Czy „Gra o tron” skończy się tegoż upadkiem oraz postępującą demokratyzacją Westeros?

Serial HBO powraca z finałowym sezonem po kampanii marketingowej równie gargantuicznej jak armia Króla Nocy, zagrzewając przy tym widzów do ostatecznego obstawiania zakładów i wysnucia ostatków spekulacji, dotyczących rozstrzygnięć fabularnych. Zakładów nie tylko starających się dokonać niemożliwego: rzetelnego wyznaczenia szans poszczególnych postaci na przetrwanie w niesamowicie przewrotnym środowisku, ale w dodatku podejmujących się wydania odpowiedzi na kluczowe pytanie – który z pretendentów obsadzi na zakończenie Żelazny Tron?

Zbiorowe oglądanie i przeżywanie „Gry o tron” cechuje się tą niesamowicie sympatyczną właściwością, że w ramach społeczności widzów, każdy ma swych faworytów, którym albo kibicuje, życząc realizacji ichnich ambicji (pozdrowienia dla zwolenników Stannisa!), albo przynajmniej stara się odgadnąć, komu sztuka zabezpieczenia władzy finalnie się powiedzie.

Pod tym względem, niczym nie zamierzam odstawać od całej reszty – również posiadam swoją teorię, aczkolwiek jej treść jest nieco bardziej przewrotną. Uznaję bowiem, że całkiem prawdopodobnym rozstrzygnięciem jest to zakładające, iż tak naprawdę nikt nie obsadzi Żelaznego Tronu, a w samym Westeros nastąpi zmiana ustrojowa, zakończy się tam monarchia dziedziczna i nastąpi przekazanie władzy w ręce ludu.

Czy pośród pretendentów do tronu mamy kogoś zdolnego do spojrzenia poza ramy systemu, w jakim wszyscy oni funkcjonują, rywalizując ze sobą? Otóż, mamy.

Tym kimś jest nie kto inny, jak Matka Smoków – Daenerys Targaryen.

Jeżeli prześledzimy odcinek Hardhome (S5 E8), znajdziemy w nim interesującą wymianę zdań pomiędzy Tyrionem Lannisterem a smoczą królową, zdradzającą nam w metaforycznej mowie, co zamierza uczynić oraz dlaczego chce zasiąść na Żelaznym Tronie.

Daenerys Targaryen: I’m not going to kill you.

Tyrion Lannister: No? Banish me?

Daenerys Targaryen: No.

Tyrion Lannister: So, if I’m not going to be murdered and I’m not going to be banished…

Daenerys Targaryen: You’re going to advise me. While you can still speak in complete sentences.

Tyrion Lannister: Advise you on what?

Daenerys Targaryen: How to get what I want.

Tyrion Lannister: The Iron Throne. Perhaps you should try wanting something else.

Daenerys Targaryen: If I want jokes, I’ll get myself a proper fool.

Tyrion Lannister: I’m not entirely joking. There’s more to the world than Westeros, after all. How many hundreds of thousands of lives have you changed for the better, here? Perhaps this is where you belong, where you can do the most good!

Daenerys Targaryen: I fought, so that no child born into Slaver’s Bay would ever know what it meant to be bought or sold. I will continue that fight here, and beyond. But, this is not my home.

Tyrion Lannister: When you get back to your „home”, who supports you?

Daenerys Targaryen: The common people.

Tyrion Lannister: Let’s be generous, and assume that’s going to happen. Here, in Slaver’s Bay, you had the support of the common people and only the common people. What was that like? Ruling, without the rich? House Targaryen is gone. Not a single person who shares your blood is alive to support you! The Starks are gone, as well; our two terrible fathers saw to that. The remaining members of House Lannister will never back you, not ever. Stannis Baratheon won’t back you, either; his entire claim to the throne rests on the illegitimacy of yours! That leaves the Tyrells: not impossible, not enough.

Daenerys Targaryen: Lannister, Targaryen, Baratheon, Stark, Tyrell: they’re all just spokes on a wheel. This one’s on top, then that one’s on top, and on and on it spins, crushing those on the ground.

Tyrion Lannister: It’s a beautiful dream: stopping the wheel. You’re not the first person who’s ever dreamt it.

Daenerys Targaryen: I’m not going to stop the wheel. I’m going to break the wheel.

Metafora łamanego koła jest dosyć klarowna.  Dankowe koło to po prostu opis krążenia elit monarchii w Westeros, wywodzących się ze znakomitych szlacheckich rodów, które ku naszej rozrywce, ostro rywalizują ze sobą o tron. O ile Tyrion myśli dość konwencjonalnie, uznając, że dziewczyna zamierza „raz zdobytej władzy nigdy nie oddawać”, utrzymując swoją rodzinę na szczycie – zatrzymać koło, ta jednak stwierdza, że woli je rozbić.

Cóż w praktyce ten akt ma oznaczać? Otóż, nie ma innego sposobu by przerwać cykl krążenia monarchicznych elit, niż przez zniszczenie samego obiektu ich pożądania wokół którego toczy się cała gra: władzy królewskiej. Daenerys docelowo chodzi o unicestwienie monarchii w Westeros. Jeśli zamierza wywalczyć dostęp do tronu, to nie po to, by na nim zasiąść, ale by go zniszczyć, władzę zapewne ostatecznie oddając gminowi. (W opcji miękkiej mogłoby to być wprowadzenie monarchii elekcyjnej, w której szlachta i plebs wybierałyby władcę demokratycznie.)

Jeżeli przyjrzymy się bliżej całej jej karierze politycznej w Essos, zauważymy silną tendencję do faworyzowania ludu czy nawet stanów jeszcze niższych, jak niewolnicy. Daenerys jako królowa gra jednocześnie emancypatorkę, tytułuje się Wyzwolicielką z Okowów, przyjmuje rolę trybuna ludu i mianuje się reprezentantką interesu warstw najniższych. Osłabia również pozycję Wielkich Panów, szlacheckich rodów w Meereen, wcześniej parających się handlem niewolnikami. Wydaje się więc, że cała władza stanowi dla niej jedynie środek do celu, jakim jest przeobrażenie świata na jakąś antyfeudalną modłę a jej samej miejsce w historii jako królowej, która wyzbywa się królestwa na rzecz poddanych.

Tym samym, Dany uzyskuje niesamowicie mocną pozycję do stworzenia potężnego despotyzmu na modłę absolutystyczną, co może wydawać się paradoksalnie dla laików – stając się potencjalnie największym zagrożeniem dla wolności w Westeros.

Dlaczego?

Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, należałoby sięgnąć po „Traktat o władzy” Bertranda de Jouvenela, opisujący wzrost władzy centralnej (królewskiej) następujący od początku średniowiecza, aż do schyłku monarchii i powstania demokracji, która osiągnęła w praktyce potęgę i posłuszeństwo ludu nieznaną nawet dawnym absolutystom.

O ile nam, ludziom urodzonym w czasach demokracji, monarchia może wydawać się hierarchicznym monolitem, w którym chłopstwo, szlachta i król podlegają sobie bezwzględnie a każda z tych warstw betonuje i kontroluje poprzednią, de Jouvenel kreśli bardziej dynamiczny obraz rywalizacji politycznej występującej w tym ustroju. W rozważaniach francuskiego filozofa polityki mamy do czynienia raczej z trójkątem, w którym król i szlachta siłują się przeciągając linę, walcząc o potencjalne pozycje przetargowe, starając się wyrwać lub obronić siłę roboczą w postaci chłopów, by wykorzystać tychże na swoje potrzeby.

Co dzieje się, gdy zwycięża szlachta?

Blokuje wpływy królewskie. Uniemożliwia osłabiania własnej pozycji majątkowej przez króla, gwarantuje sobie odpowiednie wolności i przywileje, zwalnia się z podatków i obowiązków względem monarchy, uniemożliwia łatwego podejmowania akcji militarnych oraz imperialnych, ciesząc się z wypracowanych przez chłopów zysków, które nie przypadają koronie.

De Jouvenel stawia sprawę następująco, powoławszy się najpierw na de Bolanda:

abs2

abs3

oraz:

abs4

abs5

O ile w warunkach angielskich znaczącym tryumfem wolności było ograniczenie woli władzy centralnej i zmuszenie przegranego monarchy – Jana bez Ziemi – do podpisania Wielkiej Kart Swobód, o tyle w Polsce zwycięstwa szlachty bywały jeszcze częstsze, o czym zaświadcza długi ciąg kolejnych przywilejów przez nią uzyskiwanych (których kucie na blachę do dziś zapewne jest zmorą uczniów szkół średnich). Rzecz jasna, w optyce de Jouvenela świadczyłoby to  o ewidentnej słabości władzy centralnej, dlatego właśnie niczym zaskakującym nie jest nazywanie wywalczonego modelu demokracją szlachecką, bo do tego sprowadza się sławna „złota wolność” i pozycja „szlachcica na zagrodzie, równego wojewodzie” kontrolującego króla, będącego raczej jego reprezentantem niż samodzielnym podmiotem, mogącym kimkolwiek władać.

Cóż z kolei dzieje się, gdy zwyciężają królowie?

Odpowiedzi na to pytania poświęcona jest w zasadzie cała książka francuskiego filozofa, gdyż ostatecznie opisuje ona długi marsz monarchii ku absolutyzmowi, wynoszący aparat biurokratyczny zbudowany na modłę nowoczesną ponad tradycyjne układy arystokratyczne a zwieńczony jego przekształceniem w urzędy demokratyczne, nie potrzebującym wreszcie żadnego króla do szczęścia.

Za największą zaletę lektury „Traktatu o władzy” uznaję jednak to, że pozwala łatwo uporać się z lewicowymi i demokratycznymi stereotypami, wedle których królowie oraz szlachta są największymi sojusznikami i razem jako jedna, samokoptująca się klika, mogą sobie w harmonii powyzyskiwać prosty lud. De Jouvenel pokazuje jednak, że w rzeczywistości sprawa była zdecydowanie bardziej skomplikowana, a monarchowie dążący do umocnienia swojej pozycji, starali się osłabić tę szlachty, na ogół najbardziej to jej się obawiali, nie zaś zwykłego ludu. Co więcej – to właśnie z ludem zawierali sojusze przeciw niej, otwierali mu możliwości awansu społecznego, po to tylko by go wyrwać z majątków ziemskich swoich oponentów i przeciągnąć na swoją stronę.

„Jeśli naturalną skłonnością władzy jest rozrost i jeśli może ona zwiększać swój autorytet i mnożyć swoje zasoby tylko kosztem notabli, wynika z tego, że jej sojusznikiem zawsze są zwykli ludzie. Pasja absolutyzmu nieuchronnie wiąże się z pasją równości.” – powiada nam Bertrand de Jouvenel.

Tak w detalach opisuje nam ten sojusz:

abs6

[…]

abs7.pngabs8abs9

Uśmiechnijmy się w tym miejscu na myśl o Wyzwolicielce z Okowów, która istotnie woli uwalniać niewolników…

abs10

abs11

abs12

Nieodwołalnym aspektem nowoczesności jest zatem wyeliminowanie trzeciej, pośredniczącej lub buforującej klasy społecznej, bez której istnieją już tylko rządzący i rządeni.

Cóż z tego wynika dla naszego odbioru „Gry o tron”?

Z oczywistych względów Daenerys z rodu Targaryenów, Pierwsza tego imienia, Zrodzona z burzy, Niespalona, Królowa Meereen, Królowa Andalów i Pierwszych Ludzi, Khaleesi Wielkiego Morza Traw, Wyzwolicielka z Okowów, Matka Smoków, Srebrna Królowa, Dziecko Trzech i Córa śmierci – w jednej osobie – budzi zapewne naturalne sympatie widowni wychowanej w epoce powszechnych demokracji, która w filigranowej blondynce może upatrywać głosu wciąż tak bardzo popularnych dziś idei emancypacyjnych. Skoro według de Jouvenela wszyscy zostaliśmy „uludowieni”, z kim mamy się utożsamiać, jeśli nie z ludem Essos czy Westeros i komu kibicować, jeśli nie temu, kto deklaruje, że przychyli mu nieba?

Rzecz w tym, że jeśli rozważymy rzecz systemowo, podobnie jak uczynił to francuski myśliciel i spojrzymy dalej niż na ładną buzię dziewczyny, zrozumiemy, iż monarchowie jednający sobie lud nie robili tego nigdy czysto bezinteresownie lub dlatego, że lubili sobie patrzyć na awans społeczny najniższych stanów. Nie, ten awans był umożliwiany i warunkowany interesami władców, chcących wyeliminować uznawanych przez siebie za konkurencję, zagrożenie czy przeszkodę na drodze do jeszcze większego wpływu na świat, unicestwiających każdą inną władzę, poza swoją własną.

Mimo zmiany ustroju, mechanizmy te nie zmieniły się nawet o jotę. Najsilniejsi wciąż wyciągają rękę do najsłabszych, aby osłabiać średnich. Z tego względu mamy na przykład kawiorowych socjalistów – dysponujących olbrzymimi środkami bogaczy, którzy dość dziwacznie wspierają czysto egalitarne programy walki o tzw. sprawiedliwość społeczną, zabiegają o nie politycznie w sejmach i parlamentach czy po prostu sponsorują tego rodzaju ruchy, bo wiedzą, że tym sposobem uderzą głównie w tych poniżej swojej pozycji, którzy mogliby jej zagrozić. Z nałożonymi obciążeniami mają na to mniejszą szansę.

Demokracja kwitnącego sojuszu najsłabszych z najsilniejszymi na ogół przekształca się w totalitaryzm, gdzie awans społeczny uzależniony jest od posłuszeństwa tyranowi i okupiony majątkami wrogów ludu, czyli zazwyczaj tych, którzy zdołali zgromadzić wpływy, jakie mogłyby pomóc obronić się przed władzą lub ją przejąć.

W każdym razie, Dany jest na jak najlepszej drodze do absolutyzmu: otacza się doradcami z nizin społecznych, wynosząc ich na najwyższe godności (Missandei), toczy wojnę z możnymi z Essos, a jeżeli dopuszcza się okrucieństw, ich ofiarą pada szlachta – naturalny opornik dla centralnej władzy. Daenerys wprost po leninowsku wiesza kapitalistów na sznurze, który sama od nich kupiła:

A po wylądowaniu z wielką armią w Westeros dla efektu propagandowego i zastraszenia elit, rezygnuje z tradycyjnie praktykowanego pojmania jeńców wojny oraz być może następującej później ich wymiany, na rzecz ich przykładnej egzekucji, gdy jej ofiarą pada ród Tarlych. Cóż, jak dla mnie to wygląda na absolutystyczny zamordyzm pełną gębą – w tej scenie brakuje tylko rozdania ich majątków jakimś wiernie służącym Dothrakom lub Nieskalanym.

Sytuacja jest więc w miarę jasna. Daenerys Targaryen w rozmowie z Tyrionem sama określa, na kim chce oprzeć swoją władzę w Westeros – na pospólstwie. To do niego musi skierować swoją ofertę awansu społecznego i jak zwykle przy metodach politycznych bywa, ktoś musi zapłacić za tę jej… reformę. Oczywiście, będą to inne rody szlacheckie.

Nie spodziewam się jednak żadnych innych Targaryenów, żadnego tworzenia i wzmacniania swojej dynastii. Danka widzi mi się jako królowa-rewolucjonistka, królowa-demokratyzatorka, której intencją jest przejście do historii jako postać przełomu, jako ktoś, kto zupełnie zmieni zasady polityczne w Westeros, kończąc dokumentnie całą grę o… tron. Wpisuje się to przy okazji w aktualne trendy promowania tzw. silnych kobiet w fikcji.

Wojciech Orliński, dosyć nietypowo jak na zawodowego lewaka, pozwolił sobie na fantazję o Samie Tarlym na tronie, obstawiając opcję dość zachowawczą – wyniesienie do władzy nowej rodziny. Ja z kolei przyjmę w swoich spekulacjach wariant najbardziej pesymistyczny dla dalszego trwania monarchii w Westeros i postawię na Daenerys, albo w przypadku niespodziewanego zgonu, na realizatorów jej woli politycznej – na przykład zbajerowanego Jona Snow. Myślę, że landrynkowego zakończenia nie będzie i któreś z tej głównej pary protagonistów umrze, właśnie w obronie marzenia Matki Smoków o połamaniu koła władzy [i zastąpienia go innym, bezszprychowym].

Czy dlatego, że uznaję, iż holywoodzcy scenarzyści nie robią niczego innego, jak tylko czytają po kątach zapomnianych teoretyków polityki, opisujących jak królowie przed wiekami podcinali gałąź, na której siedzieli? Skądże!

Solidnie tworzona fikcja po prostu ma to do siebie, że przenikliwie naśladuje rzeczywistość. Opisywane procesy polityczne mogły przez stulecia podmywać wpływy tych czy innych grup społecznych, doprowadzając wreszcie do erozji ustroju i jego zmiany, w sztuce zaś mogą wystąpić w wersji skondensowanej, na przestrzeni jednej powieści, czy nawet serialu.

Myślę, że dodatkowym argumentem za takim rozwiązaniem, jest po prostu Zeitgeist, jaki ostatnio panuje w filmowym światku. Od kiedy zauważyłem, że pop-kulturowym markom jak „Gwiezdne wojny”, niegdyś ostojom eskapizmu, zanurzonym w przednowoczesnym sosie mitologii, magii i sacrum, poczęto nachalnie dopisywać komentarze społeczne, bawić się dekonstrukcją i wiążąc je z okresem historycznym, w jakim powstały – niszcząc przez to zupełnie ich eskapistyczny potencjał, nie spodziewam się niczego innego i w przypadku „Gry o tron”. Amerykanie ze swoją bieżączką nie przepuszczą przecież żadnej monarchii bez wypominania, że jest gorsza od demokracji i musi zostać przez nią słusznie zastąpiona.

Walkę o demokrację można toczyć na wielu frontach. Czasem przynosi się ją, nasyłając gdzieś swoje bombowce. Innym razem znosząc niedemokratyczne reżimy w wyimaginowanych krainach z pomocą blond bohaterek i smoków. Z braku laku, smoki to dobry ekwiwalent bombowców, więc co innego mogą zanieść do Westeros, jeśli nie postęp, demokrację i prawa człowieka?

Reklamy

Wyjątek ze starożytnego dzieła „Bestiariusz społeczny, albo lewaka opisanie” Mistrza FatBanthy

Redystrybucja dóbr jest prawdziwym cudem etatyzmu – bluźnierczym odpowiednikiem chrześcijańskiej transsubstancjacji. Ma moc przekształcania bezużyteczności w nikczemność.

Cudowność redystrybucji, jak zresztą każdego rabunku, polega na tym, że pozwala ona na osiągnięciu celu – zdobycia środków – bez uprzedniego wypracowywania jakichkolwiek formalnych cech czy cnót, które w naturalnym porządku rzeczy byłyby dla tego koniecznemi i niezbędnemi.

Każda użyteczna praca wymaga bowiem osiągnięcia pewnego zasobu umiejętności, popartego takoż solidnie przyswojoną wiedzą, jak też cierpliwością, opanowaniem popędów, koncentracją na celu a w wielu wypadkach również talentem, męstwem, zręcznością czy innemi ciężko wypracowanemi przymiotami ducha, doprawionemi na ogół końską dawką samozaparcia. Dopiero wtedy może ona wydać sensowne owoce.

Cud redystrybucji dóbr zasadza się z kolei na magicznym skrócie: dostępujący jego łaski może sięgnąć po ową nagrodę bez jakichkolwiek umiejętności czy przejścia zaprawy charakteru. Celem przeprowadzenia rytuału redystrybucji nie potrzeba ponosić wielkiej ofiary – wystarczy wykazać się w odpowiednim stopniu zawiścią i bezczelnością, tuszując je nieporadnością. Kapłani przymusu, dokonujący ostatecznego zaboru mocy, na ogół sami łatwo znajdują swych akolitów, chętnych do przetoczenia nienależnych im sił.

Redystrybucja dóbr jest komunią świętą w liturgii etatyzmu, centralnym jej punktem. Podobnież jak cały etatyzm przynależy do magii czysto wampirycznej.​

Re: Mit rynku – emigracja komentarzowa z bloga smootnego

Z racji, że dyskusja pod wpisem smootnego się ładnie rozwinęła i nie wygląda na to, aby szybko miała wygasnąć, a te ograniczenia liczby liter w komentarzach na blogspocie są irytujące, przenoszę się z komentarzami na swego wordpressa, gdzie można się rozpisać.

dziewic:

Jedną ze strukturalnych cech kapitalizmu jest „niszczenie”. Na co dzień przybiera ono formę produkcji bubli, tzn. sprzętu, który jest wyjątkowo nietrwały. Kapitalizm (ponownie: we wszystkich swoich odmianach) to przede wszystkim: przepływ pieniądza.

A kto powiedział, że trwałość przedmiotów powinna być jakąś uniwersalną, nadrzędną wartością? Istnieją bardzo fajne argumenty na nieetyczność produkowania dóbr trwających zbyt długo (nieekologiczność) . To nie jest jakaś immanentna cecha kapitalizmu, który koniecznie chce popędzać przepływ pieniądza, tylko konkretnej mentalności społeczeństw, którym przedmioty szybko się nudzą albo / i nie chce się im ich naprawiać. Tych preferujących trwałość jest na tyle niewielu, że ich potrzeby są realizowane w niewielkim stopniu. W konserwatywnej wiosce Amiszów popyt i podaż na trwałe/nietrwałe przedmioty będzie wyglądał inaczej niż w mieście pogrążonym w biegunce za modną nowością, a też będziesz miał tam kapitalizm [bo prywatne środki produkcji] i wymianę usług oraz produkcję takich czy innych towarów.

Znowu pretensje do kapitalizmu sprowadzają się po prostu do pretensji do ludzi, którzy żyją wkoło i wybierają inaczej, niż byś sobie tego życzył.

Istnieje jednak jeszcze jeden sposób na odblokowywanie popytu: wojna, czyli totalna destrukcja. I nie chodzi wcale o zabijanie ludzi, przede wszystkim chodzi o niszczenie budynków, sprzętów codziennego użytku oraz ranienie (zapotrzebowanie na lekarstwa i sprzęt medyczny). Wojna się opłaca. Oczywiście dla pojedynczego „potentata benzynowego” może nie, ale jeśli umówi się on z korporacją farmaceutyczną oraz gigantem budowlanym i nagle koszta lecą w dół, prawda? I nagle wojna staje się opłacalna.

Nie staje się. Tak mogą myśleć tylko jacyś popaprani keynsiści albo inni ludzie, którzy przegapili bastiatowski argument zbitej szyby. Gigant budowlany mógłby skorzystać równie dobrze na budowie kolejnych domów (drugich czy trzecich, bo kto mówi, że każdy ma posiadać wyłącznie jeden?) w innych lokacjach lub skoro zaczęliśmy od planowego postarzania, na proponowaniu update’ów. Przy odpowiedniej majętności ludzie mogą nie chcieć żyć w jednym domu całe życie, tylko jak resztę przedmiotów, wymieniać na nowe – burząc stare i stawiając sobie coś nowego. I co, gigant budowlany nie będzie miał roboty? Będzie miał. Nie trzeba więc wcale stawiać ludzi przymusowo przed koniecznością zafundowania sobie nowego schronienia, tym bardziej, że w wyniku wojen najczęściej kończą z niczym i zaczynają od kompletnego zera, więc nie mają nawet czego wydać na odbudowę tego, co już mieli. Więc to jest raczej lichy model biznesowy dla potentata.

On jest możliwy w jakimś stopniu dzisiaj, gdy państwo agresora zamierza zainstalować na terytorium podbitym jakiś posłuszny sobie rząd i żeby go utrzymać musi odbudować podstawową infrastrukturę, którą zresztą wcześniej zniszczyło. I to są kolejne wydatki z kieszeni podatników (tak samo jak na wojnę), których oni nigdy by nie ponieśli, gdyby mieli możliwość ich uniknięcia, nie decydując się w ogóle na takie wydatki – bo i po co? Masz jakieś korzyści z tego, że Polska wysłała do Iraku wojsko? Bo ja nie. A cywilom nic się w zasadzie nie odbudowuje, to jest ich problem, że na ich chałupę spadła bomba. Firma odbudowująca Irak, może sobie odbudować drogę czy wiadukt, ale prywatnej własności jaka ucierpiała w wyniku działań wojennych raczej średnio ją obchodzi.

Nie wspominając o tych, którzy przede wszystkim chcą wojny: producentach broni, bo co im po zwykłym śmiertelniku, który kupi dubeltówkę i wystrzeli z niej 10, czy nawet 100 naboi rocznie, skoro na wojnę bierze się karabiny wystrzeliwujące 100 pocisków na minutę? Wydaje mi się, że wojna jest wyjątkowo opłacalna.

Ano tak, zawsze muszą być gdzieś te demony – sprzedawcy broni. To też zresztą jest ciekawa kwestia, bo broń nie rozwija się w próżni i jej rozwój bardzo często podyktowany jest zmianami w prowadzeniu samej wojny. Ewolucja broni w kierunku wielostrzałowości łączy się z centralizacją władzy i powstawaniem egalitarnych państw narodowych, w których ludzie są równi, mają te same, powszechne obowiązki względem ojczyzny (np. służby wojskowej) i wojna przez to zyskuje masowy charakter, zatem potrzebne jest uzbrojenie o potencjale eliminacji bardzo wielu celów, bo tylu może brać udział w walce. Gdybyśmy żyli w jakimś typowym feudalizmie, gdzie walczy tylko część jakiejś warstwy społecznej, rozwój broni wyglądałby inaczej albo poszedł w zupełnie innym kierunku (większej precyzji lub jeszcze czegoś innego).

Poza tym, to nie jest kwestia jakichś nieuchronnych trybów historii i immanentnej rynkowej lepszości broni wielostrzałowej, która musiała zatryumfować – to, że sprzedawcy broni dziś handlują taką bronią, nie znaczy, że nie mogą zacząć handlować inną. Gdy skończy się popyt na szybkostrzelną i nikt tego nie będzie potrzebował, towar przestanie schodzić i trzeba będzie klienteli zaproponować coś innego. Ja bym wolał łazić z eleganckim, kieszonkowym derringerem niż M16, bo świadczyłoby to o zupełnie innym poziomie zagrożenia i potrzebie osobistej obrony. Broń na bardziej cywilizowane czasy.

Dla producentów broni byłoby korzystniej, gdyby mogli sprzedawać każdemu wszystko, niż gdy często jedynym klientem jest wyłącznie rząd i to tylko od jego polityki zależy, czy będzie jakaś wojna i państwu będą potrzebne większe dostawy towaru.

Moralne przyzwolenie zniknie bez państwa? Zapominasz – w tym i w wielu innych wypadkach – o podstawowym narzędziu kapitalizmu: reklamie (i mediach). Na razie reklamuje się gazowane napoje i maści na hemoroidy, ale co przeszkadza zrobić gigantyczną kampanię reklamową promującą wojnę? A media będą tym bardziej chętne do współpracy: wojna to reportaże z pola bitwy, to codzienne newsy, to większa oglądalność. I to wszystko zgodnie z zasadami kapitalizmu: inwestuję, zarabiam i nikt mnie nie ogranicza.

Wszystko, dosłownie każdy produkt można uznać za zgodny z zasadami kapitalizmu, a jego stworzenie za logicznie możliwe, jeśli podstawi się konsumentom w takich spekulacjach odpowiednio absurdalne potrzeby. Na tym zresztą polega zabawa libertarian w #takbędziewakapie – na ekspoloatowaniu różnych groteskowych motywów, najczęściej odwołujących się do fobicznego stereotypu okrutnego, barbarzyńskiego kapitalizmu osób o poglądach lewicowych i pojechaniu na nich jak najbardziej po bandzie, przy jednocześnie jak najlepszej próbie uzasadnienia, dlaczego tak właśnie będzie. I Ty w tym przykładzie idealnie wpasowujesz się w tę konwencję. Utrzymując się w tej stylistyce, my z Ciekiem zresztą już wymyśliliśmy wojnę na Kickstarterze. ;)

Tylko rozpatrując rzecz na serio, ludzie faktycznie takich potrzeb nie przejawiają i przejawiać nie będą. Zamiast zbierać fundusze na to, żeby osoby trzecie spuściły łomot osobom czwartym, wolą postawić sobie przy domu basen, kupić fortepian, dzieła sztuki albo dziesiąty wybajerowany sportowy samochód. A potem powiększyć garaż i wstawić piętnasty. Na cholerę komu wojna? Tylko politykom, do zerowania licznika długów.

A jeśli chodzi o sprzedawanie przemocy przez media, to wojna jest tak naprawdę fatalnym produktem. Nieźle może się sprzedać tylko sam jej wybuch, jako oczekiwany news, ale później jest tragicznie niemalownicza, kiepska kompozycyjnie i po prostu nudna, zwłaszcza jeśli nie można sprzedać zdobycia jakiejś pipidówki jako wielkiego tryumfu, bo nie wiadomo czy sytuacja się zaraz nie zmieni. To po fakcie widać dopiero, które potyczki, czasem zupełnie niespektakularne, miały największy wpływ na ostateczny rezultat. Wojna szybko się publice nudzi – mediom też przestaje się opłacać, zwłaszcza gdy palone są ich wozy transmisyjne albo w okolicach frontu zaczynają giną korespondenci. Po miesiącu wszyscy przełączają doniesienia wojenne mediów na cokolwiek innego, bo to się przejada.

Ludzie wolą oglądać wyreżyserowany, podbity dramaturgicznie show o gotowaniu, tańcu celebrytów na lodzie i tym podobne rzeczy. Jeśli rzeczywiście chcesz sprzedać przemoc, musisz iść raczej w tę stronę. Walki w klatce, gladiatorzy, turnieje rycerskie, sądy boże, publiczne egzekucje morderców czy pedofilów w rodzaju Trynkiewicza – cliffhanger i wielki finał z rostrzygnięciem po bloku reklamowym – to faktycznie można byłoby sprzedać, zwłaszcza jeśli pełniłoby to jeszcze jakąś dodatkową funkcję społeczną, jak bywało w przeszłości. „Czy Krzysztof Ibisz albo Hubert Urbański podniosą kciuk w górę czy opuszczą w dół? Dowiecie się już po krótkiej przerwie reklamowej!” Ale chaotyczną wojnę, w której gówno widać, nie wiadomo kto jest kim, o co walczy, nie ma żadnych bohaterów, nie ma pewności czy nie nastąpi zaraz jakiś przestój czy inne zawieszenie broni? Produkt musi być pod kontrolą producenta – wojna spod takiej kontroli może się bardzo szybko wymknąć.

Tak, wraz z usunięciem państwa gubi się moralne przyzwolenie, bo to państwo robi za dysponenta i najwyższą emanację woli wspólnoty, na której się opiera i z jakiej czerpie soki. A moralność również jest czymś publicznym i wspólnotowym. Jeśli więc państwo powstałe z sił wytwórczych każdego człowieka, uznaje że jakąś zasadę można okazjonalnie zawiesić, to to jest w zasadzie decyzja wspólnoty zarządzającej swoją moralnością i tak jest z reguły to traktowane, bo ludzie utożsamiają się ze swoim państwem, uznając, że powinni być mu posłuszni. W państwach demokratycznych zresztą ta odpowiedzialność za decyzję polityków przenosi się na wyborców (takich w końcu wybraliśmy, należy zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, sraty-taty, etc.), a później ostatecznie na wszystkich, bo wszyscy do tej wojny dołożyli te swoje podatkowe trzy grosze – wojna się sama nie sfinansowała. W końcu i to się akcpetuje, bo bez sensu jest się sprzeciwiać samemu sobie.

Wojna jest mętnym biznesem za cudze pieniądze, na cudzą odpowiedzialność. Gdyby Orlen + TVN24 + Mostostal + Zakłady Zbrojeniowe „Łucznik” za swą kasę chciały napaść jakichś talibów, to skończyłoby się tak, że talibowie oddelegowaliby ludzi do rozwalenia prezesów Orlenu, TVN24, Mostostalu i „Łucznika”, a nie walczyliby z Polakami jako takimi, bo i po co? Utożsamiasz się z interesami tych firm? Zaciągniesz się do ich prywatnych armii? Bo ja nie. Niech ich więc w samoobronie sobie eliminują – Polsat, Nitrochem i inny Budimex pewnie się bardzo ucieszą, że ich konkurencja się sama wyłożyła na takich konfliktach albo ponosi dodatkowe koszta, które się jej prawdopodobnie nie zwrócą. A oprócz potentatów benzynowych są jeszcze potentaci atomowi, potentaci wiatrowi, itp. i generalnie każdemu z nich jest na rękę, gdy rywale do podziału tortu osłabiają swoją pozycję albo są eksterminowani przez ludzi, jakim chcieli zaszkodzić.

Wojnę się rozpętuje na tej zasadzie, że do walki o cudze interesy angażuje się wszystkich, bo przynależą do konkretnej grupy etnicznej, religijnej, itp., z którą odczuwają wystarczająco silną więź, by przejmować się jej dobrem. I oni biorą na siebie ciosy, chroniąc tych, którym najbardziej jest na rękę wojnę prowadzić. Zauważ, jakiego rodzaju casus belli się szuka, jaką motywację do toczenia wojny przedstawia się społeczeństwu. „Naszych biją! Nasze wartości szargają!” Natomiast nikt palcem nie ruszy dla podmiotu biznesowego lub sojuszu takich podmiotów, którego cel istnienia jest zbyt trywialny, by się dla niego poświęcać. Nikt nie uwierzy, że prywatni komandosi z oddziałów Shella jadą walczyć z irackim analfabetyzmem, nierównościami społecznymi czy jeszcze czym innym. Do tego jest właśnie potrzebne państwo, aby zagwarantowało powszechne poparcie na zasadzie wspólnej tożsamości. I żeby wyłożyło fundusze zagrabione podatnikom na stół i za to wszystko zapłaciło. Wtedy dopiero, gdy to się uda, przemysł może się „załapać”.

Gdybyś nie musiał płacić za czyjąś wojnę, to byś nie zapłacił. I przytłaczająca liczba ludzi również tego by nie zrobiła, bo znalazłaby ważniejsze dla siebie wydatki. Wojny się toczą, bo ludzie nie mają wyboru i muszą za nie płacić. Na wolnym rynku jeśli nie podoba Ci się postępowanie jakiegoś podmiotu, możesz go odciąć od swojego wsparcia finansowego. Państwa nie odetniesz. I to jest kluczowa różnica – w pierwszym przypadku masz wpływ na przepływ kapitału, w tym drugim nie.

Przypominam Ci, że Jeffrey Sachs zmienił poglądy z liberalnych (okres kiedy pomagał przy „planie Balcerowicza”) na bardziej (przynajmniej jego zdaniem, nie moim) lewicowe (obecnie, sam to deklarował podczas wystąpienia w KP, o którym mowa w artykule), więc twój argument nie jest nawet nietrafiony – jest fałszywy.

A kiedy on miał te poglądy liberalne, skoro jeszcze w latach osiemdziesiątych zalecał państwowe interwencje w rynek (w Boliwii)? W przedszkolu? Tusk też może i miał poglądy liberalne, ale co z tego, skoro postępuje dokładnie wbrew nim?

Inna sprawa, że zupełnie uciekasz od kwestii bezrobocia. Pisałem, że bezrobocie jest potrzebne kapitalizmowi i kompetencje pracowników nie mają tu nic do rzeczy, ty zaś (typowy chwyt erystyczny) skupiłeś się na owych kompetencjach (tak jakbym uznał je za istotne) i mówiłeś jakie to państwo jest złe, że produkuje niekompetentnych.

Bezrobocie bardzo często może być w ogóle potrzebne ludziom. Jeżeli trochę sobie popracujesz i zdobędziesz wystarczające Ci środki do życia, by pożyć bez pracy przez kolejny rok czy dwa, to przez ten czas możesz sobie być bezrobotnym i może to być dla Ciebie nawet stanem preferowanym. Nie da się powiedzieć, jakie style życia i  modele utrzymywania się będą preferowane – można sobie przyjąć twarde robienie kasy przez 15 lat, by przez kolejne 40 nie ruszyć nawet palcem. I formalnie rzecz biorąc przez te 40 lat być bezrobotnym. Jeśli się da – jak ktoś tak woli, proszę bardzo.

Więc sama statystyka bezrobocia bez dodatkowego kontekstu nic nam nie powie. Co innego gdy jest 15% bezrobocie, bo upowszechnił się model rentierstwa, czy co drugie pokolenie nie musi pracować, bo otrzymało wypracowane przez dziadków i rodziców fundusze na życie. A co innego, gdy jak dziś, trudno w ogóle się czegokolwiek dorobić, nie ma z czego żyć, nie ma wielu alternatyw pracy, a jeśli jest, to nisko płatna, gdzie harować trzeba każdego dnia, a mimo tego i tak jest 13% bezrobocia. Najniższe wskaźniki bezrobocia są z kolei w obozach pracy, gdzie istnieje obowiązek pracy i jakoś też chyba nie jest w nich zbyt fajnie.

Czy bezrobocie jest dobre czy nie, to zależy jeszcze od wielu innych czynników. Ale patrząc na stan obecny kraju i realne opodatkowanie ludzi + ich kształcenie, to to są najistotniejsze powody bezrobocia dzisiaj, IMO – tu w Polsce czasu rzeczywistego, a nie w jakiejś wyimaginowanej krainie, w której może sobie być nawet 50% bezrobocia i panuje zadowolenie niepracujących z takiej sytuacji, żyjących ze zgromadzonych wcześniej środków.

Czy ekonomizm, ślepy na całe uniwersum procesów społecznych (które badają wykpieni przez Ciebie humaniści) nie jest prawdziwym resentymentem?

Nie. Prawdziwym resentymentem jest to uczucie, które w pewnym momencie życia skłoniło Cię do fantazjowania o przebudowie ludzkości i stawianiu tych wszystkich postulatów dotyczących przemiany życia społecznego. Resentymentem jest to uczucie, które stoi za ochotą gmerania przy „poziomie ludzkich pragnień” na skalę masową i ustalania nowych moralnych wytycznych dotyczących relacji międzyludzkich. A zwłaszcza to, co stoi za sprzeciwem wobec takiej a nie innej oceny swojej osoby w oczach innych.

Przecież to jest tak wyraźnie czysto apollińska recepta tworzona ku pokrzepieniu swego serca, że naprawdę trudno ją pomylić z czymkolwiek innym. Konstruowanie ludzi i światów, których nie ma, ale powinny być, abym czuł się dobrze. Ucieczka od ekonomizmu jest właśnie ucieczką w pozór. Babranie się w ekonomizmie jest zmierzeniem się z rzeczywistością i jej realnym potencjałem. Doskonale wiem o czym mówię, bo sam coś takiego przeżywałem, gdy kończyłem liceum i też miałem wielkie pretensje, że oto staję kompletnie nieprzygotowany do życia w świecie, który działa inaczej, niż chciałbym aby działał, nie respektuje i nie zachowuje się wobec mnie tak jak bym sobie tego życzył i coś przecież trzeba w nim  zmienić.

To jest zresztą bardzo częste u humanistów i oni są szczególnie skłonni popadać w takie nastroje, dlatego nie ma ma co do nich wychodzić z pretensjami, ale należy jasno określić z czym mają do czynienia i jakoś sensownie to rozładować. Humanistom trudniej przekładać na konkret swoją rolę w świecie, znaleźć w nim jakieś własne miejsce, które niosłoby im spełnienie i satysfakcję. Również z powodu wygórowanych oczekiwań. Niestety większości z nich to się nie udaje i albo w tym życiu dryfują, albo wreszcie zostają buntownikami pod sztandarami własnego nieprzystosowania, wylewając żale na wszystkich wkoło, kreśląc te apollińskie, rewolucyjne plany zmian całego społeczeństwa, w jakim nie mogą się odnaleźć.

Znam to na pamięć – been there, done that. Poniekąd wciąż do pewnego stopnia jakoś w tym tkwię, bo przecież domagam się bardzo radykalnych zmian i nie akceptuję w pełni dzisiejszej rzeczywistości, ale przynajmniej przestali mi przeszkadzać ludzie – tacy jakimi teraz są. Sprzeciwiam się barierom jakie się przed nimi stawia, natomiast nie mam zamiaru walczyć z ich naturą, moralnością i tym jak chcą się do siebie odnosić, bo to jest ich sprawa, a nie mój tzw. ból dupy. Nie mam żalu do pieniądza czy własności, uznaję że mogą pełnić bardzo pożyteczną rolę wskaźników i miar osobistego, dionizyjskiego apetytu na życie i pomocnych instytucji w uzewnętrznianiu swej wewnętrznej struktury – zwłaszcza gdyby odciąc od nich pasącego się na nich Lewiatana. W przeciwieństwie do całej zgrai humanistów, nie uciekam pod spódnicę wspólnot, społeczeństwa i jakiegoś pieprzonego solidaryzmu, bo nie zamierzam się od tego wszystkiego współuzależniać, bezpieczniacko zakładając, że nigdy nie będę w stanie stać o własnych siłach i doskonale zdając sobie sprawę, że częściowo moje wcześniejsze niedostosowanie to właśnie kwestia słuchania podobnej trucizny. I uleganiu jej. Płynącej z ust humanistów żyjących przede mną, tak zresztą do mnie podobnych. Tyle, że ja się w końcu zbuntowałem, odciąłem od nich i nigdy nie poszedłem ich drogą.