*, czyli wątpliwości na granicach Wszechrzeczy

Spostrzegawczy zapewne zauważyli asterysk, jaki postawiłem w poprzedniej notce. Pojawił się on w miejscu, w którym nie byłem do końca pewny tego, czy pisać, to co napisałem. Wątpliwości pojawiły się przy zdradzieckim słówku „każdy”. Uznałem, że zasługują na oddzielny wpis.

»Za każdym* przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość.«

No właśnie. Czy aby na pewno za każdym? Może niektóre nie mają żadnego do pary? Uwikłałem się w pewną aporię. Ale nim ją omówię, zacznę okrężniej. Ostatnio, Ewie na blogu Dziewica zdarzyło się wyrazić niepochlebnie o postmodernizmie. W tym akurat nie ma niczego zadziwiającego — postmodernistów zazwyczaj, albo się kocha, albo nienawidzi — można dodać jeszcze trzecią opcję: albo nie zna. Natomiast oberwało się też przy okazji „logice różnicy” i holizmowi. Ewa uznała, powyższe za bankructwo poznawcze. No i ja w tym momencie stanowczo chciałbym zaprotestować!

Sądzę, że jedne z największych tryumfów intelektualnych biorą swój początek właśnie od dochodzenia tego, jak przedmioty się od siebie różnią. A liczby są w ogóle cholernie ciekawym przypadkiem, chociaż może nie powinienem o nich mówić, bo matematycznie jestem bardziej niż niekompetentny. No ale co tam! Poważę się. Nie będę na nich działał, bo zazwyczaj w tym się zawsze gdzieś machnę, o jakimś elemencie zapomnę i nic z tego nie wychodzi, ale powiem czym mi się one wydają być. A wydają się być ciekawe.

Oś liczb rzeczywistych. Jak ja was w szkole, k***y, nienawidziłem!

Liczby to takie przedmioty, których jedyną cechą konstytutywną jest wartość. I nawet ta jedyna konstytutywna cecha zdaje się nie być niczym dla liczby immanentnym, lecz wynikającym jedynie z zajmowanej przez nią pozycji w ciągu innych, z samego przyporządkowania. Po bliższych oględzinach okazuje się, że oczywiście liczby mają też inne cechy; są parzyste bądź nieparzyste, inaczej reagują na traktowanie ich jakimiś działaniami arytmetycznymi — są liczbami złożonymi bądź pierwszymi, itd. — ale to wszystko cechy konsekutywne, wtórne no i tym bardziej zależne od „miejsca w szeregu”, które ostatecznie nadaje im ich wszystkie właściwości. Ludzie zajmują się serio matematyką najprawdopodobniej z tego mianowicie powodu: jej przedmioty cechują się bardzo ekonomiczną istotą, bo tą jest wzajemna „odległość” jednej liczby od innej, natomiast mimo tego minimalizmu, byty matematyczne okazują się tworzyć bardzo złożone zależności. Generują jakiś swój świat, który można badać. Pomijam tu samą użyteczność matematyki do opisu zjawisk. Ale do czego [matematyka] się w końcu sprowadza, jeśli nie do jednej wielkiej indukcji i właśnie logiki różnicy? Zauważania tego, że 1 jest mniejsze od 2, a 10 jeszcze większe niż 1 i 2? Przekłada się to wszystko na „koszmar holizmu”. No bo gdy uznamy, że liczba nie istnieje w pojedynkę, jako że treść swej tożsamości zawdzięcza wchodzeniu w odpowiednie relacje z innymi liczbami, trzeba brać pod uwagę całość. A wtedy nie wiadomo co i jak ugryźć, by zacząć rozsupływać tajemnicę.

Na starość przychodzi mi się pitagoreizować. Wprawdzie nie będę mówił, że wszystko jest liczbą, ale być może, wszystko istnieje na dokładnie tej samej zasadzie co one. Wzajemnego określania swoich jakości przez odpowiednie przyporządkowanie. Chciałem ugryźć temat relacyjności wolności — dotarłem do tożsamości przedmiotów, między którymi miała się ona rozpościerać, zauważając, że i sama tożsamość zakłada uprzednie istnienie wolności, bez niej istnieć nie może. A i każda wolność ma przecież jakąś tożsamość. „Koszmar holizmu” czy po prostu komplementarność wszelkiego bytu, wzajemnie się konstytuującego? Ta wzajemność w najwyższym stopniu uwidacznia się w przypadkach przeciwieństw: usuwając jeden z przedmiotów, na takie się składających, drugi przestaje mieć jakikolwiek sens. Generalnie jednak, do tożsamości każdego przedmiotu można dotrzeć poprzez odpowiednią negację innych.

Problem pojawia się gdy zauważymy, iż nawet przedmioty nieistniejące mogą stanowić punkty odniesienia. Ale nie jest to jeszcze największym zmartwieniem – gdyby było, nie dopuszczałbym uznawania tożsamości [ich] braków. Jeżeli jednak zastanowimy się nad nieistnieniem, odkryjemy, że tak naprawdę mamy do czynienia z różnymi jego stopniami. Gdybyśmy przykładowo uszeregowali przedmioty według prawdopodobieństwa ich urzeczywistnienia czy częstotliwości występowania, jedną stronę spektrum zajmowałyby te istniejące zawsze, niemal zawsze, bardzo często, następnie te których egzystencja byłaby równie prawdopodobna / częsta jak jej brak. Dalej swoje miejsce zajęłyby przedmioty rzadkie, bardzo rzadkie i unikatowe. Następnie – niemożliwe, sprzeczne, niezdolne z jakichś przyczyn do zachowania tożsamości, ale mimo tego charakteryzujące się jakąś treścią. Szybko okazałoby się, że część z nich niemożliwa jest lokalnie – tylko przy założeniu odpowiednich warunków bądź układów odniesienia. Więc moglibyśmy poszerzyć to spektrum, biorąc poprawkę na multiwersum, wszystkie możliwe światy.

Pewne z przedmiotów byłyby niemożliwymi w mniejszej liczbie światów, inne w większej. Być może dotarlibyśmy też do tych całkowicie niemożliwych (sprzecznych w każdym możliwym układzie odniesienia, nieutrzymujących tożsamości w żadnych warunkach). I właśnie z tymi ostatnimi byłby największy problem. Bo niby co miałoby być dla nich negacyjną przeciwwagą? Czym miałby być brak ich braku? Wszakże nie ma żadnych sprzecznych, istniejących przedmiotów. Czy więc aby na pewno »za każdym przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość«, czy niektóre stoją samotnie, bez żadnych odpowiedników?

O ile niesprzeczne przedmioty, nawet nieistniejące, żadnych kłopotów nam nie nastręczają, bo z racji bycia możliwymi, ich »negatywy« są także możliwe, o tyle w przypadku sprzecznych tracimy już tę symetrię. Oczywiście możemy również tego, co sprzeczne za przedmiot nie uznawać. Więc za co? Czym jest takie „coś-nie-coś”?

Trudność tkwi właśnie w tej treści. Jesteśmy w stanie odróżnić dwa sprzeczne przedmioty, takie nie-byty. Zielbieska króliko-kaczka i kwadratowe koło, mimo swych sprzeczności, różnią się od siebie – różnią nawet tymi sprzecznościami. Gdybyśmy zechcieli wykazać z jakich powodów jedno i drugie nie może istnieć, źródła niemożliwości leżałyby w nich gdzie indziej, z innych względów nie utrzymywałyby swojej tożsamości. A zatem cechują się, mimo wszystko, C Z Y M Ś innym.

Wątpliwości te spowodowane są tak naprawdę wymieszaniem filozoficznych tradycji, jakiego się tutaj dopuściłem. Kiedy mówię o przedmiotach, nawiązuję do wspominanej tu często meinongowskiej Gegenstandstheorie, nietypowo istnienie traktującą jako jedną z cech, jakimi te mogą być obdarzone lub nie. Ta bardzo ładnie uzupełnia się z moim ujęciem »negatywów«, tudzież »antyprzedmiotów«, które różnią się od swoich odpowiedników właśnie pod względem cechy istnienia. Teoria przedmiotu jednak wykracza poza zwyczajną ontologię, bo nie zajmuje się tylko tym co jest, ale także tym, czego nie ma, ale może zostać intencjonalnie przez nas ujęte, na przykład być przedmiotem sądu. Możemy tworzyć całkiem sensowne sądy na temat zielbieskich króliko-kaczek i kwadratowych kół, chociaż z niczym takim się nie spotkamy.

Niemniej jednak, przez to rozszerzenie trudno znaleźć w Bycie jakieś miejsce dla tego rodzaju przedmiotów. Równie trudno znaleźć je również poza nim, uznając że niczego poza nim nie ma, bo niebytu nie ma. Meinong wyróżnił więcej stanów niż egzystencja i jej brak, wprowadzając także pośrednie. Można byłoby co prawda zreanimować kategorię pozoru, tłumacząc niemożliwe przedmioty rozszczepionym aktem intencjonalnym skierowanym ku kilku różnym możliwym przedmiotom, ale z paru względów nie chcę tego robić i zastanowię się jak to obejść. Z całą pewnością czeka mnie trochę dłubaniny, jeśli zechcę się tym zająć poważniej. Na razie tylko zaznaczam wątpliwość i ją opisuję.

***

Ale już przy okazji możemy rozważyć kolejną z ciekawych kwestii z natury Bytu, za taki uznając wszystko co było, jest i będzie, w każdym układzie odniesień czy świecie. Przyjąwszy taką jego definicję, musimy wyciągnąć wniosek, że nigdy nie będzie tego, co w tamtych jest sprzeczne. Ale co z klasą przedmiotów (w tym zdarzeń) niesprzecznych, więc możliwych, ale z jakiegoś powodu niebyłych, nigdzie i nigdy niezrealizowanych? Czy będzie ona pusta, czy też znajdą się w niej jakieś elementy?

Intuicja podpowiada mi pierwszą odpowiedź. Czy bowiem nie jest tak, iż wszystko co możliwe ostatecznie musi gdzieś i kiedyś, przynajmniej na chwilę, zaistnieć, bo w innym razie, siłą rzeczy, byłoby czymś niemożliwym? To, co nigdy nie zostanie zrealizowane, nie może być przecież częścią Bytu, nie może być więc też możliwym in the first place. A jeśli tak, to wszystko co lokalnie możliwe jest też globalnie konieczne, bo musi znaleźć swoje miejsce pośród wszelkiego istnienia, chociażby na moment. Czyli w ostateczności wszystko co niesprzeczne musi gdzieś i kiedyś zostać urzeczywistnione, zaistnieć.

Poniekąd do tego wniosku nieśmiało dochodzą niektórzy spośród fizyków. Na Copernikusie znalazła się interesująca prezentacja profesora Aleksandra Wilenkina Many Worlds in One. [klik] Rozpoczyna się od kosmologii Wielkiego Wybuchu i promieniowania tła, ale później robi się naprawdę ciekawie, bo prowadzący stara się dojść tego, co było przed Big Bangiem i jakie są okolice naszego wszechświata. Najlepszy fragment, metafizyczne interludium, zaczyna się od 20 minuty. ;) Nie wiem czemu Wilenkina akurat to tak bardzo niepokoi, ale mnie się podoba tego rodzaju potwierdzenie (ach, chodziło o utratę unikalności…). A im dalej w prezentację, tym bliżej Jedni, czy w tym wypadku „Zerni” od której wszystko się zaczęło, bo taka jest implikacja inflacji (od 31 minuty) – musi być jakiś początek. Strasznie platonizują ci kosmologowie, nieprawdaż? To zresztą zabawne oglądać jak scjentyści uzbrojeni we wszelkie zdobycze techniki, zdobywający te swoje empiryczne dane, w ostateczności dochodzą do wniosków, które kiedyś wygłosili, wydawać by się mogło, obskuranccy metodologicznie filozofowie spekulujący o problemach takich jak geneza wielości. Bo do tego to się w zasadzie sprowadza, chociaż droga jest inna.

Pitagorejczycy świętujący wschód słońca (1869), Fiodor Bronnikow

W ramach zakończenia wrócę do tych nieszczęsnych liczb. Zazwyczaj po fakcie, gdy sformułuję już to, co przyjdzie mi na myśl, sprawdzam później czy komuś zdarzyło się obrać tę samą drogę. Wprawdzie nie znalazłem niczego zupełnie identycznego, ale coś dość zbliżonego do myśli o przedmiotach i równoważnych wobec nich brakach, razem składających się na całość Bytu – owszem. Otóż kiedyś w necie popularność zdobył filmik „Imagining the Tenth Dimension” [klik]. Autor, Rob Bryanton na fali popularności swego dzieła, promującego zresztą książkę pod tym samym tytułem, postanowił stworzyć później całą serię podobnych klipów, poświęconych w szczegółach kolejnym wymiarom. Jeżeli zajrzycie do tego dotyczącego wymiaru „zerowego”, zobaczycie, że w znacznej mierze jest czymś w rodzaju macierzy zawierającej wszystkie możliwości, z jakiej mogą wyniknąć kolejne wymiary i to, co się w nich znajduje. Bryanton odwołuje się do książki Gevina Giorbana – „Wszystko na zawsze. Nauka postrzegania bezczasowości.” („Everything Forever. Learning to See Timelessness”) (od 4:35) – no i powiedzcie, znajomo wygląda to zestawienie liczb dodatnich i ujemnych w jeden ciąg, składający się na to jedno wielkie zero?

Samą ksiażkę Giorbana już sobie znalazłem. Na razie jedynie ją przejrzałem, ale z tego co zauważyłem, rzecz sprowadza się do konfliktu dwóch porządków: zbiorczego oraz symetrii. Brak jednego skutkuje pojawieniem się drugiego. Stan wszechświata jest wypadkową tego konfliktu, więc wszystko w pewnym sensie wynika z odpowiedniego przyporządkowania i wzajemnego zorientowania. Tak jak te liczby. W każdym razie, jako eternalistę z pewnością ta pozycja mnie zainteresuje.

Wiem już, że gdybym sobie uznał, iż »za każdym przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku«, mógłbym podpiąć się pod to całe towarzystwo. Ale moja metafora Bytu jako sortera kształtu nie wymaga zupełnej symetrii – można wyobrazić sobie, że w komplecie znajdują się figury nie do pary albo nadprogramowe otwory, do których nie przewidziano żadnych klocków i pewne elementy są unikatowe, nie mające swoich odpowiedników. W tym sensie, że bywają przedmioty konieczne i niemożliwe, jakim nie można znaleźć żadnego alternatywnego stanu. Zresztą już sama Całość nie ma żadnej alternatywy: po prostu jest, a niebytu nie ma. Sorter z otworami jest, ale wystarczająco obszernego otworu do którego można byłoby go wrzucić już nie ma, bo musiałby znajdować się w czymś większym, jak to z otworami bywa…

Z liczbami trudniej o taki brak symetrii. Bo czy są jakieś wartości, które nie mogą mieć swojego ujemnego odpowiednika? Przydałaby się ekspertyza jakiegoś prawdziwego matematyka. Tak czy owak, stoję na rozdrożu.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Wolność jest relacją

Jeśli przyszłoby Wam wolności szukać, to znaleźć możecie ją pomiędzy tym wszystkim, co zachowuje swą tożsamość…

Czasem bywa tak, że mamy coś pod samym nosem, a mimo to, tego nie dostrzegamy. Toczymy spory, korzystając z intelektualnych konstrukcji rozumianych przez siebie w niewielkim jedynie stopniu. Nie zdając sobie do końca sprawy z ich charakterystyki i właściwości, wyprowadzamy z nich jakieś implikacje. Na ogół nie odpowiadamy na tytułowe pytania, pomijając całkowicie kwestie ontologiczne, a gładko i pragmatycznie przechodzimy do tego co interesuje nas najbardziej — uzusu. To norma: ludzie potrafią policzyć pole prostokąta, określić wysokość drzewa bez jego mierzenia, na podstawie jedynie cienia jakie rzuca, jednym słowem: wykorzystać jakąś zdobytą wiedzę z zakresu geometrii, chociaż niewielu z nich zajmowało się pewnikami Euklidesa. Prosty człowiek mnoży a razy b i już wie, że ma tyle a tyle powierzchni, na której ziemniaki posadzi czy farbą pomaluje. To, czy każdy odcinek można przedłużyć uzyskując prostą, czy nie każdy — interesuje go mniej bądź wcale. Póki obliczenia się zgadzają, jest dobrze i nie ma sensu drążyć tematu.

Z rozmowami o polityce, ustrojach, władzy i wolności jest bardzo podobnie. Przejmujemy gotowe słowa, uznajemy, jakieś ich znaczenia i żonglujemy nimi jak popadnie. Póki utrzymujemy się w społecznej ortodoksji i zgadzamy z pozostałymi ich użytkownikami — nie ma sensu drążyć tematu. Jeśli jednak wykroczymy poza nią, osiągniemy jakieś nietypowe wnioski, wzbudzając nimi konfuzję, zadziwienie i niedowierzanie, wtedy sytuacja zmusi nas do poważnego zastanowienia. Coś skłoniło nas do powiedzenia tego, cośmy powiedzieli. Na czymś się przecież opieraliśmy, gdyśmy tak mówili, a nie inaczej. Musieliśmy przyjąć jakieś ukryte założenia, jakich pozostali nie poczynili i dlatego po drodze do swoich konkluzji, ostatecznie ich pogubiliśmy albo przestaliśmy odnosić się do tego samego przedmiotu. Należy więc rozstrzygnąć tę kwestię jako pierwszą. To jednakże najlepiej uczynić na polu ontologii, a nie filozofii polityki, która jest wobec niej dyscypliną wtórną. Być może gdybym wcześniej zdecydował się na taki krok, moje teksty szybciej zyskałyby na jasności i przejrzystości.

1. Relacyjny charakter wolności i jego podstawowe następstwo.

Kluczem do rozszyfrowania mojego mętnego, gdzieniegdzie, przesłania, zrozumienia dążeń do specyficznie postrzeganego ideału organizacji społecznej, wyborów politycznych, jest uznanie, że wolność — każda wolność jest relacją. To w zasadzie stanowi podstawę do zapowiadanego przełomu narracyjnego. Zamiast patrzeć na palec, spojrzymy na to, co on wskazuje. Obojętnie czy na tapetę weźmiecie wolność negatywną (wolność od), czy pozytywną (wolność do), to co powinno zwrócić Waszą uwagę to te wytłuszczone teraz przyimki. Zajmując się tematem wolności spotykamy się z nimi nieustannie i prawdopodobnie po części z tego powodu, tracimy czujność i nie przywiązujemy już do nich większej uwagi. Tymczasem odpowiedź leży właśnie w gramatyce, która zakłada już pewne ontologiczne rozstrzygnięcie: nie możemy mówić sensownie o jakiejkolwiek wolności, bez uznania jej relacyjnego charakteru. Nawet jej najbardziej immanentne ujęcia w postaci pojęć takich jak autonomia czy potencja, zdające się być zespojone całkowicie z opisywanym przedmiotem, jako jego cecha czy też pewna możność, zawierają w sobie milczące, ale jednak rozpoznawalne odniesienia do tego, co znajduje się poza tym przedmiotem. Gdyby założyć, że poza nim samym niczego innego nie ma, nie jest możliwe, nieosiągalny jest żaden odmienny stan w jakim może się ten przedmiot znajdować, oba znaczenia straciłyby jakikolwiek sens i stały się zbędne. Jeśli go utrzymują, to tylko powodu istnienia czegoś poza przedmiotem nimi określonym, co pozwala na zachowanie ich relacyjnego kontekstu.

W porządku, niech sobie wolność będzie relacją – powiecie – i co z tego? Przecież to truizm, banał i co z niego miałoby wyniknąć, gdzie tu przełom?

Odpowiem więc: przełom osiągnięcie, dostrzegając sposób istnienia relacji. Relacje są bowiem nietypowymi przedmiotami — nie istnieją samoistnie i samodzielnie. Jak mimochodem zdążyłem wspomnieć powyżej, potrzebują dla siebie odniesienia. Biegną skądś, dokądś. Od jednego punktu, jaki możemy wyszczególnić w bycie, do kolejnego. Łączą sobą coś z czymś. Pośredniczą. Rozpościerają się między przedmiotami — tam właśnie należy ich szukać: pomiędzy.

Spostrzeżenie to ma niebagatelny ciężar gatunkowy i ono właśnie stanowi o przełomie. Za jego pomocą jesteśmy w stanie uświadomić sobie, że jeśli wolność jest w swej istocie relacją (a nic nie wskazuje na to, żeby nie była), istnieć może tylko wtedy, gdy istnieje także coś, na co może być ukierunkowana. To twierdzenie jest zdaniem logicznie koniecznym — wynika z przyjętych założeń i należy uznać je za wiedzę a priori. Dzięki niemu uzyskujemy także pewny wgląd w warunki konieczne zaistnienia wolności. A to już całkiem sporo, bo pozwoli nam odrzucić te sądy, które zakładają, że pozbycie się czy wyeliminowanie pewnych przedmiotów ze świata, sprawi, że stanie się on tym samym bardziej wolnościowy. W świetle tego, co powiedzieliśmy jest to niemożliwe, bo usunięcie jakiegoś elementu ze świata, jest jednocześnie unicestwieniem możliwego przedmiotu odniesienia dla relacji, która odtąd nie będzie mogła do niego biec.

Skoro wolność jest relacją, a relacje mogą znajdować się jedynie między innymi przedmiotami i w swym bytowaniu są od nich zależne, ich liczba będzie w ogromnym stopniu zależna od liczby samych przedmiotów. Wolności możemy mieć zatem co najwyżej tyle, ile przedmiotów będzie nam dostępnych, bo tylko z nimi możemy ją wiązać i do nich odnosić. I to właśnie było moim, nie do końca uświadomionym, punktem wyjścia przy poszukiwaniu najbardziej wolnościowej propozycji politycznej. Uznając intuicyjnie tę ontyczną konieczność, zrozumiałem, że aby sformułować co sobie zamierzyłem, będę musiał celować jednocześnie w [propozycję] zakładającą świat najbogatszy w rzeczone punkty odniesień — przedmioty. Ponieważ wiele spośród nich zaistnieć może jedynie dzięki i poprzez ludzką twórczość, jest to także świat, w jakim dostępnych jest najwięcej działań (które też, możemy uznać za jakieś przedmioty, bo i one mają jakąś tożsamość), za pomocą których przedmioty te urzeczywistnimy. Indywidualistyczny propertarianizm jest więc niczym innym, jak próbą przeniesienia tych ontologicznych oczywistości na grunt filozofii polityki. Stąd bierze się jego panarchistyczny rys: za każdą formą ustrojową stoi jakiś unikalny dla niej katalog czynów (a także ich braków). Aby więc urzeczywistnić je wszystkie, należy dopuścić wszystkie możliwe formy rządów.

2. Intencjonalność i jej brak.

»Wolność uczy jedynie: oderwijcie się, uwolnijcie od tego, co uciążliwe; nie uczy Was tego, czym sami jesteście. Precz! Precz! – brzmi jej hasło; a Wy, żarliwie posłuszni jej wołaniu, pozbywacie się nawet Was samych […] Pod egidą wolności odrzucacie przeróżne rzeczy, ale niewolą Was coraz to nowe: „Złego pozbyliście się – a zło pozostało”. Jako swoi właśni odtrącacie rzeczywiście Wszystko, a to, co się ostało, zaakceptowaliście sami, taki był wasz wybór i upodobanie.«

„Jedyny i jego własność” Max Stirner

Oczywiście to prawda. Lecz, jak już wiemy, by móc powiedzieć czemuś „Precz!”, to musi najpierw być. Jeśli bowiem by nie było, nie można byłoby się do tego odnieść — zwłaszcza, poprzez odrzucenie tego. Gdybyście nie mieli żadnego przedmiotu odniesienia, czemu powiedzielibyście „Precz!”? Jednak oprócz wychwycenia samej relacyjności wolności w tym cytacie, naszą uwagę powinno zwrócić coś jeszcze bardziej subtelnego. Intencjonalność wolności, oparta na znajomości danego przedmiotu. Rzecz jasna, nie możemy powiedzieć „Precz!” temu, co nie istnieje. Ale także nie poprowadzimy tej relacji do czegoś, z czego obecności nie zdajemy sobie sprawy, choćby to nawet i istniało. Jeżeli nie potrafisz czegoś opisać, określić, scharakteryzować czy chociażby wskazać i leży to poza zasięgiem Twojej percepcji, nie jesteś też w stanie tego świadomie odrzucić. Zdolność rozpoznawania przedmiotów przez podmiot wpływa więc na jego możność aktywnego wytyczania do nich jakichkolwiek relacyjnych ścieżek.

Należy jednak zauważyć, że nie każda wolność musi być ukierunkowana na przedmiot intencjonalny, bo relacja bycia wolnym od czegoś nie zawsze wynika z naszej decyzji, jaką moglibyśmy się do tego odnieść. Czasami jest po prostu wynikiem określonego stanu świata, w jakim przychodzi nam żyć. Rozpatrując wątek naszych ograniczeń poznawczych należy już na początku zaznaczyć, że już sama śmiertelność kreśli jedno z najbardziej zasadniczych: nie jesteśmy w stanie za życia odnieść się do tożsamości przedmiotów powstałych po naszej śmierci. I żeby tylko! Śmierć możemy uznawać za najtwardszą granicę, ale już sama czasowość jest krępująca. W tej chwili nie są dostępne nam do oglądu nawet te przedmioty, których urzeczywistnienia dożyjemy, bądź też tych, z jakich obecności nie zdajemy sobie sprawy, ale zrobimy to w przyszłości. Siłą rzeczy jesteśmy z nimi wszystkimi powiązani relacjami: w żaden sposób nie musimy się od nich emancypować, bo wolni od nich jesteśmy już przed podjęciem jakichkolwiek działań. Jesteśmy wolni od doświadczeń i dokonań przyszłych pokoleń; ich wynalazków, dzieł sztuki, sposobów ujmowania świata, określanych i osiągniętych celów oraz konsekwencji z nich wynikłych. Nie jesteśmy jednak wolni od stanu negacji tych wszystkich nieznanych nam przedmiotów, w jakim jesteśmy zanurzeni w ten konieczny sposób nazywany rzeczywistością czy teraźniejszością. Niewątpliwie ludzie żyjący przed wynalezieniem pestycydów byli wolni od nich i skutków ich używania. Nie zdarzały się przypadki zatrucia nimi, nie niszczono za ich pośrednictwem zastanych ekosystemów. Z drugiej jednak strony, nie byli oni wolni od tego, co wiązało się z ich brakiem: epidemii i pomoru bydła, zwiększonej śmiertelności wśród ludzi.

Stąd, chociaż definitywne unicestwianie przedmiotów może wydawać się początkowo dobrą metodą zdobycia absolutnej wolności [od nich i ich egzystencji], sumarycznie jest oddawaniem się w podobną niewolę ich równie licznym „negatywom” [i konieczności ich egzystencji] — wszakże: »odrzucacie przeróżne rzeczy, ale niewolą Was coraz to nowe: „Złego pozbyliście się – a zło pozostało”«. Za każdym* przedmiotem stoi negacyjne przeciwieństwo w postaci jego braku, także zachowującego swoją tożsamość. W jednym miejscu, w tym samym czasie nie mogą być urzeczywistniane przedmioty wzajemnie się wykluczające. Jeśli więc już w szerszym zakresie (w wielu miejscach, bądź w innym czasie) jakiś przedmiot jest możliwy, ale nie jest konieczny, możliwe jest też występowanie jego „negatywu”. Natomiast jeżeli przedmiot jest nie tylko możliwy, ale i konieczny, dla jego braku nie ma już miejsca w tym zakresie, konieczność go wyklucza. Optymalną dla wolności jest sytuacja, w której nie mamy więc do czynienia, ani z koniecznością występowania danego przedmiotu, ani z koniecznością występowania jego braku, a kiedy oba z nich są możliwe i dzięki temu dostępne jako (intencjonalne) punkty odniesienia dokonywanego przez podmiot.

Za uproszczony model Bytu możemy uznać popularną dziecięcą zabawkę: sorter kształtów. Pudełko z wyciętymi sylwetkami brył i drewnianymi klockami do umieszczenia w odpowiednich otworach. Po nabraniu wprawy ;) większość, jeśli nie każdy z nas, nie będzie miała trudności w odróżnieniu od siebie różnych otworów, poszczególnych klocków i wreszcie konkretnych klocków od danych otworów. Innymi słowy, będziemy zdolni wyłonić jakości, cechy i wreszcie tożsamości przedmiotów, nie myląc żadnego z nich z pozostałymi, tak pozytywnych, jak i negatywnych. Byt to całość wszystkich tych elementów, wzajemnie wobec siebie komplementarnych.

Z przedmiotami negatywnymi, w postaci braków, mamy jednak pewien problem — najłatwiej dotrzeć nam do nich kontekstowo, wychodząc początkowo od tożsamości przedmiotów pozytywnych. Nie jesteśmy zdolni rozpoznać nieobecności słonia, jeśli nie wiemy czym słoń jest. A skoro tak, nie zdamy sobie nawet sprawy, że w danym momencie nie jesteśmy wcale wolni od jego negacji i ona nam jakkolwiek doskwiera. Podobnie nie jesteśmy w stanie rozpoznać nieobecności wynalazków wyprzedzających naszą epokę czy nie napisanych jeszcze poematów. One są, po prostu kiedy indziej i przez to dla nas niedostępne.

3. Twórczość i wolność.

Uznawszy relacyjny charakter wolności i jej zależność od innych przedmiotów, a także biorąc poprawkę na to, iż część z nich stanowi specyficzną klasę — artefaktów, dostrzeżemy jak znaczącą rolę w istnieniu wolności pełni świadomość, nie tylko już samej realnej ich obecności, lecz nawet samej tego możliwości. Artefakty, czyli pochodne człowieka, powstać i tym samym ujawnić się mogą tylko przy znaczącym i na ogół, celowym jego udziale. Racja dostateczna ich egzystowania po części leży także w nas. Każdy znany nam wynalazek wynika wprost z naszych cech, zdolności a przede wszystkim — ograniczeń; mają je dla nas przekraczać. Maszyny na ogół potęgują biegłości, jakimi jesteśmy już do pewnego stopnia obdarzeni. Każda z nich jest rozszerzeniem czy przedłużeniem nas samych. Podobnie jest ze sztuką, poprzez którą przejąć możemy przynajmniej po części sposób postrzegania innych czy udzielające się im emocje — jej formy zależą przecież już w prostej linii od właściwości nas samych i naszych zmysłów, przez jakie ją odbieramy, treść natomiast od tego co jawi się we wnętrzach.

Istotne jest jednak to, że artefakty powstają w efekcie ludzkiego działania. A działanie jest abstrahowaniem od stanu obecnego na rzecz jakiegoś pożądanego, upatrzonego czy wyobrażonego sobie, ale co najważniejsze — nierzeczywistego. Mówiąc Stirnerem, jest powiedzeniem „Precz!” temu, co tutaj i teraz. Odrzuceniem rzeczywistości w tej zastanej postaci — uwolnieniem się od niej. Kto cokolwiek tworzy, ten neguje negację. Negację tego, czego do tej pory nie znano. Wydobywa ten przedmiot na powierzchnię, umożliwia dostęp do niego tym, co nigdy sami by do niego nie dotarli, uzmysławiając wcześniejszą możliwość jego istnienia. Twórczość wiąże się z wolnością w ogromnym stopniu. Bardzo często stanowi wręcz jej najpotężniejsze symboliczne przedstawienie. Nieprzypadkowo. Aby tworzyć trzeba być już do jakiegoś stopnia wolnym, a jednocześnie w efekcie swego działania otwiera się możliwość wytyczania kolejnych relacji wolności przez innych, do tej pory nieświadomych odniesienia jej w stosunku do wytworzonego przedmiotu. Twórca pełni prometejską rolę, ukazując tożsamość tego, co było możliwe, ale wcześniej niedostrzegane. Dzięki niemu, wytyczającemu ten nowy punkt orientacyjny, kolejni mogą dokonywać dalszych przekształceń, wybrać część jego jakości, inspirować się nimi i powiązać je z innymi, osiągając nowe przedmioty i umożliwiając uświadomienie sobie ich „negatywów”. Między którymi będzie można, znowuż, poprowadzić intencjonalnie relacje — w tym wolności.

4. Ta, co umożliwia zachowanie tożsamości i podtrzymuje istnienie?

Wolność jest relacją. Rozpościera się między przedmiotami i tylko tam możemy ją znaleźć. Zwykliśmy o niej mówić, gdy spotykamy się z wyborem, dostrzegamy ją między członami alternatywy, zawartą w modalności. Zaklętą w twórczości czy w ogóle jakimkolwiek działaniu, jako że ono jest negowaniem tego, co aktualnie rzeczywiste. Wiążemy ją ze zmianą, ruchem, bo bez niej by ich nie było. Kojarzymy z pluralizmem, wielością, różnicowaniem, bo tylko w takim otoczeniu może wystąpić i przy naszym udziale takowe jeszcze bardziej potęguje, potęgując z naszego punktu widzenia i samą siebie. Wplatając w tym tekście cytat ze Stirnera, wyszedłem od wolności jako czegoś ludzkiego, a w każdym razie dostępnego świadomym podmiotom, tym co odrzucają i decydują, co chcą odrzucać. Na tym dynamicznym aspekcie najczęściej się skupiamy, na nim nam najbardziej zależy, z nim obcujemy najczęściej, zwłaszcza gdy uprawiamy filozofię polityki i określamy się mianem wolnościowców.

Ale rola wolności może okazać się tak naprawdę dużo bardziej fundamentalna, jeśli zajmiemy się jej aspektem, nazwijmy to, pasywnym. Powiedzieliśmy, że relacje nie mogą istnieć bez przedmiotów odniesień, jak i podmiotów, od których są odnoszone. Ale może jest tak, że wszystkie te elementy są wzajemnie dla siebie komplementarne, czyli same nierelacyjne przedmioty również nie mogą istnieć bez relacji, jakimi byłyby wiązane, w tym tą dla nas najistotniejszą — wolnością. I sądzę, że tak właśnie jest.

p <=> p

Zasada tożsamości. Banał, prawda? Ale co właściwie oznacza tożsamość? Co znaczy być p? Na tożsamość przedmiotu składa się jakaś treść. W tej treści zawiera się często zestaw odniesień do innych przedmiotów, prostszych, czasem już nieredukowalnych, jakichś właściwości. Być p to zachowywać właśnie tę unikalną dla p treść. Być p, to jednocześnie nie być pozostałymi literkami alfabetu, zachowującymi swoją, różniącą się od treści p, treść. Być p to mówić „Precz!” wszelkim treściom innym niż tej jednej, przynależnej sobie. Być p to być wolnym od właściwości innych niż swoje. Istnieć znaczy zachowywać swą tożsamość. Żeby zachowywać swą tożsamość, trzeba opierać się zmianie i wpływowi innych treści: być od nich wolnym. Być p oznacza więc także: wchodzić w określony, charakterystyczny dla siebie układ relacyjny z pozostałymi przedmiotami. Znajdować pokrewieństwa i bliskie sąsiedztwo z tymi o podobnej treści, znacząco różnić się od innych, mieć jakąś swą całkowitą negację.

Bez wolności, zarówno tożsamość jak i jej utrzymywanie stają się niemożliwe. Jest więc ona relacją kluczową dla bytu, byt podtrzymującą. Stanowi pewien stelaż rozdzielający przedmioty od siebie, sprawiając, że wzajemnie się określają przez to, czym nie są, przez zajmowanie odpowiedniej pozycji względem pozostałych. Usuń wolność, zniweczysz też możliwość jakiejkolwiek różnicy, nic nie będzie miało środka, do zachowania swojego kształtu, bo utrzymywać tożsamość to abstrahować od cech innych niż swoje. Jeśli przyszłoby Wam wolności szukać, to znaleźć możecie ją pomiędzy tym wszystkim, co zachowuje swą tożsamość…

Po napisaniu tekstu wklepałem w wyszukiwarkę „relacyjny charakter wolności” i znalazłem tekst Jana Krokosa. Trochę posmutkowałem, że nie okazałem się być tak oryginalny, jak wydawało mi się, że będę, nawet wśród ludności polskojęzycznej. Z drugiej strony, cieszę się, że nie jestem jedynym dostrzegającym te rzeczy. Autor „O prawdzie i wolności” nie skupia się tyle na ontycznych konsekwencjach relacyjności wolności (chociaż bywa tego bliski), nie doszukuje się też tak głęboko roli wolności, jak uczyniłem to ja, więc nie jestem aż do tego stopnia epigonem, jak sądziłem, że mogę być, gdy zacząłem czytać, co miał do powiedzenia w czasach, gdy ja chodziłem do podstawówki. W pewnych kwestiach z ks. Krokosem się nie zgadzam. Nie mam pojęcia co chciał powiedzieć, mówiąc, iż jedynie przez analogię można przypisywać wolność bytom nieosobowym. Wolność jest już do nich przypisana, bez żadnego naszego wkładu, co mam nadzieję, pokazałem w ostatnim punkcie tego wpisu. Pewnie jakieś personalistyczne koszałki-opałki, później się nad tym zastanowię. W każdym razie, zamieszczam linka, bo może w wolnym czasie będziecie się chcieli zapoznać i z tamtym tekstem.

Wersja offline – PDF

Jednym z większych tryumfów myśliciela jest uświadomienie sobie przez niego jego własnych ukrytych założeń. Tym tekstem się z nimi uporałem, więc w nagrodę sobie puszczę „Awaken”, bo Anderson coś tam śpiewał o „workings of man”, jest więc w temacie.

 No i może coś Focusa, bo trzeba było zachować skupienia troszku i jestem mniej więcej w takim nastroju.

Re: Co dziedziczymy?

Smootny wyrwał dziś swego bloga z apatii udaną, lekkostrawną notką. Ponieważ sam także zarzuciłem pisanie i zaniedbałem Ustronny Zakątek z podobnych powodów co mój imiennik (i gdzie się podziało to twoje optymistyczne założenie o tworzeniu minimum trzech wpisów miesięcznie, panie autorze?), postanowiłem wykorzystać pracę, jaką wykonał, do wydźwignięcia i mojego bloga z odmętów zapomnienia, po części stawiając kontrę w stosunku do tego, co napisał.

Zacznę też powoli i przystępnie, odnosząc się najpierw do tej kwestii obyczajowej – plakatu i stojącej za nim nagonki na celebrytów. Smootny wskazuje tutaj na pewną niesprawiedliwość, jaka dotyka te osoby, uzasadniając tezę o niej tym, że dzieci nie odpowiadają za czyny swoich rodziców. Bo też nie odpowiadają. Tyle tylko, że przy takim uchwyceniu tematu, nie za bardzo sens ma stosowanie kryterium sprawiedliwości, wynikającego po cichu z koncepcji wolnej woli. Skoro smootny ujmuje rzecz tak, że:

Lubimy myśleć, że tylko od nas zależy, kim jesteśmy. Lubimy myśleć, że sami jesteśmy sobie sterem, że jesteśmy właścicielami samych siebie – i pewnie jesteśmy, ale na bardzo ograniczonym poziomie. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że nasze postawy nie są po prostu nasze – należą do naszego niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Upraszczając, możemy powiedzieć, że wysysamy je z mlekiem matki.

przyjmuje, iż w niewielkim tylko stopniu odpowiadamy za swoje życie, czemu mielibyśmy stosować do rozstrzygania problemów moralnych, koncepcji sprawiedliwości przynależnej do zupełnie innego oglądu świata, zakładającego autonomię człowieka znacznie szerszą? Zachowajmy konsekwencję i nie mieszajmy tych dwóch porządków. Z punktu widzenia takiej deterministycznej sprawiedliwości, nagonka jest całkowicie uzasadniona: można atakować ludzi za ich pochodzenie, bo najpewniej „wyssali grzechy swoich rodziców z mlekiem matki” – w końcu nie mieli wyjścia, bo sami są sobie sterem w niewielkim tylko stopniu, a telewizyjne kariery, tak często ordynarnie stronnicze i bezczelne są ostatecznym dowodem, że perfidia jest jednym z tych grzechów.

Jeszcze lepiej podwójne standardy tego rodzaju możemy zaobserwować w innej sytuacji. Często ludzie przyjmują podobną strategię obrony innych; powołując się na ich trudne dzieciństwo. Argumentują, że przestępcy przez patologię w jakiej wzrastali, nie mieli wielu szans by wyjść na ludzi i w zasadzie byli skazani na złą drogę, której zwieńczeniem było dokonanie danego przestępstwa. Przyjmują w tym momencie optykę determinizmu, racja? Natomiast zwróćcie uwagę, że chwilę później, po przedstawieniu tak całej sprawy, odwołują się do sumienia kogoś, kto ma taką osobę sądzić, zakładając indeterminizm i jego wolną wolę. Skąd to wiadomo? Bowiem w momencie, gdy wyda skazujący wyrok, ignorując punkt widzenia obrońców, mają oni do niego pretensje, że postąpił tak, a nie przychylił się do ich stanowiska. Gdzie podziewa się ich determinizm w ocenie sędziego? Czemu nie uzasadnią wydania jego decyzji w ten sam, deterministyczny sposób? Sędzia przecież też był zdeterminowany całym dotychczasowym przebiegiem swego życiem i najprawdopodobniej odezwało się w nim wdrukowane przez rodziców przekonanie, że do morderców się strzela, a złodziei wiesza. Równie wdrukowane jak przekonanie o opłacalności popełniania przestępstw przez skazanego. Więc o co tyle krzyku, złorzeczeń i żalu? Skoro mamy panujący w świecie determinizm, to obaj byli w tym samym stopniu zdeterminowani, by zrobić swoje i nie można było wymagać od żadnego, by nie uczynił tego, co uczynił. Czemu od jednego zatem nie wymagają, a od drugiego, i owszem?

To, w jak wielkim stopniu odpowiadamy za swoje życie, nie musi mieć żadnego przełożenia na to, czy powinniśmy pewne rzeczy penalizować. Pomysł, by przyjąwszy determinizm zaniechać wyciągania odpowiedzialności wobec ludzi, którzy nie panują przecież tak naprawdę nad swoim życiem, bierze się właśnie z tego rodzaju niekonsekwencji. Przyjmujemy determinizm dla jednych, a indeterminizm dla drugich. Albo: uznajemy, że panuje determinizm, ale przykładamy do niego dawną, wolnowolą, indeterministyczną koncepcję sprawiedliwości, kompletnie doń nieprzystającą.

Nie za bardzo lubię pewne tezy. Ta, przytoczona z notki smootnego, jest jedną z nich. Nie dlatego, że nie są prawdziwe. Są. Jestem w stanie się z zgodzić, z tym co napisał. Osobiście, lubię czasem popadać w fatalizm, uznając, że wolna wola jest iluzją, moje przeznaczenie jest przypieczętowane przez potężniejsze ode mnie siły i jedyne co mogę zrobić, to się z pogodzić z tym, co mnie spotkało i spotka. Sprawia mi to taką estetyczną przyjemność, gdy rozpatruję swoje życie jak, nie przymierzając, jakąś grecką sztukę, dodając swemu żywotowi szlachetnego, tragicznego posmaku. Natomiast mimo przyjęcia prawdziwości tezy, że niewiele od nas samych zależy, protekcjonalnie uznaję, że jej rozpowszechnianie jest szkodliwe dla ogółu ludzi, ich dobrostanu i nie należy tego robić, podobnie jak czasami nie przekazuje się złych informacji ciężko chorym czy nawet już umierającym.

Ted Honderich napisał cieniutką książeczkę (mały format i tylko 160 stron) pod tytułem „Ile mamy wolności?” Między innymi problemami, omawia łączącą się z myślą o determinizmie, kwestię jej oddziaływania na ludzi. Zauważa, że wraz z przyjęciem determinizmu za obowiązujący, u wielu pojawia się pewien rodzaj rezygnacji, apatii, bierności, pesymizmu, utraty radości z życia czy nawet depresji. Z tego co pamiętam, autor podawał także strategie zapobiegania tym skutkom ubocznym, ale należy uznać, że nie są one intuicyjne i w wielu wypadkach, zwłaszcza u prostych ludzi, byłyby one nieskuteczne. Karmienie ludzi determinizmem przypomina eksperymenty Seligmana i Maiera – wywołuje wyuczoną bezradność. Ponieważ akcent przyczyny sprawczej w obu przypadkach przesuwa się poza nich samych – na otoczenie i przeszłość, przestają wierzyć, że mają kontrolę nad swoim życiem. Generuje się w ten sposób masowy problem, który nie występuje, gdy naiwnie wierzą sobie w mit całkowicie wolnej woli, pozwalający im zachować optymizm, aktywność, wiarę w siebie i to, że mogą pokonywać kolejne granice.

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Mem z Obamą znalazł się tu nieprzypadkowo. Szeroko pojęta lewica, moim zdaniem, działa celująco destruktywnie pod tym względem. Zakładam najbardziej dobrodusznie jak tylko jestem w stanie, że ta próba holistycznego spojrzenia na produkcję („sami tego nie zbudowaliście”) nie miała być prymitywną metodą na usprawiedliwienie przymusowych danin, lecz była podyktowana wybitnie szczytną intencją: zwalczenia tego paskudnego egoizmu i pychy osobników dokładających zaledwie ostatnią cegiełkę. Skłonienia ludzi do dostrzeżenia także i innych, mających cichy wkład w to, co zostało wyprodukowane. Podkreślenia roli wspólnotowości, wykrzesania odrobiny ciepła i pluszu.

Sęk w tym, że nawet jeśli uznamy taką przytulaśną intencję, fakt jest faktem, że próba przeniesienia chociaż trochę akcentu na wspólnotę, jest jednocześnie przeniesieniem przyczyny sprawczej poza indywiduum. Widzicie już do czego zmierzam? Kolektywistyczne ujęcie zawarte w lewicowości, antyegoizm ją charakteryzujący, powoduje ostatecznie więcej problemów, niż rozwiązuje. Przyjęcie tej perspektywy już a priori musi wiązać się w jakimś stopniu z pozbawieniem ludzi poczucia kontroli nad własnym życiem. I przestają w tym momencie dziwić bliskie związki bezrobotnych i lewicy. Tworzy się pewnego rodzaju błędne koło; im ktoś bardziej bezradny, tym bardziej skłonny sprzedać swą duszę lewicy, która oczywiście da pocieszenie, znosząc jego odpowiedzialność i szukając nieszczęścia poza nim samym, przyczyn upatrując w systemie, innych ludziach, złych kapitalistach, natomiast jednocześnie to czyniąc, wpędzi go w tę samą bezradność co determinizm, świetnie wynajdując kolejne powody, dla których nie może mu się bez niej udać.

Istnieją takie konserwatywno-drobnomieszczańskie archetypy: self-made mana, kowala swego losu, szeryfa przywracającego w pojedynkę porządek we wsi czy innego samotnego vigilante, ochoczo obśmiewane przez bystrzachów z lewicy, mylnie traktujących je jako prawicowe opisy rzeczywistości*. Ludzie ci demaskują je tryumfalnie, wykazując, jak bardzo nie przystają one do panujących realiów, uznając za fałszywe, zbędne i szkodliwe. Sęk w tym, że to nie jest żaden opis, lecz część prawicowej mitologii, czegoś mającego działać normatywnie. Każda z tych figur, zwróćcie uwagę, kompletnie internalizuje przyczynę sprawczą. Działa więc dokładnie przeciwnie do obamowskiego „You didn’t build that.”. Jest pomnikiem pychy postawionym samodzielnej jednostce, dumnej ze swoich i wyłącznie swoich osiągnięć, który daje kopniaka kolejnej, by podjęła próbę i poszła w jej ślady.

Jeśli więc zastanawiacie się, czemu ludzie wierzą w takie naiwne bzdury jak randyzm, to jedną z podpowiedzi będzie taka: niektóre złudzenia, mitologiczne przekłamania wpływają na ludzi korzystniej niż prawda i dlatego opłaca się je zachowywać. Nie widzę sensu tłuc pospólstwu do głów tez, że życie w małym stopniu zależy od nas samych, jeśli większość zastanawiając się później nad takimi prawdami, ustali granicę swej niemocy bliżej, niż gdyby zrobiła to żyjąc w poczuciu, że jest dokładnie odwrotnie, nie wykorzystując części swoich talentów i twórcych mocy. No po co?

I teraz zgodnie z treścią tej notki, mógłbym oczywiście wskazać ponownie smootnego, jako tego, dzięki któremu ona powstała, ale zdemotywowałbym się, dzieląc się z nim chwałą i sławą, powiem więc:

To jest notka na skalę moich dzisiejszych możliwości. Wiecie co ja nią robię? Otwieram oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówię – to moje, tylko moje i to nie jest moje ostatnie słowo! (w tym miesiącu!)

I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest notka prywatna, napisana w oparciu o moje doświadczenia i przemyślenia, stoi na moim blogu, która sobie zniknie pod stertą następnych, gdy zechce mi się je napisać.

* – osobną kategorią geniuszy są prawicowcy, wierzący że te archetypy stanowią część opisu rzeczywistości…