczuć tętno Mocy wpływającej na dzieje, przeplatającej nici przeznaczenia kolejnych postaci. I dokona wreszcie odsłonięcia odradzającego się po wielokroć, w nieskończoność, mitu, którego nosicielami są poszczególne jednostki. To po prostu hipnotyczne doświadczenie déjà vu czasu cyklicznego, przejawiającego się w każdym żywocie, w każdej historii, o wspólnym znaczeniu inicjacyjnym. Wszystkie gwiezdnowojenne źródła razem tworzą jedno gigantyczne bolero, którego podstawową melod napisał niegdyś Joseph Campbell.

Porzucenie tej melodii skończy się dysharmonijnym fałszem, wykreowaniem nieprzystającego elementu, nijak nie pasującego charakterem do całej reszty. Gwiezdnowojenna opowieść powinna być więc jak pojedyncze kolcze kółko, do którego można przyłączyć dziesiątki i setki kolejnych, całościowo razem tworzących literacką kolczugę.

***

W świecie przedstawionym Star Wars jedynym dostatecznie wyraźnym odniesieniem do nowoczesności jest Imperium, które mimo tego, że jest kierowane przez Cesarza (trzymając się pradawnych, amberowskich tłumaczeń…), a w związku z tym mogłoby przynajmniej powierzchownie stanowić uzasadnioną analogię wobec dziejów republiki rzymskiej przekształconej w Cesarstwo Rzymskie, finalnie nie pasuje jednak do tej układanki. W operze kosmicznej Lucasa mamy do czynienia z dziwacznym, onirycznym wręcz przypadkiem przerodzenia się państwa w rodzaju starożytnego Rzymu bezpośrednio w jakiś odpowiednik Trzeciej Rzeszy lub Związku Radzieckiego. Wiąże się to z natychmiastową zmianą quasi-antycznej obyczajowości i takiego też postrzegania polityki czy poczucia obywatelskiego wprost w XX-wieczny totalitaryzm bez jakichś etapów pośrednich. Imperium bowiem posiada już ideologię z prawdziwego zdarzenia – Nowy Ład. Prowadzi inwigilację, przeprowadza proces indoktrynacji, cenzuruje sztukę i massmedia (HoloNet), nasącza wszystko własną propagandą, akcentuje militaryzm, zwalcza wszelkie przejawy nieprawomyślności, stosuje segregację rasową, dokonuje ludobójstw – jednym słowem wybiega nawet poza środki stosowane przez starożytne tyranie, traktując społeczeństwo jako zupełnie masowe, narzucając mu swoje idee, nie przejmując się dawnym, zdaje się autentycznym, decorum.

Ale z Imperium się walczy. Właśnie o powrót do starożytnej świetności, kiedy można było nosić miecz świetlny przytroczony u boku – broń na bardziej cywilizowane czasy. Nowoczesność u Lucasa jest więc barbarzyńska i niszczycielska. Ściga oraz eliminuje przewodników duchowych, mentorów poprzedniej epoki, prowadzi akcje na rzecz ateizacji, by społeczeństwo zapomniało o Mocy i poddało się woli władzy totalitarnej, zmusza pozostających przy życiu strażników sacrum – Jedi, stanowiących rodzaj wojowniczego kapłaństwa oficjalnej religii państwowej poprzedniego ustroju, do ukrywania się na wygnaniu, usuwając ich z publicznej świadomości do tego stopnia, że Han Solo uznaje relację o ich świetnych wyczynach i umiejętnościach za bajki.

Imperium jest więc nowoczesnym obcym ciałem w świecie archaicznego mitu, od wewnątrz zaburzającym jego eskapistyczny charakter i właśnie dlatego musi przegrać, właśnie dlatego chcemy, aby przegrało. A kiedy to się wreszcie dokonuje, uzyskujemy z tego tytułu mnóstwo frajdy, bo oto świat marzeń o świetności zamierzchłych czasów jest wreszcie oczyszczony z lęków pochodzących z niedalekiej nam epoki historycznej i ponownie odzyskany dla mitu. Proces odczarowania świata, opisywany przez Maxa Webera, zostaje więc w najważniejszej trylogii – Klasycznej Trylogii zupełnie odwrócony. Ona pozwala go znowu zaczarować i na powrót doświadczyć rzeczywistości ujętej w karby mitologicznego postrzegania. Mit zwycięża nad tymi, którzy chcieli go wyrugować i wykorzenić, opowiada zatem o swoim własnym tryumfie

Na tym zasadza się również wyjątkowość Klasycznej Trylogii w zestawieniu z całą resztą gwiezdnowojennej fikcji. Przed nastaniem czasów Imperium, wszystkie konflikty odległej galaktykitoczone przez stronnictwa obustronnie eskapistyczne, równie odległe od nowoczesności. Czyta się o nich trochę podobnie jak Homera rozpisującego się o ważących się losach wojny trojańskiej. Natomiast okres imperialnego panowania stanowi już czas ostateczny, w którym poczciwość mitu zostaje poddana największej próbie, kiedy zostaje on praktycznie w całości rozmontowany i zeświecczony – zepchnięty na absolutny margines, powielając poniekąd los mitologii z naszego świata rzeczywistego. Oto bowiem w całym tym eskapistycznym uniwersum pojawia się przeciwnik niepokojąco anty-eskapistyczny i skutecznie niszczący niemal wszystko z tego, co zostało również zostało utracone w naszym zdemitologizowanym, odczarowanym już świecie. Dopiero pokonanie takiego wroga, wroga symbolizującego największe skazy naszej nihilistycznej rzeczywistości, dodaje tej fikcji drugiego dna i dubluje emocjonalną stawkę u widza, który nie chce, aby już nawet w świecie baśni zwyciężyło to wszystko, co dręczy go na jawie, z czym musi się osobiście borykać codziennie. Nie tu!

Właśnie z tego zasadniczego powodu „Gwiezdne wojny” z lat ‘70 i ‘80 zawsze pozostaną tymi największymi, najważniejszymi kulturowo, najbardziej zasłużonymi. Wcale nie dlatego, że były dziewiczymi, przetarły szlak i ludzie na nich wychowani zawsze będą mieli do nich największy sentyment i słabość z racji samego pierwszeństwa. Wcale nie dlatego, że już lepszych przygód nie można wymyślić a wyprawy bohatera jeszcze bardziej dopracować. Nie. Rzecz idzie o to, że tylko one dzięki wspomnianemu doborowi elementów historii (takich jak decyzja o tym, kto i jak będzie reprezentować strony dobra i zła), opowiadają historię zawierającą szczególną warstwę sensów nieobecną nigdzie później, stanowiącą niezwykle wymowny komentarz dotyczący naszej sytuacji, który w dodatku najpełniej rezonuje z resentymentami względem nowoczesności u widzów przez nią duchowo wyjałowionych, zatrutych. Na tym opiera się cały sekret pozycji i siły tej franczyzy. Powodzenie buntu Rebeliantów z odległej galaktyki daje nadzieję dla naszego buntu przeciw dokonanemu procesowi odczarowania świata. Nową nadzieję, chciałoby się rzec.

Jeżeli więc ktoś prowokacyjnie mnie zapyta o pozycję Tolkiena, o przesłanie jego „Władcy pierścieni”, samą literacką jakość twórczości, talent i będzie domagać się uznania tegoż intelektualnej i erudycyjnej przewagi nad Lucasem… to nie będę miał problemów z przyznaniem mu pełnej racji. Ale mimo tych wszystkich formalnych, jak najbardziej słusznych przewag Anglika i tak stanę ostatecznie opowiadając się po stronie wyższości „Gwiezdnych wojen”, które trafiły się temu krwawiącemu na papier Lucasowi jak ślepej kurze ziarno. Dlaczego?

Otóż mimo całej przyjemności płynącej z lektury „Władcy pierścieni”, gdy przychodziło do momentu zamknięcia i odstawienia książek na półkę, nigdy nie miałem większego problemu z przejściem nad opisywaną przez nie historią do porządku dziennego. Do dziś czysto rozumowo cieszę się, że Tolkien zdaje się w bardzo wielkim stopniu reprezentować wiele z moich intuicji dotyczących wspólnej natury zła, władzy i państwa, jak również opowiada się jako apologeta czy wręcz czempion mitotwórstwa (zob. wierszMythopoeia”), wzgardzający mentalnością nowoczesności odrzucającej to wszystko. Ale już czysto emocjonalnie jego „Władca pierścieni” nie jest w stanie prowadzić mnie na barykady walki o jakieś aspekty tradycyjnego ładu, chociaż jako wysokiej próby literatura eskapistyczna, niewątpliwie potrafi przedstawić uroki jego kultury. Myślę, że główny problem leży jednak w wyborze Saurona jako głównego antagonisty historii oraz charakteru jego królestwa, Mordoru. Mianowicie, trudno traktować te elementy jako obce, odległe czy wrogie w ogólności mitologii Śródziemia. Sauron, Mordor i jego orkowie reprezentują bowiem zło, ale w bardzo ogólnej postaci. Nie widzimy w nich zapowiedzi, czy reminiscencji losów naszego świata, nie podejrzewamy ich o żadne modernistyczne motywacje, skłaniające ich do obalania starego porządku rzeczy (być może najbliższy temu mógłby być Saruman ze swopsuedo-rewolucją przemysłową). Sauron jako zły duch, istniejący od zarania dziejów tego fikcyjnego świata, okazuje się być w historii przedstawionej we „Władcy pierścieni” najsolidniej zakotwiczonym jego elementem mitologicznym – wszak nawet tworzy czysto magiczne artefakty, w tym Jedyny Pierścień. Konflikt Śródziemia, jest więc toczony przez strony cieszące się równie poważną mitologiczną legitymacją. Żadna z nich z nią nie zrywa i jej nie odrzuca, obie mieszczą się w jej ramach. Hipotetycznie można nawet zapytać, co wydarzyłoby się w Śródziemiu, gdyby to Sauron zwyciężył i objął w nim niekwestionowane rządy. Jak mniemam, przeobraziłoby się ono w coś na kształt świata przedstawionego rodem z horroru Lovecrafta – równie mitologicznego i nieskażonego odczarowaniem świata, ale okazującego nam mitologię w najbardziej pesymistycznej, złowróżebnej formie.

sithcode
Korriban, czyli taki gwiezdnowojenny Mordor.

W „Gwiezdnych wojnach” natomiast, poza tym samym motywem walki dobra ze złem, pojawia się rozróżnienie na stronę reprezentującą mity i wierzenia dawnego świata oraz modernistów, którzy czysto nowoczesnymi, technokratycznymi środkami i terrorem chcą wymazać dawne dziedzictwo, zastępując je totalitarnym Nowym Ładem. Co jeszcze bardziej intrygujące, Sithowie w rodzaju Lorda Vadera i Imperatora Palpatine, stając na czele tego ateizującego i demitologizującego przeszłość aparatu władzy, wymazującego pamięć o dawnych czasach i bohaterach, sami marginalizują swoją religijną (choć w heretyckim wydaniu) tradycję. Tego pierwszego zresztą do żywego dotyka pogardliwe traktowanie przez Mottiego Mocy, zredukowanej do „czarnoksięskich sztuczek” i wyśmiewanie jego osobistego „smutnego przywiązania do tej starożytnej religii”. Dotyka do tego stopnia, że pozwala sobie w ramach ciętej riposty na udzielenie oficerowi szybkiej lekcji teologii. Widzimy zatem, że Sithowie dla samego celu zniweczenia tradycji Jedi, są gotowi poświęcić własną, przez usunięcie z powszechnej świadomości, respektowanej również przez siebie świętości i zredukowanie jej do roli zwykłych, niepraktycznych, bezużytecznych baj i przesądów. Na potwierdzenie tego stanu wiary (czy raczej niewiary) otrzymujemy scenę z Hanem Solo negującym autorytet Kenobiego i podważającego sens treningu Luke’a, zbywającym nabywane umiejętności do szczęśliwego trafu, za którym nie stoi, bo nie może stać nic poważnego. Widzimy więc świat przedstawiony w stanie całkowitej laicyzacji, przepełniony pustką duchową, niewiarą w jakikolwiek metafizyczny ideał, wokół którego można byłoby zorganizować wspólnotę. W odległej galaktyce poznawanej przez nas po raz pierwszy, na starcie mamy tylko marazm i pogodzenie się z myślą, że jedynym spoiwem łączącym wszystkich jest upodlenie brutalną siła totalitarnego państwa. Przygodę więc zaczynamy w czasie, kiedy wszystko co wartościowe zostało już stracone i trzeba to na nowo odzyskać, aby wydobyć się z beznadziei.

Mamy więc do czynienia z eskapistycznym światem w gruncie rzeczy wypranym ze swoich najważniejszych eskapistycznych elementów, o których możemy posłuchać co najwyżej w pełnych żalu wspomnieniach Obi-Wana, dotyczących utraconej przeszłości. To świat wyszarzały, pozbawiony swojego czaru, którego świetność minęła. Dlatego bardzo łatwo możemy się identyfikować z bohaterami osamotnionymi, odciętymi od złotej epoki swojej cywilizacji, zupełnie tak jak my. Dopiero poszczególne heroiczne czyny i kompletne zdanie się na Moc, w jaką w gruncie rzeczy nikt już nie wierzy, pozwala na odniesienie pierwszego, poważnego zwycięstwa. Nawet dziś, po tylu latach ta myśl burzy mi krew w żyłach, inspiruje i popycha, by w ramach dokładnie tej samej niezgody na zastany porządek zorganizować po drugiej stronie srebrnego ekranu własną rebelię! Oddziaływanie tych filmów chyba już nigdy się dla mnie nie zmieni.

Ranga zwycięstwa nad Imperium również zdaje się przyćmiewać tryumf nad Sauronem. W Śródziemiu widzimy kilka królestw, pogrążonych co prawda w swoich własnych kryzysach, ale jednak zdolnych ostatecznie wystawić regularne armie przeciw Mordorowi i współdziałać, by oddalić zagrożenie utracenia swojej suwerenności czy kulturowej tożsamości, ba! nawet biologicznego wyniszczenia. Znają w dodatku tożsamość, z jakiej mogą czerpać i odwołują się do niej. W odległej galaktyce to wszystko zostaje utracone. W skali całych zastraszonych populacji pod butem Imperium, nie ma nawet świadomości dawnych, a teraz wykorzenionych ideałów. Jedynie garstka stara się ich trzymać, kultywować, posługuje archaicznymi pozdrowieniami w rodzaju „Niech Moc będzie z Tobą” w świecie, w którym budzi to raczej uśmiech politowania. Tutaj zło zwyciężyło całkowicie, panuje niepodzielnie, a dysproporcja sił nie pozwala przez większą część czasu wojny domowej na otwarty konflikt i trzeba ograniczać się do organizowania partyzantki i roznoszenia rebelianckiej bibuły, gdy szturmowcy odwracają wzrok.

Łatwo odnieść to osamotnienie frakcji walczącej po stronie mitu przeciw zamordystycznej władzy nie pozwalającej się mu odrodzić do własnego osamotnienia w niezwykle zatomizowanym, cynicznym i jakże prozaicznym świecie porozbijanych relacji społecznych, charakteryzującym się dokładnie tym samym zwątpieniem w istnienie jakiejś świętości. Tęsknota za kulturą dającą ludziom faktyczne zakorzenienie, wyznaczającą odpowiednio godne miejsce w ogólnym porządku wszechrzeczy, przywracająca rolę sacrum w życiu, jest więc wspólna tu i tam, po obu stronach ekranu czy papieru. Jeżeli doskwierają nam te same problemy, zyskujemy również natychmiastowe porozumienie.

Eskapistyczna sztuka może być więc zasadniczo dwojakiego rodzaju. Pierwszy ogranicza się po prostu do statecznego przedstawienia ogólnego przesłania w niestworzonych światach rodem z marzeń sennych czy innej zbiorowej nieświadomości. Do takich historii wracamy, gdy życie zbytnio zajdzie nam za skórę, gdy nabroimy albo gdy zechcemy odpocząć od ciągle tego samego zestawu problemów, którymi się męczymy. Aby znaleźć odprężenie czy ukojenie, sięgamy wówczas po fikcję prezentującą problemy zupełnie innej natury, w innej skali – tam też doświadczamy piękna, jakiego w swojej codzienności możemy odczuwać deficyty. Tak Tolkien napisał swojego „Władcę pierścieni”.

Drugi rodzaj eskapizmu jest mniej hermetyczny i defensywny – nazwijmy go więc eskapizmem zaangażowanym lub zaczepnym. Ta odmiana zawiera już bezpośredni komentarz do rzeczywistości: jakieś oskarżenie czy ostrzeżenie albo zwyczajnie – diagnozę. Obcując z dziełami charakteryzującymi się tym drugim podejściem, nie uciekamy dla samej ucieczki, oderwania od swoich problemów, ale raczej po to, by przegrupować siły, odnaleźć się na nowo, odświeżyć motywację, przypomnieć wagę pewnych wartości i wrócić do walki o nie, posłani do kontrataku. Ta forma eskapizmu zdaje się nas sadzać do naszego narożnika, abyśmy wysłuchali ogólnych rad trenera, opatrzyli rany a następnie wysyła z powrotem na ring rzeczywistego świata, byśmy próbowali w nim ziścić to, co zostało nam przedstawione. Twórczość tego rodzaju ostatecznie wiedzie więc nas na jakieś barykady, zostawia z wewnętrznym zobowiązaniem wobec ideału, „Nie możesz tego tak pozostawić!” – mówi. To cechuje właśnie podejście Klasycznej Trylogii. Jej doświadczenie odkrywa w człowieku jego osobiste wezwanie do przygody, do odbycia wyprawy, przejścia monomitu swojego życia.

Podstawowym zabiegiem dzieła zaangażowanego, zaczepnego eskapizmu jest więc zanieczyszczanie czy zaburzenie eskapistyczności własnego świata przedstawionego elementami charakterystycznymi dla najmniej godnych aspektów świata rzeczywistego. Nie cechuje wyłącznie mitu politycznego „Gwiezdnych wojen”, wprowadzającego na arenę swoich niestworzonych dziejów bardzo dobrze znanego nam totalitaryzmu – ten środek znaleźć można również w baśniach osadzonych w jeszcze bardziej umownych światach, na przykład w „Niekończącej się opowieści”. Czego bowiem dowiaduje się Bastian / Atreyu o pierwotnych przyczynach obracania się w niebyt świata Fantazji, któremu stara się zapobiec? Czy znajdują się w nim, czy poza, w naszej rzeczywistości wpływającej na ontyczny stan jego fikcyjnego otoczenia? Gdzie można naprawić zasadniczy problem trapiący fikcyjne królestwo Dziecięcej Cesarzowej? Ten motyw w bardziej ograniczonym kształcie możemy już rozpoznać w „Piotrusiu Panie” Jamesa Matthew Barrie: jeżeli pamiętacie, wasza rzeczywista niewiara we wróżki, zabijała je w Nibylandii, ale mogliście je przywrócić do życia, klaszcząc.

Odległa galaktyka w przeciwieństwie do Nibylandii czy Fantazji/Fantazjany nie jest bezpośrednio związana swym losem z postawami przejawianymi w naszym świecie, bo takiego połączenia konwencja mitu gwiezdnowojennego nie przewiduje, ale w każdym z tych przypadków znajdziemy jakiś policzek wymierzony w nowoczesną mentalność, w baśniach koncentrujących się przede wszystkim na zachowaniach dorosłych, przystosowujących się do wymogów myślenia swojej epoki, jakże odległego od myślenia mitycznego.

U Tolkiena nie widzę niczego podobnego, dlatego jego „Władcę pierścieni” mogę co najwyżej pokontemplować z dystansem, smakując jak niezależny ode mnie przedmiot estetyczny. „Gwiezdne wojny” natomiast przeżywam wewnętrznie, internalizując w sobie, traktuję je jako inspirację i jednocześnie coś, co odnosi się bezpośrednio do mojego położenia w świecie i o nim opowiada.

„Zachowuj się jak reszta tych cynicznych nowocześniaków wątpiących w świat mitu, a płynąc z głównym nurtem pomożesz im współtworzyć Imperium, które Cię zniewoli. Nie, Twoją rolą jest reprezentować zupełnie inną stronę, Ty musisz wyruszyć we własną wyprawę, aby odnaleźć coś, co pozwoli ich powstrzymać i zawrócić od tego szaleństwa.”

Czy nie taka miała być pierwotna rola mitu – określać miejsce człowieka w świecie, znajdować dla niego znaczenie? Ostatecznie przychodzi nam opowiadać się za tym, co odniosło i w jakiejś mierze wciąż odnosi na nas wpływ. W moim przypadku, jak sądzę z wyżej wymienionych przyczyn, nie był to „Władca pierścieni”, bez względu na kulturowy kapitał jego autora, niewątpliwie przewyższający ten, jakim dysponował George Lucas.

***

Pozostaje więc pytanie: czy skoro największymi „Gwiezdnymi wojnami” ze względu na zawarte w nich przesłanie, pozostaną ostatecznie te pierwsze, czy jest w ogóle artystyczny sens tworzyć derywaty, z pełną świadomością tego, że w gruncie rzeczy, nigdy nie pobiją oryginału i zawsze będą mu ustępować?

StarWarsTrilogy
„Trzy powody, dla których budują kina.” Nieskromny slogan wyczerpujący niegdyś moje fanowskie wyznanie wiary. Po tylu latach, wciąż nie doczekałem więcej godnych następców, niestety.

A czy jest sens na szczytach gór dokładać kamyczek od siebie do kurhaników ułożonych już przez innych, którzy przed nami się na nie wdrapali? Jedni go zauważają, drudzy nie.

Ostatecznie jednak derywaty powstają i będą powstawać, ponieważ Saga odniosła wpływ na całe rzesze ludzi a pośród również tych, którzy zostali twórcami i teraz zechcą się jej odwdzięczyć, zanurzyć jeszcze raz, tym razem już jako artyści. Istnieje potrzeba dopisania do niej swego rozdziału, zapewnienia dalszej żywotności. To historia, na której wychowały się całe pokolenia, które będą chciały przekazać jej doświadczenie kolejnym generacjom w swoich opowieściach.

Można też odpowiedzieć ogólniej.

Sens tworzenia eposów bohaterskich będzie istniał tak długo, jak ludzie będą podupadać na duchu, zapominać o istnieniu tych czy innych cnót, ale też mierzyć się z trudnościami, z jakimi nie będą wiedzieli jak sobie poradzić. Tak długo, jak będą wątpić w siebie i trzeba będzie im pomóc spojrzeć na życie w szerszej perspektywie – czyli zawsze. Przyzwoity epos bohaterski jest remedium na konkretne braki moralne – uczy na przykładach jak możemy im zaradzić i pokazuje jak zdobyć się na ich pokonanie. Ponieważ tych braków i ich kombinacji może istnieć wiele, tak wielu mamy również do wymyślenia różnych bohaterów, przygód i opowieści opisujących ich sięganie po chwałę.

Klasyczna Trylogia, czyli historia Luke’a Skywalkera poświęcona jest w zasadzie jednej z cnót teologalnych – nadziei. (Dlatego też toczy się w czasie największej beznadziei.) Wciąż pozostają inne cnoty, takie jak wiara czy miłość, którym możemy poświęcić inne trylogie, a następnie przejść do tych kardynalnych: sprawiedliwości, umiarkowania, męstwa czy roztropności. To jest przecież materiał na sześć kolejnych, równie ważnych cykli, z ich odrębną problematyką, z innymi bohaterami, z innymi słabościami, z innymi mocnymi stronami, przynoszących zwycięstwo w zupełnie innych epokach czy światach.

Krzysztof Kieślowski miał swój cykl „Dekalogu” utrzymany w nastroju kina moralnego niepokoju. „Gwiezdne wojny” mogą i powinny już dawno mieć swój cykl moralitetów osadzonych w estetyce Kina Nowej Przygody. Wykreowały atrakcyjną piaskownicę do tworzenia tego rodzaju opowieści i są z niej znane. Zamiast starać się powielać w nieskończoność i kanibalizować przedstawioną w nich już historię Luke’a, wypadałoby podobnie jak Kieślowski w „Dekalogu”, ruszyć dalej ze swoim cyklem. Młody Skywalker pozostanie heroicznym ucieleśnieniem nadziei. Teraz przydałoby się uzupełnić panteon herosów o kolejne życiorysy jego odpowiedników dla pozostałych cnót.

Jak to zrobić?

Zacząć zadawać odpowiednie pytania:

  • dzięki komu i w jaki sposób galaktyka czy Republika została ocalona miłością? (Mamy tu okazję do opowiedzienia mitycznego gwiezdnowojennego romans o wielkiej stawce, wpływającego w zasadniczy sposób na historię uniwersum.)

  • kto był tytanem wiary, (Czy nie jest to adekwatny materiał na opowieść o założycielach Zakonu Jedi lub początkach ich religii?)

  • kto zasłużył się swoim wkładem w wielki historyczny tryumf osiągnięty głównie dzięki roztropności, przenikaniu cudzych intryg lub odwracaniu ich na swoją korzyść? (gwiezdnowojenny ekwiwalent cyklu arturiańskiego o perypetiach mądrego władcy)

  • Kto i w jakich okolicznościach zapobiegł olbrzymiemu konfliktowi, opierając się na sprawiedliwości, oddając w kluczowej sytuacji stronom jedynie to, co im się należało, ignorując przesadzone roszczenia?

  • Kto okazał się być lwem prowadzącym owce do zwycięstwa, okrywając się chwałą dzięki męstwu, którego zabrakło innym z jego otoczenia?

  • Kto dał przykład umiarkowania i skromności w czasie największego rozpasania i dekadencji, zagrażającej dalszemu trwaniu kilkunastotysięcletniej Republiki w czasie poprzedniego wielkiego kryzysu polityki?

Dopiero, gdy wyczerpane zostaną wszystkie cnoty, będzie można się zastanowić: „OK, co dalej robimy z tym całym heroicznym bigosem?”. Może dysponując kompletem wcieleń archetypów bohaterskich dla wszystkich cnót porozsiewanych w węzłowych punktach w każdej możliwej epoce historycznej odległej galaktyki, jakoś je zbierzemy i wyślemy na ostateczną, metafizyczną, wieńczącą dzieje całego uniwersum przygodę na metapoziomie kosmogonii Mocy, zamykając ostatecznie cały cykl?

Cóż… Mnie to wygląda na spójny, klarowny plan na przyszłość dla „Gwiezdnych wojen”, respektujący charakter ich konwencji, naturalnie ją kontynuujący, ponieważ w istocie zawsze były one jak najbardziej klasycznym moralitetem. Wypadałoby się więc trzymać tego kursu i opowiadać historie, które po latach zachowają swój sens, zamiast tłuc blockbusterową sieczkę, w której wiele się dzieje, ale nazajutrz się tego nie pamięta, bo nic nie ma znaczenia. Saga jako mit powinna różnić się pod tym względem od całej reszty holywoodzkiego szmelcu.

W gruncie rzeczy nie widzę sensu poddawania krytyki „Gwiezdnych wojen” za ich eskapizm. Koniec końców, jedynym środkiem zdolnym do przekazywania innym naszych marzeń, tęsknot i wizji świata, jakie z dowolnego względu zostały nam odmówione, pozostaje i pozostanie na zawsze sztuka. Sztuka z kolei zawsze pozostanie eskapistyczną z samej swojej natury, ponieważ za każdym razem, gdy zabiera nas w inne miejsca i czasy, prezentuje inne problemy, przedstawia tym sposobem jakąś ułudę. Kwestią dyskusyjną jest to, czy konkretne marzenia rzeczywiście warte są snucia i co chcemy z nich wynieść z powrotem do rzeczywistości, ale doszukując się samego powodów śnienia na jawie, łatwo też możemy określić, czego nam faktycznie brakuje.

A jeżeli eskapizm kogoś tak bardzo drażni, zawsze można przecież odwrócić wzrok i beznamiętnie wyjrzeć przez okno – tam się go nie uświadczy, doświadczając świata takim jakim jest w dzisiejszej postaci, nie zaś takim jakim mógłby być.

 

 

IV. Narodziny trylogii tragicznej, albo Sithowie i pesymizm.

Nie możesz być silniejszy od przeznaczenia.

– Eurypides

Siła konieczności jest niezwyciężona.

– Ajschylos

Hola, hola! Nie tak szybko! To przecież nie zamyka sprawy!

Możemy bowiem wyprowadzić całkowicie uzasadnione z punktu widzenia ogólnej narracji zastrzeżenie. Dotyczyć będzie ono niekompletności historii, jaka miałaby tej niekończącej się walki dobra ze złem, w której jednak za każdym razem zwycięża dobro. Skoro tak – można pomyśleć – skąd w tym uniwersum się w ogóle owo zło bierze? Kto mu ulega i jak w zasadzie zdobywa te olbrzymie wpływy, aby zaburzyć dostatecznie istniejący ład, byśmy nieustannie potrzebowali jakichś bohaterów, raz po raz zdobywających się na wszystkie te trudne czyny i poświęcenia, by go naprawiać?

Nie da się naprawiać czegoś, co nie zostało zepsute. Z konieczności więc historia wymaga, aby ktoś w niej pełnił rolę psuja a przy tym sam ulegał zepsuciu. Może by i o nim jakiś filmy nakręcić? Bez tego spojrzenia na drugą stronę, coś nam się wymyka i mamy zaledwie połowiczny obraz toczących się dziejów.

W pięknych czasach, jeszcze przed 1999 rokiem – gdy memetyczna Trylogia Prequeli nie istniała a całe „Gwiezdne wojny” składały się wyłącznie z zasłużenie hołubionej Klasycznej Trylogii i pobocznych dla niej źródeł z Expanded Universe, ciekawość pasjonatów Sagi również rozpalały nieopowiedziane jeszcze dzieje upadku Starej Republiki i geneza powstania Imperium. Z ogólnej ekspozycji wiedzieliśmy, rzecz jasna, co mniej więcej nastąpiło, bo z ograniczeń fabularnych istniejącego materiału – musiało nastąpić. Źródła dodawały kolejne szczegóły biografii postaci – dowiedzieliśmy się, że Vader w ramach pojedynku z Obi-Wanem zanotował bliskie spotkanie z lawą i stąd został skazany na swoją zbroję podtrzymującą życie, ale nie mieliśmy najbledszego pojęcia, jakie intrygi musiały doprowadzić do ich konfrontacji, upadku moralnego Anakina czy konkretnych powodów politycznych zniesienia poprzedniego ustroju. Nie znaliśmy kompletnej sekwencji zdarzeń. Nawet niedaleka przeszłość uniwersum Star Wars stanowiła kompletną zagadkę, rozpalającą wyobraźnię. Dziś wspominam to z wielkim sentymentem, bo dobra tajemnica jest warta znacznie więcej niż niedbale potraktowana, kaleka opowieść przed nami odkrywająca. Milczenie naprawdę docenia się jak złoto, zwłaszcza w momencie, gdy wyczekiwana latami mowa okazuje się być w praktyce nieskładnym bełkotem.

Kiedy jednak jasnym stało się, że przyjdzie czas na kolejne trzy gwiezdnowojenne filmy, toczące się przed tymi, które już znaliśmy na wylot, poza wybuchem hurraoptymizmu w fandomie, pamiętam pewną wątpliwość, jaka przyszła mi na myśl. Czy „Gwiezdne wojny” mają szansę udać się, jako filmy pesymistyczne? Wyzbyte ze swojego amerykańskiego ducha młodości? Przecież nie będą mogły one już powielać formuły istniejących części, bo mają do przedstawienia przygnębiającą historię upadku niegdyś świetlanej cywilizacji. Może w ogóle wypadałoby przekazać to do zrealizowania jakiemuś filmowcowi z Portugalii, pogrążonemu w swojej saudade?

Nawet dzisiaj trudno jednoznacznie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Jak bowiem pogodzić franczyzę służącą głównie do nakręcania sprzedaży zabawek z przygodami upadłych bohaterów? Które dziecko będzie chciało otrzymać ich miniaturowe podobizny, skoro prezentują, albo przegraną sprawę, albo zwyciężające zło? Jak więc opowiedzieć tę część historii, która kończy się gorzko i powiązać to z inspirującym duchem „Gwiezdnych wojen”, którego większość będzie oczekiwać?

Dylemat można rozwiązać na kilka różnych sposobów.

  • Bezkompromisowo przyjąć, że chce się opowiedzieć tę historię wyłącznie z myślą o środkach, jakich ta rzeczywiście będzie ona wymagała, bez oglądania się na całą otoczkę marketingową, licząc się z mniejszymi zyskami związanymi z zabawkarstwem.

  • Przyjąć opcję kompromisową i obok opowiadanej historii stworzyć poboczne projekty, w których tam da się publiczności tego, czego ona zwykle oczekuje od serii, a następnie wyciągnie ją na głęboką wodę, z myślą o dobru całości.

  • Wybrać najgorzej i wymieszać ton opowieści tak, żeby nie przypominał niczego sensownego, był nieudanym eposem heroicznym i równie nieudaną tragedią, po prostu jedną wielką, bezkształtną, nieprzemyślaną katastrofą.

Gdy na przełomie wieków przyszło do konkretów, George Lucas niestety wybrał opcje pośrednią, lawirując między dwiema ostatnimi opcjami. Trylogia Prequeli okazała się jego Trylogią Hańby, autystycznym kadłubkiem, w którym nic się ze sobą nie spinało. Obok niego otrzymaliśmy wcale niezłe, animowane seriale „Wojny klonów”, które zrobiły znacznie lepszą robotę w poświadczaniu heroicznej strony ostatecznie przegranych zwycięzców konfliktu zapowiadającego ostateczny rozkład Republiki.

Co zatem poszło nie tak w prequelach? Tabuny ludzi zjadły zęby na próbie dokonania kompletnej autopsji tego nieszczęsnego truchła, część zdołała rozpocząć od niej swoją medialną karierę krytyków filmowych, traktując jak medialną trampolinę do sukcesu, jak stało się to z ekipą Red Letter Media, z ich prześmiewczymi, wielogodzinnymi analizami Pana Plinketta, zawierającymi często bardzo wnikliwe spostrzeżenia dotyczące podstaw warsztatu filmowego, którym Lucas zdołał jakoś uchybić. Zamiast wymieniać ich wszystkie grzechy, łatwiej wskazać to, co dla odmiany mogło się w nich obronić: mianowicie ścieżka dźwiękowa napisana przez niezastąpionego Johna Williamsa. Całe szczęście, przynajmniej muzykę można interpretować odrębnie od tych filmów i nie kojarzyć jej z całą resztą słabizny. Poza tym, co przyniosła nam orkiestra, w zasadzie wszystko było koszmarem.

Pod względem dramaturgicznym w gruncie rzeczy problem sprowadził się do rażącego, fundamentalnego braku wiedzy Lucasa na temat pisania tragedii.

„Gwiezdne wojny” jako tragedia? Serio?

Tak!

W pierwszej chwili może wydawać się to karkołomnym pomysłem, aby serię przeznaczoną głównie dla dzieci i młodzieży przystosowywać do gatunku, którego mistrzami byli niegdyś Ajschylos, Eurypides czy Sofokles. Jeśli jednak głębiej zastanowić się nad istotą Sagi, mianowicie tym, że układa się ona w moralitet, wydaje się to być wręcz oczywistym posunięciem. Moralitet bowiem jest jak moneta; ma swój awers i rewers. Jedną jej stronę stanowi epos bohaterski, w jakim zachwalamy cnoty i pokazujemy ich znaczenie dla ostatecznie odniesionego tryumfu nad złem, drugą, stanowi tragedia, która przestrzega przed ich brakiem lub pokazuje jak jedna drobna skaza moralna może spowodować ludzki upadek, klęskę i ruinę. Epos jest zachętą, tragedia przestrogą. Jedno jest w zasadzie symetrycznym odbiciem, negacją drugiego. W obu, o ile dobrze napisane, osiąga się oczyszczenie, katharsis.

Przyjmując ten punkt widzenia, pomysł dopełnienia formuły „Gwiezdnych wojen” trylogiami tragicznymi, naprzemiennie uzupełniającymi trylogie heroiczne, wydaje się być wręcz naturalny. Tak właśnie można osiągnąć ostateczne domknięcie całego cyklu narracji opisującej krytyczne momenty historii, przynoszących czasy cywilizacyjnych wzlotów i upadków, wynikłych z tej czy innej kondycji moralnej mieszkańców i bohaterów odległej galaktyki. Rolą trylogii tragicznych byłoby oczywiście opis i ukazywanie powodów następującej wcześniejszej degeneracji, niszczenia moresu, popadnięcia w tyranię rozpoczynającego się od czysto indywidualnej przewiny i ustanowienie niegodziwego stanu uniwersum, z jakim następne pokolenia i ich bohaterowie będą walczyły w swoim heroicznym cyklu, naprawiając sytuację i przywracając podstawowy porządek moralny.

Jeżeli jesteśmy maksymalistami albo baaardzo lubimy pieniądze i nie wystarcza nam perspektywa zarobku jedynie na 7 osobnych trylogiach poświęconych cnotom, możemy dołożyć kolejne 7 trylogii poświęconych grzechom, które będą się z nimi wzajemnie przeplatać. Voila! Taka rozszerzona formuła otwiera możliwość realizacji 42 pełnometrażowych filmów wyczerpujących wykład całej etyki cnót w realiach pomrukujących mieczy świetlnych. Po tym można byłoby uznać cały cykl za ostatecznie zamknięty i kompletny, bez potrzeby dopowiadania do niego czegokolwiek, odstawiając go zasłużenie w spokoju na półkę jako skończone dzieło, prawda?

Jak sądzę, Trylogia Prequeli w założeniu właśnie miała być trylogią tragiczną, jednak zupełnie nie podołała temu zadaniu, a to z powodu łatwych do wskazania uchybień. Pisanie tragedii wymaga podporządkowania się pewnym regułom, o których Lucas, albo nie wiedział, albo je zupełnie zignorował. W efekcie skończyło się na kompromitacji i nieudaczność tych filmów szybko spowodowała, że stały się kopalnią memów. Jedynie w takiej postaci potrafią sprawić odrobinę frajdy. I nie starajcie się przekonywać mnie, że jest inaczej, ponieważ stoję na wyższej pozycji!

Na czym zatem konkretnie przejechał się George Lucas?

Otóż nawet na elemencie tak podstawowym jak charakterystyka głównego bohatera: Anakina Skywalkera.

Tragedia jako gatunek dramatu ma do zrealizowania pewne cele. Jeżeli chcemy się nią zająć, powinniśmy je poznać. Gdy sięgniemy do „Poetyki” Arystotelesa, już w niej znajdziemy jasną odpowiedź, na czym powinno zasadzać się nasze artystyczne wyzwanie:

Tragedia jest to naśladowcze przedstawienie akcji poważnej, skończonej i posiadającej [odpowiednią] wielkość, wyrażone w języku ozdobnym, odmiennym w różnych częściach dzieła, przedstawienie w formie dramatycznej, a nie narracyjnej, które przez wzbudzenie litości i trwogi doprowadza do „oczyszczenia” (katharsis) tych uczuć.

– Arystoteles, „Poetyka”

W jaki sposób tę litość i trwogę możemy osiągnąć? Po części już przez sam dobór bohatera tragicznego. Fundamentem, bez którego się nie obejdziemy będzie zapewnienie publiczności takiego protagonisty, którego po niechybnych niepowodzeniach, będzie ona chciała opłakiwać, a wcześniej obawiać o jego przyszłość i losy. Kogoś, kogo będzie mogła polubić i uzna za wystarczająco wartościowego, aby przejmować się tym, co go spotka.

Głównym bohaterem tragedii nie może być ktoś nieznośny, upierdliwy, małostkowy czy irytujący. Upadek takiego natręta powitamy bowiem z ulgą, a nie litością i żalem. Nie mamy przecież w zwyczaju opłakiwać zwykłych dupków, którzy wpakowali się na własne życzenie w jakąś kabałę. Jesteśmy raczej skłonni cieszyć się z faktu, że wreszcie się doigrali. Z tego względu, dobór bohatera tragicznego podlega pewnym rygorom: protagonista powinien mieć bardzo wyraźne zarysowane swoje pozytywne cechy, które będziemy mogli potraktować jako rehabilitujące wobec jego skazy. Powinien być więc osobą cieszącą się powszechnym szacunkiem i na ten szacunek w pełni zasługującą, posiadającą zasługi albo przynajmniej prezentującą postawę, stanowiącą mocny zadatek dla naszego podziwu i uznania. Głównym bohaterem tragedii, podobnie jak eposu, powinien być ktoś, kogo zaakceptowalibyśmy albo chcieli nawet widzieć jako swojego prawdziwego przyjaciela.

Dopiero taką, w gruncie rzeczy poczciwą, postać obdarzamy pewną charakterystyczną dla niej hamartią – skazą tragiczną, moralną piętą achillesową i to ona doprowadzi naszego faworyta lub faworytkę do upadku na dno. Żal wynikający z czyjejś tragicznej klęski bierze się w zasadniczej części z poczucia straty tych wszystkich jego znamienitych cech, zalet czy niewykorzystanego potencjału, który cały poszedł na marne. Rozpacz wynika ze zrozumienia, że wszelkie dobro kogoś cechujące, często wypracowane w znoju i przejawiane wcześniej z pożytkiem dla innych, oto uległo zniszczeniu przez jakiś jeden, chciałoby się powiedzieć, zupełnie nieistotny detal, który nie wydawał się na początku tak poważny, by mógł zainicjować kaskadę niefortunnych wypadków. A jednak… Zaważył nad wszystkim co było w kimś wartościowe i pchnął ku przepaści…

O ile więc w eposie, jeżeli mamy taką fanaberię, możemy na starcie zaczynać z niedojrzałym, bucowatym pyszałkiem, w toku przygody doskonalącym swą postawę, uczącym się czegoś, wyrabiającym cnoty, przechodzącym swą drogę od zera do bohatera, o tyle tragedia wymaga byśmy rozpoczęli z kimś u swego szczytu, tylko po to by go ostatecznie z niego zepchnąć i ukazać jak toczy się na dno, coraz to bardziej i bardziej pogrążając.

A teraz przyjrzyjmy się Anakinowi odmalowanemu przez Lucasa w prequelach. Czy chcielibyśmy mieć z kimś takim do czynienia? Czy odnaleźlibyśmy przyjemność z przebywania w jego towarzystwie? Czy uznalibyśmy, iż w jakiejkolwiek relacji z dowolną postacią zachował się w sposób godny naszego podziwu, respektu czy uznania? Co konkretnie miałoby się okazać tymi jego niepowetowanymi, utraconymi cechami rehabilitującymi, których miałoby nam być tak bardzo żal? Jedyne co może przyjść do głowy, to wyłącznie jakaś forma odwagi i zdecydowania na polu bitwy, wpływająca na jego kompetencje wojownika, ale to mimo wszystko za mało, by uznawać go za kogoś o szlachetnej postawie, z kim życzylibyśmy sobie utrzymywać wieloletnią znajomość i wysoko sobie ją cenili, stając w jego obronie. Socjopatycznych rzeźników też cechuje przecież takie opanowanie.

Anakin Skywalker, w takim kształcie w jakim widzimy go w prequelach, nie nadaje się na bohatera tragicznego, ponieważ nie jest w stanie wzbudzić naszego autentycznego współczucia. Nie może więc pociągnąć tego dramaturgicznego wozu, bez względu na to, co zechcielibyśmy tam dodatkowo wrzucić na pakę. Na tym można byłoby zaprzestać krytyki tych nieudanych filmów, nie wywlekając przeciw nim już żadnych innych wad, jakimi zostały tak hojnie obdarzone.

Tak, są źle napisane. Tak, mają dialogi równie lotne jak cegła. Tak, bohaterowie są jak wycięci z tektury a fabuła pogania raczej ich, niż oni są w stanie napędzić ją swoimi dążeniami. Wszystko tam razi sztucznością, od relacji międzyludzkich, przez intrygi aż do niektórych scen wykreowanych wyłącznie w grafice komputerowej. „Humor” i „komizm” jest w możliwie najbardziej nieodpowiedni sposób dobrany do charakteru historii o upadku dawnego świata. Ale to, co sprawia, że nie są one tylko i wyłącznie kiepskie, a stają się wręcz fatalne, to właśnie ulepienie takiego głównego bohatera, pogrążające cały sens doświadczania tego widowiska, w którym niczego ostatecznie nie poczujemy. No, może poza stratą czasu i złością na fakt, że to dziadostwo ma rzekomo przedstawiać oficjalną, kanoniczną historię ojca Luke’a Skywalkera.

Nic z tego, naiwniacy! Wszyscy wy nieszczęśni frajerzy, koczujący miesiącami przed kinami, oczekujący nie wiadomo jak wielkiego cudu kinematografii! Coś, co wcześniej jednomyślnie zostało uznane za najbardziej intrygującą, tę najlepszą, bo przecież przygotowywaną pieczołowicie przez całe dekady po premierze starzejącej się Klasycznej Trylogii częścią Sagi, fabularnie wypieszczoną w trakcie oczekiwania na odpowiednią technikę komputerową, jaka mogłaby wreszcie oddać sprawiedliwość wielkiej lucasowskiej wizji upadku 25000-letniej Republiki, z największym potencjałem do mocnych poruszeń, okazało się być zupełnym gniotem napisanym pospiesznie na kolanie. Flanelowiec z nas wszystkich zakpił wtedy okrutnie (a niektórym to nawet zgwałcił dzieciństwo). Z gigantycznej chmury hype’u spadł mały, jakże kwaśny, toksyczny deszczyk storytellingowej tandety. Tak się skończyło nasze przedwczesne nadawanie wielkości Trylogii Prequeli in blanco. No cóż, nie mówcie „hop”, póki nie przeskoczycie

Lucas poległ wtedy żałośnie na czymś podstawowym, zupełnie prozaicznym. Nie zadał sobie trudu opracowania albo zwyczajnie nie wpadł świadomie na pomysł, by w pełni wykorzystać drugi z najbardziej klasycznych gatunków literackich, kojarzony ze starożytnością, by uświetnić archaiczny okres w historii swojej Republiki. Mógł w ten sposób zaznajomić z nim przy okazji młodzież, raczej mało skłonną do jego poznania w oryginalnej antycznej postaci, fanom zaś dać godną dalszego przekazywania space operową tragedię w wyborowym wydaniu, pełnym starorepublikańskiego decorum. Wielka szansa została zmarnowana i być może nikt nigdy już nie zechce próbować tej drogi, uznając że jest zbyt ryzykowna. My jednak możemy zastanowić się, jak ożenić ten rodzaj dramatu z Sagą.

Co ciekawe, gdy pominiemy pierwszą narzucającą się myśl: że „Gwiezdne wojny” jako baśń z czarodziejami posługującymi się telekinezą i wymachującymi laserowymi mieczami zwyczajnie nijak nie nadaje się do adaptowania materiału dotyczącego nieprzezwyciężalnych konfliktów tragicznych, szybko okaże się, że to, co wiemy o świecie przedstawionym, zdaje się jednak bardzo szeroko otwierać wrota dla takiej opcji.

Bądź co bądź, to przecież właśnie antyczna tragedia wprowadzała na scenę nieubłagane fatum, nieuchronność losu podyktowaną wolą bogów, plączącą nić przeznaczenia śmiertelników, popychającą ich wprost do nierozwiązywalnych konfliktów, wiodących do ich upadku. Fatum było przecież traktowane jako element sakralny w Helladzie. Czy w odległej galaktyce, spajanej Mocą, o podobnym uświęconym charakterze, tak trudno o wypracowanie podobnego, deterministyczno-fatalistycznego punktu widzenia?

Nie. Wręcz przeciwnie, tym łatwiej, im lepiej przypomnimy sobie postawę Imperatora Palpatine’a w Klasycznej Trylogii. Ten punkt widzenia jest już przez niego dość wyraźnie reprezentowany. Palpatine raz po raz w swoich wypowiedziach odwołuje się do nieuniknioności kolejnych następstw czynów i decyzji, przeznaczenia, co więcej uważa się za kogoś w rodzaju Mojry Ciemnej Strony Mocy, kształtującą nici losu za pomocą swoich intryg. Sam Vader w konfrontacji z Luke’iem również jest przesiąknięty tego rodzaju stylem fatalistycznej narracji. Skoro Sithowie już w Klasycznej Trylogii zaświadczają o obecności podobnego punktu widzenia, cóż przeszkadza nam go wykorzystać, rozszerzyć i opowiedzieć historię przyjmującą ich optykę?

Przejście na Ciemną Stronę Mocy otwiera drogę do moralnego upadku a zdecydowana większość upadłych woli zrzucać odpowiedzialność za swój stan na czynniki zewnętrzne, w nich szukając usprawiedliwienia dla swojej słabości, odwróciwszy od niej wzrok i chętnie przyjmując tezę o nieuchronności wszystkiego, co zaszło.

It is such a quiet thing, to fall. But far more terrible is to admit it.

– Kreia, „Star Wars: Knights of the Old Republic II, Sith Lords”

Wystarczy więc przyjąć ten punkt widzenia i budować wokół niego historie o tych, którzy z powodu swojej hamartii oraz w wyniku potężnego zbiegu okoliczności, doprowadzili do największych w dziejach odległej galaktyki katastrof, regresów cywilizacyjnych, wojen jakich można było uniknąć, stając się symbolami takich czy innych grzechów oraz bohaterami opowieści przekazywanych dzieciom po cichu ku przestrodze.

***

Tak czy inaczej, nie unikniemy zasadniczego konfliktu interesów. Cóż bowiem zrobić z monomitem w tragedii? Podróż bohatera jest zbyt głęboko osadzona w konwencji „Gwiezdnych wojen”, aby ją zupełnie wyrugować, a z drugiej strony nie mamy przecież tworzyć eposu bohaterskiego a w zasadzie jego negację.

Uważam, że dróg wyjścia z tego impasu jest co najmniej kilka.

Po pierwsze, mamy do wykorzystania więcej niż jeden plan. Na pierwszym z nich może rozgrywać się tragedia protagonisty, ale postaci drugiego czy trzeciego planu mogą w tym czasie przeżywać swoje podróże inicjacyjne, których etapy kształtowane w jakimś stopniu byłyby konsekwencjami kolejnych decyzji głównego bohatera, być może na zasadzie kontrapunktu. Tym sposobem, nawet w tragedii, mielibyśmy odgrywajacy się w tle campbellowski epos mniej istotnych postaci, doskonalących się, przechodzących odwrotny proces niż nasz protagonista, starających się uratować od zguby część zagrożonych wartości. Może nawet odnoszących jakieś bardzo umiarkowane sukcesy, ostatecznie jednak zdominowane stratami wynikłymi z głównego wątku tragicznego.

totj3sons1-fc
Nomi Sunrider z córką Vimą doświadczają śmierci Andura, głowy rodziny.

Ta metoda pozwala więc na zawarcie monomitu w tragedii i ukryciu go gdzieś w tle lub ogrywania go w domniemaniu, podczas gdy na pierwszym planie nasz główny bohater będzie upadał. Monomit więc jest obecny, ale przeżywają go inni, poza protagonistą, mającym zadaną swoją drogę męki. W tym wypadku nie musi być on nawet zawarty w całości, wystarczy sam szkic lub najważniejsze etapy, bo ostatecznie nie śledzimy dokładnie losów postaci przewijających się na drugim czy trzecim planie, chociaż możemy dać do zrozumienia, że one przechodzą właśnie swoje osobiste ścieżki inicjacyjne, osadzone w czasach ogólnego upadku. Tym sposobem mamy zachowany gwiezdnowojenny charakter opowieści, płynący z tła i tragedię odgrywającą się na pierwszym planie.

Drugi sposób, który osobiście uważam za gorszy, znajdziemy w wielu opowieściach o młodych Sithach szkolonych przez swoich mrocznych mistrzów. W zasadzie sprowadza się on do podporządkowania monomitu złu. W tym wypadku droga inicjacji protagonisty polega na niszczeniu resztek sumienia i przyzwoitości, eskalacji coraz to bardziej potwornych, bezwzględnych czynów, po to by dostąpić zaszczytu bycia wyrobionym super-czarnym charakterem w finale. Mamy więc do czynienia z monomitem dla sadystów, psycho- i socjopatów.

Zasadniczy problem z antymonomitem czy patologicznym monomitem jest taki, że niezbyt nadaje się on do przedstawiania tragedii. Tragedia bowiem polega na opisaniu mimowolnego upadku w gruncie rzeczy kogoś dobrego, natomiast zrobienie monomitu dla schwarzcharakterów od początku zakłada ich świadome, celowe dążenie do zła, do osiągania w nim perfekcji. Niestety, powielanie tego schematu powoduje też zalew komiksowo przerysowanych antagonistów czy wręcz tak zwanych „łotrów kręcących wąsem”, z dumą spoglądających na długą drogę swojego skurwysyństwa. Koniec końców, jeżeli są oni zadowoleni ze swojej osiągniętej pozycji i w żaden sposób im ona nie doskwiera, trudno im współczuć albo odczuwać litość. Na tym schemacie nie możemy stworzyć tragedii.

Ogrywanie negatywnego monomitu opartego o odwrócone wartości dobra i zła rodzi też wątpliwości natury moralnej. Nie opowiadamy przecież tych opowieści, by zachęcać ludzi do podejmowania socjopatycznych zachowań, a sama struktura eposu bohaterskiego z jej inwestycją i spłatą w finale ukształtowana jest dla zachęty. Ostateczny problem z dostosowywaniem podróży bohatera dla czarnych charakterów polega na tym, że możemy po prostu osiągnąć efekt pastiszu „Gwiezdnych wojen” albo ich złośliwej, wykoślawionej, satanistycznej parodii.

Trzecia opcja, to przedstawienie monomitu, jaki nie wypalił. Zaprezentowanie nieudanej drogi obiecującego bohatera, który na pewnym etapie uciekł od swoich zobowiązań, zszedł na manowce, z powodu swojej skazy moralnej zawalił próby albo nie był w stanie w kluczowym momencie odnieść zwycięstwa, ponieważ antagonista wykorzystał jego słaby punkt. Niewątpliwą zaletą tego podejścia jest też zerwanie z przyzwyczajeniem publiczności do tego, że całą podróż bohatera można brać za pewnik i skoro pierwszych kilka jej etapów zostało przebytych, to na pewno zostaną przebyte wszystkie. Na każdym z jej stopni można się przecież wyłożyć i zatracić swój heroizm. Dzięki monomitowi niedokończonemu, przebytemu w połowie, bardziej docenimy tych, którzy jednak dokończyli go w całości.

By opowieść nie zatraciła swojego gwiezdnowojennego charakteru, brakujące etapy traktujemy na zasadzie zastępstwa lub zapośredniczenia – podobnie jak w przypadku pierwszego sposobu z oddzielnymi fabułkami na kilku planach, dając wgląd w finalne stopnie heroicznej przemiany kogoś innego z drugiego planu, kto musiał radzić sobie z tym, co zepsuł nasz protagonista.

Spektrum możliwych kompromisów między strukturami monomitu i tragedii to mieszanki i kombinacje tych trzech skrajnych podejść. Każda trylogia tragiczna może próbować innego podejścia, ale pamiętajmy o przesłaniu Summersa – fani „Gwiezdnych wojen” najbardziej kochają w nich przede wszystkim główną ideę. Dlatego nie możemy zupełnie się jej wyzbyć.

V. Zestaw McStarWars Disneya, czyli witamy w erze bezdusznych produktów gwiezdnowojennopodobnych. Czy w XXI wieku znajdziemy w Holywood kogoś kompetentnego w snuciu poczciwych moralitetów o walce dobra ze złem?

Fool me once, shame on you; fool me twice, shame on me.

angielskie przysłowie

Prequelowa porażka Lucasa z przełomu wieków, moich licealnych czasów, była dla mnie gigantycznym zaskoczeniem. Autentycznie nie spodziewałem się, że po tak długim czasie oczekiwania na nowe filmy, kiedy można było w spokoju przygotować dla nich scenariusze, przy tak ogromnych nadziejach, jakie były z nimi wiązane, sam twórca Sagi, który powołał je do istnienia, mógł równie niedbale podejść do sprawy i zdezawuować swe własne dzieło. Poza gniewem i bezsilnością czułem wtedy szczere zażenowanie. Zamiast przyzwoicie przedstawiać historię upadku Anakina, filmy już poza ekranem okazały się raczej ilustrować głównie upadek George’a Lucasa w oczach wiernej publiczności.

Wydawało mi się również, że ludzie z Disneya wyciągną z tej lekcji naukę również dla siebie. Zdadzą sobie sprawę z wszelkich zagrożeń pola minowego, na jakie zamierza wejść, zdobywszy franczyzę dla siebie. Po odsunięciu Lucasa od „Gwiezdnych wojen” mieliśmy wreszcie otrzymywać może i bezpieczne, ale przynajmniej dobrej jakości filmy z przemyślaną dramaturgią, unikającą emocjonalnych mielizn prequeli i fabułami, które być może dotrą do kogoś poza największymi nerdami, zdobywając nowe serca. I uczynią to wszystko z poszanowaniem charakteru materiału źródłowego.

Jeżeli „Przebudzenie Mocy” mimo swego postmodernistycznego charakteru zdawało się w większości spełniać tę obietnicę, to już po wyskoku Riana Johnsona z jego „Ostatnim Jedi” ponownie można było zająć się kwestionowaniem kompetencji ludzi w Lucasfilmie, kolejny raz rozmijających się z tym, co „Gwiezdne wojny” powinny sobą reprezentować. Jak na nową, świetlaną epokę, w której problemy ze starwarsowymi wpadkami miały zostać ostatecznie rozwiązane, otrzymaliśmy ich stanowczo zbyt wiele. Formuła miała zostać odświeżona i przepracowana na nowo a filmy powrócić na piedestał Kina Nowej Przygody, mając za pazuchą jakiś długoterminowy plan dla kolejnych trylogii. No cóż, tutaj zabrakło spójnego, tematycznego pomysłu nawet na pojedynczą trylogię, W zamian otrzymaliśmy zawody w przerzucaniu gorącego ziemniaka z rąk do rąk, od jednego reżysera do kolejnego i z powrotem. A może to był konkurs na defekację do cudzego ogródka? Sam już się w tym powoli gubię

Po raz wtóry: nic z tego, naiwniacy! Żeby nie było wam za dobrze, macie repetę z rozczarowania prequelami. Nie pokażecie tych filmów swoim dzieciom a nawet jeśli spróbujecie, nie spodobają im się. Pasja do „Gwiezdnych wojen” umrze ostatecznie wraz z waszym pokoleniem, następne nie złapią już waszego bakcyla.

Czy przeżywanie tych kolejnych rozczarowań nie robi się już męczące?

d8r4f4q-92b00071-e1f8-4a36-897f-3ca74bc4589d
Hideyoshi, „Bombardowanie Coruscant”

OK, OK, OK…

Cóż więc tym razem poszło źle, nie po myśli fandomu? Czego teraz w „Gwiezdnych wojnach” nie zrozumieli ich kolejni włodarze – partacze? Co ponownie zostało zagubione po drodze?

Aspekty moralne heroizmu, najkrócej rzecz ujmując. Te nowe filmy są całkowicie głuche na tony moralne. Nie rozumieją, ani nie doceniają wagi poświęcenia na ścieżce monomitu (samą podróż bohatera również traktują bez większego szacunku), są zainteresowane jedynie czerpaniem wizualnych odniesień do estetyki Klasycznej Trylogii, bez przenoszenia jakiegokolwiek istotnego przesłania.

Wyglądają jak „Gwiezdne wojny”, brzmią jak „Gwiezdne wojny”, posługują się retoryką z „Gwiezdnych wojen”, ale to pozór, bo wewnątrz są pustą imitacją. Nihilistyczną wydmuszką, której brakuje duszy oryginału, gdyż koniec końców poza luźnymi impresjami estetycznymi nie ma nam niczego do przekazania. Nie widać tu żadnej misji, dydaktycznego wsparcia, jakiego mogłoby charyzmatycznie komuś udzielić, opisywanego przeze mnie w kilku pierwszych rozdziałach tej noty. Disneyowskie „Gwiezdne wojny” już nie przekazują wezwania, które można byłoby osobiście odebrać, nie są tworzone z myślą o dydaktyce. Bardziej przypominają przejażdżkę w parku rozrywki. Wsiadasz, dostarczają prostej stymulacji, jaką bezmyślnie konsumujesz a następnie się o nich zapomina, idąc dalej w swoją stronę. Brakuje w nich głębszego, kotwiczącego znaczenia, które na lata przyciągałoby ludzi, odnajdujących jego wartość, cenną, bo nieobecną nigdzie indziej w popkulturze, czyniącą serię wyjątkową i bliską sercu. A to właśnie dzięki temu właśnie elementowi zachodząca patyną Sagą, przetrwała półtorej dekady bez żadnych nowych filmów, mimo wszystko doświadczając uwielbienia fanów, z zaangażowaniem podtrzymujących pamięć o niej w jej chudych latach.

Disneyowska trylogia w zasadzie odmitologizowała Sagę Star Wars. Uczyniła z niej zwykły blockbuster, który nie ma już żadnego drugiego dna czy sensu, wokół jakiego warto byłoby się zjednoczyć oraz celebrować z ludźmi o podobnej wrażliwości, którzy również zdołali do niego dostrzec i docenić. W przeciwieństwie do poprzednich, na tych filmach nikt się już nie wychowa, nie staną się dla nikogo punktem odniesienia, nie podniosą na duchu, ponieważ nie definiują odpowiednio słabości i lęków bohaterów, z jakimi ci musieliby się następnie zmierzyć.

Rey na przykład, mimo że wychowywała się w zdziczałych warunkach, bez rodziców, w otoczeniu społecznych mętów, nie ma do nadrobienia żadnych braków, nie musi się niczego uczyć i zdaje się być kompetentna we wszystkim, za co tylko się zabiera. Nie ma więc żadnej przestrzeni do wewnętrznego rozwoju, w jakim moglibyśmy ją dopingować, a co gorsza – przestajemy też dostrzegać ryzyko jej niepowodzenia, bo nie mamy okazji poznać jej od jakiejś wrażliwszej, mniej kompetentnej strony. Dla kontrastu, młody Luke Skywalker na początku swej podróży, poniewierany bezlitośnie nie tylko przez Ludzi Pustyni, przegrywał nawet bójki w kantynie z postaciami trzecioplanowymi na swym tatooinskim wygwizdowie. To, że na jej końcu znalazł sposób pokonania całego Imperium, stworzyło kontrast między niedojrzałością i nieprzygotowaniem na przygodę na początku a osiągniętym mistrzostwem na samym jej końcu. W przypadku Rey nie możemy dostrzec takiej zmiany, bo jej zwyczajnie nie ma – od samego początku jej postać jest raczej manifestacją fantazji o kobiecie, która zawsze da sobie radę, niż unikalną bohaterką z krwi i kości, mającą przed sobą mnóstwo pracy nad sobą, z jaką można byłoby sympatyzować.

Tak jak w PRLu zamiast czekolady mieliśmy jedynie naśladujący produkt czekoladopodobny, tak dziś zamiast „Gwiezdnych wojen” z prawdziwego zdarzenia, pozostał nam już tylko produkt gwiezdnowojennopodobny. Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy w mainstreamowej rozrywce zapanował jakiś obłęd moralny indukowany postmodernizmem. Twórcy samodzielnie nie opowiadają już ważnych, alegorycznych, zdolnych do poruszania historii zachowujących wewnętrzną spójność, posiadających przy okazji walor rozrywkowy – jeśli już, to raczej kanibalizują dawne dzieła, które niegdyś przekazywały tego rodzaju przesłania, usunąwszy je z nich, pozostawiając jedynie koncert nostalgicznych odniesień i podkręcając tempo wydarzeń, byśmy nie zorientowali się, że w gruncie rzeczy król jest nagi.

Stanowi to zasadniczy problem dla kondycji „Gwiezdnych wojen”, które jako epos bohaterski (lub dopełniająca go tragedia w rozszerzonej formule) przynależą do moralistyki związanej z etyką cnót. Nie sposób przecież w przekonujący sposób przedstawić mitycznej historii walki dobra ze złem, jednocześnie pozostając pod wpływem postmodernistycznej idei dekonstrukcji, zachęcającej do zabaw w negację tradycyjnego odczytywania oraz przewrotnego interpretowania dzieł niezgodnie z pierwotną intencją twórcy (lub w ogóle odmówienia jej nadrzędności lub racji bytu). Z racji tego, że opowieści o inicjacjach heroicznych są pisane z bardzo klarowną intencją wykładu moralności, proszenie się u postmodernistycznego relatywisty, zajętego zabawami ustaloną formą dzieła o wykładnię mitu „Gwiezdnych wojen” ma mniej więcej tyle samo sensu, co radzenie się prawiczków w kwestiach seksu albo psychopatów w kwestii wyższych uczuć – nie można już trafić pod bardziej nieodpowiedni adres. Aby bowiem odnieść sukces w mitotwórstwie, trzeba potrafić opowiedzieć się za tą czy inną pozytywną wizją świata, relacji międzyludzkich oraz wartości, doszukać się ich istotowej uniwersalności, nie zaś wchodzić w polemikę z przyjętą konwencją na metapoziomie, podważając tym samym przy okazji wartość całego swojego przesłania, które ta konwencja miała zaakcentować i pomóc wyrazić.

Podejścia niezbędne do przyjęcia w mitotwórstwie oraz twórczości postmodernistycznej wykluczają się całkowicie. Nie tylko historycznym pochodzeniem przynależą do zupełnie innych epok literackich, ale wymagają też przyjęcia kompletnie odmiennego nastawienia do tekstu, działalności artystycznej a może nawet życiowej mentalności, otwierającej takie czy inne ścieżki odnajdywanej inspiracji. Mitotwórca ma w swoim dziele objawić nieśmiertelność i stałość pewnych toposów, obnażając przed nami cykliczne postrzeganie czasu bądź uświęcające relacje wiążące część z całością, poszczególność z ogólnością, indywidualnego bohatera dorastającego do ucieleśnienia odwiecznego ogólnego archetypu, historię jednostki wpływającą na dzieje wspólnoty. Rolą mitotwórcy jest przedstawiać nam elementy charakteryzujące myślenie mityczne, abyśmy jako publiczność zaakceptowali taki sposób postrzegania świata i sami go podjęli, porwani narzucającą ją narracją. Postmodernista może pozostawać z kolei cwaniakiem – erudytą, poruszającym się zaledwie po formalnej płaszczyźnie dzieła, żonglującym konwencjami, wynajdującym ich cechy charakterystyczne i wbijającym w nie szpile, dając do zrozumienia publice, że jest ich świadomy i nie musi być nimi jakkolwiek związany. Z obu tych rodzajów twórczości płynie zatem skrajnie odmienny stopień zobowiązania. I to się wyczuwa.

Postmodernistyczne „Gwiezdne wojny” Disneya nieustannie, raz po raz odnoszą się do realiów naszego świata – na przykład do posiadanej wiedzy o oczekiwaniach publiki, zdając się jakby prowadzić za pomocą swoich postaci i fabuł korespondencyjną grę z widzem. Raz starają się udowodnić, że znają wszelkie tajniki gwiezdnowojennego imaginarium. Innym razem, że mogą w ramach uniwersum opowiadać historię negującą wartość wszystkiego, co fan SW w nich kocha, grając mu w ten sposób na nosie i poniżając. Protagoniści, antagoniści tych historii nie przechodzą sensownych, spójnych wewnętrznie przemian a ich świat (nie)przedstawiony jest jeszcze bardziej umowny, ponieważ są jedynie kukiełkami w rękach szalonych, postmodernistycznych pacynkarzy, którzy na podstawie badań marketingowych i grymasów publiczności, są w stanie jeszcze po wielokroć zmienić w dokrętkach fabułę, niestety nie do tego stopnia, by móc uczynić ją dla nas naprawdę wartościową, ponadczasową, wartą wielokrotnych powrotów.

To po prostu nie są szczerze robione „Gwiezdne wojny”. Brak w nich wartości odżywczych dla ducha, tak bardzo znanych z oryginału.

W tym miejscu powinienem uderzyć się w pierś i pochylić głowę, przyznając się do swojego zauroczenia „Przebudzeniem Mocy” wyrażonego w dawnej, entuzjastycznej quasi-recenzji. Została ona zamieszczona na nieistniejącym już dzisiaj forum dyskusyjnym – HoloNecie (dzięki za wspomnienia, Franki, Lorienjo, Morky, Baco, Pafawagu, N’Lorielu, Godelaine, Czulu, Glujo, Merydjuszu i reszto Starej Gwardii!) i chociaż mógłbym ją dziś wygodnie przemilczeć, jednak do niej wrócę, ponieważ już wtedy zapowiadała miłe złego początki, ale też dobrze oddawała specyfikę nowych filmów.

Tak o „Przebudzeniu Mocy” pisałem po jego premierze:

[…] gdy zastanawiam się dłużej nad sytuacją wokół SW, tym częściej kołacze mi w głowie myśl, że „Przebudzenie Mocy” musiało być filmem dokładnie takim, jaki otrzymaliśmy. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny… Zawsze, gdy człowiek odczuwał przesyt nazbyt odjechanymi, nie licującymi z godnością Sagi, koncepcjami z Rozszerzonego Wszechświata – wracał do „Nowej nadziei”. Mieliście dość Nowej Ery Jedi albo innych przygód młodego narybka? Wracaliście do „Nowej nadziei”. Znudziła się Wam tułaczka po starożytnościach w rodzaju przygód Nomi Sunrider? Wracaliście do „Nowej nadziei”. Za każdym razem, gdy tylko poczuliście, że wychodzicie w swoich eksploracjach za daleko albo dopadało was zmęczenie czy zagubienie, gdy stwierdzaliście: „E, to już nie są moje „Gwiezdne wojny”, ten film tam był i zawsze na Was czekał. Pełnił rolę czegoś w rodzaju latarni morskiej dla zbłąkanych dusz i synów marnotrawnych, pragnących na powrót poczuć to samo, czego doświadczyli, gdy zaczynali przygodę z Sagą. Wracanie do „Nowej nadziei” stało się czymś w rodzaju aktu odnawiania przymierza u najczystszego źródła swej fascynacji. Dzięki niemu notowało się restart na właściwych torach i przypominało podstawowy powód, dla którego tak naprawdę zaangażowało się w tę balangę.

Prawda jest taka, że wraz z nadejściem EI-III oraz następujących po nich kolejnych zmianach i reedycjach Klasycznej Trylogii, „Gwiezdne wojny” stały się dla wielu ludzi raczej przyczyną udręki, zmartwień i upokorzeń – negacją tego, czym były wcześniej i czym powinny pozostać. W momencie, gdy prequele zostały uznane przez kilka pokoleń wręcz za gwałt na swoim dzieciństwie, podstawową rolą „Przebudzenia Mocy” stało się przede wszystkim przeprowadzenie masowej terapii. A czym innym podziałać na pacjentów, jeśli nie właśnie solidną dawką stężonej „Nowej nadziei”, która zawsze stawia na nogi i przywraca równowagę?

Dlatego też, gdy w czasie seansu filmu Abramsa zorientowałem się, co w rzeczywistości oglądam, zwyczajnie uśmiechnąłem się w duchu do tego filmu. Nie przeszło mi nawet przez myśl, aby się z tego tytułu oburzać czy wychodzić z jakimikolwiek oskarżeniami o serwowanie odgrzewanych kotletów. W przeciwieństwie do wielu, ja się nie poczułem oszukany. Tak po prawdzie, ten krok wydał mi się intuicyjnie zupełnie naturalny, oczywisty i wręcz niezbędny. Bo w końcu ile to razy dane mi było w przeszłości przeprowadzać na sobie powyższy rytuał odnowy? Dziesiątki, jeśli nie setki. A teraz nawet nie musiałem go sobie aplikować samodzielnie, ponieważ wyręczył mnie w tym reżyser, który nakręcił źródło po swojemu. Podziałało, bo podziałać musiało – a ponieważ uczynił to z kompletnego zaskoczenia, siła oddziaływania akurat tego powrotu do korzeni była przepotężna. Nie musiałem się dostrajać do filmu i aktywnie przypominać, jak to kiedyś było – zostałem w te najstarsze wspomnienia rzucony. Być może wpływ miało to, że do „Gwiezdnych wojen” nie wracałem od lat, a teraz to one wróciły do mnie, uderzając w czuły punkt, o jakim zdążyłem w znacznej mierze zapomnieć.

Sądzę, że po tym wszystkim, co w SW zdążyło nas spotkać przez ostatnie 16 lat, nie można było rozpocząć sobie kolejnej przygody, udając że nic się nie stało. Jak nigdy wcześniej potrzebna była jasna deklaracja, złożone zapewnienie, wręcz manifest, po którym zostanie przywrócone zaufanie a serca pokrzepione. Coś takiego dostaliśmy – naprawdę trudno już o bardziej ostentacyjnie gwiezdnowojenny film, co pewnie dla niektórych właśnie może stanowić problem w jego odbiorze.

Dla mnie on jest jak Dagobah. Ci, którym się nie podobał, z przekąsem uzupełnią myśl, uznając go za jedno wielkie bagno. Ale dla mnie TFA jest tym, czym Dagobah było dla Luke’a. Dziwnie znajomym miejscem jak ze snu. Tu i ówdzie czytam, że EVII jest gigantycznym hołdem dla Klasycznej Trylogii. W istocie jednak jest czymś innym – to raczej hołd złożony fanowskim wspomnieniom związanym z jej przeżywaniem. Przypomina proces śnienia na jawie, składający się z nieustannego ciągu reminiscencji dziwnie poprzestawianych w podświadomości. Ten film zdaje się pytać bez przerwy: „A pamiętacie jak…?”. Ja na przykład nie mogłem przecież nie odnieść do siebie sceny, w której bohaterowie ładują się do TIEa, uzbrojonego w dodatku rzadkim zbiegiem okoliczności w mag-pulse, a jeden z nich stwierdza, że zawsze marzył, by się takim przelecieć. Dla kogoś, kto z tego samego powodu katował godzinami joysticki na symulatorach Lucasarts, udając, że jest gdzieś indziej, a później chłodził monitor lodem, by rodzice nie dowiedzieli się, ile czasu w rzeczywistości przy nim spędził, taki moment jest i pozostanie na zawsze bezcennym ukłonem. Bezpośrednim podziękowaniem za całe lata oddania podtrzymującego SW przy życiu, nawet w czasach, gdy nic go społecznie nie usprawiedliwiało, kiedy robiono wszystko, aby nam obrzydzić. Ten film jest właśnie dla nas!

Podobnie odebrałem scenę z rathtarami. Pierwszym skojarzeniem były gry RPG. Nie wiem dlaczego, ale jestem pewny, że ten motyw pojawił się w tysiącu iteracji, w wielu przygodach odgrywanych z przyjaciółmi na całym świecie, na przestrzeni wielu lat. Sądzę, że w niejednej sesji gracze uporali się z abordażem piratów czy innych złodziei, dając im pozornie tego, czego oni sami chcieli – otwierając po prostu ładownię. Teraz ci sami gracze, już jako widzowie, mogą zobaczyć to samo na wielkim ekranie i podobnież wspomnieć chwilę swej młodości.

Jednakże najpiękniejszą dla mnie sceną a jednocześnie chyba najbardziej wymowną w całym „Przebudzeniu Mocy” – o jakiej mogę z całą pewnością powiedzieć, że zapamiętam ją już na zawsze – była ta, w której protagonistka, wiodąca naprawdę niewdzięczne, bliskie wegetacji życie, znajdując w swym wolnym czasie chwilę wytchnienia, siada i zakłada hełm z czasów wojny domowej. Wiemy przecież o czym myśli, o czym fantazjuje, do czego wraca i na czym polega jej eskapizm. Wiemy, bo sami to przechodziliśmy. Ten moment filmową kliszę przekształca w zwierciadło, w którym możemy dostrzec siebie. Swój wolny czas Rey, tak jak my – teraz lub kiedyś – poświęca Gwiezdnym wojnom. W dokładnie ten sam sposób dystansuje się od trudów, niewygód i rozczarowań życia. Jest jedną z nas. To jest absolutnie genialna scena – nie tylko z tego względu, że stanowi piękne echo dla rozczarowanego po rozmowie z wujem Owenem Luke’a, wychodzącego oglądać dwa słońca w „Nowej nadziei”, ale przede wszystkim dlatego, że oprócz ukonstytuowania Rey jako archetypicznego bohatera – podmiotu monomitu, następuje jej dodatkowe ukonstytuowanie jako archetypicznego fana Gwiezdnych wojen. Nie musimy się z nią utożsamiać, ponieważ już od samego początku jesteśmy tożsami.

Jeżeli ktoś nie kupuje tej tezy, powinien zwrócić uwagę jak dziewczyna traktuje Hana Solo. On jest również bohaterem opowieści z czasów jej dzieciństwa i młodości – Rey znajduje się więc w dokładnie tej samej sytuacji co widz. Jesteśmy identyczni – ciągle pod ogromnym wpływem łączących nas historyjek o walce Rebeliantów z Imperium. Granica między światem filmu a naszym zostaje w ten sposób zatarta. Jesteśmy tacy jak Rey a ona w świecie SW staje się reprezentantką naszego fandomu. W ten sposób „Przebudzenie Mocy” staje się czymś w rodzaju „Purpurowej róży z Kairu”. Jeśli fan „Gwiezdnych wojen” zostaje wyniesiony do rangi głównego bohatera „Gwiezdnych wojen”, to ja mogę tylko w ramach adekwatnej kurtuazji z wdzięczności bić pokłony, bo to dla mnie najpiękniejszy komplement, jaki można odebrać. Porównajcie to z postawą Lucasa, który wiedząc, że ludzie nienawidzą prequeli, dorzuca im Gungan wraz z „Noooooooooooo!” w Starej Trylogii na blureju.

Oczywiście, że ten epizod różni się od pozostałych. Bo co innego jest zacząć, a co innego mierzyć się ze swoją legendą. Dostaliśmy „Gwiezdne wojny” świadome swojego znaczenia – dziedzictwa, wagi, wpływu na życie milionów ludzi. Zamiast załamywać się pod swoim ciężarem, po prostu się do niego przekornie uśmiechają. Co zresztą wychodzi im tylko na plus i dodaje wdzięku. Tam, gdzie trzeba przełamać świętości, takie jak prawidła skoków nadprzestrzennych, tam się je z urokiem przełamuje, puszczając oko do widza. Mniej jest charakterystycznego technobełkotu, a szczyty space operowej kampowości film osiąga przy odprawie przed atakiem na Starkillera. W zasadzie nie ma tam żadnego rozpoznania, taktycznej analizy czy rozrysowania planu bitwy, czego powinniśmy się spodziewać po instytucji odprawy przed bitwą. W tym sensie film daje też pstryczka w nos tym wszystkim, którzy starali się za wszelką cenę urealniać świat przedstawiony. No ale trudną sztuką jest urealnić i uzasadnić trzecią Nie-Gwiazdę-Śmierci, więc może rzeczywiście komizm, obrócenie w żart, jest najlepszym rozwiązaniem. Sytuacja bawi podwójnie; jeśli zachowamy pamięć o EU przestanie być zaskakującym, że nawykiem Solo stało się seryjne rozwalanie superbroni i podszedł do sprawy niejako z rozpędu. Wszystkie superbronie są z definicji tak bardzo super, że z góry wiadomo co należy z nimi zrobić, prawda? Imperium też się robi kampowe – „Możecie nas pokonać, ale nie złamiecie naszego ducha – na miejsce zniszczonej stacji zbudujemy jeszcze większą i tym samym pokażemy wam faka.” Zawsze się zastanawiałem, czy byłbym w stanie zaakceptować autoironiczne „Gwiezdne wojny” – całkiem możliwe, że jeszcze 10 lat temu miałbym za złe twórcom taki zabieg, ale teraz nie mam z tym najmniejszych problemów. Bawiłem się wybornie.

„Przebudzenie Mocy” stało się dla mnie cenne, bo przeniosło mnie w czasy, gdy „Gwiezdne wojny” przeżywałem czysto zmysłowo a nie intelektualnie. Nie kategoryzowałem, nie znałem imion trzecioplanowych postaci w kantynie, nie mierzyłem pojemności hangarów na okrętach, średnicy Gwiazdy Śmierci, ani nie broniłem honoru Egzekutora i jego trzynastu kilometrów. Od dawna nie jestem już na tym etapie, by znać na pamięć topologię Światów Środka, długość dnia na Chandrili czy liczbę turbolaserów na fregatach Nebulon-B. Nie będę się z nikim spierał na temat osiągów myśliwców ani bronił sensowności organizacji podziału pracy w COMPONORze. Tak, dzięki temu przejściu na casualową emeryturę w jakimś stopniu mogę odtworzyć Star Wars jako nieformalne źródło luźnych impresji związanych z doświadczaniem dzieciństwa. Nie pole danych informacji do opanowania, uporządkowania w jakąś spójną wiedzę, obrabiania wte i we wte przy okazjonalnym prowadzeniu sporów o wizję uniwersum. Było – minęło – nie wróci. Kiedyś najwyraźniej tego potrzebowałem i jakoś mnie to pochłanianie informacji rozwijało a przy tym znakomicie się z Wami bawiłem. Nie wyrzekam się tego, ani nie wstydzę. Cieszę się, że byliście wtedy ze mną. Ale „Nowsza nadzieja” Abramsa przypomniała mi znacznie wcześniejsze chwile, gdy SW były indywidualnym i osobistym przeżyciem, a nie fandomowym przemysłem internetowych plotkarzy zaopatrzonych w licencjonowane sourcebooki narzucające im granice wyobraźni przez swe jednoznaczne rozstrzygnięcia. To był ten czas, gdy chłonęło się doznania, bez ich nazywania, bez zaznaczania ich początków czy kresów. I właśnie ten pierwszy raz robił największe wrażenie, decydując o całej dalszej fascynacji. Zaczynaliśmy, gdy niczego jeszcze nie wiedzieliśmy – to pozwalało przeżywać przygodę. Nie wtedy, gdy przygody poczęliśmy rozbierać analitycznie na najmniejsze kawałki i stawaliśmy się kompulsywnymi bywalcami databanków, encyklopedii a źródła jak książki czy komiksy pochłanialiśmy na tony. Dziś widzę, że części ludzi w fandomie wyrządziło to krzywdę.

Oczywiście spodziewam się tego, że wkrótce powstaną kulturoznawcze teorie wyjaśniające podobieństwa świątyń Yavina IV i ruin Takodany. Może fani dostaną źródła tłumaczące je takim a nie innym zasięgiem wpływów Massassi. Ale tak na dobrą sprawę, to ja nie chcę ich znać. Wolę pozostawić sytuację niewyjaśnioną, bo dzięki temu pozostaną one w mej świadomości onirycznymi widziadłami przetworzonej, dawno temu pokochanej materii, przekutymi ze starych wrażeń w nowe.

Może właśnie dzięki temu, że zdążyłem się wycofać, z miejsca polubiłem postmodernistyczny „Kontratak powrotu nowej nadziei”? Może dlatego ożywił najczystsze, najwcześniejsze wspomnienia obcowania po raz pierwszy z Gwiezdnymi wojnami? Jeśli celem Abramsa było sprawienie, aby ludzie tacy jak ja poczuli się jakby znowu mieli po 10 lat, to jego praca nie zawiodła. Ten film stanowi niesamowicie przyjemne deja vu i jak każde deja vu jest po części wrażeniem niesamowitym, odrealnionym. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to są pierwsze Gwiezdne wojny od 1997 roku, na których się naprawdę dobrze bawiłem. Tak po prostu. Poszedłem do kina, zapomniałem o bożym świecie i w końcu udało mi się cieszyć każdą minutą widowiska, w jakim uczestniczyłem. Z przyjemnością odebrałem film takim, jakim był. Wreszcie widząc daną scenę, nie musiałem jej w myślach zmieniać, tłumaczyć czy wymazywać ze świadomości. Nie miałem powodu, by łapać się w niesmaku za głowę. Bardzo podoba mi się to, że EVII nie odwołuje się do mojej wiedzy o SW, ale do ogólnego wrażenia związanego z ich pierwszym doświadczaniem. Pod tym względem jest bezcenny. Dzięki niemu znowu udało mi się tak świeżo przeżyć w zasadzie tę samą przygodę. Magia powróciła!

„Oniryczne widziadła przetworzonej dawno temu materii”, „śnienie na jawie składające się z nieustannego ciągu reminiscencji dziwnie poprzestawianych w podświadomości”, „przyjemne deja vu”, film jedynie jako źródło ogólnych estetycznych impresji, w dodatku w ramach podziękowania dla fanów umieszczający fankę „Gwiezdnych wojen” jako protagonistkę swej historii, która w swoich wolnych chwilach zajmuje się eskapistycznym fantazjowaniem o… „Gwiezdnych wojnach”. Wszystko się zgadza: nie dało się już bardziej postmodernistycznie podejść do Sagi. A jednak mi się spodobało! Dlaczego?

Może dlatego, że mimo wszystko ten film – w przeciwieństwie do wytworu Riana Johnsona – był mimo swojej pretekstowości, entuzjastyczną celebracją doświadczania starych „Gwiezdnych wojen”. Jako miękki reboot „Nowej nadziei” zawierał też w większości żywcem skopiowaną z niej drogę bohatera, więc mimo drobnych uchybień i niewykorzystanej szansy większego uczłowieczenia Rey, nie widać było jeszcze większych oznak zgnilizny, jaka w pełni wyszła na jaw w kolejnych epizodach.

Niestety, jednak okazało się, że były to miłe złego początki i wbrew moim oczekiwaniom:

Nie obawiam się też specjalnie, abyśmy dostali powtórkę z TFA w kolejnym filmie. Myślę, że następny nie będzie już tak przeładowany nostalgią i podziękowaniami dla widzów. Teraz było to potrzebne, ale dalej te postaci powinny iść swoją drogą i wyjść z cienia dawnej obsady.

„Przebudzenie Mocy” nie pozostało wyjątkiem stworzonym ze specjalnej okazji, zafundowanym nam w ramach obłaskawienia przez nowych włodarzy franczyzy na pierwszej randce. Okazało się być niebezpiecznym precedensem otwierającym całą Trylogię Sequeli na postmodernizm, który koniec końców wypłukał ją z istoty gwiezdnowojennej fikcji. „Ostatni Jedi” bowiem pozostając równie postmodernistycznym filmem, ale przy tym znacznie bardziej jadowitym, skupionym na rozprawianiu się z internetowymi oczekiwaniami fanów jak również tym, co zechciał ustanowić sam Abrams, w zasadzie rozwalił gwiezdnowojenny mit w drobny mak, ostatecznie unieważniając wszelkie dokonania bohaterów z Klasycznej Trylogii, niwecząc sens ich tryumfu nad Imperium i obracając wszystkich w nieudaczne wraki. Gdyby jeszcze to była inwestycja w jakiś potężny emocjonalny zysk w przyszłości… A skąd! Heroiczny wymiar nowego pokolenia równie mocno upokorzonych protagonistów także został doszczętnie wykastrowany. Po złośliwym, „antyheroicznym eposie bohaterskim” Riana Johnsona Trylogia Sequeli zbankrutowała jako Star Wars, stała się ostatecznie niemożliwa do odratowania. Co gorsza, rzuciła na zasłużone, pierwsze trzy filmy znacznie większy, toksyczny cień, niż mogły uczynić to kiedykolwiek wcześniej znienawidzone prequele.

Niby niewinny romans z postmodernizmem rozpoczęty w TFA okazał się być dla „Gwiezdnych wojen” śmiertelny. Opowiadanie „od zewnątrz” pretekstowej fabuły przy kierowaniu się wyłącznie sygnałami z naszego świata, z intencją zaspokojenia albo dokuczenia publiczności bez poszanowania elementów świata przedstawionego i jego spoistości, w dodatku przy braku wypracowania jakiegokolwiek sensownego przesłania, skończyło się storytellingową katastrofą.

„Przebudzenie Mocy” jako odrębny, jednorazowy postmodernistyczny hołd złożony pierwszemu cyklowi filmów na zasadzie absolutnego wyjątku, było dla mnie możliwe do zaakceptowania, nawet polubienia od pierwszego obejrzenia. Teraz, kiedy cała disneyowska trylogia została już dokończona, nie będę do niego wracał, ponieważ mimo swojego potencjału, nie wydał sensownego owocu. Drugi film przetrącił cyklowi monomityczny kręgosłup, pozbawiając go duszy. Zabrakło wyobraźni, emocjonalnego wyczucia i refleksji nad sensem opowiadania historii z „Gwiezdnych wojen”. Najbardziej przykre jest to, że ci wszyscy partacze wykonując w tak marny sposób swoją pracę i tak na niej zarobią, zamiast wylecieć w niesławie na zbity pysk z showbiznesu.

Pozostaje więc zapytać, czy może jest to jakaś wszechobecna duchowa choroba naszych czasów? Czy w holywoodzkiej Sodomie i Gomorze nie sposób już znaleźć dziesięciu sprawiedliwych, którzy potrafiliby sklecić przyzwoity klasyczny epos bohaterski, powstrzymując się od kwestionowania sensu całego heroizmu? Czy wśród tych przepłaconych cymbałów, znajdzie się ktoś, kto zrozumie, że umieszczanie bezpośrednich komentarzy społecznych odnoszących się do progresywistycznych realiów naszego świata niweczy mitologiczny, przednowoczesny eskapizm, z którego „Gwiezdne wojny” zawsze słynęły? Czy naprawdę tak trudno podejść do twórczej pracy, z myślą o tym, że dobrze wykreowany bohater, przejawiający jakieś słabości moralne lub charakterologiczne nad którymi musi solidnie popracować, by w finale odnieść wielkie zwycięstwo, może być pomocną inspiracją dla rzeczywistych młodych ludzi, zmagających się z tymi samymi wewnętrznymi demonami w ramach swojej egzystencji?

Co w tym jest tak niesamowicie skomplikowanego, że potentaci z gigantycznymi funduszami nie są w stanie tego ogarnąć albo nawet zapłacić komuś, kto by im to wytłumaczył? Dlaczego Disney oddaje te filmy do realizacji ludziom nie mającym pojęcia o ich specyfice, nie potrafiącym dostrzec jasnej formuły, dzięki której odniosły pierwotny sukces?

W czym leży problem?

Czy oni osiągnęli tam taki stopień zdemoralizowania, że nie są już w stanie wiarygodnie opowiedzieć nam tradycyjnego, baśniowego moralitetu w pełnym rozmachu space operowym przebraniu, traktując go z należytą uwagą i szacunkiem? Postępowa ręka im od tego uschnie, jeżeli spróbują? Narażą się na towarzyski ostracyzm w swoim środowisku?

Najbardziej przykrą okolicznością w historii tych nowych „Gwiezdnych wojen” jest zmarnowanie wielkiej szansy na odniesienie identycznego wpływu, jak miało to miejsce w latach ‘70. Sytuacja w społeczeństwie amerykańskim przedstawiała się analogicznie. Wtedy był Wietnam, teraz nieudane wojny na na Bliskim Wschodzie, czasy po zamachu na WTC z ograniczeniem swobód obywatelskich. Wtedy była kontrkultura ruchów hippisowskich, dziś Ameryka jest podobnie – jeśli nie bardziej – podzielona. Wtedy był kryzys paliwowy, z kolei w 2008 roku mieliśmy podobny kryzys finansowy. Wtedy była afera Watergate i znienawidzony prezydent Nixon, teraz u sterów mają równie kontrowersyjnego Trumpa. Obie z tych dekad poprzedzających premiery filmów Star Wars, były dla Amerykanów raczej rozczarowujące – ale tylko Klasyczna Trylogia, 42 lata temu stanęła na wysokości zadania, dając wszystkim jakiś wspólny punkt do świętowania, przynajmniej chwilowego zakopania toporów wojennych. Trylogia Disneya raczej przyczyniła się do aspołecznego pogłębienia podziałów i wzajemnego wytykania palcami.

Podobnie jak wtedy, mieliśmy idealny czas na snucie obdarzonych mitologiczną głębią, przednowoczesnych opowieści osadzonych w nierzeczywistych, fantazyjnych miejscach, pozwalających na zdystansowanie się od całego tego ideologicznego, zgiełku (po)nowoczesnego świata. Zamiast stanowić na niego lek jak przed laty, tym razem to „Gwiezdne wojny” zostały nim spaczone, a przy okazji dotknięte doczesną, bezmyślną marvelozą-blockbusterozą

Kurwaznowu nie to… Ponownie spieprzyli je po całości.

Historia rzeczywiście ma w zwyczaju powtarzać się jako farsa.

I znowuż ta dziennikarska klaka, zachwycająca się gównem, ślepa na wielkość

Krytycy chyba nigdy do końca nie załapią fenomenu tych filmów, bo to zlaicyzowane dzikusy, bękarty nowoczesności. Nie ogarniają lub nie lubią eskapizmu opartego na doniosłości mitu, nie rozumieją, że im odleglejsze problematyką od naszych czasów te filmy będą, tym lepiej sprawdzą się jako „Gwiezdne wojny”, tym lepiej ogólnie zniosą próbę czasu.

Szkoda, że prequelowy Imperator nie zostawił jakiegoś rozkazu egzekucji całego Lucasfilmu z prasowymi przyległościami po dopełnieniu tej kompromitacji.

Cóż, Mark Hamill starał się nas przed tym ostrzec, wielkie dzięki przynajmniej dla niego.

71-www-win-7themes-blogspot-com
Ponarzekałem i zniszczyłem im tę Trylogię Sequeli swą krytyką, to teraz se pójdę… Tak przy okazji, zawsze gdy oglądałem ten obrazek, dochodziłem do wniosku, że gdyby Kyle Katarn żył w naszym świecie, nie byłby rycerzem Jedi tylko zapewnie rysowałby ludziom karoserie ich samochodów na parkingach.

VI. Osobisty epilog z przepisem na dobre „Gwiezdne wojny”.

Zdążyłem natłuc już około 60 stron, poświęcając je kosmicznej epopei, na której się wychowałem.

Sporo…

Jednak z drugiej strony – wcale nie tak wiele, jeśli porównać to z ogólnym czasem z nią spędzonym, ze stopniem zaangażowania, w jakim mnie pochłaniała w latach ‘90 i całą radością z niej zaczerpniętą.

Wtedy Saga była moją ukochaną monomanią. Czymś najcenniejszym pod słońcem, z czym nie chciałem się rozstawać, czym żyłem, śniłem i oddychałem po trochu każdego dnia. Żadna inna opowieść nie była dla mnie tak porywająca jak właśnie ta. Żadnej innej nie byłem bardziej oddany, poddając jej swą wyobraźnię.

Jej przesłanie zdawało się przenikać i wyczerpywać doświadczenie całego życia. Ba! Jako stężony ekstrakt przerastało je i w swoim uniwersalnym rozmachu było zarazem tak przytłaczająco wspaniałe, że nie mogłem przejrzeć przez jego blask, by dostrzec, co właściwie sprawia, że takie właśnie jest. Zaprezentowanej w niej archetypiczności nie dało się ostatecznie przetrawić, wydalić i zająć czymś innym. Kiedy byłem dzieckiem, nie rozumiałem tego, ale bardzo dobrze czułem. Tak jakby w jednej kropli wody było zawarte doświadczenie wszystkich oceanów świata. Jakby w sensie życia jednego fikcyjnego człowieka można było zawrzeć sens życia wszystkich ludzi. Wydawało się to z pozoru niemożliwym zadaniem, a jednak Lucasowi jakimś cudem ta sztuka się udała. Niesamowite!

Po obejrzeniu „Gwiezdnych wojen” w moim dziecięcym wyobrażeniu reszta artystycznej twórczości ludzkości wydawała się być już zbędną i wtórną. Klasyczna Trylogia była ostatecznym, totalnym dziełem sztuki, zawsze aktualnym i stosownym do jego cyklicznego przeżywania każdego następnego dnia, odmawiania jak najlepszej modlitwy. Stanowiła ukoronowanie ewolucji całej historii sztuki i nic nie mogło jej dorównać. Dziwiłem się tym wszystkim artystom próbującym tworzyć cokolwiek innego. Czy nie wiedzieli, że George Lucas już bezpowrotnie odebrał im pracę, opowiadając najważniejszą historię wszech czasów – historię Luke’a Skywalkera? Na co oni teraz w zasadzie wszyscy liczą? Na jakieś nagrody pocieszenia? Sporo wtedy czytałem, oglądałem też mnóstwo innych filmów, chyba jedynie po to, by raz po raz przekonywać się na własnej skórze, że i tak nie będą miały takiej siły oddziaływania jaką dysponowały SW, odstawiające resztę stawki na spory dystans. Pozostała twórczość w jaką się zanurzałem była dla mnie zaledwie odskocznią służącą do potwierdzania supremacji kulturowej mojej ukochanej opowieści nad wszystkimi opowieściami.

1363562889_laostusfniq
Lata ’90 w moim rodzinnym domu. Koloryzowane.

W kolejnej dekadzie rola tych filmów w moim życiu uległa znacznej zmianie. Zostały czymś w rodzaju społecznościowego totemu. Dzięki nim oraz wczesnemu internetowi w Polsce, mogłem poznać a następnie spotkać się z ludźmi, których pochłonęła równie mocno co mnie. Co prawda, z czasem okazało się, że z zupełnie innych powodów, co też owocowało wielogodzinnymi sporami i kłótniami zalewającymi fora dyskusyjne. (Teraz już wiecie skąd wywodzi się adres czytanego przez was bloga.) Wtedy Sagę traktowałem już raczej wyłącznie jako pretekst dla życia towarzyskiego, pałętania się po różnych konwentach i spotkaniach z innymi fascynatami. Kolejne gwiezdnowojenne historie służyły częściej za hobbystyczne tło dla podtrzymywania kręgu towarzyskiego, niż coś, co rzeczywiście przeżywało się równie głęboko i emocjonalnie jak na samym początku. Stopniowo dawna miłość się wypalała, gubiąc gdzieś po drodze swój pierwotny, najbardziej intensywny żar. Prequele oczywiście nie pomogły w jego podtrzymywaniu.

Kiedy dorosłem a wcześniej znacząco poszerzyłem swoje zainteresowania, wypadłem z fandomowego obiegu i dałem w końcu spokój franczyzie. Ale czy oznacza to, że „Gwiezdne wojny” ostatecznie we mnie obumarły i nic z nich już nie pozostało?

Ależ skąd!

Spójrzcie no tylko na tę notę…

Wystarczy mnie ugodzić boleśnie, jak uczynili to J.J. Abrams z Rianem Johnsonem i Kathleen Kennedy, urągając pierwotnemu charakterowi pokochanych niegdyś filmów, dopuszczając się na nich profanacji, bym ponownie deptał miech i rozpalał w piecu wspomnień najgłębiej ukryte, zepchnięte głęboko w niepamięć ogniki tamtego uczucia, z jaką łatwością osiągając swą dawną żarliwość.

Przeinacz „Gwiezdne wojny” a nawet po kilkunastu latach uśpionej fascynacji, zmotywujesz mnie do poświęcenia kolejnych godzin na wyjaśnienie ich fundamentów, formuły, specyfiki albo dokonania próby ogólnego określenia tego, czym były, są i czym pozostaną dla mnie na zawsze.

Kiedy mit jest zagrożony, jego czempioni zostawiają wszystkie inne zajęcia i stają w jego obronie, by walczyć o jego podtrzymanie lub przywrócenie. Kto zostaje czempionem mitu? Ten, kto odpowiada na jego wezwanie. Kto jest w stanie usłuchać zewu powołania i wyruszyć na wyprawę, w której powodzenie nie wierzy z reguły nikt inny. Kto chce dostrzec przenikającą swe życie narrację eposu bohaterskiego. Oto dziedzictwo „Gwiezdnych wojen” w pigułce. Już zawsze będzie we mnie trwało i ilekroć je na nowo odkryję, sprawi, że poczuję się w pełni ożywiony, jak obiecywał Joseph Campbell.

Tak, doskonale pamiętam i dobrze o tym wiem.

Każdy, kto naprawdę głęboko przeżył „Nową nadzieję” – ale przeżył, a nie tylko obejrzał, prześlizgując się po powierzchni, dołączył do grona, które nigdy o tym nie zapomni. Moc będzie z nami już zawsze. Nie wyzbędziemy się jej, tak jak już nie zmienimy oddziaływania tych filmów. I nie, nie oznacza to wcale, że będziemy władni telekinezą podnosić przedmioty albo dusić innych na odległość. Po naszej niegwiezdnowojennej stronie ekranu wrażliwość na Moc przejawia się nieco inaczej. Jest zdolnością przywoływania sakralnej, mitologicznej perspektywy w nowoczesnym świecie, w którym niewielu już to potrafi. Spośród wszystkich odbiorców szeroko rozumianej popkultury, jedynie fani SW przeszli tę zaprawę. Odbyli trening, pozwalający im spoglądać na życie z wrażliwością starożytnych, dostrzegających wszędzie celowość i świętość, do jakiej należy się wspinać po wytyczonych stopniach przygody, podjąwszy wyzwanie, dopełniwszy swojego przeznaczenia.

Zawsze ten dar traktowałem z wielką wdzięcznością, uznając jego doświadczenie za przywilej. Wciąż z niego korzystam, pytając o swoją osobistą podróż bohatera. Zastanawiam się, gdzie w moim życiu przebiega linia graniczna między światem zwykłym a magicznym, później ją kwestionuję, staram przesuwać. Próbuję odgadywać, jaka droga prób czeka mnie w przyszłości. Kto okaże się być moim kolejnym mentorem? Na czym będzie polegała moja apoteoza a co okaże się przejściem progu powrotnego? Patrzę na życie jak na wyprawę z eposu bohaterskiego, organizując doświadczenia niczym fabułę.

Na co dzień mogę nie zaprzątać sobie już w ogóle głowy „Gwiezdnymi wojnami”, nie pamiętać o nich i zajmować się zupełnie czymś innym. Kiedy jednak zatracę się zbytnio w codzienności, jej rutynach, w tych wszystkich bzdurach epoki, w której przyszło mi żyć i będę potrzebował ponownie nabrać do niej dystansu, wtedy z łatwością, zupełnie intuicyjnie przywołam Moc. Przyłożę do swojego życia campbellowską miarę, spoglądając czy moje dokonania przekładają się jakoś sensownie w perspektywie mitycznej, czy może za daleko zszedłem ze szlaku, na który powinienem czym prędzej powrócić, bo coś mnie zwiodło. A może odmawiam powrotu ze świata magicznego i nie dzielę się wiedzą tam zdobytą?

Jeśli przez swoje formacyjne lata wałkowaliście Klasyczną Trylogię z podobnym upodobaniem, monomit pewnie stał się również waszą drugą naturą i zrozumiemy się bez słów.

Saga wciąż jest dla mnie na swój sposób ważna. W innym wypadku nie odczuwałbym żalu, patrząc jak kolejne filmy z jej franczyzy zmieniane są w bezmyślną, lunaparkową przejażdżkę. To niesamowicie przykre mierzyć się ze świadomością, że przez zupełną kastrację ich mitologicznej głębi, kolejne pokolenia zostaną pozbawione doświadczenia, jakie stało się moim udziałem. One tak naprawdę nie będą miały szans pojęcia magicznego wpływu serii. Nie zrozumieją także naszego nieprzemijającego zauroczenia. Obejrzą nowe filmy i o nich zapomną, dziwiąc się, o co kiedyś ci starzy robili tyle szumu.

Skoro „Gwiezdne wojny” zagubiły tożsamość i nie mogą sobie jej przypomnieć, postanowiłem na nie zaczekać ze wspomnieniami ich dawnej świetności a także roli do odegrania, pomagając tym sposobem zwalczyć amnezję. Niech więc ta nota będzie moją finalną wyprawą bohaterską w obronie Sagi, w ramach spłaty dawno, dawno temu zaciągniętego długu wdzięczności, za wszystkie szczęśliwe lata życia spędzonego w jej monomitycznym cieniu.

Ostatecznie jednak pora się z nimi rozstać, ale nie w żalu czy gniewie po kolejnej nieudanej trylogii. Nie będę odgrażał się pięściami następnej zbieraninie partaczy, którzy polegli w starciu z legendą. Na to jestem już zwyczajnie za stary. Zresztą, lekceważenie dla kulturowej wagi oryginału i brak jakiegokolwiek planu przy tworzeniu kolejnych filmów z tego cyklu, niestety, nie jest już dla mnie pierwszyzną. Pogodziłem się z myślą, że do realizacji „Gwiezdnych wojen” podchodzą ludzie, traktujący je protekcjonalnie, nie potrafiący dostrzec w nich czegoś więcej, tego co ja tak dobrze pamiętam z własnego ich przeżywania. Jeżeli pozwolicie na tworzenie tych filmów ludziom pozbawionym wrażliwości do odczytywania tej warstwy, która leży między jawą i snem, traktujących wszystko dosłownie, zawsze skończy się to błazenadą.

Nie ma już sensu dłużej czekać i łudzić się, że ktoś wreszcie nakręci filmy dorównujące Klasycznej Trylogii, wkrzeszające jej ducha. W gruncie rzeczy, możemy zrobić to sami, wystarczy rozebrać ją na części albo postarać się zrekonstruować w jak najszczerszy sposób swoje wrażenia z wczesnych projekcji. Czy potrzebujemy czegoś więcej?

Zamiast narzekać, przyznam raczej, że jestem szczęściarzem, ponieważ dane mi było zaczerpnąć z tego źródła i poczuć pełną potęgę mitu, otwierającą pradawną perspektywę na świat i życie. Czy „Gwiezdne wojny” mogły mi dać więcej? Chyba nie…

***

Jaki więc brzmi ten finałowy przepis na „Gwiezdne wojny” wedle moich wskazówek?

Następująco:

1.

Zanim zaczniesz się w ogóle zastanawiać nad tym, jak pisać gwiezdnowojenne opowieści, rozejrzyj się najpierw wokół siebie i odpowiedz na pytanie po co i dla kogo chcesz je pisać. Znajdź i poobserwuj młodych ludzi osamotnionych w czasie swojego dojrzewania, wyalienowanych, nie odczuwających wsparcia rodziny, wychowujących się samotnie, źle czujących się w otaczającej rzeczywistości, rozczarowanych, mających osobiste powody do ucieczki w inny czas, inne miejsce.

To głównie dla nich będziesz pisać. Prawdopodobnie to właśnie oni będą twoimi przyszłymi czytelnikami lub widzami. Weź część odpowiedzialności za ich los i nie twórz bezwartościowej ucieczki. Niech to będzie eskapizm, który da im siłę i inspirację do podejmowania dalszych zmagań w trudnym dla nich czasie. Coś co zechcą dla siebie zatrzymać, być może na zawsze.

Z autopsji wiem, że do „Gwiezdnych wojen” wracałem tym chętniej, im było mi gorzej, czułem się niezrozumiały lub zagubiony albo ogólnie zirytowany światem. Po powrocie z jakiejś przygody w odległej galaktyce, odzyskiwałem wewnętrzną równowagę i wiedziałem co powinienem dalej robić.

Musisz celować w osiągnięcie podobnego efektu ze swoją twórczością. Będziesz pisać o mentorach i uczniach, sam więc spraw się w roli mentora, wyciągającego innych z bagna, wskazującego właściwy kierunek postępowania za pomocą opowiadanej przez siebie historii.

2.

Dzieci i młodzież uwielbiają opowieści o bohaterach, głównie z tego względu, że im samym jest spieszno do dorosłości.

Dorośli w stosunku do dzieci znajdują się przecież w analogicznej relacji co bohaterowie w stosunku do postaci drugoplanowych. Przewyższają je inicjatywą, przełamują ograniczenia, jakim tamte są poddane. Są wytrwalsi i wiedzą jak osiągnąć cel, podczas gdy dziecko bezradnie oczekuje na podanie gotowego rozwiązania. Dorośli i bohaterowie mogą więcej, górują też tężyzną fizyczną, życiową mądrością i innymi przymiotami.

Każdy solidnie napisany monomityczny epos bohaterski może być przełożony na metaforyczną drogę dojrzewania, uzyskiwania samodzielności, do której każdy dzieciak się w gruncie rzeczy pali i będzie chciał zaczerpnąć coś dla siebie z jej poszczególnych etapów inicjacyjnych, szukając jasnej drogi dorastania.

Wszyscy w tym wieku obawiają się przyszłości, zastanawiają czy podołają w nowym życiu na własny rachunek i chętnie wysłuchają metaforycznych opowieści, ułatwiających się zmierzyć z tą perspektywą.

Wykorzystaj to więc i pisz swoją monomityczną opowieść tak, aby mogli przeżywać satysfakcjonujące, wewnętrzne dojrzewanie protagonisty.

3.

Zainteresuj się antykiem i średniowieczem. „Gwiezdne wojny” to te dwie, przednowoczesne wymieszane ze sobą epoki w przebraniu opery kosmicznej. Wróć do klasyków kina miecza i sandałów, przełóż ich skalę, rozmach w przedstawieniu świata na duraplastową estetykę Sagi. Skopiuj i wyidealizuj zaprezentowaną obyczajowość, tworząc barwną mieszankę praw zwyczajowych, kultury honoru, czasem dworskiego obycia lub etosu obywatelskiego z greckich państw-miast. Przeszłość zawsze pozostanie magazynem z zasobami dla romantycznej, eskapistycznej fikcji.

4.

Jeżeli już zaczerpniesz ze wspomnianego w punkcie powyżej magazynu, ukryj najbardziej oczywiste skojarzenia, zmyl tropy, dokonaj obfuskacji. Tworzysz ostatecznie „Gwiezdne wojny” a nie lekcję historii. Zbyt wyraźne nawiązania, podobnie jak komentarze społeczne nawiązujące do współczesności zabijają eskapizm. Ostatecznie rzecz ma się dziać może i dawno, dawno temu, ale jednak w odległej galaktyce…

Przykładowo: Mandalorianie wzorowani są na Spartanach. Ich hełmy stanowią estetyczne echo wzornictwa hełmów korynckiego typu, przeniesionego z bitwy pod Termopilami żywcem w realia gwiezdnowojenne. Historycznie są jednym z najbardziej zmilitaryzowanych i karnych społeczeństw, kulturowo upatrujących ostatecznej nagrody nadającej sens egzystencji w sławie zdobytej na polu bitwy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dlaczego więc nie nazywamy Mandalorian gwiezdnowojennymi Spartanami? Bo mimo zasadniczych podobieństw, istnieją też poważne różnice. Mandalorianie jednak nie optują za znoszącym partykularną tożsamość wychowaniem państwowym, ponieważ zorganizowani są w strukturze klanowej, w czym z kolei bardziej przypominają np.: Szkotów. Cechy charakterystyczne ich kultury są wymieszane z inspiracji dwiema zupełnie różnymi nacjami z innych epok historycznych oraz rejonów geograficznych.

Lore gwiezdnowojenne jest pełne tego rodzaju poukrywanych nawiązań, które z jednej strony czynią nam ten świat dziwnie znajomym, z drugiej jednak jakoś nieuchwytnie obcym. Za to właśnie go kochamy, więc jeśli masz go rozwijać, naucz się tej metody zaludniania go fikcyjnymi kulturami.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

5.

Przemyśl konwencję space opery i zastanów się jakimi elementami zamierzasz zamaskować lub zrównoważyć jej niepoważną, umowną stronę. Czym chcesz zapracować na zawieszenie niewiary u widza, tuszując kiczowatość i odrealnienie gatunku?

Mocną stroną Klasycznej Trylogii było przedstawianie wojska i armii w miarę realistyczny, profesjonalny sposób. Odprawy taktyczne, omawianie strategii, prowadzona przez interkom komunikacja służąca synchronizacji działań, mających zrozumiały sens, cel – wszystko to pomagało nas kupić i zaakceptować świat przedstawiony i toczący się w jego ramach konflikt.

Skoro masz pisać historię o „Gwiezdnych WOJNACH”, nie zaniedbuj kwestii militarnych i samo wojsko przedstawiaj w miarę rozsądnie, przyziemnie, traktując w zbliżony sposób jak rzeczywistą armię – ludzi (i obcych), starających się osiągnąć jakąś koordynację i realizujących w zespole cele misji lub bitwy.

Nie rób z konfliktów zbrojnych brawurowej przejażdżki rodem z Disneylandu. Jak pisał Kaelder Dherven, „Gwiezdne wojny” częściowo inkorporują w sobie również elementy gatunkowe military science fiction.

Wykorzystaj je do nabicia kapitału wiarygodności, który będziesz mógł wydać na zaprezentowanie strony mistycznej.

6.

ruined_183169000ad0a665b01c1ef297fe34da

Nie przedstawiaj Mocy w nudny, naturalistyczny sposób, wyłożywszy ją bezceremonialnie, jak kawę na ławę, podobnie jak uczynił to w swoim filmie Rian Johnson. Wprowadzanie Mocy, jej manifestacji powinno mieć godną podbudowę i samo w sobie być dla widza satysfakcjonującą nagrodą, godną przeżycia.

Ostatecznie Moc jest nieosobowym bogiem uniwersum Star Wars, więc nie popadaj w marvelozę i nie zamieniaj „Gwiezdnych wojen” w kino superbohaterskie, gdzie specjalne zdolności przypisane są immanentnie do konkretnych jednostek bez jakiegokolwiek głębszego, metafizycznego zakotwiczenia. Za umiejętnościami Jedi i Sithów powinniśmy poczuć jednak jakąś transcendencję, mając świadomość, że czerpią z nieskończonego źródła.

Zwłaszcza, gdy twój protagonista lub inna postać pierwszy raz doświadczy Mocy lub spotka się z jej działaniem, wykorzystaj ten moment, aby wykreować dla niego i dla nas prawdziwą chwilę kinowej magii, niemożliwą do zapomnienia. Wskrześ wrażenie cudowności lub nadnaturalnej grozy, zanurz nas w oniryzmie albo innej niesamowitości, wybijając z szarej rzeczywistości, zafunduj nam ekwiwalent proroczego spotkania z krzewem gorejącym. Powiąż te epizody z gwałtownym rozwojem osobistym postaci, otwarciem zupełnie nowej perspektywy.

Potraktuj „Gwiezdne wojny” jak posłańca przednowoczesnego, mitologicznego doświadczania świata. Zaplanuj przedstawiane manifestacje Mocy tak, byśmy sami mogli poczuć się jak ludzie żyjący jeszcze w czasach sprzed odczarowania świata, zadziwieni sposobem jego istnienia.

force-storm-or-wormhole-photo-u2

To główny wyróżnik tej franczyzy, wręcz jej znak rozpoznawczy, więc nie rezygnuj z niego. W razie braku pomysłów, zabierz się za lekturę sztandardowych książek poświęconym mitologii i religioznawstwu. Zacznij od Campbella, Frazera i Eliade.

7.

Nie zaniedbuj ekspozycji. To jeden z głównych felerów Trylogii Disneya, w której scenarzyści mogą wyciągać kolejne fabularne króliki z kapelusza, ponieważ nic nie jest pierwotnie ustalone.

Żyjemy w czasie odległym o 43 lata od pierwszego starwarsowego filmu i świat przedstawiony nie może pozostawać równie nieokreślony, jak miało to miejsce jeszcze w książkowym prologu „Nowej nadziei”.

Saga odniosła sukces, a ludzie pokochali jej uniwersum, dzięki czemu mogło ono obrodzić w stale pogłębiany lore. Dla części fandomu sam świat przedstawiony „Gwiezdnych wojen”, na ich nieszczęście, okazał się być wręcz ciekawszym przedmiotem stale pogłębianego zainteresowania od pierwotnie przyswojonego ogólnego przesłania opowieści, któremu zawsze był podporządkowany.

Pamiętaj o tym, że marna ekspozycja osłabia nie tylko nasze rozumienie i stawkę o jaką toczy się cały konflikt, ale też podkopuje wymiar heroiczny opowieści. W pretekstowym świecie przedstawionym heroiczne czyny stają się równie pretekstowe i nie służą niczemu konkretnemu, większemu od siebie. Sensownie rozpisane otoczenie z określonymi ambicjami czy interesami, poziomem wiedzy o geografii świata, technice, określające się w konkretnych politycznych rywalizacjach, sprawia, że możemy określić miarę tego, co jest w tym fikcyjnym świecie możliwe i niemożliwe, osiągalne i nieosiągalne. Możliwe do zrealizowania za pomocą olbrzymiego wysiłku czy poświęcenia lub nie.

Ostatecznie chcemy dowiedzieć się tego, co wiedzą postaci, których losy śledzimy, poznać ich perspektywę na wydarzenia czy stan świata w jakim egzystują, doświadczyć jakiejś interakcji między nimi a otoczeniem. W innym razie, świat stanie się w naszych oczach jedynie sztuczną scenografią.

Z drugiej strony, nie przesadzaj z ekspozycją, bo zrobisz kolejną Trylogię Prequeli. I tak źle, i tak niedobrze. Zachowaj umiar.

8.

Uszanuj dawną miłość Lucasa do prędkości.

„Gwiezdne wojny” mogą być mitem albo opowieścią wskrzeszającą wszelkie archaizmy starożytności, ale z drugiej strony nie powinny rozgrywać się w całości na piechotę, wygłaszane na stojąco przez nieruchome postaci w togach.

Nie ma Star Wars bez pościgów, brawurowego lawirowania między terenowymi przeszkodami, bitew obserwowanych z kokpitów myśliwców, gnania na złamanie karku przez ciasne przestrzenie.

Pokaż nam trochę szorstkiego sprzętu o ciekawym designie, zapewniającego nagły przypływ adrenaliny. Śmigacze, skutery, myśliwce, którymi po ich zaprezentowaniu, sami chcielibyśmy się karnąć, sprawdzając do czego są zdolne a przy tym żałując, że nie są prawdziwe.

Przyzwoite „Gwiezdne wojny” zawsze poznasz po tym, że obrodzą kolejnymi genialnymi symulatorami.

Dadzą też trochę przyjemności z pracy ludziom ze Stoczni Sluis Van.

No i będą sprzedawać zabawki! Przecież ta seria filmowa powstała w gruncie rzeczy po to, by sprzedawać zabawki! Aby udało się opchnąć dzieciom modele okrętów i innego sprzętu latającego, muszą one najpierw zdobyć ich wyobraźnię. Filmy powinny pokazać je w pełnoprawnym przygodowym świetle, w jakim zechcą je oglądać.

BWingsKillISD2-ST

9.

Zastosuj się do wytycznej Campbella: Follow your bliss.

Zawrzyj w twórczości ślad swoich pasji i zainteresowań, zgrabnie przemycając je do opowiadanych historii. Wpleć osobiste doświadczenia, nie tylko personalizując „Gwiezdne wojny”, ale też angażując się w nie emocjonalnie, zawierając w nich część swojego życia, która zmobilizuje Cię do traktowania ich serio.

10.

Przypomnij sobie czasy, gdy udawało ci się dobrze bawić fikcją, wyobraźnią, żyjąc problematyką nieistniejących światów, chłonąc każdy kolejny krok bohaterów i słowa z ulubionych książek. Nie stworzysz dobrych „Gwiezdnych wojen” pozostając mentalnie zgredem.

Ponownie naucz się bawić, skoro już bierzesz sobie za cel zabawianie innych.

Tyle powinno wystarczyć. Po lekturze tego tekstu obejrzyj jeszcze raz Klasyczną Trylogię i z grubsza powinieneś załapać lub przypomnieć sobie, na czym w gruncie rzeczy polega fenomen tych filmów.

Wszystko jest święte.

Zapamiętaj, mój chłopcze: nie ma niczego naturalnego w naturze.

Kiedy wszystko zacznie wydawać ci się naturalne, to będzie koniec.

Zacznie się coś nowego.

Żegnaj niebo, żegnaj morze.

Spójrz za siebie! Co widzisz?

Cokolwiek naturalnego?

To co widzisz, to tylko zewnętrze.

Bóg jest ukryty gdziekolwiek byś nie spojrzał.

A jeśli nie, to zostawił ślady swojej boskiej obecności: ciszę, zapach traw, chłód świeżej wody.

Tak, wszystko jest święte.

Ale świętość to także przekleństwo.

Kiedy bogowie kochają, jednocześnie nienawidzą.

Pomyślałeś może, że poza byciem kłamcą jestem też nazbyt poetycki.

Ale dla starożytnego człowieka mity i rytuały są bezpośrednimi doświadczeniami, które zawierają się nawet w jego codziennej egzystencji.

Dla niego, rzeczywistość stanowi perfekcyjną całość.

A emocje, które towarzyszą mu kiedy patrzy na wiosenne niebo, dla przykładu, są takie same jak wewnętrzne, osobiste doświadczenia współczesnego człowieka.

Pójdziesz do swego wuja, który ukradł twój tron, i upomnisz się o swe prawa.

Żeby się ciebie pozbyć, będzie musiał znaleźć jakieś wytłumaczenie.

Wyśle cię na wyprawę, możliwe aby odzyskać złote runo.

Tym sposobem zawędrujesz do dalekich zamorskich krain.

Doświadczysz rzeczy na świecie, które my tylko sobie wyobrażamy.

Życia, które jest bardzo realne.

Bowiem tylko ten, który jest mityczny, jest realny i odwrotnie.

To właśnie przepowiada nasza boska przyczyna.

– Pier Paolo Pasolini, „Medea”

Osądzasz po wielkości mnie, tak? A nie powinieneś…

…bo sprzymierzeńcem moim jest Moc.

A to potężny sprzymierzeniec.

Życie ją tworzy, sprawia że wzrasta.

Jej energia otacza nas i spaja.

Świetlistymi istotami jesteśmy,

nie tą prymitywną materią.

Musisz poczuć Moc wokół siebie…

Tutaj, pomiędzy tobą a mną…

…drzewem, skałą, wszędzie!

Tak… nawet pomiędzy ziemią, a statkiem.

– Żądasz niemożliwego.

[…]

Nie mogę…

Nie mogę w to uwierzyć.

– Właśnie dlatego ci się nie udaje.

– Lawrence Kasdan, „Imperium kontratakuje”

Wersja offline – PDF

Pudło rezonansowe wartości albo o pożytkach płynących z refleksji nad swą skończonością

Bać się śmierci, o szlachetni, jest tym samym co mieć się za mądrego nim nie będąc; gdyż jest to mniemać, że się wie to, czego się nie wie. Nikt nie wie, czy śmierć nie okaże się największym błogosławieństwem dla ludzkiej istoty, a jednak ludzie boją się jej, jak gdyby posiadali niezbitą pewność, że jest największym z nieszczęść.
Sokrates

Chociaż trend postępującej infantylizacji zachodnich społeczeństw zdecydowanie zasługuje na poświęcenie mu osobnych rozważań i związanego z nim wpisu, istnieje jeden jego szczególny przejaw, jakim chciałbym zająć się już teraz. Jest nim odsunięcie śmierci we współczesnej, zlaicyzowanej kulturze na dalszy plan. Zjawisko to występuje pod wieloma postaciami – zarówno w obyczajowości, jak również w sztuce. Czasem w formie oddalenia, często wręcz unikania, odwracania od niej uwagi – w ostateczności trywializacji jej tematu. Jasne – wiemy, że bohaterom tysiąca historyjek może przydarzać się niezwykle gęsto padać trupem – kryminały wszakże nieustannie potrafią znajdować swych nowych czytelników i zajmują ich kolejnymi, mniej lub bardziej wysublimowanymi zbrodniami. Ale gdyby zastanowić się nad sposobem, w jaki śmierć jest najczęściej przedstawiana, nad funkcją pełnioną przez nią w większości tych opowieści oraz zapytać o jej wymiar… cóż, szybko okazałoby się, iż jest traktowana z lekceważeniem. Owszem, często wykorzystywana w roli użytecznego narzędzia fabularnego, stopniującego napięcie, świadczące o rosnącej stawce i piętrzących się przed protagonistami trudnościami. Albo stanowiąca konieczny punkt wyjścia i pretekst do zaprezentowania niezwykłych umiejętności detektywa, przenikliwie wskazującego sprawcę oraz ukryty motyw morderstwa. Śmierć postaci może decydować o gwałtownym zwrocie akcji lub czasem akcentować przymus walki o życie i przetrwanie, redukując całą dramaturgię do płaszczyzny witalnej. Czy jednak na ogół ukazywana jest w sposób, jaki dawałby nam asumpt do refleksji o końcu, jaki nas gdzieś i kiedyś niechybnie czeka? Nie… Co to, to nie – przypominanie dziś odbiorcy o jego własnej śmiertelności wydaje się zakrawać wręcz na nietakt podobny do psucia powietrza w towarzystwie. Z całego stosu trupów bohaterów, uśmierconych przez: pisarzy, scenarzystów i innych ludzi (pop)kultury, na ogół nie wynika nic szczególnie interesującego a już tym bardziej pobudzającego do zapytań o własną kondycję. Życie jest po prostu powszechnym tworzywem nieustającego, artystycznego holocaustu. Holocaustu, którego brutalność zazwyczaj równa do idącej z nią w parze jałowości.

Czego się pozbawiamy, utrzymując obecny porządek rzeczy? Jakie obszary ludzkiego doświadczenia, tak indywidualnego, jak i zbiorowego tym wyjawiałamy? Odpowiedziom na te pytania poświęcę w całości poniższą notę, wyjaśniając przy tym doniosłą rolę śmierciomyślicielstwa, dziś tak wzgardzonego, unikanego a przede wszystkim niezrozumiałego i zapomnianego we współczesnym, rozchwianym świecie Zachodu. Brak meditatio mortis w naszej kulturze zasługuje na szczegółową analizę z bardzo prostego względu: przekłada się on następnie na kruszenie filarów podtrzymujących gmach cywilizacji. Zaniedbania w tej jednej dziedzinie mogą tłumaczyć kryzysy w wielu innych – przede wszystkim kryzysy tożsamości, skutkujące porzucaniem wartości konstytuujących daną kulturę.

1. Cywilizacja [zrodzona ze] śmierci.

Śmierć nie ma ostatnio dobrej prasy, zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym. Być może niepopularność poddawania się tanatoskepsji [θάνατος śmierć , σκέψις myśl], czyli rozważania własnej skończoności, wiąże się również po części z niełaską, w jaką zdążyła popaść religia, której podstawowym celem na ogół jest właśnie zagospodarowanie tego obszaru ludzkiego doświadczenia. Jednak ja nie dopatrywałbym się akurat w tym sedna problemu – byłoby to pomyleniem przyczyny ze skutkiem. Uwiąd religii, objawiający się w postaci sekularyzacji zachodnich społeczeństw, jest raczej nieuchronnym wynikiem odsunięcia śmierci na bok. Skoro bowiem myśl o kresie swej egzystencji nie pojawia się lub nie jest do siebie dopuszczana, zbędny jest również produkt, jakim można byłoby ją oswoić lub okiełznać. Gdy problem jest nieodczuwalny, występuje również brak zapotrzebowania na jego rozwiązanie czy też implementację adekwatnego środka zapobiegawczego. To oczywiste, że religia ze swoimi obietnicami pokonania śmierci staje się całkowicie zbędna i niezrozumiała dla kogoś, kto w swej perspektywie tej śmierci wcale nie ujmuje. Niewątpliwie tam, gdzie średnia długość życia rośnie, umieralność noworodków maleje a choroby i wojny przestają dziesiątkować społeczeństwa, oczekujący nas kiedyś konie łatwiej jest ukryć oraz ograniczyć jego oddziaływanie na powszechną świadomość. Wszystkie wspomniane czynniki niwelują zatem potencjał rozwoju religii i popyt na nią.

Zapewne perspektywa tego rodzaju „rozbrojenia” nielubianej przez wielu instytucji będzie niosła pociechę jej oponentom, począwszy od obawiających się zniewolenia ze strony jakichś teo- lub hierokracji, poprzez ateistów zmuszanych do respektowania zachowań w ich mniemaniu zupełnie niepoważnych czy wręcz szkodliwych a skończywszy na osobach upatrujących autotelicznego postępu w odchodzeniu od tego typu wierzeń. Nim oni wszyscy odtrąbią ostateczne zwycięstwo, pozwolę sobie zauważyć, iż straty związane z ogołoceniem kultury ze śmierci mogą znacząco przewyższać zyski z nieobecności religii, nieuchronnie znajdującej na niej swe żerowisko.

Już bowiem początkowy namysł nad wspólnym rdzeniem słów: „kult” i „kultura” pozwala na uzasadnione podejrzenie, że śmierć i refleksja nad nią stanowi genezę każdego fermentu cywilizacyjnego, w związku z czym jest także najbardziej fundamentalnym, kluczowym elementem dla ładu, z jakiego wszelka cywilizacja wyrasta i czerpie z niego swą żywotność. Wszak w poszukiwaniach jej pra-początków częstym wyróżnikiem okazuje się być stosunek do zmarłych i wynikłe z niego obyczaje pogrzebowe, następnie ewoluujące w bardziej skomplikowane systemy wierzeń kosmologiczno-teologicznych oraz zgromadzoną wokół nich wspólnotowość. Należy bowiem zauważyć, iż każda z cywilizacji powstawała wokół pewnego zrębu wierzeń, podzielanego przez daną populację i to właśnie on stanowił tożsamościową podstawę wyrastającej na nim kultury. Oczywiście – nic nie stoi na przeszkodzie, aby religia wykazywała się również ekspansywnością eksplanacyjną, to znaczy; starała się brać na swoje barki coraz więcej zjawisk do wyjaśnienia, wykraczając daleko poza swą najbardziej pierwotną funkcję – to znaczy; nadawanie znaczenia oraz wyjaśniania roli śmierci w świecie i naszym życiu. Nic również nie stoi na przeszkodzie temu, by tak jak się to nieraz zdarzało, wytwarzała ona także systemy etyczne wynikłe z takiego czy innego wypracowanego przezeń poglądu na świat.

Jeśli jednak w osobach kapłanów widzimy misjonarzy danych moralności, podporządkowanych uporczywemu wznoszeniu rusztowań poszczególnych cywilizacji, musimy sobie zdać sprawę, skąd dokonują inwazji i czym ją opłacają. W jaki sposób udaje im się dokonać ich dzieła? A bazą tą, punktem przegrupowania oraz jednocześnie ich głównym kapitałem pozostaje zawsze śmierć. Lecz i ona przecież sama nie stanowi o całym ich zapleczu. W arsenale jakim dysponują, zawsze odnajdziemy inny środek: groźbę w postaci przykrych konsekwencji, spotykających nas w ramach kary za łamanie reguł promowanej przez nich etyki; groźba ta na ogół nie dotyczy przecież naszej obecnej egzystencji a dopiero tej przyszłej, zapowiadanej, przyobiecanej. Zaledwie detalem jest okoliczność, czy tą karą będzie odrodzenie się w jakiejś nieciekawej postaci w kolejnym wcieleniu, na mocy prawa Karmana, czy też wieczny stan nieszczęśliwości w zaświatach albo innym piekle. Systemy etyczne wywodzące się z religii, swą siłę czerpią zatem już nie tylko z samej śmierci, ale i sugestywnej architektury wzniesionej przez dogmatykę oraz z zapowiadanej konstrukcji metafizyczno-kosmologicznej, w ramach której zarówno konkretne niesprawiedliwości jak i aprobowane przezeń czyny będą prostowane lub wynagradzane przez samą naturę świata czy innych, osobowych sędziów – chociażby w postaci bóstw.

Cywilizacje działają w znacznej mierze w ramach wytyczonych im przez religie, stanowiące tychże zasadniczy program i zarazem fundament. Degeneracja wierzeń, wyczerpanie ich potencjału, ucieczka od wiary i wartości przez nią transmitowanych ostatecznie musi naruszyć stabilność, witalność oraz integralność społeczności – do tej pory zorganizowanej wokół takiego właśnie zbioru idei, obyczajów oraz zawartej w nich aksjologii. Cywilizacja starożytnego Egiptu skończyła się wraz z chwilą, gdy urwała się tradycja wiary w Ra, Horusa, Izydę czy Ozyrysa. Podobnie w niepamięć odeszła wielkość i tożsamość Achajów – kiedy to ich panteon przestał oddziaływać na wyobraźnię a wraz z nim na bok zostały odesłane wartości pozwalające tej populacji odegrać na scenie dziejów znaczącą rolę; osiągnęła swój szczyt kulturowy, wzrastając i wychowując się na korzystnych dla siebie wartościach, jakie wreszcie zatraciła, gubiąc gdzieś po drodze również swą świetność. Rzecz jasna, mamy też przykład Rzymu, zastępującego swój oryginalny, ideologiczny kościec innym – poprzez transfuzję rdzenia, bo tak można określić zmianę poprzedniej państwowej religii na chrześcijaństwo. Co oczywiste, w wyniku tego zabiegu zmianie uległy również wzajemne oddziaływania członków populacji, postępująca utrata starego charakteru i zastąpienie go nowym. Rozważania poświęcone ocenie skutków owego posunięcia; tego czy w konsekwencji przysłużyło się ono dobru i trwałości rzymskiej cywilizacji, pozostawię już litościwie samym Czytelnikom.

Odkładając na bok nasze zapatrywania wobec losu schrystianizowanego Rzymu, powinniśmy przynajmniej zgodzić się w innej kwestii: istnieje wyraźna różnica między życiem w społeczności przeżywającej swój rozkwit – pośród ludzi kultywujących zachowania przybliżające ich powodzenie, a w życiu podobnej społeczności, tyle że już dotkniętej uwiądem. Uwiądem, który może objawiać się na wiele sposobów: poprzez utratę tożsamości, dekadencką niewydolność, rozproszenie, utratę wzajemnego zaufania jej członków, popadnięciem przez nich w twórczy stupor bądź kompleksy względem innych zbiorowości oraz postępującą ksenofilię. Podnosząc argument wpływu otoczenia, jasno musimy zdać sobie sprawę – możemy osobiście stracić na uczestnictwie w chorej wspólnocie, degenerującej również nasze reakcje oraz upośledzającej nasz osobisty charakter. I nam bowiem udziela się nie tylko sam nastrój epoki i miejsca, w jakich dane jest nam żyć, ale również wszelakie ich duchowe choroby. Z kolei obrona przed niekorzystnymi, zewnętrznymi wpływami pociąga za sobą dodatkowe koszta – środki, które moglibyśmy przeznaczyć na cele znacznie bardziej konstruktywne, niźli walkę o swój podstawowy dobrostan.

Skoro zatem główną racją bytu całego tego instytucjonalnego ciągu, złożonego z religii, kultury i wreszcie cywilizacji jest wyznaczanie określonego standardu higieny społecznych relacji, to unicestwienie śmierci, stanowiącej fundament owego niewidzialnego gmachu, musi prędzej czy później dać o sobie znać w formie gnicia, chwiejności i wreszcie zakwestionowania obowiązującego paradygmatu, wokół jakiego było zorganizowane życie wspólnoty. W ostatniej fazie tak pojmowanej alienacji aksjologicznej następuje jego całkowite odrzucenie, wiążace się tym samym z rozpadem podstawowego punktu ogniskującego zbiorowość. Nawet jeśli powyższa teza teraz może jeszcze nie jest, ani dostatecznie wyraźna, ani nie narzuca się jako oczywista, z całą pewnością taką się stanie w toku dalszych wyjaśnień. Jednakże, jakąkolwiek by się nam w tej chwili nie jawiła, jeśli zdecydujemy się ją rozważyć, szybko odnajdziemy pozostawiony spadek kluczowych pytań.

Oto i one:

Dlaczego akurat śmierć została predestynowana do roli głównego filaru, na jakim wspiera się świątynia cywilizacji? Czy można zastąpić wysłużoną Kostuchę inną kandydatką, która byłaby w stanie uczynić to bez większego uszczerbku – a może nawet tym większym pożytkiem dla ludzkich populacji?

Pierwszy krok do poznania odpowiedzi na te pytania powiedzie nas ku indywidualnemu wymiarowi. Właśnie tam poszukamy wskazówek.

2. O wspomnieniu dziecięcych misteriów śmierci i o śmiertelności jako egzystencjalnym uniwersalium.

Śmierć (albo wspomnienie śmierci) sprawia, że ludzie stają się wartościowi i patetyczni. Są wzruszający w tej formie widziadła: każdy czyn, jakiego się dopuszczają, może być ostatnim; nie ma twarzy, która za chwilę nie ulegnie zatarciu jak twarze ze snu. Wśród śmiertelnych wszystko ma wartość czegoś nieodwracalnego i przypadkowego.
— Jorge Luis Borges, Alef

Ilekroć zastanawiam się nad swą pierwszą chwilą świadomie przeżywanego człowieczeństwa, tyle też razy sięgam pamięcią do pewnego lata spędzonego u dziadków, kilkaset kilometrów od domu. Miałem wówczas może około pięciu lat a ojciec, zapewne by przynajmniej trochę odpocząć od opieki nade mną i poszaleć z matką, pozostawił mnie na miesiąc pod kuratelą swoich rodziców. Przełom zawierał się w zmianie otoczenia a przede wszystkim – towarzystwa, w jakim przychodziło mi się wtedy obracać. W mym wczesnym dzieciństwie codzienność upływała głównie pośród ludzi młodych – jeśli nie rówieśników, to rodziców i ich znajomych. Tego rodzaju dobór kontaktów skutkował z kolei wytworzeniem odpowiedniego horyzontu problemów, jakim żyło moje ówczesne otoczenie. W praktyce wiązało się to z utratą możliwości zapoznania się z doświadczeniami, zmartwieniami, żalami czy rozterkami ludzi najstarszych, czyli jednymi z tych pośród nas, którzy z racji swojego położenia najlepiej zdają sobie sprawę z kruchości własnej egzystencji. Dosyć powiedzieć, iż byłem w tamtym czasie dość starannie separowany od jakichkolwiek przykrych stron życia. Wyjazd do dziadków niespodziewanie poszerzył moją perspektywę, otwierając ją również na punkt widzenia tych, którym do kresu ich zagadkowej wędrówki pozostało już mniej drogi, niźli do jej początku. Spędzony tam czas gwałtownie wyrwał mnie z misternie tkanego kokonu pluszowej beztroski.

Zapytacie, cóż mnie tam, daleko od domu, spotkało? Wydawać by się mogło, że niewiele: ot, kilka podsłuchanych rozmów między dziadkami i ich znajomymi w podobnym wieku, poruszającymi jakieś obce, zupełnie niespotykane przeze mnie tematy; chorób, utraty sił powodującej konieczność rezygnacji z jakichś fizycznych zajęć, zgonów oraz pogrzebów przyjaciół czy dalszych członków rodziny, na jakie ktoś się wybierał albo z nich wracał. Wyłapawszy początek konwersacji o sprawach dla mnie jakże wtedy odległych i niezrouzmiałych, stanąłem jak wryty pod drzwiami, aby cierpliwie nasłuchiwać dalej, próbując czerpać z garści niedosłyszanych zdań jak najwięcej sensu. Gdy wchodziłem do pomieszczenia, w jakim owa rozmowa się toczyła, aby już jawnie się jej przysłuchać – natychmiast zostawała urywana lub zmienany był wątek. To, rzecz jasna, nadawało owym spotkaniom jeszcze większego nimbu tajemnicy i sensacji. Najwyraźniej stawał przede mną jakiś temat zakazany, dostępny jedynie dorosłym – co tylko rozpalało moją nienasyconą ciekawość i prowokowało do podejmowania kolejnych infiltracyjnych wysiłków. Musiało również wywoływać nastrój podejrzliwości – tego, że ktoś mi nie mówi całej prawdy o świecie, chce coś przede mną ukryć i celowo trzyma mnie w niewiedzy, z jakiej koniecznie muszę się wydobyć. Nieznośnym stanem było pozostawanie dłużej niż to konieczne ofiarą jakiejś intrygi, najwyraźniej zawiązanej przeciw mnie. Z tym większą determinacją więc wracałem do pokoju i zatrzasnąwszy dzwi czym prędzej wtulałem w nie uszy, starając się wyodrębniać słowa, zdania, ton i nastrój zagadkowych, fascynujących spotkań.

Gdy już przetrawiłem, o czym tam potajemnie mówili – stało się. Po raz pierwszy dostrzegłem otchłań, w głębinę której odważyłem się przytomnie spojrzeć. Oto pierwszy raz, w pełni świadomie i z całkowitym zrozumieniem dojrzałem losu będącego nie tylko moim przyszłym udziałem, nie tylko udziałem moich bliskich, ale również każdego z ludzi i absolutnie wszystkiego, co żyje. Przyglądałem się skończoności śmiertelników, uświadamiając sobie, iż jestem jednym z nich.

I jakiż to był niesamowity ogląd!

Porażała już sama skala – w jednej chwili dotarło do mnie, że tak naprawdę znajduję się na przepastnie olbrzymim cmentarzysku. Wszystko bowiem, co dawniej żyło, poprzedzało mnie – a teraz już brakujące, musiało przecież zginąć. Wszyscy ci ludzie, wszystkie zwierzęta, nawet roślny… A ile tego nieistniejącego już życia istniało przed moim istnieniem? Ile pokoleń nastąpi po mnie, gdy i ja przeminę? Gdzie to wszystko się podziewa? Czy zostało zupełnie wymazane, zastąpione obecnym? A może gdzieś jest zaświatowe składowisko, w jakim ten cały ogrom zostanie zgromadzony? Czy gdy umrę będę mógł poznać kompletny ciąg swych przodków aż do samego początku świata? Czy będę mógł zrozumieć, to czego nie uda zrozumieć mi się w przeciągu życia – pojąć to wszystko, co wykroczy poza granice mojej wyobraźni za życia?

Ale nie tylko sama skala śmierci i jej powszechność robiła na mnie wrażenie. Wiązał się z nią bezmiar żalu i wszelkiego cierpienia po stracie bliskich, co wydawało się być nieuchronnym doświadczeniem, jakie nie ominie żadnego ze śmiertelnych – każdemu zostanie ktoś odjęty lub też jego odjęcie stanie się przyczyną czyjegoś bólu. Gdy zmierzyłem się z tą myślą, jak przystało pięciolatkowi – rozpłakałem się. Cóż innego miałem zrobić? Z początku była to jedynie rozpacz po antycypowanej utracie wszystkich kochających mnie wtedy osób. Następnie przerodziła się w lament za całą ludzkością skazaną na syzyfową pracę grzebania siebie samej, by wreszcie rozciągnąć się nad wszelkim życiem, jeśli nie całością tego, co jeszcze jest a kiedyś przepadnie. Zdawszy sobie sprawę z kruchej tymczasowości tego, co było całym moim światem i wydawało się tak oczywistym, niewzruszonym i wiecznym, zacząłem ryczeć na całego. Dziadkowie oczywiście zorientowali się, co zaszło i starali się mnie jakoś uspokoić. Ale to, co się miało wydarzyć, już się wydarzyło. Dokonałem tego najistotniejszego przełomu.

W wyniku jednego przebłysku porządkującego wszystkie zdobyte informacje, stałem się tak naprawdę w pełni człowiekiem. Kimś świadomym własnej śmiertelnej natury, kto dopuścił w pełni myśl o zwieńczeniu przypadającego mu losu. Kimś, kto się z nią zmierzył a wreszcie i pogodził. Gdy już runęła starannie stawiana przez rodziców atrapa świata – świata kreowanego na gigantyczną Arkadię, wraz z rzeczoną chwilą nastąpił jakościowy przełom w moim życiu. Zmieniło się niemal wszystko. Przede wszystkim – postępowanie. Po raz pierwszy odnalazłem w sobie ten dziwny rodzaj szlachetności, wynikły z cichej troski o swych równie iluzorycznie zakotwiczonych w rzeczywistości współtowarzyszy egzystencjalnej wędrówki, z jakimi przecież było mi dane dzielić wygody i niewygody, związane nieuchronnie z jej odbywaniem. Pojawiła się pogłębiona introspekcja i szerszy namysł nad własnymi, ale też cudzymi działaniami. Chociaż byłem dzieckiem, tak naprawdę przestałem się za takie uważać. Odtąd większą uwagę przywiązywałem do kondycji, w jakiej znajdowali się inni, niźli do swoich zachcianek, które przecież w obliczu wielkiego przemijania przestawały w swej trywialności wydawać się tak ważnymi jak uprzednio. Dysponowałem wreszcie punktem widzenia wykraczającym poza osobisty interes, dystansującym się od jakichkolwiek pragnień. Jestem pewny, że tamto doświadczenie wyznacza również inny spośród moich życiowych przełomów – mianowicie, przełom w estetyce. We wspomnieniu owych dni odnajduję genezę swojego umiłowania patosu. Albowiem każdy, kto tylko ma odwagę mierzyć się z pokładami tak przejmującej głębiny, jaką jest śmiertelność świata a jednocześnie potrafi nie tylko dostrzec w nich piękno, ale też się nim napawać, zachowując przy tym świadomość, iż kiedyś jego samego to piękno zmoże i pochłonie, ten się wkrótce sam do owej głębiny upodabnia, osiągając w swym duchu jej rozpiętość. A gdy się tak już stanie, wtedy dla zaspokojenia wewnętrznej potrzeby, tęskny do pamiętnego przeżycia, będzie skazany na poszukiwania kolejnych reprezentacji kiedyś tak silnie doświadczonego przez siebie wymiaru. W naturze. W sztuce. Czy też w filozofii.

Ale przemiana nie ograniczała się jedynie do samego wnętrza. Był to dla mnie także czas przyjęcia nie tylko nowej postawy wobec świata, ale też nowej roli w nim. Narodzin pocieszyciela, który koniecznie musiał się podzielić swoim odkryciem z innymi, by i oni zostali odmienieni na lepsze, doświadczając tego samego ogromu, po to, by następnie znaleźć remedium, pozwalające afirmować wraz z nim tę straszliwą i początkowo trudną do strawienia prawdę. Ruszyłem więc do chwalebnego dzieła: zarażania świadomością śmierci koleżanki i kolegów z podwórka. Wyjątkowo trwale zresztą zapamiętałem tamten epizod – wiąże się z nim niesamowicie żywe wspomnienie: odprawianych przez siebie misteriów.

Jak można się domyślać, udźwignięcie prawdy tego kalibru w moim wypadku – kilkuletniego wówczas dziecka – wiązało się z tymczasowym, ale i kompletnym zafiksowaniem na niej. Spoglądając przez jej pryzmat życie zaczęło wydawać się jakąś dziwaczną aberracją. Wyjątkiem, utrzymującym się jedynie na ostrzu noża, zwanym teraźniejszością, dniem dzisiejszym. Przeszłość roiła się od trupów, przyszłość od groźb nieuchronnego dołączenia do nich. Jedynie iluzoryczne *teraz* zdolne było do chwilowego przechowania życia. Bezpośrednio po dokonaniu odkrycia własnej śmiertelności, pojawiły się pierwsze pytania o sens tego wszystkiego. Ale nie tylko: również kontakty z resztą okolicznej dziatwy zdominowała tematyka śmierci i właśnie ona została wyróżniona w zabawie, gdy akurat mnie zdarzało się nadawać jej ton. Nie wiem zresztą, czy w istocie była to jeszcze zabawa, czy już może początki jakiegoś rudymentarnego kultu – pod moją wodzą skupiliśmy się bowiem na wyszukiwaniu w okolicy martwych zwierząt i ich ceremonialnym grzebaniu w podniosłej atmosferze, uświetniającej godnie kres ich egzystencji. Pamiętam, że starałem się w przesłaniu tych uroczystości przekazać w jakiś sposób, to czego udało mi się doświadczyć, unikając raczej bezpośredniego epatowania widocznym rozkładem i zgnilizną, ale odnosząc się raczej do uniwersalności losu, stającej się spoiwem dla tych, którzy jeszcze żyją oraz uczestniczą w pochówku, tworząc razem wspólnotę śmiertelnych. Prosiłem na przykład, by każdy ze zgromadzonych wypowiedział, co jego zdaniem pięknego, pożytecznego albo przyjemnego wniosło każde z tych zwierząt a następnie tworzyłem pomost, pytając zebranych, co takiego oni chcieliby wnieść do świata, póki mają na to jeszcze czas, sugerując że kiedyś sami znajdą się w podobnym położeniu, co gnijące wówczas truchła nad jakimi stali.

Kiedy dziadkowie wypatrzyli nas między kilkoma usypanymi kopcami i zapytali, coż u licha tam wyczyniamy, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że odprawiamy pogrzeb. Po chwili rozpętało się piekło. Wściekli rozpędzili nas wszystkich do domów. Szybko okazało się, że najwyraźniej mój wymyślony na poczekaniu kult, wytworzony by jakoś uporać się z przeżytymi doświadczeniami, stoi na przeszkodzie innemu, znacznie od niego starszemu. Po raz pierwszy w swoim życiu usłyszałem słowo: „świętokradztwo”, dowiadując się przy okazji, że właśnie udało mi się takiego nieopatrznie dokonać. A dalej? Dalej doczekałem jednego z najbardziej surowych „opierniczy”, jaki zdążyłem chyba zebrać od kogokolwiek w swoim życiu i prawdę powiedziawszy, do dziś uznaję go za jedną z mniej sprawiedliwych spośród wymierzonych mi kar. Ale i na niej się nie skończyło, bo zostałem również poddany reedukacji. Aby zapobiec narodzinom herezji, babcia zabrała mnie do kościoła, gdzie okoliczny ksiądz wytłumaczył mi, że zwierzęta nie mają duszy i nie idą do nieba (tak jakby akurat wówczas koncepcja duszy była mi do czegokolwiek potrzebna…). Skończyło się na tym, iż uznawszy całe to zajście za próbę rzucania mi kłód pod nogi, walki z moją samodzielnością, zszedłem szybko do podziemia: zakopałem może jeszcze ze dwie wrony, ale już po kryjomu, tak by dziadkowie tego nie widzieli. Nie chciałem sprawiać im przykrości, jednocześnie jednak uznałem, że mam rację, stawiając na swoim i robię coś ważnego, mierząc się przynajmniej w ten sposób ze śmiercią i pomagając radzić sobie z nią innym.

Dlaczego w ogóle dzielę się tym wspomnieniem? Dlatego, że przenosi ono przynajmniej częściową odpowiedź na zadane wcześniej pytanie. Otóż moja przygoda związana z odkryciem własnej śmiertelności, doznaniem jedności z całą resztą przemijającego świata ożywionego, wynikłej z uświadomienia sobie własnego końca i bezpośrednio następującym wynalezieniu jakiejś formy kultu, unaocznia powód, dla którego to właśnie na śmierci wspierają się wszystkie cywilizacje. Mianowicie śmierć stanowi doskonały, trwały i uniwersalny wyznacznik zbiorowej tożsamości. Znakomicie spełnia rolę społecznego spoiwa. O ile więź wynikła z przypisania do lokalnego miejsca zamieszkania czy przynależności klasowej, bywają często w naszej egzystencji niekonieczną zmienną (wszak można zanotować awans społeczny lub też podupaść ze swoją pozycją, wprowadzić się gdzieś lub wyprowadzić) łączy nas kiepsko, a na ogół wręcz potrafi przesadnie dzielić, o tyle nieuniknioność końca i świadomość, że nikt przed nim nie umknie, niezaprzeczalnie nas łączy i zbliża ze sobą. Pod tym względem, wszyscy znajdujemy się w tej samej sytuacji, co tworzy potencjał do budowania bardzo szerokiego frontu porozumienia – społeczności szerszej niż wieś, gmina czy powiat. Cywilizacja zatem jest przede wszystkim szeroko zakreśloną zbiorowością śmiertelników, podchodzących w zbliżony sposób do życia, ponieważ ów stosunek jednocześnie wynika z implikacji innego stosunku: do nieubłaganie nadchodzącego kresu.

No dobrze, ale czy równie silnie nie łączy nas to, że wszyscy się urodziliśmy? Dlaczego ze swych narodzin lub aktu poczęcia nie uczynić takiego fundamentu? Czy i początek życia nie stanowi egzystencjalnego uniwersalium śmiertelnych? Owszem – stanowi, odpowiem. Ale czy dokonane ma szansę dorównać dramaturgicznemu potencjałowi groźby wciąż niedokonanego?

Śmierć oddziałuje na naszą wyobraźnię znacznie silniej niż poczęcie czy narodziny, których i tak nie pamiętamy ani nie wiążemy z nimi żadnych oczekiwań. Nie żyjemy w ich cieniu a większość ludzi (może za wyjątkiem paru zatwardziałych antynatalistów o freudowskim skrzywieniu) jest w stanie się pogodzić z myślą, że ich matki kiedyś odbyły stosunki z ich ojcami, w wyniku czego powstali. Godzić się ze śmiercią jednak bywa nieco trudniej, zwłaszcza gdy jej perspektywa zadaje kłam, poczynionym już osobiście przez nas, zamierzeniom – zawsze je przecież może przekreślić. Rozpatrzyć musimy też kwestię kontroli: o ile na swe urodziny nikt nie miał żadnego wpływu, o tyle na śmierć może już takowy mieć – pośredni, począwszy od rozporządzania swoim życiem, co wpływa na okoliczności, w jakich zejdziemy z tego świata, po zupełnie bezpośredni, gdy każdy z nas może podjąć decyzję o dokonaniu samobójstwa o wybranej przez siebie porze. Ponieważ nasza śmierć zależy również od nas samych; to znaczy może stać się naszym osiągnięciem lub wręcz przeciwnie – wyniknąć z głupiego błędu – jej rola niewątpliwie jest też znacznie bardziej dla nas doniosła – jest zwieńczeniem procesu naszej autokreacji. Wszystkie wymienione powyżej właściwości sprawiają, że to właśnie kres życia a nie jego początek wiąże ze sobą nasze potrzeby i zyskuje uwagę. A skoro czyni to tak skutecznie, znakomicie sprawdza się w roli fundamentu wspólnotowego życia. Moment zwieńczenia autokreacji jednostki, staje się kamieniem węgielnym dla kreacji zbiorowości i jej norm. Dopiero na trupie indywidualne może transcendować w kolektywne.

Z uwagi na powyższe, problematycznym zadaniem staje się odnalezienie jakiejkolwiek innej kandydatury. Bo cóż innego, jakiż element egzystencji śmiertelnych mógłby pod tymi względami przyćmić śmierć, by wokół niego stworzyć podwaliny dla ładu cywilizacyjnego? A przecież wątek korzyści namysłu nad swą skończonością został dopiero lekko trącony – daleko jeszcze do jego wyczerpania!

3. Finityzm wzmacniaczem wartości.

Pojedyncze dni uważaj za osobne żywoty.
–Seneka Młodszy

Tytuł bieżącej blognoty zdradza, że jej treść miała pierwotnie sprowadzać się do ujęcia aspektu, którym zajmę się w tej części. Nie ukrywam – gdy przysiadłem i zacząłem porządkować wywód, bardzo szybko okazało się, iż z łatwością jestem w stanie odnajdywać kolejne pożytki, płynące z tanatoskepsji, w dodatku odnosząc je w coraz większej skali, do coraz szerszych społecznych kręgów. Cóż, świat często zaznacza samopodobieństwem swą spiralną, fraktalną naturę – tak też się stało w tym przypadku. Kiedy dotarłem już do całych cywilizacji, zbudowanych przecież wokół jakichś zrębów myśli o śmierci i przypisanej jej roli [tzn. religii], jasne stało się, że wszelkie korzyści związane ze współpracą ogromnych rzesz ludzkich, przynajmniej częściowo, można zaliczyć na poczet zalet rozważań o swej skończoności. Bez pierwszego nie byłoby bowiem drugiego. Tekst zaczął pęcznieć, ale skupił się przede wszystkim na pożytkach wynikłych z samej integracji śmiertelników wokół śmierci. Tymczasem tanatoskepsja nie tylko ma potencjał wspólnototwórczy, ale przede wszystkim jest zdolna czynić poszczególnych poddających się jej ludzi lepszymi. Na przynajmniej kilka sposobów. Powróćmy więc do początku spirali i prześledźmy jakie korzyści może z myślenia o śmierci odnieść jednostka.

Uświadamiając sobie nieuchronność śmierci, zaznaczającej kraniec naszego życia, unaoczniamy sobie własną skończoność. A co oznacza bycie skończonym? Nic innego jak bycie ograniczonym do pewnych ram, w tym wypadku – czasowych. Rodzi to dość ważne konsekwencje: uświadomiwszy sobie skończoność swego istnienia, człowiek szybko pojmuje, że pośrednio został postawiony przed koniecznością dokonania selekcji. Ponieważ nie jest wieczny, nie będzie miał do swej dyspozycji czasu w takim wymiarze, aby uczynić w nim wszystkiego, co tylko możliwe i w całkowicie dowolnej kolejności. Nadany mu limit czasowy egzystencji ma dość zrozumiałe przesłanie: „Dokonaj swojego wyboru, uczyń to w odpowiedni sposób, aby go później nie żałować i do cholery – streszczaj się!” Nie masz szans przeczytać wszystkich książek – zatem musisz wybrać, niewielki w stosunku do całości ich zbioru, swój zestaw lektur. Podobnież nie poznasz wszystkich ludzi – musisz ograniczyć się do garstki znajomych. Nie zdobędziesz również całej dostępnej wiedzy, musisz więc zaczerpnąć przynajmniej jedną jej kroplę. Ale którą?

Sam akt bycia postawionym w sytuacji konieczności dokonania wyboru niechybnie zmusza do wartościowania, to znaczy oddzielania: rzeczy, ludzi, spraw, czynów i celów z jakichś powodów dla nas ważnych od tych mniej ważnych jak i zupełnie nieistotnych. Śmiertelnicy tacy jak my znajdują się więc pod presją i muszą wybrać spośród tego gigantycznego „wszystkiego” jakieś swoje, nieliczne „niektóre”, filtrując zawartość przeżywanego przez siebie doświadczenia świata. Zachować z niego coś, co do nich przemawia bardziej niż cokolwiek innego. Coś, co zostaje uznane za wystarczająco ważkie, aby wyróżnić to poprzez wielkoduszne udzielenie temu przestrzeni ograniczonego początkiem i kresem życia. Innymi słowy – poświęcenia swojego niezwykle cennego czasu i uwagi akurat *temu, co zostało wybrane* a zarazem udzielenia odmowy temu, co zostało odrzucone. Nasza skończoność skłania do czynienia deklaracji, opowiadania się za tym czy owym. Poprzez samo tylko postawienie przed koniecznością dokonywania wyborów implicite nadany zostaje aksjologiczny potencjał ich treściom. Warunkiem istnienia wszelkiego wartościowania jest ograniczoność, skończoność. Ona bowiem otwiera szansę zaistnienia wielości. Koniecznej, nieskończonej jedności nie sposób, ani odrzucić, ani też wybrać – jest się na nią skazanym, zatem nie ma w jej przypadku miejsca na jakiekolwiek wartościowanie. Dopiero zaistnienie wielości tworzy jakikolwiek potencjał dla aksjologii. [Pokłońmy się Diadzie Nieokreślonej!]

Kiedy pisałem, że bezpośrednio po pierwszym w mym życiu uświadomieniu własnej śmiertelności nabrałem pewnego rodzaju szlachetności, nie pomyliłem się wcale. Namysł nad śmiercią uruchamia w nas bowiem coś w rodzaju wewnętrznego cenzora, sędziego oceniającego dotychczasowe wysiłki i wybory. Gdy pomyślisz, że czyn jakiego się właśnie dopuszczasz, mógłby być Twym ostatnim, opuszcza Cię chęć zachowywania się byle jak i zaczynasz tworzyć swoje standardy. Rugujesz więc zachowania, które tak naprawdę Ci uwałaczają albo są stratą czasu i nie prowadzą w pożądane destynacje, pozostając jedynie przy tych kilku uznanych za najlepsze z możliwych. Przestajesz sobie pozwalać na drobne złośliwości, opryskliwość i upór w kwestiach miałkich – kończysz też z kapryśnością. Przywołanie świadomości własnej śmiertelności stawia nas do pionu. Dzięki niemu robimy się wybredni wobec siebie samych; staramy wybierać w życiu uważnie i najdoskonalej jak tylko jesteśmy w stanie. Wiąże się to pośrednio z kwestią doskonalenia moralnego, ale przecież na nim nie wyczerpuje.

Żywot człowieka świadomego swej skończoności upodabnia się do pudła rezonansowego muzycznego instrumentu, ograniczającego swymi ścianami jakąś przestrzeń, ale zarazem dzięki temu wzmacniającemu pojawiające się w niej dźwięki i nadającemu barwę brzmienia instrumentu. W przypadku egzystencji śmiertelnika, rolę ścian pełnią narodziny i śmierć, zaś różnica polega na tym, że wzmacniane są nie dźwięki, lecz wartości. Co jednak ciekawsze, owo wzmocnienie w największym stopniu odnosi się do akurat tych wartości, jakie możemy uznać za leżące w paśmie wartości natywnych, odpowiednich dla charakteru konkretnego człowieka. Z tym wiąże się następny potencjalny pożytek – poddającemu się tanatoskepsji łatwiej poznać samego siebie, odkryć swą wewnętrzną strukturę na podstawie wyraźnie zarysowującej się hierarchii wartości, padającej jak cień na świadomości oświetlanej blaskiem groźby jej ostatecznego unicestwienia. Kto myśli o śmierci, temu też z mniejszym trudem przychodzi odnalezienie swego powołania i oddzielenie go od tego, czym ono z pewnością nie jest. W efekcie – może zmaksymalizować swą użyteczność, ukierunkowując się jednocześnie na drogę prowadzącą ku osobistemu spełnieniu.

Poprzez mierzenie się z myślą o swoim końcu, jesteśmy również w stanie wyrwać się z bajora konformizmu – przestajemy ulegać otoczeniu, nie zadowala już nas mimikra czy naśladownictwo, porzucamy wygodnictwo a w zamian odczuwamy raczej imperatyw realizacji tego wszystkiego, od czego zależy nasza szczęśliwa, chociaż przecie nie zawsze łatwa, autokreacja. Nagle wiemy już, czym powinniśmy się zacząć zajmować, a czym skończyć – do kogo przylgnąć, od kogo odciąć – ujawnia się droga prowadząca do naszej osobistej eudajmonii. Zaczynamy też prezentować zdrowy egoizm. Nie chcemy ani chwili dłużej marnować puli swego niepewnego czasu na nadskakiwanie wokół innych i ich oczekiwań, często zupełnie nie licujących z naszym potencjałem. Zachowując własny kres w myśli, jesteśmy w stanie powrócić na właściwą ścieżkę a często dopiero odkryć ją po raz pierwszy. Gdy kontemplujesz swoją nadchodzącą śmierć, spoglądasz na świat z perspektywy, z jakiej wyjątkową niestosownością wydaje się być przeżywanie uczucia nudy. Kimkolwiek byś nie był, człowiecze, po prostu nie wypada Ci zabijać czasu, kiedy żywisz już świadomość, że w ostateczności to czas zabije Ciebie.

Nieprzypadkowo ludzie określani mianem ocalałych: ci, którym przytrafiło się świadomie otrzeć o śmierć – swoją bądź czyjąś, decydują się na przeprowadzenie diametralnych zmian w swoim życiu. Czasem ten pierwszy kontakt z Kostuchą, jakiego doznają: poważnie chorzy, ofiary wypadków albo napaści, ale też niedoszli samobójcy, stanowi dla nich na tyle istotne ostrzeżenie, że podejmują się realizacji ważnych korekt. Przede wszystkim, zaczynają dostrzegać i doceniać to, co było zagrożone – nawet jeśli nie bezpośrednio swoje życie, pełniące rolę nośnika, to potencjalną realizację wybranych wartości, celów. Wiedzą też, że dalsze zwlekanie z jakimikolwiek planami nie ma większego sensu. Przestaje rządzić nimi strach: czy to przed porażką, czy to przed sukcesem, przed niezrozumieniem albo czyjąś krytyką; w porównaniu ze śmiercią, przekreślającą jakiekolwiek szansę na osiągnięcie dowolnego celu, wszystko to staje się bzdurą, dziecięcą igraszką a ocalały dziwi się, że wcześniej skutecznie wszystko to powstrzymywało go od wypełniania jego przeznaczenia. Tanatoskepsja więc może przyczynić się w poszczególnych przypadkach również do terapeutycznego oddziaływania. Nie trzeba jednak sięgać tak daleko. Ekstrema, owszem, stanowią cenną, bo wyostrzoną ilustrację trendu, jaką już niesamowicie trudno nam zlekceważyć, ale nie musimy osobiście pchać się pod kosę, by wyciągnąć właściwą dla siebie lekcję. Być może jest prawdą, że niektórych otrzeźwić jest w stanie już tylko tego rodzaju wstrząs, pozostałym na ogół wystarcza znacznie mniej – czasem zupełnie adekwatnym bywa samo spotkanie z konduktem żałobnym albo samotny spacer wzdłuż cmentarza. O ile jednak lepiej, gdy nie pozostawia się tych tanatoskepsyjnych impresji zupełnemu przypadkowi a ich wzbudzaniem zajmuje się szeroko pojęta kultura!

Pozwólmy sobie zebrać lakonicznie omówione do tej pory funkcje, jakie może pełnić snucie refleksji na temat swej ograniczoności. Będą to: diagnostyczna, terapeutyczna, pedagogiczno-etyczna oraz motywacyjna. Dodać jeszcze należy intelektualną – wszak myśl o śmierci może stanowić bramę do ogólniejszego filozofowania, filozofia – nie zapominajmy – była przez starożytnych określana mianem sztuki umierania. Łatwo wysunąć spostrzeżenie, iż każda z tych funkcji wyznacza osobną kategorię pożytków, jakie może odnieść każdy praktykujący tanatoskepsję, stosując ją w różnych okresach życia. Namysł nad swą skończonością jest dla śmiertelnika podstawowym z kluczy do bram mądrości, spojrzenia na siebie z dystansu, dojrzenia własnego potencjału, co jest z kolei warunkiem koniecznym jego najpełniejszego wyzwolenia, rozwoju oraz realizacji projektu własnego życia, nim będzie za późno. Dorastania i zaprawiania się w dążeniu do cnót.

Największy problem leży jednak w tym, że śmierci nie musimy wcale do siebie dopuszczać. Możemy zapomnieć o niej w swej codzienności, zwłaszcza gdy nie widzimy, jak dotyka ona innych, gdy głośno o niej i jej implikacjach nie trąbi sztuka, gdy i religia domyślnie specjalizująca się w tej materii, bywa marginalizowana lub (co gorsza) sama szuka sobie tematów zastępczych, miast zajmować się tym, co jest jej psim obowiązkiem. Ominąwszy tanatoskepsyjny przekaz, możemy wcale nie zaczerpnąć wszystkich tych wymienionych dobrodziejstw, pozwalając, aby korzyści płynące z refleksji nad przemijaniem nas ominęły. Konsekwencje takiego stanu rzeczy będą nietrudne do wywnioskowania – wystarczy posłużyć się negacją wobec tego, co zostało stwierdzone powyżej (albo po prostu przyjrzeć temu, jak dziś w większości żyją nam współcześni…). Cóż zatem się stanie, gdy śmiertelnik zapomni o swej śmiertelności? Zniesie również w znacznej mierze „ściany” swego aksjologicznego rezonatora. W praktyce będzie się to wiązało ze zmniejszeniem częstotliwości nadarzających się okazji do dokonania życiowych korekt, z wydłużeniem czasu błądzenia po omacku, dryfowania zastępującego świadomą, aktywną autokreację. W głębi serca, wiemy przecież jak to się objawia; poprzez poświęcanie swej egzystencji sprawom trywialnym, przejawianie ambicji ukierunkowanych na tymczasowe, bzdurne wyczyny, wykonywanie prac zastępczych przy jednoczesnym zaprzepaszczaniu sprzyjających szans do czynienia tego, w czym można byłoby być naprawdę dobrym, przynosząc tym samym większy pożytek innym oraz odnajdując przy tym prawdziwą przyjemność. To też więcej okazjonalnych podtopień w oceanie niewiele znaczących opinii swego kręgu towarzyskiego, popadania w ludyczność i otępiania się zabawą, stanowiącą erzacowy wypełniacz. Ograniczenie do potoczności, naśladownictwa oraz generalnie rzecz ujmując – trudności w znalezieniu oraz zinternalizowaniu swojego sensu życia. Doświadczenie wrażenia ogólnego zagubienia i zewnątrzsterowność.

Z autopsji wiem, że najwięcej życiowych błędów, ale i pomniejszych potknięć, udało mi się zaliczyć (po przemyśleniu, już wcale nie tak) dziwnym trafem właśnie wtedy, gdy kwestia mojego nieuniknionego zejścia z tego świata uchodziła mi jakoś z ogólnej perspektywy – gdy popadałem, mimo swego wieku, z powrotem w niedojrzałość, z jakiej przecież już we swym wczesnym dzieciństwie próbowałem się z mozołem wygrzebać z pomocą swej niepohamowanej ciekawości. I nie sądzę, aby była to wyłącznie moja unikalna specyfika. Wielu z nas – jeśli nie wszyscy – tracąc z oczu swój kres, gubi również sens swego życia, wraz z nim jego radość, schodząc z drogi do prawdziwej wielkości, osuwając się w banał, nawyk i mierność.

Stanowi to zresztą jeden z najbardziej poważnych problemów dla zachodniej cywilizacji, która wyeliminowawszy wspólnotowe przeżywanie śmierci nie tylko z codziennego, życiowego doświadczenia jej członków, ale i w założeniu mającej dopełniać je przecież kultury, podminowała tym samym podstawowy system orientacji i stymulacji aksjologicznej, jakim uprzednio dysponowały tworzące ją jednostki. Coś, co dawniej było w sposób oczywisty zapewniane licznym rzeszom, owocując masowym przyrostem ich potencjałów oraz ich bardziej optymalnym ukierunkowaniem, dziś zostało przez nie utracone. Zatracona została również podstawowa wiedza dotycząca sensu i korzyści bycia cywilizowanym; utrzymywania oraz zachowywania pewnych zwyczajów i norm. Niestety, ale społeczność, która nie bodźcuje ku lepszemu współtworzących ją jednostek, przypominając im również o ich ograniczoności, de facto zaprzepaszcza ich talenty, dany im czas, marnując unikalne predyspozycje, jakimi zostały one obdarzone. W efekcie staje się, ciągnącą je na dno, kulą u nogi. Nie tylko nie tworzy dla nich zdrowego, sprzyjającego osiąganiu celów, motywującego otoczenia, wręcz przeciwnie, hurtem niszczy ich twórczy potencjał, łamie przejawianą inicjatywę i osłabia naturalny zapał. To właśnie jest najbardziej fundamentalny spośród wszystkich problemów upadającego Okcydentu. W zasadzie przestaje on zasługiwać na miano cywilizowanego, ponieważ obecne w jego kulturze treści, raczej szkodzą, niźli pomagają ludziom sięgać po swoje, aspirować do czegoś więcej, stawać się lepszymi, płodniejszymi twórczo, stanowić najszczęśliwsze rozwinięcie tego, kim mogliby się stać, pokonując swą niemoc. Dzisiejszy Zachód raczej tę ostatnią potęguje – popycha masy w bezradność, bierność, karmiąc co najwyżej otępiającym surogatem wychowania, który zamiast ułatwić, utrudnia osiągnięcie samodzielności.

Na podstawie powyższych zapisków, łatwo zrozumieć, że w swej istocie, wbrew wojtyliańskiemu rozróżnieniu, każda cywilizacja jest tak naprawdę cywilizacją śmierci. Stanowi szeroką zbiorowość, wykorzystującą celebrację ograniczoności egzystencji jej członków w celu wydobycia z nich najlepszego, co są w stanie nawzajem zaoferować. Cywilizacja to nic innego jak tylko społeczna technologia motywowania i popychania śmiertelników ku najbardziej właściwej realizacji ich samych, do przejęcia pałeczki w sztafecie pokoleń, zastąpienia poprzedników w pełnionych przez nich rolach, ale po uprzednim sprowokowaniu rozpoznania przeznaczenia, jakiemu winni podołać. To narzędzie szlifowania talentów. Bez masowo wzbudzanej refleksji śmierci ich rozpoznanie staje się o wiele bardziej ułomne. Dlatego też na tym właśnie elemencie zasadza się znaczna część przewagi społeczności cywilizowanych, czyli zapewniających swym populacjom bodźcowanie memento mori, chociażby za pośrednictwem oddziaływania użytecznych mitów, dotyczących takich czy innych zaświatów. Populacje pozbawione tego rodzaju instytucjonalnego, motywującego przypomnienia, nie są też w stanie wyzwolić z siebie pełni twórczych sił. Nie dokonawszy stymulacji i optymalizacji wysiłków swych członków, znajdują się w gorszym położeniu względem tych zbiorowości, które pozwoliły sobie tegoż dokonać, lepiej wykorzystując zgromadzony weń potencjał. Dlatego też nie sądzę, aby zresztą całkowicie zrozumiałe pretensje środowisk ateistycznych, materialistycznych lub antyreligijnych względem szeroko rozumianej kultury, obecności w niej wierzeń religijnych, mogły zostać uwzględnione bez szkody dla samego społeczeństwa, działającego skuteczniej i wydajniej, jeśli tylko pozostanie karmione tymi kilkoma oswajającymi ze śmiercią historyjkami, ale jednocześnie stawiającymi śmierć na piedestale, organizującymi życie w jej cieniu. Moim zdaniem, nieprzypadkowo nie powstała żadna cywilizacja, jaką można byłoby określić mianem świeckiej, zupełnie pozbawiona religii oraz kapłanów. Jak bowiem uporałaby się z powyższymi kwestiami, tym bardziej bez oddawania pola ewentualnie powstałej konkurencji, nie rezygnującej z przewag zapewnianych przez zbiorową tanatoskepsję, mogących przecież przechylić szalę zwycięstwa na swą korzyść?

4. Kilka słów o uroku fanatyka religijnego. O inżynierach społecznych i siewcach nowych ładów.

Wielcy niemal zawsze giną głupio. Nie o to jednak w tym chodzi. Nie chodzi o trupy dla trupów. Zasada jest zawsze taka, że tam gdzie trup pada, pozostali uczestnicy zachowują się poważnie. Jak nie ma trupów to z czasem pozostaje śmieszkizm i pierdololo.

kr2y510, o upadku obyczajów w wyścigach Formuły 1 – Cywilizacja mentalnych cweli, piździelców i biologicznych odpadów Homo Sapiens

Konflikty cywilizacji pozostają niezmiennie nośnym tematem. Nic nie rozpala wyobraźni i sprzedaje niusów tak dobrze jak narracja przedstawiająca wizję zderzenia wielkich mas ludzkich, zorientowanych wokół odmiennych, kulturowych paradygmatów. Ogół populacji, wiodący z reguły monotonny i jednostajny żywot, zostaje oto w jednej chwili wyniesiony do roli zbiorowego bohatera, uwikłanego w jakąś kluczową, epicką walkę. Dajmy na to, o zachowanie swojego stylu życia – zresztą nieważne o co; po prostu przeżywającego groźną dla siebie przygodę. Proszę, jak z miejsca zaczyna robić się ekscytująco! Kiedy już wieść o dokonanym akcie terroru się rozniesie, możemy być niemal pewni, iż pierwszą spośród insynuowanych opcji motywu będzie konflikt kulturowy. A jeśli pojawia się pokusa, aby pojedynczą ofiarę wynieść do rangi awangardy poległych w nadchodzącej wojnie „nas” z „nimi”, znajdą się i tacy, co bez skrupułów skorzystają z nadarzającej się ku temu okazji, by zaangażować nawet tych bezpośrednio niezaangażowanych, odwołując się do najszerszych zbiorowości tożsamościowych, jakie stanowią cywilizacje. Szansa mobilizacji wielkiej wspólnoty w obliczu nadchodzącego ataku zewnętrznego wroga jest dla wielu jej animatorów nazbyt nęcącą, aby zrezygnować z palenia wici, walenia w tamtamy oraz ogłaszania kolejnych świętych wojen.

Historia oczywiście zna przypadki tego rodzaju zdarzeń – niekiedy kończyły się one nawet całkowitym unicestwieniem przegrywających stron i konwersją tego, co z nich pozostało do standardów kultury zwycięzców. Na ogół jednak los taki stawał się udziałem tych, którzy nie dysponowali: ani odpowiednim rozpoznaniem, ani regulujące normy ich cywilizacji nie okazywały się atrakcyjne dla agresorów, ani też nie mogli przeciwstawić swych przewag na innym polu. Ulegali więc pod zewnętrznym naporem. Jednak w pozostałej liczbie wypadków starcia podobnego kalibru zachodzą między dobrze znającymi się stronami, często uodpornionymi na zabiegi obcej kultury, dysponującymi zbliżonymi potencjałami. Wszystko to sprawia, iż trudno o szybkie i decydujące zwycięstwo któregokolwiek rywala, zwłaszcza gdy nikomu też nie spieszy się do jakiejś zasadniczej eskalacji konfliktu. Sprowokowanie ogólnocywilizacyjnego zderzenia interesów nie jest łatwym zadaniem – kolejek ochotników chętnych do uczestnictwa w walkach prowadzonych wyłącznie o wartości i ideologie też jakoś nie sposób wypatrzeć. Na ogół te spośród politycznych drak, określanych szumnym mianem zderzeń cywilizacji, sprowadzają się tak naprawdę do lokalnych sporów drobniejszych wspólnot (albo konkretyzując do dzisiejszych realiów: mniej lub bardziej lekkomyślnych szarż Stanów Zjednoczonych przeciwko reszcie świata, której zdarza się być osadzoną w takim czy innym paradygmacie kulturowym). Lecz nawet biorąc pod uwagę sensacjogenną przesadę, z jaką nieraz spotkamy się przy medialnych komentarzach, w nagłaśnianych zjawiskach możemy również odnaleźć ciekawy materiał do przemyśleń na temat roli śmierci w tworzeniu cywilizacyjnego ładu.

Ostatnimi czasy wieść niesie o sensacyjnych a zarazem okrutnych wyczynach Państwa Islamskiego. Zabijanych ludziach, niszczonych zabytkach, masowym uchodźstwie. Ale nie tylko. Pobocznym wątkiem pośród tych doniesień, okazującym się według mnie jednocześnie najbardziej interesującym, jest sprawa europejskich ochotników walczących lub w inny sposób opowiadających się po stronie kalifatu. Cóż, jeśli rzeczywiście interesuje nas starcie cywilizacji, to należałoby przede wszystkim odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie; czym wspomnianych, aktywnie zaangażowanych w ich konflikt ochotników, nęci do siebie ISIS bądź czym ich odpycha dzisiejszy Zachód? Dlaczego oferta dżihadystów okazuje się dla kogoś atrakcyjna? W czym tkwi urok religijnego fundamentalisty?

Otóż, gdybyśmy wejrzeli w strukturę motywacji fanatyka religijnego, szybko okazałoby się, że jest ona zbliżona do tej, jaką możemy znaleźć i rozpoznać u omawianych wcześniej… ocalałych. W obu przypadkach perspektywa śmierci odgrywa kluczową rolę i popycha do działania, nadając zarówno jednym jak i drugim witalistycznych walorów. Różnica polega na umiejscowieniu źródła motywacji. Ocalały, osobiście doświadczając kruchości swej egzystencji, sam odkrywa swoje powołanie, odnajdując zajęcia bądź cele, jakim odczuwa potrzebę się oddać. Stanowią one dla niego wartość i skłaniają go do oczyszczenia życia z patyny szkodliwych nawyków oraz lepszego ukierunkowania wysiłków. Fanatyk z kolei, obcując ze swą śmiertelnością poprzez pryzmat zewnętrznej wobec siebie doktryny, wymaga, aby wartość jego życia wyznaczało dopiero sprostanie określonym obowiązkom do wykonania, z reguły nadanym mu przez osoby trzecie, obdarzone odpowiednim autorytetem oraz interpretujące ową, uznaną przez niego, doktrynę. Wartości ocalałego są już przez niego zinternalizowane i wobec niego immanentne; stanowią pochodną jego własnej struktury, jaką zdążył przed sobą odsłonić – wartości fanatyka natomiast opierają się na transcendencji, jaką w swym mniemaniu ostatecznie osiągnąć może jedynie dzięki posłuszeństwu oraz okazanemu zapałowi przy wykonywaniu konkretnego zadania bądź ogólnych zaleceń swej religii, skutkujących utwierdzeniem przy nich społeczności.

To jednak nie wszystko. Jak głosi znane przysłowie; „cierpienie uszlachetnia”. I jest to prawda, w tym względzie, w jakim może uszlachetniać choroba – mianowicie, poprzez unaocznienie dotkniętemu nią jego własnych ograniczeń, jakich nie dostrzegał, gdy znajdował się w pełni zdrowia. Świadomość owych ograniczeń skłania uświadomionego do ich przekraczania lub pokornego wzięcia pod uwagę na przyszłość w swoich dalszych działaniach, zwłaszcza gdy owe ograniczenia są nieprzekraczalne. W tym sensie, zarówno doświadczenie ograniczeń choroby jak i cierpienia stanowi substytut refleksji o własnej śmiertelności – często zresztą bezpośrednio się z nią wiążą, uruchamiając odpowiednie skojarzenia i namysł. Chory i targany cierpieniem również musi ograniczyć się w wysiłkach do najważniejszych celów, nie ma bowiem szerokiego zasobu sił, które mógłby przeznaczyć i zmarnotrawić na coś innego. Cierpienie jednak w powszechnej opinii nie uszlachetnia jedynie samego cierpiącego, ale również i jego cele, zwłaszcza gdy jest on w stanie intencjonalnie tym cierpieniem okupić ich realizację. To banalne, ale gotowy na męczeństwo w imię zamierzonego celu, w swych niewzruszonych dążeniach nabiera pewnego rodzaju charyzmy, zwłaszcza pośród pozbawionych podobnej pewności wobec siebie i swojego przeznaczenia. Jeśli jesteście w stanie widowiskowo cierpieć w imię swoich celów i wartości – jakkolwiek głupimi by one nie były – zyskacie przewagę nad tymi, którzy dla tych obranych przez siebie nie będą w stanie poświęcić równie wiele. Mniej pewni swego na ogół przegrywają grę w cykora, ustępując pola bardziej zdeterminowanym, tracąc na ich rzecz część autorytetu. Pod tym względem fundamentaliści z mocno zakorzenionym systemem wartości są zdolni przelicytować pozostałych, nadając swym celom lepszych pozorów słuszności. W społecznej praktyce argumentami ostatecznymi są wszak działania, na ogół opłacone widocznym i łatwo zrozumiałym dla pozostałych członków społeczności trudem. Taki trud bowiem w jakże demonstracyjny sposób świadczy o uznaniu przez konkretną jednostkę celu za wystarczająco ważki, by w ogóle znosić wszystkie niedogodności związane z jego realizacją. Im większe poświęcenie, tym najwyraźniej bardziej godny szacunku cel. Resztę załatwia już sam konformizm: im większa liczba ludzi jest skłonna zdobywać się na tym większe poświęcenia dla danego celu, tym bardziej wydaje się on być czcigodny społecznie.

Głównym problemem Zachodu wydaje się być przede wszystkim niewystarczające ukorzenienie wartości jego cywilizacji pośród składających się na niego populacji. Świeckie, lewicowe programy, jakie obecnie opanowały sferę atlantyckiej kultury i aspirują do stanowienia o kośćcu duchowym Europy i obu Ameryk – całe szczęście – są areligijne lub wręcz antyreligijne. Z racji ich techniczno-racjonalizatorskiego charakteru, pociągającego za sobą adekwatnie dobrane, inżynieryjno-społeczne metody wpływu na moralność zachodnich społeczeństw, poddają te ostatnie zaledwie pobieżnej tresurze. Nie są w stanie zejść głębiej, ponieważ należą do tradycji intelektualnej dziedziczącej oświeceniowy rys, w znacznej mierze implikujący całkowite pominięcie aspektu refleksji o ludzkiej śmiertelności, spostponowania jej a nawet odrzucenia jako przeżytek – domenę zabobonu i rządów strachu, integralnie przynależną znienawidzonej przez Oświecenie instytucji – religii. Mamy tu do czynienia z niebywałą przewrotnością rzeczy. Otóż, Oświeceniowcy stoją w ustawicznym rozkroku; z jednej strony niesamowicie zależy im na skutecznym oddziaływaniu na szerokie populacje i realizacji dalece zakrojonego, reformatorskiego programu, lecz z drugiej strony nie mogą sobie pozwolić na to, by stać się w oczach postronnych kolejną kastą kapłańską. Abstrahują więc kompletnie od religii, której przecież uprzednio wytoczyli wojnę, wykreślając jako zbędną w nowoczesnym, światłym społeczeństwie jutra. Tym samym wyrzekają się więc i pozbawiają jedynego narzędzia, jakie mogłoby im pomóc trwale osiągnąć pożądaną zmianę. Zamiast z niego skorzystać, ograniczają się do tworzenia ideologii. Ideologie zaś mają to do siebie, iż z natury rzeczy są martwe – stanowią jedynie kandydatury zestawów aksjologicznych, wzorców normatywnych i algorytmów działania. Aby jednak ożywić je i zaimplementować w działającym społeczeństwie potrzeba czegoś więcej niźli tylko postulatów, nawet tych najlepiej uzasadnionych. Potrzeba ich metafizycznego zakotwiczenia i odniesienia względem niezmiennego charakteru człowieka jak i świata, aby wydawały się wręcz konieczne oraz stanowiły naturalne dopełnienie powyższych – wymagane jest ich podparcie wiarą oraz praktyką. Poprawnie sformułowana religia oferuje to wszystko; czyni nawiązania do bardzo mocnego egzystencjalnego powszechnika – nieuchronnej dla każdego śmierci – jest podstawową racją jej istnienia, nie ma też kłopotu z ustanowieniem etyki i wytworzeniem wspólnej tożsamości wyznawców. Co więcej, wyprowadza również szereg obowiązkowych praktyk, na ogół blisko związanych sensem z głoszonymi przezeń wartościami i naukami, przekładając się na faktyczne działania w świecie rzeczywistym. Dokonuje zatem realnego rozruchu inicjatywy w preferowanym przez siebie kierunku oraz pozwala na jego utrwalenie. Ideologia tego ostatniego nie czyni. Wyznawanie takiej lub innej ideologii nie musi wiązać się z żadnymi działaniami w świecie, może ograniczać się do samej jedynie sympatii lub deklarowanego publicznie poparcia – niekoniecznie jednak oznacza wzięcie na siebie realnych obowiązków względem pozostałych zwolenników owego punktu widzenia. Samo tylko przyjęcie danego światopoglądu, w przeciwieństwie do religii, nie jest w żaden sposób zobowiązujące: wszak zawsze można stanąć na stanowisku, iż wprawdzie mamy jakieś poglądy, ale się z nimi nie zgadzamy a już na pewno z tego tytułu żywionej wizji świata, nikt nie może nas pociągnąć do jakiejkolwiek odpowiedzialności. To stanowi zasadniczą różnicę między ideologią a religią. Tej ostatniej rzadko nie udaje się wypracować metod dyscyplinowania swoich wyznawców, chociażby przez wykluczanie ze swoich szeregów tych, którzy nie wypełniają jej zaleceń albo łamią jej dogmaty, schodząc w ten czy inny sposób na manowce herezji, wypaczając treść konkretnej nauki. Ideologie o wiele łatwiej poddać dewiacji, co widzimy na przykładzie (de)ewolucji liberalizmu, a tym bardziej utylitarnie porzucić na rzecz innych, gdy będzie to korzystne – z wiarą, która stawia o wiele wyższe wymagania od człowieka, kwestia transferów przedstawia się zupełnie inaczej.

Wziąwszy pod uwagę powyższe, łatwo możemy dostrzec i zrozumieć powierzchowność wartości Zachodu. W aspekcie aksjologii Europa przypomina miasto z planu filmowego. Fronty budynków mogą piąć się wysoko i zachwycać misternymi zdobieniami, lecz to tylko atrapa, którą podtrzymuje niezmiernie wątły stelaż. Nadęta, pusta w środku wydmuszka. Tak szumnie zwane wartościami społeczeństwa świeckiego, w istocie rzeczy są jedynie wartościami elity tegoż społeczeństwa, usilnie i zarazem nieudolnie starającej się je doprowadzić do pożądanego przez siebie, często wewnętrznie sprzecznego, bo podyktowanego wąskimi interesami lobbujących za czymś grup, kształtu. W zasadzie wartości te utrzymują się w przestrzeni publicznej tylko w ramach konformizmu społecznego – z chwilą, w jakiej przestałyby być tłoczone przez środki przekazu bliskie władzy, utraciłyby natychmiast swą rangę. Tak naprawdę nie chodzi o to, że: tolerancja, poprawność polityczna czy równouprawnienie jakichś grup społecznych, tak agresywnie dziś promowane w mediach, są w immanentny sposób, treściowo, skazane na nieatrakcyjność. Otóż, nie. One są nieatrakcyjne, ponieważ ogół populacji zdaje sobie sprawę z ich nieorganicznego, narzuconego z zewnątrz pochodzenia a w głębi duszy uznaje je za obce i nie przejawia najmniejszej potrzeby ich wyznawania. Wszak nie wynikają z żadnego powszechnie przyjętego systemu metafizycznego, nie są nadane przez poważany autorytet, marnie odnoszą się też do witalistycznego pędu, jaki przydaje się w zmaganiach dnia codziennego. Nie wiążą się, w życiu śmiertelnych, ani z żadną intymnością, ani świętością – nie stanowią integralnej części przykazania czy rytuału, odpowiadającego na najbardziej uniwersalne potrzeby. Wręcz przeciwnie; wartości te są dawkowane w formie dość siermiężnej, propagandowej agitki – kto ją promuje, oczekuje oczywiście podporządkowania, ale nie oferując niczego w zamian. Z tego też względu ich oddziaływanie jest ograniczone. Owszem, skoro rządzący lub nawet już aspirujący do władzy naszymi sumieniami wymagają i strofują nas, byśmy poważali ich wartości, w sferze publicznej, w jakiej mają nad nami kontrolę, jesteśmy w stanie pokazowo to czynić. Nie zmienia to jednak faktu, że prywatnie nie zamierzamy już kiwnąć w ich obronie nawet palcem, w skrytości ducha ciesząc się, że banda świeckich umoralniaczy, nawet w pełni swej politycznej władzy, staje bezsilna przed wyzwaniem, jakie ewidentnie ją przerasta a może nawet i pochłonie.

Zarówno uważny obserwator jak i wytrawny uczestnik życia społecznego oczywiście znakomicie wiedzą, że to wszystko stoi wyłącznie dla picu i reszta społeczeństwa naprawdę w to nie wierzy. Nie ma nawet dobrego powodu, by wierzyć. Z racji swej ugrzecznionej uległości – tchórzostwa – nie będzie, co prawda, otwarcie sprzeciwiać się rojeniom feministek, egalitarystów spod znaku orientacji seksualnej i innych orędowników społecznej sprawiedliwości, wyznaczających społeczeństwu świeże cele moralne, jakim winno ono sprostać (oraz wynajdujących co dekadę nowe, represjonowane mniejszości, którym konieczne należy zadośćuczynić), ale też nie będzie traktować tych ideologów serio, za ich plecami niewybrednie natrząsając się z tego, co głoszą. Mogą stanowić wysoko postawiony na drabinie społecznej, posiadający władzę, ale jednak wciąż tylko folklor – zupełnie niereprezentatywny i jakże odległy wobec potrzeb oraz uniwersalnych problemów zwykłego człowieka. Wystarczy ich przeczekać, zresztą za lat pięć czy dziesięć i tak wyskoczą z nowymi problemami społecznymi oraz ideologiami służącymi ich rozwikływaniu – działa to jak moda. Problem polega na tym, że tego rodzaju cynizm i bezideowy dryf rodzi w końcu dekadencję i nihilistyczny uwiąd a także rozpad więzi społecznych, styranych już dostatecznie kolejnymi chaotycznymi stymulacjami inżynierów społecznych, operujących ostatecznie na żywych relacjach. Po pewnym czasie ludzie mają tego dość i się wycofują, tym bardziej, że od tego rodzaju świeckich kultów nie otrzymują nic w zamian. Próżną nadzieją jest oczekiwać od nich, iż z własnej woli, za darmo, zupełnie oddolnie będą powielać nawoływania nieudacznych dyktatorów swych sumień. To kolejna rzecz, która odróżnia porządek religijny od porządku ideologicznego.

U dżihadystów reprezentujących świat islamu podobnego rozdźwięku nie ma. Zarówno elity jak i doły, spojone wspólną religią, walczą o dokładnie ten sam cel – dominację własnych, autentycznie własnych, wartości. Dla postronnych już sama zwartość grupy może być atrakcyjna i stanowić o cywilizacyjnej wyższości przyjętej formy organizacji, sprawniej osiągającej powzięte cele (jakimikolwiek by one nie były). Ponieważ muzułmanie nie zatracili religijnej orientacji, prezentują w swoich poczynaniach również odpowiednią żywotność. Nie obawiają się niewygód, są otrzaskani ze śmiercią, co daje im benefity, o jakich traktuje przecież cały ten wpis. Na tle świeckiej Europy prezentują się tak, jakby mieli inicjatywę. I ją mają. Zachód może odpowiadać zaledwie wyrazami moralnego oburzenia, które jednak nie jest specjalnie żywiołowe, gdyż nie czerpią energii z bolesnego podrażnienia głęboko osadzonego sacrum. Naruszane świeckie wartości nie mogą w najmniejszym stopniu aspirować do tego miana, ponieważ nie wiążą się, ani ze śmiercią, ani z obietnicą jej pokonania. Pozbawione dostępu do tego katalizatora ludzkiej motywacji, tracą również szansę na głębokie ukorzenienie w mentalności populacji – nie zdobywają jej wyobraźni, nie mogą też stymulować jej witalistycznych sił, pozwalających utworzyć zdecydowany, tożsamościowy opór. Najbardziej widocznym przejawem tej bezsilności były reakcje po ataku na redakcję Charlie Hebdo, które skomentowałem gościnnie u smootnego, zauważając na czym polega różnica między muzułmańską reakcją na obrazę uczuć religijnych a europejską reakcją na ograniczanie wolności słowa. Otóż, wspomniana wolność słowa mogłaby być broniona z tym samym zapałem, gdyby… sama została uznaną wartością religijną a jej praktykowanie zostałoby głęboko uzasadnione na poziomie światopoglądu, nie zaś stanowiło zaledwie czysto utylitarną konstrukcję. To właśnie stanowi o różnicy: czysto utylitarne konstrukcje poddaje się, gdy z rachunku użytecznościowego wynika, że nie opłaca się ich utrzymywać – na przykład, gdy grozi za to zbyt dotkliwa kara, taka jak śmierć z ręki zdeterminowanych wyznawców mekkańskiej religii. Czysto utylitarne konstrukcje utrzymywane są warunkowo. Świętości natomiast nie poddaje się nigdy, bez względu na konsekwencje. I to właśnie uznawanie świętości pozwala przejmować inicjatywę i dokonywać przełomu na swą korzyść. Zwłaszcza, gdy rywal takimi nie dysponuje.

Świat Zachodu kopie swój grób, abstrahując od ożywczej potęgi śmierci. Zachłyśnięcie się własnymi sukcesami na polu naukowo-technologicznym poskutkowało przy okazji odwróceniem uwagi i amnezją w kwestiach znacznie bardziej podstawowych. Nie zamierzam kwestionować tego, że jesteśmy w stanie tworzyć coraz bardziej wydajne komputery, produkować bezpieczniejsze samochody i nie można nam odmawiać wyrafinowania epistemologicznego oraz ogólnej inteligencji, ale o kulturotwórstwie, patrząc przez pryzmat problemów, jakimi żyją obecnie tak zwane kręgi humanistyczne, nie mamy dziś najmniejszego pojęcia. Nie inwestując sił w religię (najpopularniejszą ze społecznych implementacji śmierciomyślicielstwa) notujemy tak naprawdę gigantyczny regres pod względem żywotności. Pod względem praktycznej wiedzy o tworzeniu tożsamości społeczeństw, nawet ludzie sprzed kilku tysięcy lat wypadają lepiej w porównaniu z nami. Należy jednak uczciwie przyznać, że mieszkańcy Okcydentu nigdy nie byli specjalnie wybitni w układaniu jakichkolwiek spirytualistycznych klocków, kierując się raczej ku bardziej pragmatycznym dziedzinom życia. O tym może świadczyć fakt, iż nawet największe europejskie mocarstwo starożytności – Rzym, nie wypracowało samodzielnie żadnego własnego rozwiązania, zadowalając się wypróbowanymi, importując je z sąsiedniej Hellady. A nawet ci greccy filozofowie, historycy i podróżnicy przejawiali pod kątem religii kompleksy względem Egiptu. O czym tu zresztą mówić? Sam sukces zaimportowanego z Bliskiego Wschodu chrześcijaństwa świadczy raczej na rzecz tezy o tym, że na miejscu nie było nikogo, kto byłby zainteresowany a przede wszystkim, kompetentny, w kwestiach transformacji przeprowadzanych poprzez tę dziedzinę ludzkiego doświadczenia. Cokolwiek tu w aspekcie duchowości uprzednio istniało, z kretesem przegrało z religią pochodzącą z innego kontynentu i zostało przez nią doszczętnie wymiecione. Nie bez przyczyny – płacz za rodzimowierczymi wierzeniami nie ma najmniejszego sensu; należy zdać sobie sprawę, że zostały wyparte, ponieważ nie były odpowiedzią na realne potrzeby ówczesnych populacji, tym bardziej, jeśli zważymy z jaką łatwością zostały poddane. Pora się jednak obudzić, ogarnąć i wreszcie nadrobić zaległości, bo przyjdzie czas, gdy samo gadżeciarstwo nas nie uratuje. Już nadchodzi: tworzymy paranoiczne względem siebie populacje, rozgrywane przez polityków dla krótkoterminowych korzyści. Generujemy rzesze ludzi z fobiami społecznymi, niepewnymi jak powinni zachowywać się w towarzystwie, od jakiego będą później stronić, zamiast z nim współpracować. Wychowujemy pokolenia nieudaczników, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o tym, kim są, na co ich stać i gdzie leży ich przeznaczenie. Zamiast doradzać im, jak na podstawie wrodzonych ukierunkowań wybrać oraz zdobyć umiejętności umożliwiające usamodzielnienie i szczęśliwą realizację osobistą, karmimy ich lękami a następnie staramy się chronić przed niebezpieczeństwami, z jakimi nigdy ich nie nauczyliśmy się potykać. Ludzie boją się żyć, podejmować wyzwań, są słabi psychicznie oraz postrzegają najbliższe otoczenie przez pryzmat klasowych teorii jako sobie wrogie i obce. Skutkom tego nie zapobieże żadna appka na smartfona. Możecie o tym zapomnieć. Tu potrzebna jest poważna korekta kultury i wychowania. No i animacja jako środka do tego celu zupełnie innej, dawno porzuconej technologii…

Eksperyment świeckiego społeczeństwa powoli się kończy. Odpowiem Wam, co jest powodem wizerunkowych zwycięstw radykalnego islamu. Nic ponad trywialność Zachodu, który w cywilizacyjnym Kulturkampfie nie jest w stanie zaprezentować się jako strona dojrzalsza. Trudno o to, gdy roztrwoniło się najbardziej podstawowy kapitał, stanowiących z kolei kanon dla tych niebezpiecznych, pogardzanych, „ciapatych” barbarzyńców. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z rozczarowanym drugim pokoleniem z imigranckich rodzin, czy nowymi konwertytami, porzucającymi swe dawne, dekadenckie społeczności, które w nic nie wierzą i nie są w stanie niczego bronić, oni podskórnie wyczuwają; gdzie jest ruch, życie, inicjatywa i uświadomiony cel decydujący o jasnej tożsamości. Tutaj go nie ma. Nawet reprezentaci awangardy postępu, wiodący swe kraje nad kulturową przepaść, odczuwają przewagę ludności napływowej w tym względzie. Wystarczy przypomnieć słowa szwedzkiej socjaldemokratki, Mony Sahlin.

Elity nawiązujące do tradycji oświeceniowej nie potrafią nadać Zachodowi żadnej nowej tożsamości. Jedynym, czego udało im się dokonać, było podkopanie w tym względzie pozycji i autorytetu chrześcijaństwa. Nie zaproponowali jednak niczego w zastępstwie a także wytworzyli pustkę, której żadne pobieżne ideologie nie są w stanie zapełnić. Osłabili i uczynili Okcydent podatnym na zewnętrzne, ale też wewnętrzne wstrząsy. W mojej opinii nie stanowi to jednoznacznie negatywnego zrządzenia losu. Otwiera bowiem okno szansy – kto pierwszy zorientuje się w sytuacji i przypomni dryfującym śmiertelnikom Zachodu o ich śmiertelności a przy tym zaoferuje nowy, atrakcyjny dla nich porządek sumienia, ten też będzie mógł zapoczątkować odnowę i nadać nowy kierunek biegowi historii. Przedpole zostało w zasadzie oczyszczone, wystarczy na nie wejść ze swoją ofertą i zacząć zagospodarowywać.

5.Kapryśność nieśmiertelnika. Czy mądrze jest dążyć do nieśmiertelności?

Śmierć nadaje sens życiu, dlatego trzeba mieć ją zawsze przy sobie – w myśli.
— Stefan Kisielewski (a zapewne również dziesiątki tysięcy innych, anonimowych ludzi)

Oponenci mogliby rzec; „Dobrze, wskazałeś nam istotną rolę, jaką odgrywa w życiu pojedynczego człowieka tanatoskepsja i wyjaśniłeś też funkcję adaptującej jej na masową skalę religii, przekładającej się na życie wspólnotowe. Ale zdajesz się zapominać o jeszcze jednej opcji. Wszak możemy ostatecznie unieważnić obie te instytucje, jeśli tylko zdołamy pokonać samą śmierć.”

Owszem, istnieje jeszcze jedno rozwiązanie – jest nim ucieczka do przodu. Strategię tę można podsumować krótko: byle dociągnąć do transhumanistycznego przełomu, który, miejmy nadzieję, nastąpi wraz z nadejściem technologicznej osobliwości. Wraz z nią powinniśmy osiągnąć jakiegoś rodzaju nieśmiertelność – transfery umysłów, kompleksową odnowę nanotechnologiczną, rozwiązania gwarantowane przez inżynierię genetyczną i tym podobne. Z punktu widzenia technokratycznego millenaryzmu można zupełnie spokojnie pozwolić sobie na zaniedbanie tanatoskepsji, ponieważ w perspektywie nadchodzącej osobliwości śmierć przestanie być dla (post-)ludzkości jakimkolwiek sensownym punktem odniesienia lub jej kulturowe znaczenie zmieni się na tyle, iż nie będzie mogła już pretendować do dawnej roli. Czy takie stanowisko można jednak w ogóle obronić?

Tradycja ludzkiego roszczenia wiecznej egzystencji stawianego przyrodzie jest zapewne tak stara, jak stary jest gatunek ludzki. Zauważyliśmy już, iż religia, jako masowa technika śmierciomyślicielska, także bazuje na tym pragnieniu, czyniąc mu zadość przez stawianie obietnicy jego osiągnięcia po spełnieniu określonych warunków i przeprowadzenia życia w zadany sposób. Czyni to jednak niejako z konieczności – o ile bowiem tanatoskepsja sama w sobie służy, raczej na przekór, amplifikacji motywacji witalistycznych, wzmożeniu wysiłków w życiu w obliczu nadchodzącego jego końca oraz ma być katalizatorem działania, o tyle w wielu przypadkach może bywać zupełnie nieskuteczna albo wręcz szkodliwa. Ma to miejsce wtedy, gdy myśl o swojej śmierci powoduje u kogoś paraliżujący lęk przed nieistnieniem i zamiast zmotywować do podejmowania wspomnianych wysiłków, całkowicie go demotywuje. Religie więc działają osłonowo – poza nagą kontemplacją oraz kultem śmierci, oferują też jakąś perspektywę życia po życiu, wędrówki dusz czy czegokolwiek innego, co pozwoliłoby zaprzeczyć perspektywie ostatecznego unicestwienia a tym samym, uspokoić swych wiernych. Dzięki temu, tanatoskepsją mogą zajmować się również ci lękliwi, którzy baliby się śmierci, gdyby nie wiara, że nie jest ona końcem ich egzystencji. Zauważmy jednak, że religijna nieśmiertelność zawsze jest przesunięta w czas po życiu, zaświatowy, osiągana warunkowo a przede wszystkim znajdująca się poza weryfikowalnym porządkiem. Religie nie muszą stawiać przekonującej wizji tej nieśmiertelności – wierni na ogół przyjmują ją jako happy-end, którego się domagają i nie zastanawiają dalej nad jego sensownością.

Tymczasem nieśmiertelność jako taka, gdyby konsekwentnie trzymać się czysto ludzkiej perspektywy, nie ma większego sensu. Właśnie z powodów omawianych w rozdziale trzecim. To skończoność i wielość umożliwiają jakiekolwiek wartościowania. Spełniona obietnica nieskończonej egzystencji uderza w tę samą możliwość i ją znosi. Podobnie jest z życiem – ma ono wartość o tyle, o ile można je postradać, czyli wymienić na coś innego, na przykład jego negację. Dlaczego bowiem mielibyśmy w ogóle cenić niewolącą nas konieczność istnienia? Skoro ograniczoność ludzkiego żywota nadaje wykonanym w nim czynom znaczną część wartości, nie widzę innego rozwiązania, jak tylko przyjęcie odwrotnej implikacji; że jego nieograniczoność tę samą część odbiera. Namiastkę nieśmiertelności mamy już dziś – jej przejawy ujawniają się właśnie w postaci doświadczeń ludzi, którzy zdołali o swej śmiertelności zapomnieć. Realizacja marzenia o wiecznym życiu najpewniej zakończyłaby się wytworzeniem społeczeństwa małostkowych prokrastynatorów, kierujących się w swej egzystencji przede wszystkim prawem Parkinsona. Śmiertelnych natomiast nie stać na to, by odkładać własne stawanie się na kiedy indziej. Popędzani majaczeniem swego kresu, są niejako zmuszeni zdążyć ze stworzeniem dzieła życia przed nadchodzącym deadlinem. W nieco bardziej zestetyzowany sposób nakreśliła sprawę Zofia Nałkowska:

Pytanie, czy istnieje „nieśmiertelność duszy”, jest niekonieczne, jest z dziedziny złego tekstu. Nieśmiertelność i nieskończoność już „w tym życiu” – ze wszystkimi udręczeniami i całym upojeniem tego doznania. Nieśmiertelność jest konsumowana podczas życia, jest całkowicie wyczerpana, do dna wypita. Myślę, że wszystko jest zawarte i dotrzymane w obrębie życia. Mam niechęć do nieśmiertelności jako wznowienia życia indywidualnego. Cała reżyseria nieśmiertelności – zmartwychwstanie, metempsychoza, życie wieczne – to jest wciąż ten niepotrzebny, zły akt czwarty dobrze zbudowanego, rozdzierającego dramatu życia. Grzech śmiertelny przeciw jedności czasu i miejsca.

Pewność, wynikła z nieśmiertelności, ukonieczniająca czyjąś egzystencję jednocześnie niweczy jej sens. O ile bowiem żyje się i utrzymuje przy życiu po coś i dla czegoś, co jest tego warte, o tyle nieśmiertelnie bytuje się już pomimo wszystkiego. A to znosi wspomniany przez Nałkowską dramatyzm, podtrzymujący przecież głód istnienia oraz działania na rzecz utrzymania się przy owym istnieniu. Dla finitystycznego umysłu śmiertelnej istoty obietnica nieskończonego trwania nie może stanowić żadnej nagrody, bo jakąż to nagrodą jest uwięzienie i zesłanie na niekończące się nigdy egzystencjalne dożywocie? Podobnej rangi podziękowaniem byłoby nieustanne toczenie głazu na szczyt góry – tym samym syzyfowym wysiłkiem, przez jaki jesteśmy zupełnie pozbawieni chociażby pocieszenia w formie świadomości, że każdy; nawet najbardziej dokuczliwy proces wreszcie musi ustać.

Najsilniejszą odmianą problemu motywacji infinitystycznych podmiotów pozostaje zagadnienie motywów działania Boga, definiowanego jako istota kompletna i nieskończona, zwłaszcza kiedy jak chrześcijańscy teologowie założymy jednocześnie jego osobowość. Jest godną rozważenia, gdyż taki podmiot nie ma w zasadzie żadnych motywów działania, ponieważ nie może przejawiać potrzeb. Dlaczego? Ano z tej przyczyny, iż potrzeby zawsze wynikają z odczuwanych braków a Bóg jako istota kompletna takowych nie jest w stanie przejawiać. Z racji tego, że niczego nie może mu brakować, nie ma także powodów, aby cokolwiek czynić w dążeniu do potencjalnie bardziej pożądanego przez siebie stanu rzeczy. Skoro jest wszechmocny, nie może dążyć do nowej formy władzy, której jeszcze by nie posiadał. Z racji wszechwiedzy nie może działać na rzecz zdobycia informacji, których jeszcze by nie posiadał. Jako wszechobecny nie może wybrać się tam, gdzie go jeszcze nie ma. Nie żywiąc jakiegokolwiek pragnienia nie ma powodu, by podejmować adekwatnych względem niego środków zaradczych. Istnieniem takiego Boga nie można wytłumaczyć też celowego zaistnienia świata – ono również wymaga motywu opartego na potrzebie a zatem i braku jaki za nią stoi. Jeśli świat był niekonieczny i przez kogoś stworzony, to tylko dlatego, że stanowił odpowiedź na jakąś jego potrzebę. Widzimy zatem, że boża doskonałość tak naprawdę przedstawia obraz więzienia niemocy wynikłej z bezcelowości. Skoro wszystko co można było osiągnąć, zostało osiągnięte lub nie musiało być osiągane w dążeniu – gdzie nam pozostaje pole dla boskiego działania? Istota doskonała nie może, w przeciwieństwie do niedoskonałego człowieka, kierować się ku ulepszaniu w żadnym aspekcie. Jedynym wiarygodnym kierunkiem jej działania wydaje się być regres – jak było to w filozofii Philippa Mainländera, w której Bóg uznał swoją nieśmiertelność, nieograniczoność, wszechistnienie za niepożądane i podjął próbę wyzbycia się ich, czego efektem ubocznym jest wytworzenie naszego świata. Należy jednak zauważyć, że mainländerowskie bóstwo nie było doskonałe, skoro przejawiało potrzebę własnego unicestwienia – czegoś jednak mu brakowało, skoro poza nim samym znalazło się coś, czego pragnęło i do tego zmierzało. MacGuffinem w jego przypadku było nieistnienie. Natomiast bycie Bogiem w klasycznym ujęciu; takim poza którym niczego być już więcej nie może, niechybnie musi wiązać się z niewolą wynikłą z niemocy abstrahowania od siebie samego oraz kompletną biernością wynikłą z całkowitego spełnienia. Tu nie ma najmniejszego nawet miejsca na chociażby szczyptę dramatyzmu, bo ten wymaga istnienia przynajmniej możliwości zmiany a także związanego z nią ryzyka. Właśnie dzięki tej parze życie ma dla nas sens i smak. Egzystencja, postulowanego przez Stagirytę, Nieruchomego Poruszyciela nie stanowi przedmiotu pożądania dla pomniejszych, ruchomych poruszycieli a i on sam nie jest specjalnie wdzięcznym obiektem do utożsamiania, któremu moglibyśmy zazdrościć modus operandi – równie dobrze moglibyśmy go bowiem zazdrościć kamieniom.

Powyższy przypadek prezentuje infinitystyczny stupor, zarówno wartościowania jak i wszelkiego innego działania w jego krańcowej postaci. Oczywiście, sama nieśmiertelność, czyli bezkresna egzystencja względem czasu, nie musi wiązać się z żadnym innym boskim atrybutem. Wszak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nieśmiertelnika nie dysponującego; ani wszechwiedzą, ani wszechmocą. Z racji jego ograniczonej pod owymi względami natury, otwierają się przed nim potencjalne sensy istnienia, takie jak chociażby ekspansja osobistej wiedzy czy potęgi. W im większej liczbie aspektów dany podmiot jest ograniczony, na tym większej liczbie pól otwierają się przed nim kolejne motywy działania, powodowane odpowiednimi pragnieniami i nienasyceniem związanym z określoną specyfiką jego determinacji. Chcieć możemy wszak jedynie tego, czego świat i nasza wewnętrzna struktura wciąż jeszcze nam odmawia. Szkopuł tkwi w tym, że istnienie (jako główny wehikuł dla całego pasma sensów) samo jest podatne na bezsens. Jeśli ktoś bowiem nie odczuwa apetytu na życie, siłą rzeczy nie będzie go też odczuwał w stosunku do wszelakich potencjalnych celów, do jakich mógłby w ramach owego życia dążyć i osiągać. Apetyt może mieć tylko ten, kto posiada zdolność odczuwania głodu. Jeżeli nie dowierzacie powyższemu wnioskowaniu, weźcie pod uwagę alpinistów oraz innych łowców mocnych wrażeń, którzy aby poczuć smak i chęć życia, muszą je najpierw zaryzykować – znaleźć się na krawędzi jego utraty, mierząc się ze świadomością igrania ze śmiercią, czyli swoim kresem. Zapewne w skrajnych przypadkach utraty sensu życia jedynie tego rodzaju witalistyczny wstrząs, oparty na pobudzeniu instynktu przetrwania, jest zdolny na powrót zmobilizować podmiot do odkrycia przed sobą, iż jednak czegoś chce, na czymś mu zależy – zapewnić aksjologiczny restart, otrzeźwienie a tym samym – świeży początek i nową szansę. Przy spełnionym warunku nieśmiertelności jest to zwyczajnie niemożliwe – perspektywa własnej zagłady staje się wtedy całkiem nierzeczywistą.

Dodatkową (aczkolwiek zaledwie pozorną) trudność w odpowiedzi na pytanie postawione w tytule bieżącego rozdziału stanowi niejednoznaczność samej „nieśmiertelności”. O ile bowiem jej boski typ z całą pewnością możemy spostponować jako zupełnie obcy sensowi indywidualnego istnienia i godzący w podstawę jego wartości – finityzm, o tyle nie możemy podobnie uczynić z pozostałymi odmianami. W istocie, postulowana przez współczesnych transhumanistów, nieśmiertelność jest w większości przypadków co najwyżej długowiecznością oraz nieumieralnością z powodu starzenia. Póki pozostaje możliwość unicestwienia, nie można twierdzić o takim modusie istnienia, iżby wyczerpywał znamiona właściwej nieśmiertelności – nie jest bowiem bezkresowy i wciąż zależy od otoczenia oraz panujących w nim warunków. A skoro tak, to częściowo oddala pretensje względem śmierciomyślicielstwa a zatem pośrednio także zarzuty anachroniczności oraz zbędności religii. Owszem, może ulega zmianie wtedy forma końca egzystencji, lecz wciąż można się go spodziewać, co oddala złudną tezę o ostatecznym pokonaniu śmierci. Mamy przecież do czynienia jedynie z zamianą jednej jej postaci na inną.

Zresztą, nie musimy poprzestawać na samej filozofii. Ostrzeżenie przed nieśmiertelnością majaczy po częstokroć w mniej diagnostycznej kulturze – sztuka wszakże dostarcza nam bogatej galerii nieśmiertelników, których egzystencja z jakiegoś względu nie jest najszczęśliwszą. W swych staraniach ilustracji dążeń poszukiwaczy wiecznego, ale jednak doczesnego życia, jak również skutków ich zrealizowanego pragnienia, wykorzystuje spory arsenał metod i typów nieśmiertelności możliwych do wyobrażenia na przestrzeni dziejów. Ja jednak nie będę silił się specjalnie, by wytworzyć kompleksowy poczet unieśmiertelnionych – po części z tego względu, że nie jestem i nigdy nie pretendowałem do roli erudyty, z drugiej zaś strony – nie spodziewam się po nadrobieniu zaległości w tej materii odkryć czegokolwiek, co mogłoby przeciwstawić się zdobytej już wiedzy i implikacjom powziętych rozważań. Zamiast tego, ograniczę się do zaznaczenia pewnej klamry między starożytnością a współczesną popkulturą, posługując przykładami przytaczanymi z pamięci. Klasykę w mym poglądowym wyborze reprezentować będą greckie mity. Mitologia Hellady wszelako jest pierwszym a zarazem najbardziej obfitym źródłem historii śmiałków uzyskujących w ramach swoich perypetii dar wolności od śmierci albo istot od początku nim obdarzonych. Titonos, Syzyf, Prometeusz, Tantal czy Atlas są chyba najbardziej wyrazistymi przypadkami niefortunności nieśmiertelnictwa.

Pierwszy spośród nich swą śmiertelność traci w wyniku prośby Eos, bogini znajdującej w nim swe upodobanie. Wskutek niedopatrzenia i nieprecyzyjności jej życzenia poza samą nieumieralnością nie uzyskuje wiecznej młodości, przez co z biegiem czasu staje się coraz bardziej zniedołężniałym więźniem własnego, pokurczonego i degenerującego się ciała. Drugi, Syzyf, uwłaczając prawu gościnności (ξενία) i zdradzając sekret Zeusa dotyczący pobytu Ajginy, popada w niełaskę bogów, eskaluje konflikt dalszymi krętactwami, więzi Tanatosa (lub Hadesa, w zależności od wersji mitu) w Tartarze, przy okazji unieśmiertelniając całą ludzką populację. Skutkuje to niedolą chorych starców, których śmierć nie może wyzwolić od cierpienia. Ostatecznie zostaje skazany przez Zeusa na wieczne wtaczanie głazu na szczyt góry – nieskończoną, bezużyteczną pracę. Podobną historię przedstawia mit tytana Prometeusza. Ten również dokonuje transgresji wobec woli bogów poprzez przekazanie umiejętności posługiwania się ogniem stworzonemu przez siebie człowiekowi. W ramach odwetu zostaje na 30.000 lat przykuty do skał Kaukazu a jego wątrobę wyjadać każdego dnia ma orzeł. Co prawda, już po trzydziestu [latach] jego udrękę przerywa Herakles, ale nie znosi to przecież samej perspektywy potencjalnego uwięzienia nieśmiertelnego w pułapce bez wyjścia przez wieki. Dzięki kolejnej historii uzyskujemy wręcz związek frazeologiczny – tantalowe męki – u genezy jakich leżało kolejne złamanie prawa gościnności oraz kanibalistyczna prowokacja lidyjskiego króla, skarconego niezaspokojonym wiecznym głodem, pragnieniem oraz nieustającą trwogą przed zmiażdżeniem. Dochodzimy wreszcie do Atlasa, tytanicznego rebelianta, rzucającego wyzwanie olimpijskim bogom, pokutującego następnie przez wieczne podtrzymywanie niebios nad ziemią za swój akt agresji.

Żadna z tych antycznych historii nie prezentuje nieśmiertelności jako leku na główną bolączkę człowieczeństwa. Raczej ukazuje ją w formie nieszczęścia, dosadnie potęgującego gorzkie strony życia. Nie może dopełnić naszej egzystencji, służy co najwyżej jako ilustracja doprowadzonej do ostateczności pomsty za naruszenia moralne, bądź występuje w roli przewrotnej właściwości, przynoszącej zgubę temu, kto jej zapragnął. Zniechęca wobec możliwości samorealizacji lub zupełnie ją zamyka, niźli wzmaga w czasie, odkładając jej szansę urzeczywistnienia w odleglejszym terminie, gwarantowanym szerszą rozpiętością życia. Możemy oczywiście oskarżyć o wsteczność autorów owych mitów, czyniąc zarzut achajskiemu postrzeganiu dziejów jako cyklu, tak odległemu od naszej, progresywistycznej, linearnej perspektywy. Możemy wyciągać wnioski typowe dla reprezentantów nowoczesności, starając się wytłumaczyć taki punkt widzenia niskim komfortem życia, wynikłym chociażby z kiepskiej medycyny. Czy jednak faktycznie nasza perspektywa różni się tak bardzo?

Wprowadźmy więc na scenę współczesnych, popkulturowych nieśmiertelników i zestawmy z ich kilkutysiącletnimi antenatami. Jeśli o całej różnicy w postrzeganiu nieśmiertelności miałby zadecydować kulturowy Zeitgeist oraz dzielący nas dystans technologiczno-mentalnościowy, powinniśmy uzyskać w popkulturowym mainstreamie konstrukcje postaci o zupełnie odmiennym od starożytnego stosunku do wiecznego życia. Trzy spośród najbardziej zapadających w pamięć postaci tego rodzaju, z jakimi dane mi się było spotkać się we wcześniejszym lub późniejszym dzieciństwie, to kolejno: Connor MacLeod (Highlander), Q (Star Trek: The Next Generation) oraz Bezimienny (Planescape: Torment). Każdy z tych bohaterów znacząco różni się od pozostałych.

MacLeod, szkocki góral urodzony w XVI-wiecznym Glenfinnan, o swojej przypadłości dowiaduje się wskutek bitwy, w której pada ciężko ranny. Gdy nazajutrz zamiast skonać, odzyskuje siły, zaczyna budzić popłoch wśród swoich pobratymców a wreszcie jako odszczepieniec zaprzeczający prawom natury, rzekomo będący w zmowie z siłami nieczystymi, zostaje wygnany z rodzinnej wioski. Wkrótce zarówno jego niezrozumiałe utrzymanie się przy życiu, jak również leżące przed nim przeznaczenie, zostają objaśnione przez odnajdującego go mentora. MacLeod, wprowadzony w arkana tego, co moglibyśmy uznać za rudymentarną, mitologiczną stronę Highlandera, podejmuje adekwatny, szermierczy trening i wraz z nami dowiaduje się o utajonym konflikcie nieśmiertelnych, trwającym na przestrzeni dziejów. Konflikt ma zostać ostatecznie rozstrzygnięty w czasie Zgromadzenia i wyłonić jedynego zwycięzcę. Ten z kolei ma otrzymać Nagrodę. Znamienna jest już sama jej forma – (obok znaczącego wglądu w ludzkie myśli, implikującego wielki wpływ na świat) w domyśle okazuje się ona być po prostu przywróceniem zarówno śmiertelności jak i płodności. Jeśli z kolei idzie o kształt nieśmiertelności, to w tym wypadku mamy do czynienia z jej niepełną postacią: długowiecznością z silnym potencjałem w kierunku regeneracji organizmu. Dowiadujemy się, że MacLeod nie może się utopić, nie może powstrzymać go też broń palna. Jedyną piętą achillesową nieśmiertelnych z Highlandera pozostaje szyja, w związku z czym zaopatrzeni w ostre narzędzia starają się nawzajem dekapitować – wszak jak głosi tagline filmu: może być tylko jeden (There can be only one).

Nas jednak interesuje przede wszystkim sposób, w jaki został napisany protagonista tej historii. Czy Szkot potrafi cieszyć się swoją nietypową egzystencją? Jest to raczej wątpliwe. O ile z początku nawet może wydawać się, że Connor zachłyśnie się uzyskanymi możliwościami, tak przecież pożądanymi przez całe rzesze ludzi a jednocześnie dającymi mu nad nimi olbrzymią przewagę, o tyle szybko okazuje się, że społeczne koszta, jakimi przychodzi mu okupić swój dar, są potwornie wysokie. Owszem, ma nad śmiertelnikami przewagę – chociażby przewagę wiedzy. Na jego oczach toczy się historia, którą zna on nie ze szkolnych podręczników, lecz z autopsji. Zapewne mógłby nam opowiedzieć wiele ciekawych anegdot, byłby też nieocenionym źródłem w kwestii zmieniających się obyczajów i mentalności na przestrzeni dziejów. Co bardziej pragmatyczni z widzów doszukiwaliby się raczej potencjalnych osobistych korzyści, płynących z długowieczności a zarazem wynikłego z niej doświadczenia. W przypadku Szkota trudno dopatrywać się czegokolwiek w tym rodzaju. MacLeod, począwszy od dotkliwej dla siebie banicji, z konieczności staje się w wiecznym wyrzutkiem. Kimś, kto całe stulecia trzyma się w cieniu, egzystując na krańcach społeczeństw, będąc zmuszonym do ukrywania przed wszystkimi swojej tożsamości. Biorąc pod uwagę nasilającą się skrupulatność państwowej ewidencji / inwigilacji populacji, jego działalność staje się coraz bardziej utrudniona. Tak czy owak, naszego protagonistę naprawdę szczęśliwego a jednocześnie przy tym twardo osadzonego w jakiejś społeczności widzimy tylko raz – na początku, jeszcze przed bitwą swojego klanu, gdy wyrusza na wyprawę jako wyróżniająca się, szanowana powszechnie postać, bohater Glenfinnan. Później, przez resztę swego życia, wydaje się być kompletnie wyalienowanym: granica między śmiertelnikami a nieśmiertelnymi staje się zbyt wyraźna, aby bezkarnie mógł ją przekraczać. Nazbyt kłopotliwym jest dla niego trwanie w jednym środowisku przez dłuższy czas. Nie może pozwolić sobie też, aby jakoś się w nim wyróżniać albo czymś dla niego zasłużyć: sława przynosi zgubę. MacLeod nie może pozwolić sobie na wypracowanie żadnej pojedynczej, głównej tożsamości czy przyjęcie zasadniczej roli, jaką chciałby odegrać w swym życiu; zamiast tego zmuszony jest nimi żonglować, zmieniając niczym przebrania. Nieśmiertelność w Highlanderze wiąże się nie tylko ze śmiercią towarzyską, znaczącymi utrudnieniami dla życia emocjonalnego jak również ogólnym poczuciem niedopasowania oraz wynikłym z niego zdystansowaniem – uderza ona pośrednio w samą tożsamość i swobodę osobistego samookreślania.

Motyw utraty tożsamości związany z unieśmiertelnieniem nie jest unikalny dla Highlandera. W jeszcze bardziej wyrazistej formie pojawia się w Planescape: Torment – mianowicie – w postaci amnezji. Nim jednak go omówię, pozwolę sobie na wtręt. Zarówno fabuła, konstrukcja świata przedstawionego, fenomen mitologicznego oddziaływania tej gry komputerowej, jak również jej rola w dyskretnej promocji filozofii jako takiej, mogą być jednymi spośród bardzo licznych, wdzięcznych tematów wielu orzeźwiających dyskusji. O Udręce można czytać, pisać, słuchać i mówić godzinami – wydaje się być niewyczerpanym wręcz źródłem: inspiracji, interpretacji jak również egzystencjalnych wejrzeń dla tych wszystkich, którzy zaangażują się w jej eksploracji od deski do deski. Po zakończeniu swojej pierwszej przygody w Sferach gracz reaguje mniej więcej tak jak kierowany przez niego bohater po lekturze Księgi rzeczy niepojętych ze sklepu z osobliwościami Vriszki. Chociaż w tym tekście skoncentruję się wyłącznie na wątku nieśmiertelności głównego bohatera, zdradzę częściowo rozwiązanie zagadkowej historii opowiedzianej w tym dziele. Mimo, że ta pozycja nie jest wcale nowością wydawniczą – powstała w 1999 roku, z powodu wielkiego szacunku jaki wobec niej żywię – jak również wobec tych, którzy nie mieli z nią jeszcze do czynienia, a potencjalnie byliby chętni odkryć jej sekrety, postanowiłem antyspoilerowo zabezpieczyć kolejny akapit. Jeśli zatem, Czytelniku, nie miałeś okazji grać w Planescape: Torment, ale z drugiej strony wykazałeś zainteresowanie tematyką, jaką tutaj poruszamy (o czym świadczy, że doczytałeś do tego momentu), z dużym prawdopodobieństwem należy przyjąć, że doceniłbyś właśnie akurat tę produkcję firmy Black Isle. Uznaję to wystarczający powód, aby szczerze doradzić Ci jednak zapoznanie się z rzeczonym źródłem w pierwszej kolejności, a dopiero później powrót do poniższego, utajonych akapitów mojego tekstu. Historię Bezimiennego najlepiej przeżyć na własnej skórze. Poznawać ją z jakiegokolwiek streszczenia, które nigdy nie będzie w stanie jej w pełni oddać jej tonu? To się naprawdę nie godzi…

[SPOILERY!]

A zatem wróćmy do wspomnianego motywu utraty tożsamości związanego z unieśmiertelnieniem. W Planescape: Torment naszym protagonistą jest Bezimienny. Bohater, który nie pamięta kim jest, nie zna swego imienia oraz podobnie jak zazwyczaj sterujący jego poczynaniami gracz; nie wie absolutnie nic o niesamowitych realiach świata, w jakim się znalazł, co zresztą bardzo ułatwia proces utożsamienia się z nim – wszak od samego początku znajdujemy się w tej samej sytuacji – jesteśmy zagubieni. Umysł Bezimiennego jest realizacją koncepcji niezapisanej tablicy Locke’a (tabula rasa). Głównym zadaniem i ostatecznym celem gracza będzie nie tyle wytworzyć protagoniście jakąś tożsamość, co odbędzie się mimowolnie w toku odbywanej przygody i dokonywanych w jej ramach wyborów, co raczej po prostu dowiedzieć się czegoś o sobie. Zrozumieć przyczyny za sprawą których Bezimienny pozostaje Bezimiennym. Zrozumieć, dlaczego utracił wszelkie wspomnienia a część napotkanych przez niego towarzyszy, o jakich może sądzić, iż kiedyś go znali, nie mówi mu całej prawdy, zatajając przed nim część informacji. W toku takiego prywatnego śledztwa skoncentrowanego na odtworzeniu własnej przeszłości, lecz z drugiej strony powiązanej bezpośrednio z nauką poruszania się w nieznanym nam środowisku pełnym cudów, okazuje się, że amnezja bohatera jest ściśle związana z jego nieśmiertelnością – nieśmiertelnością typu rezurekcyjnego. Bezimiennego można zabić, ale żadna śmierć nie będzie w jego przypadku ostateczną. Niefortunnym efektem ubocznym zgonów w większości wypadków jest utrata pamięci. Nasz bohater musi posiłkować się informacjami wytatuowanymi na ciele oraz prowadzonymi przez siebie dziennikami. W ramach swojej odysei odnajduje również dzienniki oraz wspomnienia pozostawione przez swoje poprzednie wcielenia. Dzięki nim dowiadujemy się, że rozrzut tożsamościowy naszego rozszczepionego zmartwychwstańca jest znaczny. Zarówno ze względu na czyny, jak również stosunek do życia i samego (Wielo)świata czy nawet orientację światopoglądową, kolejne egzemplifikacje Bezimiennego potrafią znacząco się od siebie różnić. Jedne z nich bywają wyrachowane, cyniczne, okrutne, przynosząc cierpienie wszystkiemu wokół. Inne mogą być opanowane przez lęki, wycofane i nad wyraz podejrzliwe, jeśli nie całkowicie szalone. Zdarzają się również wśród nich osobniki starające się zachować przyzwoitość. Korzystając z pozostawionych dowodów, świadczących o poczynaniach swych odpowiedników, Bezimienny jest w stanie dotrzeć w końcu do prawdy o oryginalnym, pierwszym wcieleniu, od którego wszystko się rozpoczęło. Prawda ta nie okazuje się dla gracza przyjemną – zwłaszcza, jeśli ten starał się prowadzić protagonistę w sposób nienaganny moralnie i zwykł w ramach utożsamiania się z nim podejrzewać, że to ktoś inny musi ponosić pełną odpowiedzialność za dokuczliwą przypadłość bohatera, a jemu samemu przyjdzie klasycznie powziąć odwet za swe krzywdy. Dowiadujemy się jednak, że nie ma nikogo takiego – to sam Bezimienny, wiedziony przemożnym pragnieniem uzyskania nieśmiertelności, powziął plan tyle brawurowy, co przy tym bezlitosny dla wszystkich, którzy mu niegdyś zaufali. Nasza postać, a w każdym bądź razie, jej pierwsza, oryginalna tożsamość, okazuje się być straszliwą gnidą – na tę jego przeszłość nie mamy już żadnego wpływu. Co więcej, rezurekcyjna nieśmiertelność, jaką bohater zdołał osiągnąć, nie tylko jest dokuczliwa z powodu kolejnych amnezji, co zwyczajnie okupiona dalszymi niesprawiedliwościami. Bezimiennemu, owszem, udało się oszukać śmierć, ale każdy jego zgon musi zostać spłacony cudzym trupem. W wyniku naszych nieostatecznych śmierci ostatecznie giną więc niewinni, powracający w postaci nawiedzających nas ciągle Cieni. Najwyraźniej w Sferach, mimo tego, iż są niezgłębione w swej nieprzewidywalności, istnieje jakiś spirytualny odpowiednik prawa zachowania energii a rachunek martwych dusz musi się zgadzać, niezależnie od tego, czy komuś udało się nagiąć zasadę swego bytowania pewnego rodzaju magicznym wampiryzmem, czy też nie. Gra oczywiście oferuje możliwość przynajmniej częściowego odkupienia: przywróciwszy Bezimiennemu jego śmiertelność kończymy aberrację wytworzoną jego udziałem, uwłaczającą nie tyle nawet prawom Wieloświata, co raczej godności zamieszkujących go istot. Dzięki takiemu krokowi możemy uzyskać katharsis.

W przypadku Planescape: Torment wspomniany motyw utraty tożsamości zaznaczony jest bardzo wyraźnie. Na niekompletność naszego protagonisty zwraca uwagę większość spośród ważniejszych postaci, orientujących się w przypadłości Bezimiennego, prawdopodobnie często spotykanych przez jego wcześniejsze inkarnacje, przechodzące podobną ścieżkę ku prawdzie. Zwraca również uwagę on sam, uznając – zazwyczaj w swoich dziennikach, wspomnieniach czy konfrontacjach z innymi wcieleniami, iż faktycznie brakuje mu czegoś istotnego, czegoś co zostało mu odebrane. W ostatecznym starciu z personifikacją własnej śmiertelności – Wiekuistym – ta niejednokrotnie zwraca się do niego z pogardą, odnosząc się wobec niego per „połamańcze”. Obelga jest w pełni zasłużona. Niezmiernie trafnie oddaje charakter rozszczepienia tożsamości Bezimiennego.

Warto zresztą zwrócić uwagę na ten „nominalistyczny” aspekt przesłania Tormenta, zawarty w samej bezimienności Bezimiennego. Gra zdaje się nam mocno sugerować, że nazwa (a zatem również imię) przynależy jedynie temu, co posiada jakąś określoną tożsamość. Jeśli ktoś jej nie posiada, nie zasługuje też na żadne miano. Brak nazwy pośrednio może wskazywać na brak tożsamości a przez to… brak realnego istnienia. Paradoksalnie, Bezimienny, żyjący w setkach, jeśli nie tysiącach swych różnorodnych inkarnacji, jest tak naprawdę niczym. By stać się na powrót kimś – sobą – będzie musiał przejść całą ścieżkę jednoczącego poznania. Ostateczne odzyskanie tożsamości zwiąże się z odkryciem swego prawdziwego imienia. Z kolei poznanie swego imienia zależne stanie się od aktu stopienia z innymi, odnalezionymi w Fortecy Żalu fragmentami własnego jestestwa: metaforycznego aktu pogodzenia z samym sobą. A w wielkim finale wreszcie i z własną śmiertelnością…

Chociaż Planescape: Torment pod względem konstrukcji samej nieśmiertelności znacząco różni się od Highlandera, to jednak niewątpliwie produkcje łączą się w kwestii motywów zarówno utraty jak również odzyskania tożsamości przez protagonistów. Udręka fundamentu dla tych motywów szuka na bardziej metafizycznej niźli socjologicznej płaszczyźnie, jak było to w przygodzie MacLeoda. Szkot nie mógł żyć pełną piersią, w prawdzie, życiem jakie naprawdę chciałby przeżyć – głównie ze względu na innych. Bezimiennemu utrudniają to już same prawidła jego świata przedstawionego, przejawiając się w karmicznym charakterze przeznaczenia. Wieczny wskrzeszeniec musi cierpieć, nie tylko z powodu pierwotnej przewiny, od której chciał się później wymigać niczym Syzyf, wikłając się jeszcze bardziej. Nie chodzi już nawet o karę za to, że jego nieśmiertelność została osiągnięta w wyniku zdrady oddanych mu przyjaciół. Pal nawet licho tę jego pasożytniczą relację ze Sferami, które musiały płacić cudzymi życiami za jego liczne zgony. Bezimienny musi cierpieć, gdyż zechciał się wyrzec cząstki samego siebie. I to właśnie doprowadziło go do rozpadu na całą wielość tych wszystkich inkarnacji bez prawdziwej tożsamości.

Tak naprawdę obie te historie, opisujące losy jakże odmiennych nieśmiertelnych, uczą nas dokładnie tej samej lekcji. Otóż, jeśli chcemy być lub dopiero stać się w pełni ludźmi – stać się w pełni sobą – musimy zaakceptować również własną śmiertelność. Ona integralnie przynależy przecież do naszej tożsamości i stanowi kluczową jej część. Nieśmiertelny, wbrew potocznym mniemaniom, naprawdę nie jest kimś lepszym od śmiertelnika, lecz kimś od niego gorszym – wiodącym niczyją egzystencję. Egzystencję bez większego dla siebie znaczenia, pod jaką nie chciałby się podpisać, a którą najchętniej porzuciłby albo zamienił na zupełnie inną. Tak zresztą czynią nasi bohaterowie: zdobywając Nagrodę albo pokonując lub łącząc się z Wiekuistym.

[I PO SPOILERACH…]

Można jednak zapytać: czy te przykłady nie są aby nazbyt tendencyjnymi? Wszak łatwo można je wszystkie zbyć, twierdząc, że autorzy podanych wyżej historii używają nieśmiertelności jedynie jako pretekstu dla swych moralitetów, specjalnie konstruując opowieści tak, by zniechęcić nas do wiecznego istnienia. Od początku przecież wiadomo, że skoro fabuły każdego z tych utworów zostały ułożone specjalnie z myślą o tym, by nieśmiertelni chcieli się wyzbyć swej nieśmiertelności, to z góry będzie ona w takich przedstawieniach skazana na naszą niepochlebną opinię. A co z historiami, w których oni wcale nie cierpią? Czy takiej ewentualności nikt nie brał pod uwagę? Ależ brał! I najbardziej adekwatnym przykładem ją ilustrującym pozostaje Q – epizodycznie pojawiająca się postać quasi-boga ze Star Trek: The Next Generation (1987-1994).

Q, w mojej opinii, pozostaje jednym z najlepiej opisanych nieśmiertelnych. W przeciwieństwie do omawianych wcześniej bohaterów nie urodził się wcale człowiekiem ani nie zyskał w żaden sposób swego nieskończonego trwania, co w zasadzie przekreśla wszystkie poprzednio zaprezentowane schematy. Q należy do nieśmiertelnego gatunku omnipotentnych istot – Kontinuum Q, więc nie ma mowy, by swą nieśmiertelność osiągnął w wyniku jakichś niemoralnych postępków, ani by była ona efektem zesłanej na niego kary czy innym niefortunnym trafem dyskwalifikowała go społecznie, czyniąc się jego osobistym przekleństwem. Nic z tych rzeczy. Q nie ma najmniejszego powodu, by rezygnować ze swej nieograniczonej czasowo natury – w żaden sposób mu ona nie doskwiera – dla niego jest normą.

Dlaczego tę postać uważam za wartą wspomnienia? Ponieważ Q, mimo całej posiadanej przez siebie mocy, jest dokładnie tym, czego należy spodziewać się po nieśmiertelniku – irytującym, niedojrzałym, postmodernistycznym tricksterem. Mamy do czynienia z metafizycznym fanfaronem – erudytą, zdolnym do naśladownictwa przez powierzchowne figury, stroje, gesty czy cytaty, ale nie będącym w stanie w pełni zrozumieć ani przyswoić sedna tych wszystkich qualiów, jakimi operuje. Sedno bowiem związane jest bezpośrednio ze znaczeniem oraz wartościami, jakie [qualia te] utrzymują wyłącznie dla śmiertelnych, tak chętnie przez niego zresztą podglądanych i strofowanych. Ponieważ dla Q, jako zewnętrznego obserwatora pozbawionego możliwości wewnętrznego ich przeżywania, przynależne im sensy są częściowo niedostępne (a przez to nie do końca uchwytne), posługuje się nimi w sposób groteskowy. On sam z kolei wydaje się być kimś pozbawionym świadomości wagi swego istnienia – cnoty, którą niegdyś Rzymianie nazywali gravitas. Oczywiście, widz zdaje sobie sprawę z zakresu jego mocy i potencjalnego wpływu, jaki mógłby wywrzeć na Wszechświecie, ale w parze za nimi nie idzie, ani odpowiedzialność, ani żadna powinność, ani tym bardziej żywotne zainteresowanie czy zaangażowanie. Interwencje Q w świat i przygody załogi Enterprise na ogół spowodowane są nudą – należy raczej rozpatrywać je pod kątem pół-obojętnej zabawy, niźli jakiejś powziętej przez niego misji i celowej działalności. Jako istota niepodległa temu podstawowemu egzystencjalnemu ograniczeniu, nie może poświęcić się czemukolwiek, co byłoby dla niego drogim, przez co zdaje się szczerze zazdrościć tej możliwości kapitanowi Picardowi, nieraz ryzykującemu swym życiem dla wybranych przez siebie wartości.

Q, na przekór całej swej dzieciuchowatości, mimowolnie jednak okazuje się być dla ludzkości nauczycielem. Nie z tego powodu, by bezpośrednio, w jakimś skondensowanym przesłaniu, miał przekazać jej jakąś szczególnie potrzebną wiedzę. Nauka następuje raczej w ramach doświadczeń radzenia sobie z wyzwaniami, narastającymi w wyniku psot nieśmiertelnika. Q, jako negacja śmiertelnego, staje się dla tego ostatniego zwierciadłem, w którym może się przyjrzeć samemu sobie i wyciągnąć wnioski. Tylko tyle i aż tyle. Nauka ta zresztą okazuje się być obustronną. Q w wyniku kolejnych kontaktów z ludźmi zyskuje nowe doświadczenia. Najbardziej dosadną lekcję otrzymuje w czasie swojej niewesołej przygody związanej z banicją, zafundowaną mu przez jego ziomków z Kontinuum. W jej ramach, odarty z nieśmiertelności, musi wybrać sobie jakąś postać – decyduje się wówczas zostać człowiekiem. Wtedy też ma okazję po raz pierwszy na własnej skórze poczuć trwogę przed perspektywą nieistnienia, zakończenia życia. Wreszcie przynajmniej częściowo dociera do niego, na czym zasadza się ludzka egzystencja. Niezmiernie przewrotnym posunięciem scenarzystów jest odwrócenie ról – tu bowiem (quasi)boska istota uczy się duchowości od śmiertelnego człowieka a nie stanowi jej źródła. Ich zabieg jednak spokojnie się broni, zważywszy na wszystko to, co powiedzieliśmy o związkach śmierci z religią.

Aby było jeszcze ciekawiej, Star Trek pośrednio potwierdza także twierdzenie o wpływie nieśmiertelności na problemy z wartościowaniem i działaniem. Rzecz nie tyczy się wyłącznie chwiejności motywacji znudzonego Q, tego, że kieruje się przemijającymi zachciankami – sprawa sięga znacznie głębiej. Oto bowiem, pod wpływem inspiracji postawami śmiertelnych, Q postanawia rozpocząć bunt w swym macierzystym, pogrążonym w stagnacji, Kontinuum. Stagnacji spowodowanej niczym innym jak tylko deficytem celowości istnienia – czegoś, czego śmiertelnikom w rodzaju Picarda nie brakuje a czego można od nich zaczerpnąć. (zob. The Byronic Hero in Film, Fiction, and Television Atara Stein s.163) Ponownie więc nieśmiertelni okazują się być pod pewnymi względami istotami upośledzonymi. Całkowite dopełnienie u nich niektórych aspektów egzystencji powoduje jednoczesne i niechybne uszczuplenie innego, jakże kluczowego dla jakości ich bytowania. Możesz sobie być omnipotentny oraz nieśmiertelny, ale nie ma to większego sensu, jeśli na dłuższą metę jest to dla ciebie źródłem zobojętnienia, unieszczęśliwienia a przy tym przeszkodą dla przeżywania przygód.

Chociaż mamy do czynienia z dość lekkim potraktowaniem tematu, odwzorowanie powyższej relacji winduje Q na sam szczyt mojej subiektywnej listy najlepiej opisanych nieśmiertelnych – dotyka bowiem istoty problemu. Ostateczną wagę swojego istnienia może pojąć, a tym bardziej docenić, tylko ten, kto jest świadomy jego kruchej niekonieczności. Zaś wartość przedmiotów, działań czy innych osób – całego otoczenia, podobnież: ten, kto mierzy je wszystkie miarą swego nadchodzącego końca. To właśnie jest najodpowiedniejsza miara, dzięki której wszystko może utrzymywać dla nas odpowiednie znaczenie.

Przyznam, że długo starałem przypomnieć sobie przynajmniej jednego nieśmiertelnego, który byłby w stanie zaprzeczyć tej prawdzie, nie nadwyrężając przy tym naszego zawieszenia niewiary oraz nie podpadając pod kategorię psychologicznej wydmuszki. Ponieważ nikogo takiego nie byłem w stanie skojarzyć, zabrałem się za przetrząsanie przepastnej encyklopedii motywów – TV Tropes. I owszem, znalazłem nawet kategorię Living Forever Is Awesome. Przejrzawszy podane w niej przykłady, pozostało mi tylko uznać, że papier – względnie klisza – rzeczywiście może przyjąć wszystko; bohaterów płaskich, z psychiką urządzoną na podobieństwo schodów Penrose’a również. Jednakże w sztuce nieśmiertelni z oczywistych względów dramaturgicznych, tak jak inni superbohaterowie, się po prostu nie sprawdzają. Aby w ogóle mogli pociągnąć opowieść, należy z ich nieśmiertelności uczynić nadrzędny problem, który zechcą rozwiązać. Od biedy, można trzymać ich również w tle, jako punkt orientacyjny dla pozostałych bohaterów (co uczyniono w ST:TNG). Nieśmiertelność w sztuce była, jest i pozostanie straszliwie niefotogenicznym pomysłem. Po cóż więc pragnąć czegoś tak dla siebie niezadowalającego w realnym życiu?

Wszystkie te historie uczą nas jednego: bohaterowie nie akceptując się w drobnej części, siłą rzeczy nie mogą zaakceptować się w całości. Pragnienie nieśmiertelności zdradza po prostu podstawową formę niedojrzałości kogoś, kto je przejawia. Polega ona właśnie na niezgodzie z tym, czym się jest i opiera na eskapistycznym zwrocie: ucieczki od siebie samego. W wypadku marzeń o nieśmiertelności mamy tak naprawdę do czynienia z nieświadomym deptaniem podstawowej racji bytu dla tego, co sprawia, iż chcemy żyć i działać dłużej. Tymczasem pokonać śmierć, oznaczałoby dla nas jednocześnie pokonać jedną z zasadniczych przyczyn wartości swego życia oraz dokonywanych na jego przestrzeni wyborów. Nie musimy wcale znać motywów kierujących ludźmi w pragnieniu nieskończonego życia, by uznać ich pomysł za (o ironio!) samobójczy. Niedosytu życia ograniczonego śmiercią nie da się zaspokoić przez usunięcie tej ostatniej. To ona przecież zapewnia w ogóle głód, dzięki któremu chcemy żyć i życie przedstawia dla nas jakąś wartość. Właśnie tak! Gdyby nie nasza śmierć, życie jako niezbywalne byłoby dla nas czymś bezwartościowym. Byłoby czymś, czego nie można stracić a przez to także czymś, czego nie sposób docenić. Gdy z kolei żyjemy ze świadomością, że w każdej chwili możemy zakończyć swą egzystencję, chociażby własnymi rękoma, uświadamiamy sobie również wartość, jaką dla nas ona posiada – wszak za każdym razem, gdy decydujemy by żyć dalej, stawiamy ją ponad alternatywę. Rangujemy, wartościujemy, preferujemy. Czy być? Czy nie być? Stając przed wyborem, za czymś się opowiadamy – wybrzmiewa aspekt aksjologiczny. A tylko dzięki istnieniu śmierci – drugiemu członowi alternatywy, cały ten wybór może się w ogóle konstytuować. Dlatego właśnie każdemu śmiertelnemu wypada przytoczyć słowa Bezimiennego:

„Czas nie jest twoim wrogiem. Wieczność – tak.”

Z natury jesteś bytem skończonym; koniec jest twoją jak najbardziej integralną częścią a nie jakimś zewnętrznym przeciwnikiem, którego powinieneś za wszelką cenę pokonać – tym byłby dopiero bezkres.

6. To, czego nam zabrakło. Od witalnego do wirtualnego.

Ukrytą przyczyną wszelkiego cierpienia jest śmiertelność, pierwszy warunek życia. Nie można jej negować, jeśli mamy afirmować życie.
— Joseph Campbell

Niezmiernie łatwo jest obrabować ludzi z sensu życia, upokarzając ich przy tym. Wystarczy sprawić, aby zapomnieli, że ono się kiedyś skończy. Nie doświadczając śmierci, stanowiącej punkt odniesienia dla refleksji nad tym, jak sami porządkujemy własny żywot, z czasem gubimy swoją drogę. Ale nie tylko to. Tracimy także hart ducha: podstawową zdolność przenoszenia psychicznych napięć. Osłabienie to najlepiej ilustrują trywialne drobiazgi urastające do rangi „problemów Pierwszego Świata”. Gdy zastanawiam się nad nimi, tak zresztą jak nad kruchością wewnętrznej budowy swojego otoczenia; tymi wszystkimi społecznymi fobiami, nerwicami natręctw, depresjami czy skłonnościami do uzależnień, stanowiących już niemal choroby cywilizacyjne, pierwszym brakiem, jaki przychodzi mi na myśl, jest właśnie brak tanatoskepsji. Za nim podążają deficyty odporności na przeciwności losu, nieumiejętność oraz niechęć podejmowania ryzyka i mierzenia się z trudnościami, wyzwaniami oraz niebezpieczeństwem, ogólne zmiękczenie charakteru oraz popadanie w wygodnictwo – wszystko to może wynikać z dezercji świadomości z witalistycznego frontu, na który ponownie sprowadzić ją może wyłącznie refleksja o śmierci, przywracająca wszelkiemu doświadczeniu odpowiednie proporcje.

Zyskujemy więc znakomite wyjaśnienie; nie tylko dla postępującej infantylizacji zachodniej cywilizacji, ale też idącego z nią w parze kryzysu męskości. Otóż, nieprzypadkowo zbiega się on z kryzysem tanatoskepsji. Jeżeli bowiem nawiążemy do klasycznej symboliki – archetypicznego dualizmu pierwiastków: żeńskiego (związanego z rodzeniem nowego życia) oraz równoważącego go męskiego (związanego z tego życia narażaniem, jeśli nawet nie bezpośrednio odbieraniem), stanie się jasne, że wraz ze spostponowaniem pozycji śmierci w społeczności, umniejsza się również rolę mężczyzn, którzy są na ogół jej naturalnymi zwiastunami czy wręcz siewcami. Zniewieściałe, oparte na opiekuńczej prewencji społeczeństwo, nieprzychylne ryzyku (czasem – przyznajmy – nawet i przechodzącemu w brawurę) nie ma mężczyznom niczego do zaoferowania, ani też niczego od nich nie wymaga. Niczego, oczywiście, poza dostosowaniem się do oczekiwanych, sfeminizowanych standardów i nieudolnym dublowaniem kobiecych ról, jak jest to dziś u nas mile widziane.

Droga powrotna nie pozostaje całkiem zamkniętą. Można otrząsnąć się ze zgubnej drzemki! Aby to uczynić, należy przede wszystkim spojrzeć wstecz, przypominając sobie o wielkich kulturach, które żyły niegdyś w cieniu śmierci i zeń czerpać inspiracji. Ostatnio miałem okazję natknąć się gdzieś przypadkiem na gibsonowskie Apocalypto. W filmie tym, układającym się w zasadzie w jeden gigantyczny pościg, znajduje się niesamowicie ciekawa sekwencja składania krwawych ofiar na szczycie piramidy w czasie religijnego święta Majów (chociaż bardziej przypomina mi ono zwyczaje azteckie, ale nie jestem ekspertem i nie będę się kłócił…). Typowy odbiór tych obrazów przez Europejczyka sprowadzi się najprawdopodobniej do oburzenia i obrzydzenia pogańskim barbarzyństwem – reakcja zostanie wydatnie wzmocniona finałem widowiska, w którym hiszpańscy konkwistadorzy, przynoszący nową wiarę, mimochodem staną się wybawieniem dla niestrudzonego protagonisty obrazu Mela Gibsona. Ja jednak w zaprezentowanym przez niego święcie – tej krwawej orgii celebrującej śmiertelność – widzę przede wszystkim składanie ofiary wzmacniającej tak naprawdę samą społeczność. Za pomocą kilkudziesięciu jeńców przeznaczonych do unicestwienia na oczach wszystkich, jakże dosadnie przypominano wówczas mieszkańcom metropolii o ich własnym kresie. Bogowie czy bóg, którego ową ofiarą należało przebłagać, stanowił po prostu personifikację całej zbiorowości, jakiej miała służyć wyznawana przez nią religia. To bowiem zbiorowość stawała się beneficjentką tego krwawego spektaklu, służącego za inwestycję włożoną w jej siły witalne.

Jeśli bezpośrednia brutalność Mezoameryki nam nie odpowiada, zawsze możemy skierować swą uwagę na przykład łagodniejszego, starożytnego Egiptu. Wszystko, co pozostało po tej cywilizacji – co było z zamysłem uczynione najtrwalszym, by oprzeć się niszczącemu wpływowi czasu, sprowadza się do grobowców i świątyń – wspaniałej, kamiennej infrastruktury pamięci, przechowującej częstokroć do naszych dni dawną sztukę i przedmioty codziennego użytku. Wiemy, że Egipcjanie spośród wszystkich historycznych ludów byli najprawdopodobniej najbardziej poddani śmierciomyślicielstwu, czego w znacznej mierze przyczyną była ich teokracja. Czy żyjąc pośród piramid, mastab, słynąc ze swych nekropolii oraz szczegółowo nakreślonych i wymagających obrządków funeralnych, byli oni jakoś specjalnie pognębieni i emocjonalnie przybici? Wręcz przeciwnie. Czytając o ich obyczajowości, wyłania się obraz zgoła przeciwny. To był radosny lud, który kochał życie – kobiety, piwo, śpiew, taniec oraz zbytek. Egipcjanie świetnie łączyli sferę formalną (sacrum) i nieformalną (profanum). Można powiedzieć, że obie one napędzały się wzajemnie; głównie poprzez kompensację. Aby rzecz zilustrować, można oddać głos Herodotowi. W drugiej księdze Dziejów tak sprawę opisywał:

Przy biesiadach bogaczy, gdy się wstanie od stołu, jakiś człowiek obnosi w trumnie drewnianą figurkę umrzyka, która jest jak najwierniejszym naśladownictwem pod względem malarskim i rzeźbiarskim, na ogół długą na łokieć lub dwa, pokazuje ją każdemu ze współbiesiadników i tak mówi: „Na tego patrząc pij i raduj się; bo taki będziesz po śmierci” To więc czynią, przy biesiadach, gdy popijają.

W odwrotnym kierunku zachodziła podobna relacja. Działo się tak, ponieważ sam obraz życia pozagrobowego nie odbiegał daleko od ówczesnych realiów codzienności. Można powiedzieć, że wkraczając do egipskich zaświatów, trafiało się do kolejnego, tym razem pośmiertnego już Egiptu. Przyzwoity, religijny człowiek nie mógł liczyć na żadną inną obietnicę, poza tą oferującą kontynuację dotychczasowego losu i zupełnie mu ona wystarczała, skoro afirmował już doczesne obyczaje, przyzwyczajenia oraz styl życia swojego ludu, który uznawał za najlepszy pod słońcem. W ten właśnie sposób sfery sacrum i profanum wzajemnie na siebie wpływały, stymulując witalistyczne aspekty motywacji – rzucany przez religię cień śmierci stanowił katalizator dla działań zwykłych ludzi. W efekcie byli oni dzięki temu bardziej poukładani a przez to szczęśliwsi.

Tak naprawdę nie jest istotne to, czy akurat mamy do czynienia z toczącymi się po stopniach azteckich piramid głowami dekapitowanych kozłów ofiarnych, czy daleko posuniętymi zwyczajami mumifikacji ludzi lub nawet świętych zwierząt. Wszystkie formy kultu ostatecznie służą dokładnie temu samemu celowi – doświadczającym spektaklu, w którym śmierć gra pierwsze skrzypce, mają zapewnić odpowiedniego, otrzeźwiającego pobudzenia. Egzystencjalnego kopniaka, przywracającego równowagę – wyrywającego z zawieszenia w ułudzie i rutynie. Nie będziesz żył wiecznie, więc popatrz na to, co umarło!

My zdążyliśmy to zatracić. Zapomnieliśmy dawno o własnym danse macabre. Tego nie ma. Przychodzi nam więc gnić w tej dziwacznej, stęchłej kenomie, gdzie wikłamy się w kolejne głupoty i nie wiemy za bardzo, po jaką cholerę w ogóle istniejemy. Chwytamy się ideologii, ale one częstokroć jeszcze bardziej okaleczają nasze postrzeganie rzeczywistości, separując od płaszczyzny witalnej, na której najprędzej i najdotkliwiej dla siebie moglibyśmy rozpoznać prawdę od fałszu a dzięki nim dostąpić oczyszczenia i reorientacji, odcinając się od tego, co nam szkodzi. Wszak gdy wkładamy rękę w płomień, momentalnie dociera do nas błąd, jaki popełniamy – ból jest naszym najlepszym nauczycielem; trudno go zignorować a przy tym jest jednoznaczny. W przypadku idei i operacji na myślach, poznanie nie przychodzi nam już tak łatwo i bezpośrednio a rejterada od witalnych podstaw ułatwia eskapistyczne popadanie w odmęty tym większych utopii oraz samooszustwa. Po prostu brak dogodnych okazji i zachęty dla ich weryfikacji. Nieprzyjemnie dowiadywać się o swoich poznawczych błędach i poddawać w wątpliwość kompetencję swojego rozumu. Sprawa sięga dalej. Ponieważ ludzie nie są zdolni całkowicie zdystansować się od tych najbardziej podstawowych witalistycznych instynktów, sami próbują dostarczyć sobie brakujących bodźców. Wyszukują więc zastępczych cierpień, obniżając przy tym swój próg wrażliwości. Stąd się biorą te mimozy od wszelkich dyskryminacji, mów nienawiści, urażonych do żywego cudzymi opiniami buców o cenzorskiej mentalności wraz z całą rzeszą bojowników o społeczną sprawiedliwość, przeciwstawiających się urojonym przez siebie krzywdom w rodzaju tyranii patriarchatu czy innego białego uprzywilejowania, których doszukują się przede wszystkim w warstwie symbolicznej (a gdzieżby indziej? Do żadnej innej nie mają już dostępu…). Tak oto powstają sławetne „problemy Pierwszego Świata” – poczęte przez ludzi orbitujących daleko od ograniczeń swej biologiczności.

Również resentymenty wobec kapitalizmu oraz antypatia, jaką się cieszy w tych kręgach, stają się zupełnie klarowne. Kapitalizm bywa bowiem zwyczajnie ostatnią, nieustępliwą przeszkodą, rzuconą przez rzeczywistość. Przeszkodą nie poddającą się presji ich opinii, oceny ani nawet szantażu moralnego. Zmuszającą do zejścia na ziemię z ideologicznego nieboskłonu i zajęcia się zaspokojeniem realnych potrzeb ludzi, pośród których żyją, za pomocą równie realnych, dostępnych tu-i-teraz środków, co przez tych utopistów już jest odbierane jako zamach na ich godność. Najzupełniej słusznie kapitalizm jest utożsamiony z uciążliwą koniecznością zdobywania środków na życie, gdyż dla współczesnego świata nie jest niczym innym, jak tylko gospodarczym systemem podtrzymywania życia. Ustawiczne jego lekceważenie i podkopywanie prędzej czy później doprowadza do sytuacji, w której trzeba wreszcie opuścić swojego światopoglądowego matriksa, by osobiście, na własnej skórze, zmierzyć się z chłodem i głodem. Zaprawdę, ten duet ma wielką moc przypominania o tym, że realia niespecjalnie zamierzają poddawać się czarnej magii opartej na mętnej wizji jakiegoś post-rzadkościowego świata. Rzeczywistości nie można w nieskończoność zaklinać preparowanymi na poczekaniu quasi-etycznymi komunałami, przegłosowywać ani oprotestowywać. Również epatowanie negatywnymi odczuciami względem niej niczego nie zmienia, bo wyłączanie systemu podtrzymywania życia kończy się zawsze tak samo – poważnym tego życia narażaniem, jeśli nie wreszcie samobójstwem… Rzeczywistości nie obchodzą szczegółowe, subiektywne powody czyjejś awersji. Odrzucając kapitalizm, bez względu na wyznawaną przez siebie ideologię, nie obejdzie się bez trupów. Ale to bardzo dobrze – one zazwyczaj skłaniają do przebudzenia, kończąc cały cykl ułudy. Przywracają tak zwany zdrowy rozsądek, który możemy rozpoznać dzięki temu, iż jego integralną składową jest refleksja o przetrwaniu. Co nie służy przetrwaniu i nie bierze go pod uwagę jest niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Najprościej zaś refleksję o przetrwaniu uruchomić w warunkach, w których jest ono niepewne i zagrożone. Zdrowego rozsądku nie ma bez instynktu samozachowawczego. Gdy zaczynamy ignorować sferę witalną, aby oddać się w pełni jakiejś idei – finito. Niechybnie żegnamy się wówczas z tym, co nazywamy zdrowym rozsądkiem.

Ludzie od strony mentalnej nie zmienili się zbytnio przez wieki. Dlatego też najskuteczniejszymi środkami służącymi do wydobywania się z wirtualiów każdego rodzaju pozostają i pozostaną: cierpienie, choroby i śmierć. One niezawodnie stawiają nas do pionu i zmuszają do zerwania z fikcją, pozorem czy kłamstwem. Jeśli chcemy wyzdrowieć albo po prostu przetrwać, musimy podjąć wysiłek, by poznać prawdę o zagrożeniach świata rzeczywistego i się jej trzymać. Problemy zaczynają pojawiać się wraz z chwilą, w jakiej się tej trójcy całkowicie wyzbędziemy. Tymczasem to właśnie czynimy – w zeświecczonym społeczeństwie mamy jej coraz mniej do swej dyspozycji. Bardzo sprawnie wyproszona została z naszego zbiorowego doświadczenia – uczyniliśmy ją niepożądanym gościem w sferze publicznej. Po części można to uznać za formę dopustu bożego – Zachód padł zwyczajnie ofiarą własnego sukcesu. Zarazy i klęski głodu – główni ich dostarczyciele, zostały skutecznie powstrzymane (przynajmniej jak do tej pory). Tyle tylko, że nie przewidując, iż śmierć oraz jej pochodne mogą pełnić doniosłą rolę dla naszego dobrostanu i znacząco możemy przesadzić z ich eliminacją, wyjałowiliśmy z nich zupełnie swe obyczaje. Od dawna nie znajdziemy na placach naszych miast gilotyn i szubienic – nie bywamy więc świadkami publicznych egzekucji, które mogłyby kompensować deficyty śmierci w pozostałych obszarach. Kary głównej w Europie dziś nie ma, co zresztą jakaś część ludzi uznaje za sukces sam w sobie.

Śmierci nie odnajdziemy również w innych rejonach sfery publicznej. Odkąd fetysz nadrzędnej wartości życia ludzkiego sprawił, że bezpieczeństwo stało się bezwzględnym priorytetem, coraz rzadziej możemy obserwować, jak śmiałkowie kończą swoją lub cudzą egzystencję na arenach sportowych. Co urastało niegdyś do poważnego wyzwania, wymagającego postawienia na szali swojego życia – dziś stało się zwyczajną zabawą, dziecięcą igraszką, nad którą przechodzimy obojętnie. A ja tymczasem pamiętam swój odbiór dawnej Formuły 1 po śmierci Rolanda Ratzenbergera i Ayrtona Senny w 1994 roku – zginęli jeden po drugim, gdy miałem dziewięć lat.

Wówczas kierowcy startujący w tych wyścigach byli dla mnie herosami na podobieństwo gladiatorów, bo mierzyli się z tym samym niebezpieczeństwem, z jakim przychodziło się mierzyć ich antycznym odpowiednikom. A kiedy ginęli, przydawali swojej dyscyplinie większego znaczenia i uwagi, niż byliby władni uczynić, odnosząc w jej ramach największe tryumfy. Swymi śmiertelnymi wypadkami wykraczali daleko poza sport. Umierając na oczach dziesiątków tysięcy (jeśli nie milionów, licząc również oglądających transmisję telewizyjną), wyrywali z letargu masy przychodzące na tor tylko dla emocjonującej rozrywki, ale już wychodzące zeń w szoku oraz z niedowierzaniem w kruchość ludzkiego życia. Domyślnie również swojego, częstokroć zapewne dowiadując się czegoś o sobie i przewartościowując różne sprawy. Do dziś zresztą pamietam obrazy płaczących członków ekip serwisowych, domyślających się bezpośrednio po kraksie, że Senna nie przeżył. Rutyna rywalizacji w jednej chwili prysnęła, ustępując miejsca żałobie a ostateczne zwycięstwo Schumachera i osiągnięte na torze czasy pozostałych kierowców straciły jakiekolwiek znaczenie. Opadła nań kurtyna imponderabilów Tanatosa. Jakże to były odświeżające, poruszające, pełne piękna doznanie! Ofiara z prawdopodobnie największego, nieodżałowanego po dziś dzień talentu, jaki kiedykolwiek zasiadł za kierownicą i to złożona bezpośrednio na moich oczach… Oglądanie nieoczekiwanej, cudzej śmierci poważnie dawało do myślenia. Pobudzało tantoskepsję.

Tymczasem wyeliminowawszy przeżywanie śmierci z grupowego doświadczenia, bez względu, czy znajdowało ono swoje miejsce w egzekucji prawa, sporcie czy gdziekolwiek indziej, ci, którzy byli przed nami, wyprowadzili świat na kurs ku absolutnej idiotoodporności. Każdego dnia świat wybacza więcej, więcej i jeszcze więcej. Codziennie po troszę ogołacamy go z ryzyka, upodobniając do pokoju bez klamek. Zagubieni w kokonie bezpieczeństwa zapominamy, że jedynie ryzyko obnaża sens naszego życia. A później dziwimy się, że pozostaje ono bez smaku i przestaje cieszyć. Za cenę wojny totalnej z okrucieństwem, zachodnie społeczeństwa dopuściły się wobec siebie okrucieństwa największego, chociaż ukrytego w pluszu. Można pod nosem narzekać na drastyczne obyczaje i brutalność dawnych czasów, ale w tamtych minionych, okrutnych światach ludzie przynajmniej nie mieli problemów z bezpośrednim odczuwaniem wartości swojego życia! Właśnie dlatego (do cholery!), że zewsząd było ono zagrożone i zawsze coś na nie dybało. Świat bez zagrożeń i śmierci to świat bez wartości; pozbawiony różnic między prawdą a fałszem, skutecznością i nieskutecznością, właściwością i niewłaściwością dążeń.

Pozostaje pytanie, czy nie możemy jednak poratować się jakimś substytutem? Czy erzac kultury jest w stanie przynajmniej częściowo zrekompensować nam deficyt śmierciomyślicielstwa? Ryszard Wagner sądził, że sztuka zdolna jest zastąpić symbolikę upadającej religii. Dokonać poniekąd dzieła jej odnowy. Ja nie dostrzegam dziś takiej szansy. Podstawowy problem zasadza się w tym, że również artyści w znacznym stopniu zależni są od Zeitgeistu swej współczesności, determinującego ich poczynania. Sztuka potrzebuje wszak inspiracji, tematów a przede wszystkim potrzeb publiczności, jakie miałaby zaspokajać. Jest przecież na ogół twórczą próbą przepracowania konkretnych doświadczeń żyjących w danym czasie i miejscu. Jeżeli śmierć w powszechnym mniemaniu uznawana jest za zbędną w refleksji – unikaną za wszelką cenę – niebywale trudnym zadaniem jest uczynić ją ponownie wiodącym tematem dla artystów. Nieliczni jedynie spośród nich potrafią wziąć w nawias swą epokę i spoglądać na nią z dystansu, dostarczając akurat tego, czego rzeczywiście jej brakuje. Nawet gdybyśmy takich znaleźli i wskazali pole do działania, niekoniecznie byliby zdolni oddziałać masowo. Z drugiej strony, rozpatrując rzecz czysto formalnie, atrybutów śmierci w kulturze mamy pod dostatkiem. W filmach nieustannie ktoś ginie. Mamy nawet specjalny gatunek poświęcony śmierci: gore. Trupie czaszki i zwłoki straszą z tysiąca okładek metalowych albumów, jak również t-shirtów. Estetykę trupiej zgnilizny niczym sztandar niosą nam społeczności gothów, tudzież reprezentantów innych „mrocznych” subkultur. Nie przekraczają jednak bariery fikcji i konwencji – nie trafiają już z dawnym przekazem bezpośrednio do odbiorcy – brak im odpowiedniego odniesienia. Są dawno oswojonymi, zużytymi środkami, które trudno brać na serio. Na dobrą sprawę, to pełno mamy śmierci w środkach masowego przekazu, ale takiej kompletnie nic nie znaczącej, wręcz nudnej w swojej niedojrzałości. Niewiele jest dzieł na tyle trafnych, by można uznać je za zdolne do przełamania granicy między traktowanym jak sztuczny a więc nie do końca odnoszący się do realiów świat fikcji a naszą codziennością. Sztuka jest sztuczna, więc nam nie pomoże. Nie pomoże, bo sama jest tylko wykwitem reprezentującym czas, w jakim powstała. W naszym przypadku reprezentuje ona epokę infantylności. Aby odwrócić zgubny trend, koniecznym jest oddziałać bezpośrednio na rzeczywistość.

Jak więc zahartować Zachód, ponownie przywracając jego godność? Zwyczajnie. Należy oddać mu z powrotem śmierć. Jeśli nie przyjdzie ona w postaci jakiejś większej epidemii, wojny lub kombinacji obydwu, raczej nie zdołamy wyrwać mas z wirtualiów w jakie popadły. Czy w otrzeźwieniu pomocni mogą być islamscy dżihadyści, sprowadzający na syty kontynent zagrożenie? Cóż, jeśli mielibyśmy sądzić wyłącznie po pozorach – na przykład ograniczając się do przejrzenia francuskiej prasy, po kolejnych zamachach proponującej jeszcze więcej ludyczności a mniej śmierciomyślicielstwa – odpowiedź musiałaby być negatywna. Niczego się nie nauczyli. Ale nie wiemy przecież, czy oddolnie witalne wartości nie zaczną jednak fermentować wśród mas, które podskórnie doświadczą w tym względzie przewag społeczności muzułmańskiej. Tak czy owak, należy przygotować świeżą ofertę dla cywilizacji w postaci nowej religii, najlepiej z silnie zaakcentowanym kultem śmierci, którego nie będzie się dało tak zsentymentalizować, jak zostało to uczynione w chrześcijaństwie. A dalej? Czekać na sprzyjającą chwilę dla popularyzacji nowej wiary – sprzyjającą w efekcie całkowitej zmianie kulturowego paradygmatu.

Kto bowiem chce zmienić świat i ludzi na dekadę, ten niech się weźmie za politykę. Kto z kolei chce ich odmiany na wieki, ten niech działa poprzez kulturę i sztukę. Ale temu, który chciałby oddziaływać przez całe tysiąclecia… temu posłużyć może wyłącznie religia.

7. Finałowe memento mori.

Zbieg okoliczności sprawił, że po dwudziestu kilku latach przyszło mi wejść znów w swą dawną, epizodyczną, niemal zapomnianą, kołaczącą się gdzieś pomiędzy jawą a snem, rolę z dzieciństwa: Tego, Który Przypomina o Śmierci. Zatoczyłem tym samym krąg. Od wspomnianych wakacji stare podwórko u dziadków zdążyło rozrosnąć mi się rozmiarami do całego kontynentu a to, co niegdyś z mojego doświadczenia śmiertelności wydawało zupełnie niewyrażalnym w języku, dziś już jestem w stanie jasno zakomunikować a nawet uzasadnić. Niewątpliwie wyrobiłem warsztat myśli na tyle, że nie muszę się ograniczać do niewysłowionego grzebania zdechłych wron w nadziei, że ktoś zrozumie przesłanie zawarte wyłącznie w gestach. Istotowo jednak znów czynię przecież w zasadzie to samo – przypominam o śmierci i znaczeniu, jakie powinniśmy czerpać z jej przeżywania. Od tamtych dni tylko gówniarzy jakby dokoła mnie przybyło…

Bywa czasem tak, że pozornie nieznaczący epizod okazuje się być zwiastunem przyszłego losu. Teraz zupełnie poważnie zastanawiam się nad tym, czy aby wczesna przygoda ze śmiertelnością nie pełniła bardziej doniosłej roli dla mojego życia, niż mogłem się tego kiedykolwiek spodziewać. Wprawdzie nie posiadała znamion samospełniającej się przepowiedni, ale co jeżeli była znaczącą podpowiedzią, którą powinienem był dawno temu właściwie odczytać? Co jeśli właśnie wówczas, pamiętnego dla mnie lata, objawiło się przede mną zaledwie na kilka dni powołanie, którego zew zlekceważyłem i pogrzebałem na całe dekady? Czy dziś on znów nie odzywa się we mnie, starając skierować na dawno porzuconą ścieżkę, na której zdołałem nieśmiało postawić zaledwie pierwszy krok? Czy nie była to jakaś egzystencjalna forma foreshadowingu, ukazująca w nowym świetle całą resztę moich wyborów, łącznie z filozoficznymi zainteresowaniami? Czy nazbyt długo nie szedłem równoległą drogą do tej, jaką winny byłem wybrać dla siebie, dostrzegając naturalnie ujawniającą się skłonność?

Bez względu na odpowiedź, jakiej sobie udzielę, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zamknąć tę notę bez wychodzenia z przyjętej na jej potrzeby roli. Nie znajdę chyba bardziej adekwatnego sposobu, by to uczynić, niż poprzez bezpośrednie przypomnienie o nieuchronności zbliżającego się końca, który gdzieś tam Cię oczekuje. Wypełnię tę lukę w dzisiejszej kulturze – podziękujesz mi za to kiedy indziej. Nie znam Twojej płci czy wieku, nie wiem kim jesteś, za kogo się uważasz i co sobą reprezentujesz. Ale też wiedzieć tego wszystkiego nie muszę, bo kimkolwiek byś, człowieku, nie był, kiedyś przyjdzie Ci wreszcie wyzionąć ducha. Może samodzielnie zadecydujesz o swoim kresie, może zrobi to ktoś inny lub stanie się to bez niczyjego udziału – nieistotne. Umrzesz bez względu na swoje dokonania lub ich brak. Czy będziesz konać pośród przyjaciół, wrogów czy zupełnie przez wszystkich zapomniany i tak wreszcie przyjdzie Twoja kolej w umieraniu. Może zdołasz mnie przeżyć, a może to ja przeżyję Ciebie. Nie będzie miało to większego znaczenia, podobnie jak to, czy w ostatniej chwili swego istnienia będziesz kurczowo trzymać się ostatniego oddechu, czy z utęsknieniem zdecydujesz się zanurzyć w nadciągające nieznane. Śmierci nic z powyższego nie zrobi różnicy – podobnie jak to, czy będziesz odchodzić w wielkim cierpieniu czy też zupełnie bez bólu, z pełną świadomością czy we śnie – Twój koniec jest nieuchronny i pewny, bez względu na towarzyszące mu okoliczności. Czy powinno Cię to napawać lękiem?

Sugerowałbym raczej po prostu zachować pokorę. Zresztą jeśli tak bardzo chcesz lub musisz, bój się – nie będę Ci tego bronił. Ale i w tym strachu zachowaj odpowiednią miarę, bowiem po stokroć bardziej przerażającym od samej śmierci jest powolne marnowanie upływającego dzień po dniu żywota. Dlaczego? Dlatego, że śmierć przychodzi tylko raz, a potencjał życia można niweczyć latami, nigdy nie stając się tym, kim stać się powinno, zadręczając się następnie słusznymi oskarżeniami, uwięzionym w pułapce, jaką samemu się zastawiło własnymi zaniechaniami lub bezsensownym zapatrzeniem w dystrakcje. Nazbyt wielu dziś umiera niezadowolonych z siebie i tego co udało im się ze sobą uczynić. Uświadomienie niewłaściwego spożytkowania danego czasu, którego nie sposób już cofnąć, zawsze będzie większą tragedią niż najstraszliwsza nawet śmierć, wieńcząca jednak udaną w gruncie rzeczy samorealizację. Swój czas zaś najłatwiej zmarnować wtedy, gdy nie myśli się o nim w sposób całościowy, wraz z uchwyceniem jego skończonej specyfiki. Tak jak nie sposób umeblować rozciągającego się w nieskończoność pokoju, tak samo niemożliwym wydaje się sensowna kompozycja swego życia bez pojęcia jego skończonego przebiegu. Uprawiaj więc tanatoskepsję – wzmożysz tak witalistyczne popędy a przy tym oczyścisz się z tego, co jest Ci zbędne w stawaniu się swoją najlepszą egzemplifikacją. Zachowywanie perspektywy śmierci jest niezmiernie użytecznym dla lepszego kierowania sobą, więc wykorzystuj ją w swym myśleniu każdego dnia.

A strach? Strach przed śmiercią można przezwyciężyć. Strategia jego opanowania jest dość prosta: wystarczy zdać sobie sprawę z tego, że tylko na tle śmierci życie może uzyskać w naszych oczach jakąkolwiek wartość i stać się dla nas czymś ważnym i zrozumiałym. Życie bowiem jest tylko zrozumiałe, gdy spogląda się na nie przez pryzmat śmierci. Z tego powodu lęk przed nią w gruncie rzeczy wydaje się być bezsensownym. Jest ona raczej przyjaciółką, czyniącą wszystko to, czego tylko udało Ci się przeżyć, dokonać i wybrać, godnym wyboru. Śmierć stanowi podstawowy warunek wszelkich możliwych wartości wynikłych z bytowania w ramach życia. Animuszu powinieneś czerpać ze swej ograniczoności, uznając za najwyższą prawdę twierdzenie, iż dopiero epitafium jest najgodniejszym spośród hymnów dostępnych dla tego, który jest śmiertelny. Nigdy o tym nie zapominaj – w innym wypadku odrzesz się z tajemnicy życia, której niegdyś na codzień doświadczali żyjący w okrutniejszym, lecz przy tym zaczarowanym w swej bezpośredniości, świecie.

Upodobnij się do instrumentu muzycznego, wznieś ściany osobistego pudła rezonansowego i doniośle zabrzmij w naturalnym dla siebie paśmie, póki masz jeszcze czas. Śmierć uciszy kiedyś zagrany przez Ciebie ostatni akord, ale to pośrednio dzięki niej w ogóle go zagrasz a my – usłyszymy.

Ocknij się zatem z przedłużającej się, otępiającej drzemki. Nie masz znowu tak wiele czasu na to, coś sobie zaplanował. Do dzieła!

Wersja offline – PDF

Taka synestezja albo raczej nieświadoma korespondencja sztuk

UWAGA!: Niniejszy post zawiera w swym składzie sporą dozę lichej sztuki przedstawieniowej, muzyki programowej (z definicji i siłą rzeczy coś ilustrującej) oraz równie nieodkrywczej oraz zapewne przestarzałej filozofii. Osoby o słabych nerwach, zwłaszcza krytycy rozsmakowani w sztuce współczesnej, eksperymentalnej i awangardowej niech wchodzą wyłącznie na własną odpowiedzialność i liczą się z tym, że poniższy post ma na celu nic ponad sprowokowanie udzielenia się stanów, które udzieliły się również autorom poniższych dzieł składających się na wpis, jak i autorowi samego wpisu jako zbiorczej całości.

Oczywiście, Jasiu, że Cię czytam. Może już nie tak regularnie jak kiedyś, ale wciąż. I nie, nie zawsze z tego powodu muszę słyszeć Wagnera. Natomiast takie całe Gesamtkunstwerk mi się udzieliło, gdy wspomniałeś o piosenkach, bo wygrzebałem sobie „Once Again” Barclay James Harvest, włączyłem „Lady Loves”

  i od razu stanął mi przed oczyma ten obraz Bouguereau:

Dobra. Mamy obraz, mamy dźwięk, ale aby dzieło stało się naprawdę totalne, a post nieco bardziej filozoficzny, dodajmy też trochę myśli, wiążąc wszystko ściśle tematycznie z powyższymi.

„Czy powinniśmy zwracać się do królów i książąt by zadali kres nierównościom między bogatymi a biednymi? Czy powinniśmy wymagać od żołnierzy by zabierali złoto bogacza i rozdawali je pomiędzy potrzebujących? Czy powinniśmy błagać imperatora by narzucił na bogatych tak wysoki podatek, który uczyni ich biednymi by dzielić zyski z tego podatku pomiędzy wszystkimi? Równość narzucona siłą niczego by nie dała, lecz tylko zwiększyłaby nieprawość. Ci którzy mają okrutne serca i bystre umysły wkrótce znaleźliby drogę by znów stać się bogatymi. Co gorsza bogacze, którym zabrano złoto czuliby się skrzywdzeni i zgorzkniali; podczas gdy biedni, którzy otrzymali złoto od żołnierzy nie czuliby wdzięczności, ponieważ dar ten nie byłby objawem hojności. Zamiast dawać moralną korzyść dla społeczeństwa, więcej przynosiłoby to szkody. Materialna sprawiedliwość nie może być osiągnięta przymusem, albowiem zmiana serca nie będzie jej towarzyszyła. Jedyną drogą by osiągnąć prawdziwą sprawiedliwość jest zmiana ludzkich serc, a wtedy będą radośnie dzielić się swoimi dobrami.”

— Św. Jan Chryzostom

Ale ponieważ na sprawę można patrzeć z wielu stron:

DOPÓTY, DOPÓKI III RP, Z ARŁUKOWICZEM NA CZELE, BĘDZIE WYRĘCZAĆ SIĘ OWSIAKIEM W SWOICH PODSTAWOWYCH OBOWIĄZKACH, NIE BĘDZIE ZASŁUGIWAŁA NA MIANO „PAŃSTWA”, LECZ SKANDALU.

Różnica pomiędzy transferem dokonywanym za pośrednictwem machiny biurokratycznej oraz bezpośrednim transferem charytatywnym jest taka, że w tym pierwszym przypadku człowiek otrzymuje  to, co mu się słusznie należy (zaspokajane są jego roszczenia), w tym drugim zaś wyświadcza mu się  niezasłużoną łaskę (poprzez zaspokajanie jego pragnień). W pierwszym przypadku otrzymujący nie traci godności, a przekazujący się nie wywyższa, w drugim ten pierwszy jest upokarzany, a ten drugi leczy swoje kabotyńskie sumienie.

Gdy poddaję się opresji podatkowej uważając ją za uzasadnioną, moje człowieczeństwo rozkwita, gdy dobrowolnie przekazuję datek, moje człowieczeństwo karleje.

A zatem, to, co powiedziałem powyżej, można sformułować również w ten sposób: jak długo jeszcze wyświadczać się będzie łaskę tym wszystkim, którym to, co otrzymują, się należy?

SIEMA!

— Jacek Kardaszewski

Na szczęście nie znam takiej piosenki, ani obrazu, którym mógłbym zilustrować myśli Kardacha, chociaż niewątpliwie musiałyby to być dzieła wyjątkowo obelżywe. Szkoda tylko, że znam taką rzeczywistość.