Polemiki z Marcinem Sułkowskim (z komentarzy serwisu Konserwatyzm.pl)

Niestety, z powodu powracających przeszkód dla komunikacji – nie wnikam już czy powodowanych przez niewinną złośliwość rzeczy martwych, czy mniej niewinną; ludzi odpowiadających za politykę moderacji rzeczonego serwisu – jestem zmuszony polemiki poprowadzić w formie bardziej korespondencyjnej, w oddzielnym miejscu.

Ponieważ sytuacja z nieprzepuszczaniem moich komentarzy na Konserwatyzm.pl się powtarza po raz kolejny, moi kontrdyskutanci mogą odnieść mylne wrażenie, że lekceważę spory z ich udziałem albo, co gorsza, mniemać, że się z nich bezradnie wycofuję. Nic bardziej mylnego – po prostu sekcja komentarzy jest z jakiegoś powodu zupełnie dysfunkcjonalna. Albo gubi wpisywaną treść, przewinąwszy stronę do wypowiedzi na jaką się odpowiada bez wyświetlenia zwyczajowego komunikatu o przekazaniu do moderacji, albo, gdy ponawia się próby zamieszczenia swojego tekstu, wyświetla okno z informacją, że podobna treść została już pierwotnie zamieszczona.

Nie mam pojęcia na jakim systemie bazuje tamtejsza sekcja komentarzy – ponoć na Disqusie, który ma opcję timeoutów i shadow banów, ale stosowanie rzeczonych mechanizmów chyba powinno objawiać się dla banowanego w inny sposób.

Tak czy inaczej, jeśli jestem w wyniku niefunkcjonalności strony podejrzewany o ucieczki i zmuszany do udzielania wyjaśnień:

Ale już kiedyś Panu tłumaczyłem wewnętrzne sprzeczności teorii Rothbarda – niestety salwował się Pan rejteradą

Nieprawda. Portal Konserwatyzm.pl po prostu nie zamieścił już moich kolejnych odpowiedzi dla Pana, mimo tego, że starałem się je jeszcze kilka razy wkleić, więc to nie ja uciąłem dyskusję. Wciąż mam je zapisane w pliku z notatkami i mogę je zamieścić w jakimś neutralnym miejscu, jeśli ma Pan ochotę ciągnąć dalej tamte wątki.

kwitowanych pobłażaniem:

z doświadczenia wiem, że disqus jest w stanie obsłużyć w jednym wątku do 100 tysięcy komentarzy bez większych problemów, więc miał Pan wyjątkowy brak szczęścia.

postanowiłem zainwestować w archiwizację dyskusji w miejscu, gdzie wyjątkowy brak szczęścia nie występuje, gdyż ma się wpływ na zamieszczane teksty. Zamiast bezskutecznie dobijać się gdzieś, gdzie dyskusja z jakiegoś względu jest utrudniona do tego stopnia, że trudno nawet poinformować osobę z którą się rozmawiało o tekście do niej zaadresowanym oczekującym w innym miejscu, by przynajmniej tam miała swobodę się z nim zapoznać, można problem zupełnie obejść i umieścić u siebie.

Niniejszym to zresztą czynię, zamieszczając odpowiedzi, które nie zdołały się przebić w dwóch wątkach.

Pierwsza odnosi się do komentarza nr 56662 (z 10 września 2021 o 19:56)

Wielomski: Konfederacja wobec „lex TVN”. Papierek lakmusowy samozachowania


"z doświadczenia wiem, że disqus jest w stanie obsłużyć w jednym wątku do 100 tysięcy komentarzy bez większych problemów, więc miał Pan wyjątkowy brak szczęścia."

Być może nie jest w stanie obsłużyć więcej niż kilku linków albo części dyskutantów z innymi poglądami moderatorzy próbują włączać „zniechęcacza”.

W każdym razie odpowiedź na swojego posta z 22 czerwca 2021, godziny 11:30 znajdzie Pan tutaj:

https://pastebin.pl/view/f85c08cc

Zanim podejmę dalszą polemikę, która w większości będzie polegała na zwalczaniu słomianych ludów, jakie pan pracowicie porozstawiał, wypadałoby aby najpierw nadrobił pan zaległości z poprzedniej naszej dyskusji, ponieważ:

  • lepiej wyjaśnią moje stanowisko na kwestie sprawiedliwości i uzasadnienie, dlaczego państwo będzie kiepskim jej gwarantem, a w praktyce tylko pozorantem udającym, że ją dostarcza i mu na niej zależy,
  • bez zrozumienia na czym polega podstawowa przewaga porządku zdecentralizowanego prywatnego prawa nad tym dzisiejszym państwowym, będzie pan dalej stawiał karykatury, zamiast zmierzyć się ze smutną konstatacją, że reprezentuje pan w tym naszym drobnym sporze stronę, której tak naprawdę mniej zależy na szansach ludzi na uzyskiwanie sprawiedliwości, co stawia pod znakiem zapytania również tę całą deklaratywną troskę o dobro.

Jeśli zaznajomi się pan z preferowaną przeze mnie wizją sprawiedliwości, będzie też łatwiej unikać dziwacznych konkluzji o moim stanowisku, opartych w większości na przekornym stosowaniu sofizmatu rozszerzenia.

Dzięki temu, nie będę musiał poświęcać czasu na wyjaśnienia, dlaczego nie jestem przeciw kulturze czy wychowaniu dzieci, aby radziły sobie z zagrożeniami płynącymi ze świata. Zaoszczędzony, będzie można spożytkować do wyjaśnienia jakimi środkami można byłoby się posłużyć, aby sobie zabezpieczyć preferowane przez siebie dobra moralne, bez opierania się na państwie, które nie tylko jest zbędne, ale wręcz stanowi zagrożenie dla naturalnego autorytetu rodziców.


Drugi zaległy tekst to właśnie ten zamieszczony w serwisie pastebin. Odnosi się do naszej poprzedniej dyskusji, jaka została urwana z powodów ode mnie niezależnych. Uznałem, że wrócę do niej, gdy nadarzy się kolejna okazja i któryś z moich komentarzy znowu zostanie zagubiony przez Konserwatyzm.pl. I proszę – właśnie się nadarzyła.

Stanowi kontynuację wątku zakończonego na komentarzu nr 55888 z nieniejszego wątku.

Aby przegnać tego strasznego pecha i umożliwić panu Sułkowskiemu zapoznanie się z dalszym ciągiem naszego sporu, na wypadek gdyby i na pastebinie nastąpiła jakaś katastrofa, backup mojej odpowiedzi zamieszczam poniżej:


Ad.1.
Non sequitur. Dyskutuje pan obok tematu. Nie twierdzę, że Islandia była anarchokapitalizmem, tylko że anarchokapitalistyczne systemy prawa inspirują się islandzkimi rozwiązaniami. Zatem to, czy w pana ocenie były one dostatecznie podobne czy niedostatecznie, nie ma tutaj większego znaczenia, bo dla inspiracji to rzecz obojętna.

Clou z lekcji płynącej z epizodu Wolnej Wspólnoty polega na zrozumieniu jak i dlaczego społeczeństwo wczesnego osadnictwa bez silnych centralnych, politycznych struktur było w stanie wytworzyć i egzekwować jakiekolwiek prawodawstwo, zamiast rozstrzygać wszystkie konflikty siłą. Praworządność jest jednak dla większości bardziej opłacalna niż ryzyko wywołania otwartej wojny domowej, które zresztą też od czasu do czasu było podejmowane, jak zaświadczają sagi. Większość konfliktów była mitygowana inaczej, do zbrojnych wystąpień ograniczała się elita.


https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/bitstream/11320/7937/1/MHI_17__1_2018_W_Gogloza_Przemoc_w_sredniowiecznej_Islandii.pdf

Cóż, repetitio est mater studiorum, tak więc oto (powtórzona dla opornych) lekcja autorytetu anarchistycznego prawa, płynąca z przykładu Islandii. Czy dla pana dostatecznie anarchicznej, czy niedostatecznie, quasi-demokratycznej czy quasi-feudalnej, nie będę się na razie o to z panem targował, bo widzę, że pan ma w tej dyskusji w ogóle zupełnie inny problem.

Otóż nijak nie potrafi pan sobie usystematyzować zarówno tych historycznych oraz niezrealizowanych, a dopiero postulowanych, systemów prywatnego prawa z racji tego, że nie dostrzega lub gubi się w pewnym niuansie kryjącym się w ogólnym pojęciu policentryczności systemu prawa. Otóż to pojęcie jest ogólnym właśnie dlatego, że wspomniana wieloośrodkowość oraz związany z nią pluralizm może być stopniowany i występować na kilku poziomach:

  • kreacji prawa (ustawodawczym),
  • sądownictwa (interpretacji i orzecznictwa powstałego już prawa),
  • egzekutywy, (zaprowadzania porządku przez jakieś instytucje porządkowe).

Pewne łady prawne będą wieloośrodkowe tylko na jednym z tych poziomów, inne na kilku, a te najbardziej radykalne – będą policentryczne we wszystkich. Zatem mamy do czynienia z całym spektrum, do którego należałoby podejść trochę na zasadzie kombinatoryki, by sobie uzmysłowić wszystkie możliwe permutacje oraz właściwie im przyporządkować konkretne przykłady historyczne jak i „utopijne” z ich podobieństwami i różnicami.

Może mieć pan ład, w którym istnieje jeden podmiot stanowiący prawo, ale wiele różnych niezależnych od siebie sądów je interpretuje a porządku pilnuje jedna publiczna policja.
Albo – w którym istnieje monopol stanowiący prawo, monopol sądowy a na samym dole wiele prywatnych policji, którym zleca się egzekwowanie prawa.
Albo wiele podmiotów tworzących prawo, ale niżej następujący monopol sądowy i policyjny.
Albo wiele podmiotów tworzących prawo, wiele konkurujących sądów i wiele policji.

Dopiero wtedy, gdy będzie pan potrafił rozpoznać, z jakim przypadkiem ma pan do czynienia, będzie mógł pan się silić na sensowną krytykę. Bo na razie to ja odnoszę wrażenie, że usiłuje pan tu brak merytoryki nadrabiać hałasem, zwłaszcza skoro zdaje się pan błędnie stawiać zarzuty wobec propozycji Rothbarda. (O tym później.)

Proponuję zrobić sobie kontrolne ćwiczenie i przemyśleć na czym polegał policentryzm systemu prawa w Islandii, na czym gdy na przykład w średniowieczu równolegle istniały sobie sądy kościelne obok świeckich czy występowało prawo bartne, a na czym polega on u Rothbarda. Następnie zestawić ze stanem dzisiejszym z monocentrycznym systemem prawa, kiedy zarówno jego stanowienie jest monopolistyczne, jego orzecznictwo jest monopolistyczne oraz egzekucją również zajmuje się też centralnie finansowany monopol i wtedy ustalać stopnie podobieństw, różnic oraz ogólne powinowactwo między tymi wszystkimi ładami.

Jeżeli jest pan zainteresowany krytyką za żywota różnych form policentryzmu prawnego, niech pan nie robi tego na chybił-trafił, tak jak do tej pory, tylko sobie bardziej metodycznie przemyśli, gdzie jego pluralizm panu konkretnie przeszkadza i jakie argumenty może pan rzeczywiście przeciw niemu na danym etapie wytoczyć. Na razie się pan miota i gromi Rothbarda za utopijność w akurat tym kształcie, który on dosyć bezpośrednio przeniósł (żeby nie powiedzieć, zerżnął) z wzorca jaki został w znacznym stopniu historycznie zrealizowany i dostatecznie się obronił, by można było na jego bazie dokonywać libertariańskiego tuningu, i uznać, że w tym zakresie działałyby podobnie na swych instytucjonalnych zamiennikach.

A jeśli uznałby pan, że jednak z jakiegoś powodu byłoby to niemożliwe, to wtedy powinien pan pokazać dlaczego konkretnie nie.

Więc może uporządkujmy trochę tę dyskusję.

Ad 2.

Bardzo ładnie. I jak pan ocenia realizację zasady sprawiedliwości przez dzisiejsze państwa w praktyce? Czy uznaje pan, że jednolitość wspomnianej zasady i odgórność prawa oraz jego jedność jakkolwiek wpływa na to, czy prawo jest w ogóle sprawiedliwe? Bo ja odnoszę wrażenie, że te jakości, które pan wymienia przy obecnym ustawodawstwie tworzą jednolitą niesprawiedliwość przed którą nie ma się jak bronić, właśnie dlatego, że prawo jest jedno.

I dlatego lepiej się już zdać na tę „ekonomizację sprawiedliwości”, która jest panu tak obmierzła, bo ona w ramach swych niedoskonałych aproksymacji zrealizuje w większym stopniu zasadę sprawiedliwości, niż jakiekolwiek państwo, które nie ma żadnego powodu, żeby każdemu oddawać tego, co jest komu należne, jeżeli może po prostu nad nim panować.

Tromtadracje o zasadzie sprawiedliwości wyjątkowo spektakularnie rozbijają się o praktykę stosowania prawa w takiej Korei Północnej, które na pewno w założeniach jest odgórne oraz jedno i niczego to zupełnie nie załatwia. Więc może cały ten fetyszyzm państwowego jednolitego prawa lepiej sobie schować do kieszeni?

Nie trzeba nawet sięgać do Azji: każde obecnie dzisiaj istniejące prawodawstwo uniemożliwiające osiągnięcia wyroku kary śmierci za morderstwo, staje na przeszkodzie realizacji zasady proporcjonalności kary, zatem z założenia jest niesprawiedliwe.

Tymczasem libertariańska teoria kary opiera się na postulacie domyślnego stosowania zasady proporcjonalności, natomiast umożliwia także stronie ofiary domagania się również niższych wyroków, ponieważ to ona jest dysponentem kary, więc w pewnym stopniu mogą ją personalizować w oparciu o swoje przekonania moralne.

"Koncepcja ta wyznacza górny limit kary, jaki zastosować może ofiara, by sama nie stać się agresorem. Nie mówi ona, co należy zrobić sprawcy, ale co wolno mu robić. Ofiara może zrezygnować z wymierzenia kary, to ofiara jest bowiem dysponentem kary.
[…]
Łatwo zauważyć, że współczesny system prawny daleki jest od wizji libertariańskiej. Przestępcy nie mają dziś obowiązku zadośćuczynić ofierze. Pod obecnym prawem ofiara cierpi więc podwójnie: (1) Gdy staje się ofiarą przestępstwa i poniesione przez nią straty nie zostają wynagrodzone w formie odszkodowania. (2) Gdy zostaje obrabowana ze swoich pieniędzy, z których finansowany jest pobyt sprawcy w więzieniu. W ładzie libertariańskim ofiara mogłaby liczyć na odszkodowanie, sprawca zaś musiałby liczyć się z faktem, że będzie musiał odpracować zło, które wyrządził, miast bezczynnie siedzieć w więzieniu, w którym miast resocjalizacji ulega jeszcze większej deprawacji."

A zatem, mimo że w przypadku morderstw mielibyśmy u libertarian do czynienia zapewne z całym spektrum róznorodnych kar, ostatecznie to oni byliby bliżsi realizacji zasady proporcjonalności kary w ramach swojej „ekonomizacji sprawiedliwości”. Nawet gdyby tylko część z nich zdecydowała się na karę główną zamiast odszkodowań, w takim społeczeństwie byłoby więcej sprawiedliwości niż w obecnych, gdzie obowiązuje moratorium albo kara śmierci została zniesiona i proporcjonalność kary jest tam w przypadku niektórych przestępstw w ogóle nieosiągalna.

Zresztą, skąd się u pana bierze przekonanie, że państwo jest kompetentną stroną do oceniania co komu należne? To ma być w obecnych realiach prawnych jakiś żart?

Ad 3.

Nie widzi pan żadnego powodu, bo jest skrajnie uprzedzony do danej teorii prawa, ideologii politycznej oraz metody egzekwowania sprawiedliwości, więc w ramach swojej wybiórczości nie chce pan żadnego dostrzec. W gruncie rzeczy ta zła wola stojąca na przeszkodzie poznaniu i wyrobieniu rzetelnej opinii to wyłącznie pana problem.

Miganie się od wykonania wyroku jest powrotem do pierwotnego aktu agresji, ponieważ sprawca nie wykazuje woli zadośćuczynienia ofiarze w wymiarze, w jakim pogwałcił jej prawa.

"Nie ma również żadnego powodu aby uznać, że społeczeństwo w ogóle będzie wiedziało o każdym konflikcie."

I o każdym wiedzieć nie musi, wystarczy, że wie o wystarczająco wielu, tych najbardziej istotnych i z odpowiednią regularnością reaguje na część z nich. Po osiągnięciu dostatecznej masy krytycznej tego typu reakcji, należy liczyć się z realnością sankcji. A czy musi być ona doskonale pewna? Nie. Grunt, aby była prawdopodobna w stopniu wystarczającym, żeby można było się na nią powoływać.

"A coś takiego jak autorytet prywatnego sądu nie istnieje, tak samo jak nie istnieje autorytet prywatnej firmy produkującej np. buty."

W oczach państwowca pewnie nie, ale wy najwyraźniej bez czyjegoś kańczuga nad swoją głową nie potraficie normalnie funkcjonować. Chociaż tak z ciekawości zapytam; czy autorytet średniowiecznych sądów kościelnych, niezależnych od państwa i konkurujących ze świeckimi w realizacji prawa karnego, cywilnego i administracyjnego, też uznałby pan równy temu należnemu firmom obuwniczym czy w tym wypadku z jakiegoś powodu byłby pan jednak bardziej łaskawy w ocenie?

"Ekonomizacja sprawiedliwości powoduje, że jest ona rozpatrywana nie w kategoriach moralnych czy prawnych, tylko w kategoriach opłacalności a sprawę sądową traktuje się nie jako realizację zasady sprawiedliwości, tylko jak towar. I to jest w teorii Rothbarda chyba największym idiotyzmem."

Albo: właśnie ta ekonomizacja sprawiedliwości wpływa na skuteczność jej egzekwowania w praktyce. Płacę za sprawiedliwość jako towar, to i wymagam jego dostarczenia, właśnie dlatego, że mi na nim zależy. A udowadniam, że mi zależy, bo płacę.

Ludziom tak chętnie poddającym się państwu i broniącym jego monopolu, zależy pewnie już mniej, bo pod przymusem płacą za coś, czego nie otrzymują i częstokroć muszą się wręcz od niego domagać, aby w ogóle zechciało odpowiednio zareagować. No ale zawsze można pójść na marsze milczenia albo swoich pomordowanych w ramach poprawności politycznej upamiętnić kredkami na chodniku, jak każe obyczaj. Można także żebrać o podjęcie działania w telewizyjnych programach interwencyjnych. Cóż, w ramach pokrzepienia serc pozostaje się pocieszyć tym, że przynajmniej prawo jest jedno, odgórne oraz ujednolicone, aby było spójne z zasadą sprawiedliwości. :)

Ad 5.

Proszę się nie powoływać na obecność czy nieobecność danych praktyk w dzisiejszych realiach, skoro teraz system prawny wygląda zupełnie inaczej i w określony sposób wpływa także na przejawiane oczekiwania związane z przenoszeniem ciężaru odpowiedzialności jego utrzymywania. (Tak, że większość ludzi w ogóle nie zajmuje się kwestiami sprawiedliwości i popada w nihilizm.)

Jego zmiana wiązałaby się także ze zmianą zarówno tych oczekiwań, jak i samych praktyk. I o to też chodzi.

Ad 6
Z państwem najwyraźniej też nie możemy sobie zapewnić równorzędnej przemocy opartej na zasadzie sprawiedliwości, bo państwo oferuje jej tylko tyle, by zapewnić sobie panowanie, więc cóż to dla pana za różnica? Kiedy interes polityczny jest dla niego istotniejszy, bywa, że nie oferuje jej wcale. I co zamierza pan robić wówczas?

"Alternatywą jest przemoc chaotyczna, partykularna i nakierowana na zysk a to się kłóci ze sprawiedliwością, czego anarchokapitaliści nie pojmują, bo myślą, że całą rzeczywistość opiszą sobie ekonomią. Oczywiście to się nigdy nie stanie, bo ekonomia nie jest właściwym narzędziem do opisu całej rzeczywistości."

Ekonomia jest właściwym sposobem opisu skutecznego używania środków, tak by prowadziły do celów, czyli ludzkiego działania prowadzonego w realiach rzadkości dóbr. Mam więc dla pana złe wieści: dążenie do sprawiedliwości niestety również jest takim działaniem, zatem musi zakładać zarówno swoje cele i środki. To zatem oznacza, że za pomocą ekonomii jak najbardziej można wyjasniać fenomeny niemożności osiągania sprawiedliwości w społeczeństwie czy wszelkich nieefektywności w jej osiąganiu przez monopolistyczne instytucje, które obecnie tak chętnie tym zadaniem się obarcza. Bo sprawiedliwość ostatecznie jest dobrem, które trzeba wyprodukować jak każde inne, co też kosztuje. I podlega dokładnie tym samym prawom ekonomii, co cała reszta rzeczywistości.

Monopol w ustawodawstwie będzie skutkował marną jakością powstającego prawa.
Monopol w sądownictwie – wątpliwymi rozstrzygnięciami, rażącymi błędami procesowymi, opieszałością i marną obsługą stron.
Monopol w usługach policyjnych – większą nieskutecznością czy czasem nieporadnością na najniższym poziomie stosowania prawa. Niską wydajnością rozpracowywania i łapania przestępców w stosunku do przeznaczanych na to środków.

Jeżeli więc obstaje pan za koniecznością utrzymywania tych monopoli, proszę się nie dziwić, że w oczach libertarian będzie pan uchodził za kogoś, kto chce dokonać sabotażu sprawiedliwości w społeczeństwie, bo zależy panu wcale nie na sprawiedliwości, a jedynie na tym, żeby państwo miało wszędzie na nią wyłączność, sprawując niepodzielnie kontrolę – a zatem wszędzie ją też partaczyło jako monopolista.

Jako zwolennik monocentrycznego systemu prawa w naszych oczach reprezentuje pan po prostu niższą kulturę prawną dającą mniejsze szanse na osiaganie sprawiedliwości. I dyskusja też jest mniej więcej taka, jak z ludożercą, który wyrósł w odpowiedniej tradycji i trudno go przekonać, aby racjonalnie swoje ludożerstwo porzucił.

Ad 7
To nie jest prawda. Akurat Rothbard narzuca jedno rozumienie w sensie moralnym/prawnym, ustalając arbitralnie podstawowe kanony libertariańskiej teorii prawa, z czego zresztą ja robię mu zarzut, bo ten arbitralizm ograniczający, co może być dopuszczalną karą, a co nie, nie wynika bezpośrednio z samych fundamentów teorii uprawnieniowej, praw własności, samoposiadania czy działania wolnego rynku.

Niemniej jednak, właśnie dlatego, że Rothbard to narzuca, doktor Wójtowicz może pisać noty o libertariańskiej teorii kary.
I dlatego też klasyczny libertarianizm, w wałkowanej przez niego wersji, nie zakłada wcale aż tak bardzo wielkiego policentryzmu w przypadku ustawodastwa, jak się to panu wydaje [w przypadku sądownictwa i usług policyjnych, owszem jest on znaczny!]. Bo ostatecznie prawo ma być poddane dokładnie takim ograniczeniom w rozumieniu sprawiedliwości, jakie dyktuje sam Rothbard, a nie jakiś wolnyrynkowy spontan osiągany na bieżąco w ramach Zeitgeistu panującego w społeczeństwie.

Zna pan tego Rothbarda, którego pan krytykuje, czy tylko presuponuje na czym polega jego stanowisko? Bo już nie wiem, czy nieironicznie polecić jego lekturę.

Ad 8
Znowu fetyszyzuje pan przereklamowaną jednolitość prawa. Tymczasem nijak się ona ma do faktycznej skuteczności zabezpieczenia określonych dóbr moralnych.

Weźmy pański przykład z pedofilią. Wcale nie jest powiedziane, że społeczeństwo stosujące jednolite prawo za pośrednictwem państwa, które ma je przynajmniej nominalnie wykonywać, osiągnie wyższą skuteczność w zabezpieczeniu dzieci przed pedofilami niż społeczeństwo stosujące bardziej selektywnie prawa antypedofilskie, opierające się wyłącznie na inicjatywie prywatnej.

W takim Telford przez 40 lat (to znaczy prawie pół wieku!) państwo nie osiągnęło żadnej skuteczności, wręcz uniemożliwiało stronom dochodzenia sprawiedliwości a władze dla swojego interesu politycznego były w stanie ukręcać sprawie łeb i ją raz po raz wyciszać. Co więcej, aparat telewizyjnej propagandy państwa – BBC, pomimo posiadania informacji o sprawie, zlekceważył ofiary, ponieważ wolał – dla celów wizerunkowych czy politycznych – pomóc władzy w tuszowaniu sprawy w publicznym odbiorze.

https://www.polishexpress.co.uk/gigantyczny-skandal-seksualny-w-telfod-tysiace-mlodych-dziewczyn-bylo-molestowanych-mordowanych-i-sprzedawanych
https://wiadomosci.wp.pl/bbc-z-piekla-rodem-medialna-potega-w-ogniu-krytyki-brytyjczykow-6232583628150913a?nil=&src01=f1e45&src02=isgf

Anglicy mają zresztą więcej takich przygód. Rodziny zadeptanych w wyniku nieudolności policji zabezpieczającej imprezę masową 96 kibiców Liverpoolu podczas tragedii na Hillsborough od 1989 roku walczą o sprawiedliwość z brytyjskim rządem. Dostarczają dowody fałszerstw policyjnych raportów, starają uruchamiać władze to lokalne, to na szczeblu centralnym, by wyciągnęły wreszcie odpowiedzialność tak wobec winnych zaniedbań organizacyjnych, jak również później przestępstw niszczenia materiału dowodowego w celu wypaczenia śledztwa. I co? Od lat zderzali się ze ścianą, byli karmieni przez polityków kolejnymi obietnicami, kurtuazyjnymi pierdoletami, ale sprawiedliwości jak nie było, tak nie ma. Chwała im, że dalej walczą, pamiętając o swoich, ale dlaczego są w ogóle do tego zmuszeni? Przecież to jest bezczelność. Zupełna granda.

A poniższa sprawa?
https://www.newsweek.pl/swiat/pedofiia-w-wielkiej-brytanii-skandal-pedofilski-newsweekpl/j4r2r31

Jak rozumiem, tak własnie wygląda modelowa realizacja zasady sprawiedliwości przez państwo. A najlepiej przejawia się w niszczeniu dokumentów, które świadczą, że ktoś został poszkodowany. Państwo przecież najlepiej wie jak każdemu oddać to, co mu należne. Widocznie ofiarom należne jest zapomnienie, bo taka jest aktualnie „racja stanu” i „interes społeczny”, ot co. :)

Otóż zawsze będzie istniała klasa spraw, w których interes polityczny państwa będzie kolidował z wykonywaniem funkcji sprawiedliwościowej a ponieważ priotytetem dla państwa zawsze pozostanie interes, nie będzie ono wtedy zainteresowane jakimkolwiek przywracaniem ładu moralnego – zwłaszcza wówczas, gdy to ono będzie go naruszać.

Może się pan starać, ale raczej trudnym zadaniem będzie próba przekonania nas obu, że PRLowskie wyroki w aferze mięsnej, w procesie zabójców ks. Popiełuszki czy Grzegorza Przemyka albo z nowszych spraw – morderców Igora Stachowiaka to wszystko sprawiedliwość w czystej postaci. Życzę również powodzenia w oddawaniu tego, co komu należne w przypadkach poćwiartowanego w ambasadzie Dżamala Khashoggiego czy trutego nowiczokiem Nawalnego.

Między innymi właśnie po to, by społeczeństwo uwolnić od państwowego „martwego pola sprawiedliwości”, postuluje się zupełne oddzielenie wymiaru sprawiedliwości od polityki i jego prywatyzację. Dzięki temu wada polegająca na łączeniu funkcji politycznych ze sprawiedliwościowymi zostaje usunięta, ponieważ funkcje sprawiedliwościowe łączą się odtąd z działalnością gospodarczą, bezpośrednie związaną z realizacją potrzeb jednostki – w tym jej potrzeb moralnych. W tym układzie za sprawiedliwość się po prostu płaci i ten komu na niej zależy, może sobie ją kupić. Komu nie zależy – ten jej nie dochodzi albo nie uzyskuje gwarancji sprawnej reprezentacji (chociaż i tak może jako gapowicz skorzystać na tym, że inni w swoim imieniu aktywnie starają się ją sobie zapewniać, zapłaciwszy, wpływająac na wytwarzanie określonych oczekiwań oraz instytucji w społeczeństwie).

Problem wąskich gardeł i polityków manipulujących materiałem dowodowym znika, a jeśli mamy podejrzenia, że dany sąd czy służby mające dostarczyć mu nasze zeznania, z dowolnego powodu nie są w stanie podołać zadaniu, możemy sobie znaleźć inne, czego przy totalnym monopolu dzisiaj się nam odmawia.

Myślę, że gdybyśmy mieli przynajmniej element policentrycznego systemu prawa wyłącznie w aspekcie sądownictwa, nawet na poziomie średniowiecznego duopolu sądów świeckich i kościelnych, w przypadku sabotażu przeprowadzanego przez pierwszych, można byłoby iść na skargę do drugich. Duopol to zawsze coś lepszego od monopolu, chociaż jeszcze bezpieczeniej dla sprawiedliwości będzie, gdy konkurencja będzie nieograniczona.

"Jasno i wyraźnie widać, że nawet sądy w anarchokapitalizmie sądziłyby się między sobą. Naprawdę nie widzi Pan, że to jest komedia?"

Jaka komedia? To jest oczywista zaleta. Myślę, że w obu tych brytyjskich przypadkach paraliżu sprawiedliwości przez sądy i instytucje państwa, możliwość podania ich do alternatywnych sądów, zrobienia publicznych procesów z przedstawieniem dowodów ich celowego zaniedbania obowiązku i niezrealizowania deklarowanych funkcji, w normalnych warunkach bez istniejącego ich monopolu, skończyłoby się upadkiem ich autorytetu, bankructwem i zasłużonym przejęciem ich klienteli przez konkurencję.

Komedia – i to dosyć gorzka – jest wystawiana teraz i widać ją we wspomnianych przykładach.

"Pana równie dobrze, na kanwie ignoranckiego indywidualizmu może nie interesować, że ktoś uzna seks z 5 letnim dzieckiem za normalny i będzie się tego dopuszczał – nie oznacza to, że prawo (prawdziwe, jedno i oparte na moralności) ma przewidywać jednolite kary za taki czyn."

Nawet jeśli będą żenująco niewystarczające? Albo, gdy władzę w państwie przejmie jakaś zwariowana partia Zielonych, która postanowi zalegalizować związki z dziećmi w ramach emancypacji pedofilów jako kolejnej orientacji seksualnej? Będzie się pan dalej zachwycał prawdziwym, jednym i opartym na postępowej moralności prawem?

Jak powyżej – w Telford pewnie w teorii istniało to osławione przez pana, prawdziwe, jedno i oparte na moralności prawo, ale co z tego, skoro nie było w praktyce realizowane przez ten sam monopol, którego przywileju pan tak uparcie broni?

Panie Mirosławie, proszę w końcu zrozumieć, że nie znajduje się pan w położeniu zapewniającym możliwość przemawiania z pozycji kogoś posiadającego jakąkolwiek moralną przewagę. Wręcz przeciwnie; jest pan zwolennikiem utrzymywania monopolu wymiaru sprawiedliwości, zatem należy uznać, że popiera pan też lub godzi się ze wszelkimi szkodliwymi konsekwencjami, jakie ten monopol rodzi. W przypadku dziedziny zapewniania sprawiedliwości, nieefektywnością może być wyłącznie rodzenie niesprawiedliwości. I tego właśnie pan w rezultacie broni – przypisanej państwu, jakkolwiek by nie błądziło, wyłączności, nawet jeśli oznacza to skazanie nas wszystkich na jego „błędy i wypaczenia”, które prędzej czy później się pojawią. Jak widać – w przypadku ścigania pedofilii również.

A gdy państwo zawiedzie, do kogo będzie się pan zwracał o pomoc? Do nikogo, bo pokornie schowa pan głowę w piasek i skazę popieranego przez siebie monopolu objaśni w wielkim samozadowoleniu grzechem pierworodnym.

Ad 9.

"Człowiek jest rozumny, ale w stopniu ograniczonym – nie jest doskonały, więc ZAWSZE będzie błądził."

A czy ja zabraniam mu błądzić? Nie, skoro jest to zgodne z jego naturą, niech sobie błądzi. Ale niech czyni to w ładzie, w którym będzie też miał możliwość zrezygnować z gorszego na rzecz lepszego, której pan mu w kwestii poszukiwania sprawiedliwości w społeczeństwie odmawia, skazując na tkwienie w jej ustawicznym niedostatku. Wprowadzanie monopolu w jakiejkolwiek dziedzinie nie powoduje, że upadek można załagodzić, wręcz przeciwnie – jedynie się go w ten sposób pogłębia.

Człowiek nie jest doskonały, ale w monopolu robi się jeszcze gorszy, gdyż nie żywi obaw, że coś lepszego może go pokonać. A mając zapewnioną pozycję w ramach przywileju monopolistycznego, nie musi się też starać i może pozostawać miernym, bo i tak pozostali będą na niego skazanymi, bez możliwości wyboru. Pan chce czegoś takiego w kwestii sprawiedliwości.

"Twierdzenie, że na wolnym rynku, który oparty jest właśnie o ludzkie działanie, czyli działanie niedoskonałych bytów, zawsze będzie dobrze i sielsko, jest niczym nie poparte."

Ależ na wolnym rynku nie musi być doskonale – wystarczy, że będzie lepiej. Ponieważ wolnego rynku w kwestii sprawiedliwości nie mamy, wiemy też, że mamy gorzej.

"Zgadzam się, że mimo to w warstwie gospodarki wolny rynek jest systemem nie tylko optymalnym ale i sprawiedliwym. Ale nie jestem ślepy, żeby nie wiedzieć, że problemy również się na nim pojawią, bo nie istnieje system doskonały, który będzie w stanie wyeliminować zło, będące efektem m.in. zepsucia ludzkiej natury."

Wymiar sprawiedliwości również powinien być traktowany jako warstwa gospodarki, bo w zasadzie i tak nią jest, skoro należy go opłacać, tylko że dzisiaj znacjonalizowaną, okupowaną, ograniczoną i okaleczoną przez państwo i politykę, która koślawo będzie określać, jak ma on działać, zamiast jak przy większości pozostałych produktów, pozostawić tę decyzję otwartą bezpośrednio konsumentowi, by ten wybierał wedle własnego uznania, głosując bezpośrednio swoimi pieniędzmi a następnie zostawał z wybranym produktem i dokonywał jego oceny.

A pan chce, abyśmy tkwili dożywotnio w błędzie, ponieważ uszlachetnił pan ów błąd.


Ja z góry pana Marcina mogę przeprosić za przekręcenie jego imienia i zrobienie z niego w pewnym miejscu Mirosława. Tak czy siak tekst zamieszczam bez korekty, w niezmienionym, poza formatowaniem cytatów, kształcie. Mogę też zapewnić znacznie bardziej – nomen omen – liberalną politykę moderowania i dopuszczania wszelkich wypowiedzi, zatem dyskusje, które z jakiegoś względu nie mogą się odbyć na konserwatyzm.pl możemy dokończyć tutaj lub w innym miejscu.

Odpowiedź w najnowszym wątku dyskusji przygotuję pewnie już dwutorowo, próbując zamieścić go zarówno przez Disqusa Konserwatyzmu.pl, jak i swojego WordPressa.

Czy „Gra o tron” skończy się tegoż upadkiem oraz postępującą demokratyzacją Westeros?

Serial HBO powraca z finałowym sezonem po kampanii marketingowej równie gargantuicznej jak armia Króla Nocy, zagrzewając przy tym widzów do ostatecznego obstawiania zakładów i wysnucia ostatków spekulacji, dotyczących rozstrzygnięć fabularnych. Zakładów nie tylko starających się dokonać niemożliwego: rzetelnego wyznaczenia szans poszczególnych postaci na przetrwanie w niesamowicie przewrotnym środowisku, ale w dodatku podejmujących się wydania odpowiedzi na kluczowe pytanie – który z pretendentów obsadzi na zakończenie Żelazny Tron?

Zbiorowe oglądanie i przeżywanie „Gry o tron” cechuje się tą niesamowicie sympatyczną właściwością, że w ramach społeczności widzów, każdy ma swych faworytów, którym albo kibicuje, życząc realizacji ichnich ambicji (pozdrowienia dla zwolenników Stannisa!), albo przynajmniej stara się odgadnąć, komu sztuka zabezpieczenia władzy finalnie się powiedzie.

Pod tym względem, niczym nie zamierzam odstawać od całej reszty – również posiadam swoją teorię, aczkolwiek jej treść jest nieco bardziej przewrotną. Uznaję bowiem, że całkiem prawdopodobnym rozstrzygnięciem jest to zakładające, iż tak naprawdę nikt nie obsadzi Żelaznego Tronu, a w samym Westeros nastąpi zmiana ustrojowa, zakończy się tam monarchia dziedziczna i nastąpi przekazanie władzy w ręce ludu.

Czy pośród pretendentów do tronu mamy kogoś zdolnego do spojrzenia poza ramy systemu, w jakim wszyscy oni funkcjonują, rywalizując ze sobą? Otóż, mamy.

Tym kimś jest nie kto inny, jak Matka Smoków – Daenerys Targaryen.

Jeżeli prześledzimy odcinek Hardhome (S5 E8), znajdziemy w nim interesującą wymianę zdań pomiędzy Tyrionem Lannisterem a smoczą królową, zdradzającą nam w metaforycznej mowie, co zamierza uczynić oraz dlaczego chce zasiąść na Żelaznym Tronie.

Daenerys Targaryen: I’m not going to kill you.

Tyrion Lannister: No? Banish me?

Daenerys Targaryen: No.

Tyrion Lannister: So, if I’m not going to be murdered and I’m not going to be banished…

Daenerys Targaryen: You’re going to advise me. While you can still speak in complete sentences.

Tyrion Lannister: Advise you on what?

Daenerys Targaryen: How to get what I want.

Tyrion Lannister: The Iron Throne. Perhaps you should try wanting something else.

Daenerys Targaryen: If I want jokes, I’ll get myself a proper fool.

Tyrion Lannister: I’m not entirely joking. There’s more to the world than Westeros, after all. How many hundreds of thousands of lives have you changed for the better, here? Perhaps this is where you belong, where you can do the most good!

Daenerys Targaryen: I fought, so that no child born into Slaver’s Bay would ever know what it meant to be bought or sold. I will continue that fight here, and beyond. But, this is not my home.

Tyrion Lannister: When you get back to your „home”, who supports you?

Daenerys Targaryen: The common people.

Tyrion Lannister: Let’s be generous, and assume that’s going to happen. Here, in Slaver’s Bay, you had the support of the common people and only the common people. What was that like? Ruling, without the rich? House Targaryen is gone. Not a single person who shares your blood is alive to support you! The Starks are gone, as well; our two terrible fathers saw to that. The remaining members of House Lannister will never back you, not ever. Stannis Baratheon won’t back you, either; his entire claim to the throne rests on the illegitimacy of yours! That leaves the Tyrells: not impossible, not enough.

Daenerys Targaryen: Lannister, Targaryen, Baratheon, Stark, Tyrell: they’re all just spokes on a wheel. This one’s on top, then that one’s on top, and on and on it spins, crushing those on the ground.

Tyrion Lannister: It’s a beautiful dream: stopping the wheel. You’re not the first person who’s ever dreamt it.

Daenerys Targaryen: I’m not going to stop the wheel. I’m going to break the wheel.

Metafora łamanego koła jest dosyć klarowna.  Dankowe koło to po prostu opis krążenia elit monarchii w Westeros, wywodzących się ze znakomitych szlacheckich rodów, które ku naszej rozrywce, ostro rywalizują ze sobą o tron. O ile Tyrion myśli dość konwencjonalnie, uznając, że dziewczyna zamierza „raz zdobytej władzy nigdy nie oddawać”, utrzymując swoją rodzinę na szczycie – zatrzymać koło, ta jednak stwierdza, że woli je rozbić.

Cóż w praktyce ten akt ma oznaczać? Otóż, nie ma innego sposobu by przerwać cykl krążenia monarchicznych elit, niż przez zniszczenie samego obiektu ich pożądania wokół którego toczy się cała gra: władzy królewskiej. Daenerys docelowo chodzi o unicestwienie monarchii w Westeros. Jeśli zamierza wywalczyć dostęp do tronu, to nie po to, by na nim zasiąść, ale by go zniszczyć, władzę zapewne ostatecznie oddając gminowi. (W opcji miękkiej mogłoby to być wprowadzenie monarchii elekcyjnej, w której szlachta i plebs wybierałyby władcę demokratycznie.)

Jeżeli przyjrzymy się bliżej całej jej karierze politycznej w Essos, zauważymy silną tendencję do faworyzowania ludu czy nawet stanów jeszcze niższych, jak niewolnicy. Daenerys jako królowa gra jednocześnie emancypatorkę, tytułuje się Wyzwolicielką z Okowów, przyjmuje rolę trybuna ludu i mianuje się reprezentantką interesu warstw najniższych. Osłabia również pozycję Wielkich Panów, szlacheckich rodów w Meereen, wcześniej parających się handlem niewolnikami. Wydaje się więc, że cała władza stanowi dla niej jedynie środek do celu, jakim jest przeobrażenie świata na jakąś antyfeudalną modłę a jej samej miejsce w historii jako królowej, która wyzbywa się królestwa na rzecz poddanych.

Tym samym, Dany uzyskuje niesamowicie mocną pozycję do stworzenia potężnego despotyzmu na modłę absolutystyczną, co może wydawać się paradoksalnie dla laików – stając się potencjalnie największym zagrożeniem dla wolności w Westeros.

Dlaczego?

Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, należałoby sięgnąć po „Traktat o władzy” Bertranda de Jouvenela, opisujący wzrost władzy centralnej (królewskiej) następujący od początku średniowiecza, aż do schyłku monarchii i powstania demokracji, która osiągnęła w praktyce potęgę i posłuszeństwo ludu nieznaną nawet dawnym absolutystom.

O ile nam, ludziom urodzonym w czasach demokracji, monarchia może wydawać się hierarchicznym monolitem, w którym chłopstwo, szlachta i król podlegają sobie bezwzględnie a każda z tych warstw betonuje i kontroluje poprzednią, de Jouvenel kreśli bardziej dynamiczny obraz rywalizacji politycznej występującej w tym ustroju. W rozważaniach francuskiego filozofa polityki mamy do czynienia raczej z trójkątem, w którym król i szlachta siłują się przeciągając linę, walcząc o potencjalne pozycje przetargowe, starając się wyrwać lub obronić siłę roboczą w postaci chłopów, by wykorzystać tychże na swoje potrzeby.

Co dzieje się, gdy zwycięża szlachta?

Blokuje wpływy królewskie. Uniemożliwia osłabiania własnej pozycji majątkowej przez króla, gwarantuje sobie odpowiednie wolności i przywileje, zwalnia się z podatków i obowiązków względem monarchy, uniemożliwia łatwego podejmowania akcji militarnych oraz imperialnych, ciesząc się z wypracowanych przez chłopów zysków, które nie przypadają koronie.

De Jouvenel stawia sprawę następująco, powoławszy się najpierw na de Bolanda:

abs2

abs3

oraz:

abs4

abs5

O ile w warunkach angielskich znaczącym tryumfem wolności było ograniczenie woli władzy centralnej i zmuszenie przegranego monarchy – Jana bez Ziemi – do podpisania Wielkiej Kart Swobód, o tyle w Polsce zwycięstwa szlachty bywały jeszcze częstsze, o czym zaświadcza długi ciąg kolejnych przywilejów przez nią uzyskiwanych (których kucie na blachę do dziś zapewne jest zmorą uczniów szkół średnich). Rzecz jasna, w optyce de Jouvenela świadczyłoby to  o ewidentnej słabości władzy centralnej, dlatego właśnie niczym zaskakującym nie jest nazywanie wywalczonego modelu demokracją szlachecką, bo do tego sprowadza się sławna „złota wolność” i pozycja „szlachcica na zagrodzie, równego wojewodzie” kontrolującego króla, będącego raczej jego reprezentantem niż samodzielnym podmiotem, mogącym kimkolwiek władać.

Cóż z kolei dzieje się, gdy zwyciężają królowie?

Odpowiedzi na to pytania poświęcona jest w zasadzie cała książka francuskiego filozofa, gdyż ostatecznie opisuje ona długi marsz monarchii ku absolutyzmowi, wynoszący aparat biurokratyczny zbudowany na modłę nowoczesną ponad tradycyjne układy arystokratyczne a zwieńczony jego przekształceniem w urzędy demokratyczne, nie potrzebującym wreszcie żadnego króla do szczęścia.

Za największą zaletę lektury „Traktatu o władzy” uznaję jednak to, że pozwala łatwo uporać się z lewicowymi i demokratycznymi stereotypami, wedle których królowie oraz szlachta są największymi sojusznikami i razem jako jedna, samokoptująca się klika, mogą sobie w harmonii powyzyskiwać prosty lud. De Jouvenel pokazuje jednak, że w rzeczywistości sprawa była zdecydowanie bardziej skomplikowana, a monarchowie dążący do umocnienia swojej pozycji, starali się osłabić tę szlachty, na ogół najbardziej to jej się obawiali, nie zaś zwykłego ludu. Co więcej – to właśnie z ludem zawierali sojusze przeciw niej, otwierali mu możliwości awansu społecznego, po to tylko by go wyrwać z majątków ziemskich swoich oponentów i przeciągnąć na swoją stronę.

„Jeśli naturalną skłonnością władzy jest rozrost i jeśli może ona zwiększać swój autorytet i mnożyć swoje zasoby tylko kosztem notabli, wynika z tego, że jej sojusznikiem zawsze są zwykli ludzie. Pasja absolutyzmu nieuchronnie wiąże się z pasją równości.” – powiada nam Bertrand de Jouvenel.

Tak w detalach opisuje nam ten sojusz:

abs6

[…]

abs7.pngabs8abs9

Uśmiechnijmy się w tym miejscu na myśl o Wyzwolicielce z Okowów, która istotnie woli uwalniać niewolników…

abs10

abs11

abs12

Nieodwołalnym aspektem nowoczesności jest zatem wyeliminowanie trzeciej, pośredniczącej lub buforującej klasy społecznej, bez której istnieją już tylko rządzący i rządeni.

Cóż z tego wynika dla naszego odbioru „Gry o tron”?

Z oczywistych względów Daenerys z rodu Targaryenów, Pierwsza tego imienia, Zrodzona z burzy, Niespalona, Królowa Meereen, Królowa Andalów i Pierwszych Ludzi, Khaleesi Wielkiego Morza Traw, Wyzwolicielka z Okowów, Matka Smoków, Srebrna Królowa, Dziecko Trzech i Córa śmierci – w jednej osobie – budzi zapewne naturalne sympatie widowni wychowanej w epoce powszechnych demokracji, która w filigranowej blondynce może upatrywać głosu wciąż tak bardzo popularnych dziś idei emancypacyjnych. Skoro według de Jouvenela wszyscy zostaliśmy „uludowieni”, z kim mamy się utożsamiać, jeśli nie z ludem Essos czy Westeros i komu kibicować, jeśli nie temu, kto deklaruje, że przychyli mu nieba?

Rzecz w tym, że jeśli rozważymy rzecz systemowo, podobnie jak uczynił to francuski myśliciel i spojrzymy dalej niż na ładną buzię dziewczyny, zrozumiemy, iż monarchowie jednający sobie lud nie robili tego nigdy czysto bezinteresownie lub dlatego, że lubili sobie patrzyć na awans społeczny najniższych stanów. Nie, ten awans był umożliwiany i warunkowany interesami władców, chcących wyeliminować uznawanych przez siebie za konkurencję, zagrożenie czy przeszkodę na drodze do jeszcze większego wpływu na świat, unicestwiających każdą inną władzę, poza swoją własną.

Mimo zmiany ustroju, mechanizmy te nie zmieniły się nawet o jotę. Najsilniejsi wciąż wyciągają rękę do najsłabszych, aby osłabiać średnich. Z tego względu mamy na przykład kawiorowych socjalistów – dysponujących olbrzymimi środkami bogaczy, którzy dość dziwacznie wspierają czysto egalitarne programy walki o tzw. sprawiedliwość społeczną, zabiegają o nie politycznie w sejmach i parlamentach czy po prostu sponsorują tego rodzaju ruchy, bo wiedzą, że tym sposobem uderzą głównie w tych poniżej swojej pozycji, którzy mogliby jej zagrozić. Z nałożonymi obciążeniami mają na to mniejszą szansę.

Demokracja kwitnącego sojuszu najsłabszych z najsilniejszymi na ogół przekształca się w totalitaryzm, gdzie awans społeczny uzależniony jest od posłuszeństwa tyranowi i okupiony majątkami wrogów ludu, czyli zazwyczaj tych, którzy zdołali zgromadzić wpływy, jakie mogłyby pomóc obronić się przed władzą lub ją przejąć.

W każdym razie, Dany jest na jak najlepszej drodze do absolutyzmu: otacza się doradcami z nizin społecznych, wynosząc ich na najwyższe godności (Missandei), toczy wojnę z możnymi z Essos, a jeżeli dopuszcza się okrucieństw, ich ofiarą pada szlachta – naturalny opornik dla centralnej władzy. Daenerys wprost po leninowsku wiesza kapitalistów na sznurze, który sama od nich kupiła:

A po wylądowaniu z wielką armią w Westeros dla efektu propagandowego i zastraszenia elit, rezygnuje z tradycyjnie praktykowanego pojmania jeńców wojny oraz być może następującej później ich wymiany, na rzecz ich przykładnej egzekucji, gdy jej ofiarą pada ród Tarlych. Cóż, jak dla mnie to wygląda na absolutystyczny zamordyzm pełną gębą – w tej scenie brakuje tylko rozdania ich majątków jakimś wiernie służącym Dothrakom lub Nieskalanym.

Sytuacja jest więc w miarę jasna. Daenerys Targaryen w rozmowie z Tyrionem sama określa, na kim chce oprzeć swoją władzę w Westeros – na pospólstwie. To do niego musi skierować swoją ofertę awansu społecznego i jak zwykle przy metodach politycznych bywa, ktoś musi zapłacić za tę jej… reformę. Oczywiście, będą to inne rody szlacheckie.

Nie spodziewam się jednak żadnych innych Targaryenów, żadnego tworzenia i wzmacniania swojej dynastii. Danka widzi mi się jako królowa-rewolucjonistka, królowa-demokratyzatorka, której intencją jest przejście do historii jako postać przełomu, jako ktoś, kto zupełnie zmieni zasady polityczne w Westeros, kończąc dokumentnie całą grę o… tron. Wpisuje się to przy okazji w aktualne trendy promowania tzw. silnych kobiet w fikcji.

Wojciech Orliński, dosyć nietypowo jak na zawodowego lewaka, pozwolił sobie na fantazję o Samie Tarlym na tronie, obstawiając opcję dość zachowawczą – wyniesienie do władzy nowej rodziny. Ja z kolei przyjmę w swoich spekulacjach wariant najbardziej pesymistyczny dla dalszego trwania monarchii w Westeros i postawię na Daenerys, albo w przypadku niespodziewanego zgonu, na realizatorów jej woli politycznej – na przykład zbajerowanego Jona Snow. Myślę, że landrynkowego zakończenia nie będzie i któreś z tej głównej pary protagonistów umrze, właśnie w obronie marzenia Matki Smoków o połamaniu koła władzy [i zastąpienia go innym, bezszprychowym].

Czy dlatego, że uznaję, iż holywoodzcy scenarzyści nie robią niczego innego, jak tylko czytają po kątach zapomnianych teoretyków polityki, opisujących jak królowie przed wiekami podcinali gałąź, na której siedzieli? Skądże!

Solidnie tworzona fikcja po prostu ma to do siebie, że przenikliwie naśladuje rzeczywistość. Opisywane procesy polityczne mogły przez stulecia podmywać wpływy tych czy innych grup społecznych, doprowadzając wreszcie do erozji ustroju i jego zmiany, w sztuce zaś mogą wystąpić w wersji skondensowanej, na przestrzeni jednej powieści, czy nawet serialu.

Myślę, że dodatkowym argumentem za takim rozwiązaniem, jest po prostu Zeitgeist, jaki ostatnio panuje w filmowym światku. Od kiedy zauważyłem, że pop-kulturowym markom jak „Gwiezdne wojny”, niegdyś ostojom eskapizmu, zanurzonym w przednowoczesnym sosie mitologii, magii i sacrum, poczęto nachalnie dopisywać komentarze społeczne, bawić się dekonstrukcją i wiążąc je z okresem historycznym, w jakim powstały – niszcząc przez to zupełnie ich eskapistyczny potencjał, nie spodziewam się niczego innego i w przypadku „Gry o tron”. Amerykanie ze swoją bieżączką nie przepuszczą przecież żadnej monarchii bez wypominania, że jest gorsza od demokracji i musi zostać przez nią słusznie zastąpiona.

Walkę o demokrację można toczyć na wielu frontach. Czasem przynosi się ją, nasyłając gdzieś swoje bombowce. Innym razem znosząc niedemokratyczne reżimy w wyimaginowanych krainach z pomocą blond bohaterek i smoków. Z braku laku, smoki to dobry ekwiwalent bombowców, więc co innego mogą zanieść do Westeros, jeśli nie postęp, demokrację i prawa człowieka?

Wyjątek ze starożytnego dzieła „Bestiariusz społeczny, albo lewaka opisanie” Mistrza FatBanthy

Redystrybucja dóbr jest prawdziwym cudem etatyzmu – bluźnierczym odpowiednikiem chrześcijańskiej transsubstancjacji. Ma moc przekształcania bezużyteczności w nikczemność.

Cudowność redystrybucji, jak zresztą każdego rabunku, polega na tym, że pozwala ona na osiągnięciu celu – zdobycia środków – bez uprzedniego wypracowywania jakichkolwiek formalnych cech czy cnót, które w naturalnym porządku rzeczy byłyby dla tego koniecznemi i niezbędnemi.

Każda użyteczna praca wymaga bowiem osiągnięcia pewnego zasobu umiejętności, popartego takoż solidnie przyswojoną wiedzą, jak też cierpliwością, opanowaniem popędów, koncentracją na celu a w wielu wypadkach również talentem, męstwem, zręcznością czy innemi ciężko wypracowanemi przymiotami ducha, doprawionemi na ogół końską dawką samozaparcia. Dopiero wtedy może ona wydać sensowne owoce.

Cud redystrybucji dóbr zasadza się z kolei na magicznym skrócie: dostępujący jego łaski może sięgnąć po ową nagrodę bez jakichkolwiek umiejętności czy przejścia zaprawy charakteru. Celem przeprowadzenia rytuału redystrybucji nie potrzeba ponosić wielkiej ofiary – wystarczy wykazać się w odpowiednim stopniu zawiścią i bezczelnością, tuszując je nieporadnością. Kapłani przymusu, dokonujący ostatecznego zaboru mocy, na ogół sami łatwo znajdują swych akolitów, chętnych do przetoczenia nienależnych im sił.

Redystrybucja dóbr jest komunią świętą w liturgii etatyzmu, centralnym jej punktem. Podobnież jak cały etatyzm przynależy do magii czysto wampirycznej.​