Aksjologiczna atrapa »Polityki«

Niespecjalnie chętnie komentuję bieżące wydarzenia na blogu. Z gruntu rzeczy, przyjąłem sobie założenie, aby starać się publikować na nim raczej teksty pretendujące do ponadczasowości lub uniwersalności. Natomiast ostatnie przyłapanie „Polityki” na optymalizacji podatkowej – tej samej „Polityki”, która ze swych łamów miotała gromy na uciekających ze swym kapitałem przed zakusami pazernego państwa – sprawiło, że pojawił się ciekawy przyczynek do rozważań o hipokryzji i roli bezsensownych ideałów oraz szkodliwych recept na życie.

Trudno znaleźć akt bardziej spektakularnego podważenia wartości swych tez od podjęcia działań z nimi niezgodnych. Żadna krytyka nie jest w stanie zdziałać tyle, ile może zdziałać samo wskazanie komuś, że tak naprawdę nie wierzy w to, co głosi, bo gdyby wierzył, to sam postępowałby w zgodzie ze swoimi słowami. Skoro tego nie robi, znaczy, że nie dostrzega użyteczności deklarowanych poglądów w określonych sytuacjach. Gdy rzeczywistość dopomina się o swoje, do wyboru pozostaje: albo wierne pozostanie przy swoich ideałach oraz znoszenie przeciwności losu, a w skrajnych sytuacjach pogodzenie się z końcem egzystencji – w tym wypadku bankructwem tygodnika, albo odstępstwo od wyznawanych norm. „Polityka” wybrała drugą opcję.

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że ludziom zdarza się występować przeciw wartościom, jakie uznają de facto za pożądane. Nie jest to zjawisko niespotykane. Ktoś może potępiać cudzołóstwo, ale wdać się w romans, rozbić komuś małżeństwo, spowodować czyjeś cierpienie. Może zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę, uznając, iż pokusa była dla niego zbyt silna. Zrobił, co zrobił, nie zmienia to jego punktu widzenia wobec cudzołóstwa i swoją transgresję. Wtopy się zdarzają. Tutaj jednak istnieje pewna różnica – chodzi o poglądy polityczne. Poglądy polityczne nie stanowią wcale jakichś obligatoryjnych dla każdego, powszechnie uznawanych norm społecznych, co najwyżej możemy o nich powiedzieć, że zawierają treść pretendującą do takiej pozycji. Oferują stanowiska-kandydatów na obowiązujące normy społeczne, wysunięte przez swoich zwolenników. Pojawia się więc pytanie: po co w ogóle wysuwać propozycje norm społecznych, których nie zamierza się wcale przestrzegać w swojej praktyce? Może aby zdobyć jakąś przewagę nad naiwnymi, którzy się do niej zastosują i nań nabiorą?

Na to ktoś mógłby odpowiedzieć inaczej – istnieją normy społeczne, których przestrzeganie byłoby wprawdzie społecznie korzystne, ale dopiero w przyszłości lub w momencie zaistnienia innych warunków, natomiast w szczególnych wypadkach praktykowanie tych norm, może okazać się wysoce nieopłacalne dla wyróżniającego się praktykanta. „Polityki” jednak nie możemy obronić w ten sposób. Ona wszak nie nawoływała, aby kiedyś, gdy będzie to korzystne (ale jeszcze nie teraz) zacząć płacić podatki i ich nie unikać. Gromiła przecież ludzi, którzy nie czynili tego aktualnie, to jest podczas panowania dokładnie tych samych warunków, w których sama przestała je płacić. Skoro ich uniknięcie pozwoliło jej przetrwać, powinno to dać jej włodarzom do zrozumienia, że analogiczne unikanie przez innych, pozwoliło przetrwać ich przedsięwzięciom. Jaki jest sens postulowania szkodliwych norm moralnych dla każdego, kto zechciałby się do nich stosować? Czy ma to służyć jako test na inteligencję?

Jeszcze inna linia obrony mogłaby wyglądać następująco. Dobrze, istnieją normy społeczne, których przestrzeganie będzie korzystne dopiero w przyszłości, ale ta nie nastąpi dopóki się one nie upowszechnią. Nawet jeśli teraz przynoszą szkody, należy je podejmować, bo odbije się to wielkim zyskiem moralnym, gdy wreszcie zostaną upowszechnione. Tyle, że o jakim upowszechnianiu mowa, gdy nawet samemu (jako krynica, z której płynie taka mądrość) się tego w praktyce nie robi? Cóż, najwyraźniej nie uznaje się tych pożytków za wystarczająco wartościowe, by samemu się dla nich poświęcać. W takim wypadku trudno oczekiwać, aby tym bardziej ktokolwiek inny uznał je za warte troski. Wszystko w postawie „Polityki” wskazuje na to, że dla owej wizji przyszłości może ona poświęcić kogoś innego, ale nie jest to też wizja na tyle atrakcyjna, by koszta dążenia do niej ponieść osobiście. Innymi słowy, jej wartość jest wysoce wątpliwa.

Najciekawszą jednak kwestią jest coś innego. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju przygoda prowadzenia tygodnika w konkretnych realiach jest świetną nauczycielką. Że prowadzi do weryfikacji wartości swych idei w świecie rzeczywistym. Ot, grupka postępowców dostała do prowadzenia swój biznes, weszła w buty kapitalistów, których tak często ganiła, a gdy doświadczyła uciążliwości fiskalnego ucisku – o jakich być może nie miała wcześniej bladego pojęcia – zrobiła dokładnie to samo (a sugerując się tym tekstem z „Polski na bogato”, zrobiła nawet więcej niż czyniła konkurencja). Czy nauczeni tym doświadczeniem, zrehabilitowali tego rodzaju praktyki? Czy piórem Jacka Żakowskiego spopularyzowali posiadaną przez siebie wiedzę, radząc swym czytelnikom, by tamci w ramach możliwości szli w ich ślady, ratując się z jednakowo trudnych sytuacji, ocalając również w jakichś przypadkach swoje miejsca pracy? Nie. Dalej publikowali teksty ze szkodliwymi bredniami, w jakie sami nie wierzyli. Dlaczego?

Sądzę, że odpowiedź jest prosta. Otóż nie mają do sprzedania niczego innego, poza tym jednym, wypracowanym, ideologicznym produktem. Nieważne, że kiepsko odnosi się on do rzeczywistości – to nawet lepiej, skoro docelowymi odbiorcami są osoby pragnące ją zmieniać. Nieistotne jest również, że korzystając z niego, tak naprawdę nie osiągną żadnych upragnionych skutków, jakie rzekomo mieliby osiągnąć poprzez jego stosowanie lecz efekty zgoła do nich przeciwne.

Carl Menger już na pierwszych stronnicach swych „Zasad ekonomii” wyprowadził ciekawą kategorię dóbr – urojonych. Pisał o nich tak:

Menger

Carl Menger, Zasady ekonomii, tłum. B Pawiński, P. Perka, Warszawa 2013

Pisanina Paradowskiej, tyrady Żakowskiego, nawoływania Grzeszaka do bojkotów – wszystko to można postawić tuż obok kart tarota, wahadełek czy wymienionych przez Mengera mikstur miłosnych albo magicznych amuletów. Lewicowa publicystyka, zwana dla niepoznaki dziennikarstwem opinii, przypomina praktykę uzdrowicielską znachorów. Być może część ze środowiska tych ostatnich kieruje się jak najlepszymi intencjami i szczerze wierzy w to co robi, ale generalnie stosowanie się do ich zaleceń bywa niebezpieczne dla zdrowia a czasem życia. Na szczęście okazjonalnie zdarza się nam przyłapywać niektórych w sytuacji, gdy znajdując się w dokładnie analogicznym położeniu co ich pacjenci, nie korzystają wcale ze swoich zachwalanych, cudownych mocy a posiłkują się konwencjonalną wiedzą medyczną lekarzy, jaką starali się wcześniej spostponować. Mniej więcej tyle samo jest warte lewicowe potępienie osób unikających płacenia podatków.

Wolny rynek nie jest idealnym mechanizmem – jego oczywista niedoskonałość zasadza się na tym, że bazuje on na aktualnej, zawsze w jakimś stopniu rozproszonej wiedzy, jaką dysponują ludzie. Nie opiera się na tej, którą nie dysponują. Z tą wadą nie sposób jednak nic zrobić, bo jeśli nie posiadamy jakichś informacji, to ich nie posiadamy – nie osiągniemy ich przez żadne posunięcia polityczne a jedynie sam wysiłek poznawczy. Do tego jednak na wolnym rynku nie może nas nikt zmusić, zatem musimy polegać na przejawianej przez siebie autonomicznej woli. Woli uniknięcia dóbr urojonych, nieustannie powiązanej z korzyścią jaką niesie ich odróżnianie od dóbr rzeczywistych.

Zakaz obrotu lub produkcji dóbr urojonych byłby jednocześnie zniesieniem wolnego rynku i zastąpieniem go rynkiem regulowanym. W dodatku byłby to akt ewidentnie antyspołeczny, bo przecież wyrzucilibyśmy na bruk przedstawicieli tak wielu fachów: przepowiadaczki przyszłości, astrologów układających horoskopy, spirytystki, Cyganki wróżące z ręki, bioenergoterapeutów, producentów dewocjonaliów, łowców duchów i wreszcie lewicowych dziennikarzy, zdobywających kapitał na krytyce kapitalizmu. A może wszyscy wyżej wymienieni niczego innego nie potrafią, niczego się już nie nauczą i taka regulacja poskutkowałaby jedynie katastrofą humanitarną? Wyeliminować ich produkty może tylko wiedza ich potencjalnych klientów.

Trudno – zaciskam zęby i znoszę tę maskaradę. Wiem, co stoi za starannie stawianą przez „Politykę” atrapą. Dokładnie to samo, co w starożytnej Palestynie stało za apokaliptycznymi prorokami, żyjącymi z jutra, jakie miało nie nadejść. Ot, sprzedaż nośnych w danym czasie idei, bez względu na ich prawdziwość czy fałszywość. Szkoda tylko, że Żakowski i jego spółka społecznych znachorów mi się znudzili – wolałbym posłuchać dla odmiany innych wciskaczy kitu.

Zamiast tych:

Mam niestety do czynienia z tradycją tych:

Co już mi się serdecznie przejadło.

Reklamy

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s