Racjonalny irracjonalizm

Jakże niewdzięczną, skazującą na męki włóczenia się okrężnymi drogami po wszelakich manowcach bywa dla myśliciela intuicja. Nic nie dręczy tak jak świadomość znajomości rozwiązania, powiązana z nieświadomością poślednich kroków do niego prowadzających. Bez nich staje się ono hermetyczne i niedostępne nikomu, poza Tobą samym: nikogo bowiem nie przekonasz bez wyjawienia mu swojego toku rozumowania, a niemożliwym jest przekazać coś, do czego samemu nie ma się bezpośredniego dostępu.

Kiedy podejmujesz świadomy wysiłek intelektualny, myślisz celowo. Ucząc się języka, zdobywając pewną partię wiedzy czy robiąc research na jakiś temat, jesteś na ogół w stanie przekazać drugiej osobie know-how. Wiesz co robisz, wiesz jak to robisz, zdajesz sobie sprawę, chociażby orientacyjnie, ile zajmie Ci to czasu, by osiągnąć zamierzony cel. W przypadku intuicji zazwyczaj dostajesz jedynie olśniewającą bottom line, jakiś ostateczny, czasem bardzo daleko idący wniosek, bez wglądu w ścieżkę, jaka do niego doprowadziła.

Jest z tym trochę tak, jak z odnajdywaniem zasypanych w lawinie. Można, oczywiście, wytyczyć przybliżone miejsce, w jakim podejrzewa się ich obecność i warstwa po warstwie przebijać się tam, licząc na ich odnalezienie. To jest odpowiednik celowego, świadomego myślenia. Intuicja natomiast działa inaczej — w najmniej spodziewanym momencie przenosi Cię w miejsce, w jakim znajdują się zagubieni i to bez żadnego aktywnego wkładu z Twojej strony, bez wysiłku, bez ostrzeżenia. Powoduje uczucie euforii, wszakże dotarłeś do nich bez pudła, imponująco, prędzej niż ktokolwiek inny. Odnalazłeś poszukiwanych! Czy to nie najważniejsze? A chwilę później zdajesz sobie sprawę z tego, że chociaż owszem, dotarłeś we właściwe miejsce, nie znasz tak naprawdę przebytej drogi, nie orientujesz się więc wcale, gdzie ono leży. A przecież ostatecznie i tak musisz przebyć drogę powrotną do domu, by powiadomić resztę o swoim odkryciu. Wcale nie znajdujesz się w korzystniejszej sytuacji. Jesteś tak samo skazany na poszukiwania, tyle że innego celu — domu. Najważniejsze to dotrzeć tam jakkolwiek: nadkładając drogi, na czworakach, bez butów — byle tylko nie zapomnieć sedna, kluczowej informacji, swego odkrycia. Nawet jeśli Twoja relacja będzie niezrozumiała, ratownicy nie będą kojarzyć miejsc obok jakich to przechodziłeś albo będziesz jedynie w stanie pokazywać im coś na migi, kompletnie dla nich nieprzystępnie czy niewiarygodnie — nie ma to większego znaczenia: udało Ci się powrócić. Zastanów się teraz, jak inaczej mogłeś wytyczyć swą trasę i skąd przyszedłeś, bo wkrótce, tak samo niespodziewanie, otrzymasz kolejną szansę na przebycie podobnej drogi od zaginionych i wyjaśnienia gdzie leży to miejsce. Przy którejś próbie w końcu będziesz w stanie wyznaczyć nie tylko jakąkolwiek drogę prowadzącą na miejsce zdarzenia, ale wiele różnych dróg. Z wszystkich tych flashbacków złożysz wreszcie w miarę spójny obraz okolicy, uświadomisz sobie też w jaki sposób lepiej i użyteczniej mógłbyś o tym opowiedzieć innym. Ale tak naprawdę nie dowiesz się, kiedy ta chwila nadejdzie. A póki nie nastąpi, nie będzie Ci dane osiągnięcie stanu wewnętrznego spokoju i ciągle będziesz starać się znaleźć sposób na zrzucenie z siebie tego ciężaru.

Oczywiście większość ludzi wcale nie pomoże Ci w tych wysiłkach. Wręcz przeciwnie — możesz spodziewać się z ich strony rzucania kolejnych kłód pod nogi. I częstokroć nie będziesz się temu wcale dziwić. Trudno o zaufanie wobec procesów, w jakie nie mamy wglądu. Do ich źródeł, do jakich nie uzyskamy bezpośredniego dostępu. Do pewności wnioskowań przeprowadzanych nieprzytomnie, w granicach snu i jawy. Tym trudniej o to zaufanie dziś, w czasach zdominowanych metodą empiryczną, zakładającą pełną otwartość wspólnoty badaczy, powtarzalność ich eksperymentów, możliwość wglądu w metodę osiągania zamierzonych rezultatów. To wszystko składa się na swego rodzaju uniwersalność. Błyski intuicji są niepowtarzalne. Nie dość, że przytrafiają się pojedynczym osobom, to jeszcze nie mogą być przez nie świadomie przywoływane w celu lepszego zrozumienia ich treści. Procesu intuicyjnego wnioskowania nie można świadomie sprowokować, bo nie da się zaplanować pojawienia się odpowiednich skojarzeń, analogii czy bliskoznaczności wobec tego, co nie do końca uświadomione, nazwane i sklasyfikowane. Po prostu odpuszczacie, zajmujecie się czymś innym i rozwiązanie samo się znajduje. Jedyne co można zrobić świadomie pod tym kątem, to zatroszczyć się o środowisko nasycone bogactwem bodźców i powiązań między nimi, bo to daje wyższe szanse trafienia odpowiedniej, położniczej paraleli.

Intuicji, wbrew opiniom głoszonym przez część jej (historycznych?) użytkowników (na przykład zwolenników iluminacji), nie musimy wiązać z irracjonalnością, doszukując się jakichś jej transcendentnych źródeł. Możemy ją wyprowadzić równie dobrze z podświadomości. Charakterystyczne olśnienie w postaci uzyskania gotowej, długo oczekiwanej odpowiedzi na dręczący problem jest niczym innym, jak czubkiem góry lodowej, której reszta ukryta jest przed nami pod wodą. Na tę ukrytą część składa się cały proces intelektualny prowadzący do tejże odpowiedzi, z którego nie zdajemy sobie sprawy, ale on tam jest i się dokonuje. To nie tak, jak z początku mogłoby się wydawać; nie jest to żadna droga na skróty — magiczna teleportacja i nagłe przeniesienie w pobliże uwięzionych w lawinie, trzymając się naszego porównania, a raczej lunatykowanie tam ze swego miejsca zamieszkania i przebudzenie w chwili dotarcia. Wrażenie nagłego znalezienia się w odległym miejscu pozostaje w obu przypadkach podobne.

W paru miejscach zaznaczyłem, iż mam w zwyczaju wracać do swoich tekstów. Ze wstydem przyznam: nie czynię tego wcale, by następnie pracować nad stylem, przystępnością dla Czytelników (przynajmniej nie wprost) czy ogólnie pojmowanym doskonaleniem swojego warsztatu. Nie. Dla mnie one stanowią przede wszystkim próbki do przepuszczenia przez inżynierię wsteczną. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że w sporej mierze opieram się na materiale, opracowywanym poprzez takie właśnie „lunatykowanie”, staram się później odtworzyć przebytą drogę, która i dla mnie jest przecież zagadką, całkowicie już na jawie i w pełni świadomie, uzupełniając luki. Na początku jest ich przytłaczająca większość. Niezmiernie przydatne jest zapamiętanie tego, co naprowadziło nas na jakiś pomysł. Dzięki analizie jakości tego przedmiotu, dotrzemy pośrednio i do jakości tego z czym go powiązaliśmy skojarzeniem — a to niesamowicie ułatwia odtworzenie pierwszego kroku wstecz i jest wstępem do podglądnięcia fragmentu zanurzonej części góry lodowej, na razie tylko tego najbliższego lustra wody. Stałe doszukiwanie się inspiracji i źródeł zewnętrznych wpływów jest niezbędne przy podejmowaniu prób prześledzenia i wyodrębnienia potencjalnych przedmiotów czy związków między nimi, stanowiących odpowiedniki dla tych paralelnych, nieuświadomionych, co pozwoliłoby na utworzenie z nich rekonstrukcji możliwych ścieżek prowadzących do wniosku, z taką oczywistością i siłą wypływającego na powierzchnię świadomości w formie pierwotnego olśnienia.

Mimo trudnej do przełamania hermetyczności, to chyba najbardziej niezawodna metoda rozstrzygania, chociaż w kwestiach poznawczych, jak każda inna, obarczona pewnym ryzykiem nadużycia. Jakiego? Cóż, korzystając z niej, najprawdopodobniej nie otrzymacie fałszywych wniosków per se, to znaczy formalnie będą w porządku, ale jeśli przepuścicie przez nią jakieś pojęcia nie mające desygnatów w naszym świecie, tak czy owak dostaniecie swoją odpowiedź — tyle, że będziecie musieli wtedy pamiętać, iż nie dotyczącą już naszego świata. Należy zatem uważać z czym się pracuje. Tutaj pojawia się problem: skoro to nieświadomy proces, skąd możemy wiedzieć, co do niego zaprzęgamy? Absolutnej pewności, oczywiście, nigdy mieć nie będziemy, ale przy zachowaniu odpowiedniej higieny umysłowej; wychodzeniu od przemyślanych i sensownych problemów do rozwiązania, ryzyko maleje.

Kiedyś w »Zakątku« pojawił się wątek hipotezy istnienia języka mentalskiego (a tutaj rozszerzenie w postaci całego wykładu), którą to niewątpliwie uznaję za bardzo ciekawe potraktowanie tematu intuicji. Jeśli w istocie język naturalny jest jedynie nakładką wytworzoną do celów komunikacji interpersonalnej na strukturze wobec niego pierwotniejszej, intuicja byłaby niczym innym, jak zdolnością bezpośredniego sięgania do tejże struktury i pracy na niej. Jeżeli faktycznie całość tego mechanizmu jest taką biologiczną maszyną Turinga, jesteśmy wyposażeni w naprawdę potężny, wewnętrzny komputer. Czy racjonalnie zatem jest ignorować jego, rzekomo irracjonalne, podpowiedzi? Lżyć tych, którzy potrafią zaprząc go do pracy? Być może istnienie sawantów, potrafiących dokonywać skomplikowanych obliczeń matematycznych, świadczy na korzyść tej tezy i są to osoby ze stałym, bezpośrednim dostępem do tej maszyny, w bardzo ograniczonym stopniu cokolwiek na nią nadbudowujących — w tym sensie są intuicjonistami par excellence.

Ze swojej strony, mogę Was tylko zachęcić do pracy z tą częścią samych siebie. Ostatecznie zawsze macie wybór czy wygenerowaną odpowiedź potraktować serio i postarać się ją dalej oszlifować, opracowując, czy też nie. Czasem bywa to straszliwą orką na ugorze, ale jednak lepiej gdy znikąd coś tam się pojawia, co można wypróbować, niż gdyby tego w ogóle nie było. A skąd w ogóle ten temat? Powód jest prozaiczny: ostatnio właśnie przechodziłem okres takiej położniczej udręki, ale na szczęście byłem w stanie prześledzić przynajmniej część potencjalnej ścieżki przebytej uprzednio po omacku, a w pewnym momencie pomogłem sobie kolejnymi błyskami (na temat poprzednich błysków), zapamiętując co w nich było najważniejsze. Częstotliwość, powtarzalność i przede wszystkim utrzymanie i wydobycie ich treści, prowadzące do sukcesu, były na tyle długie i intensywne, że zdążyłem poddać je introspekcyjnemu oglądowi. Uznałem więc, że i temu zjawisku poświęcę tekst, ot choćby w ramach takiego hołdu zadziwieniem. Dzięki niemu w zasadzie rozwiązałem problem, który męczył mnie od dawna. Znacząco uprościłem i wyklarowałem sobie jedną z najbardziej istotnych dla siebie spraw — tę dotyczącą wolności. Chyba wreszcie znalazłem metodę na opowiedzenie o niej tak, byście w końcu zrozumieli; krok po kroku, od podstaw, stopień po stopniu, bez intuicyjnego jumping to conclusions, bez wprowadzania mglistych terminów i kolejnych metafor. Odkopałem w końcu tę najłatwiejszą do zapamiętania drogę do zasypanych. I to jakże znamienitych…

Klucz do rozwiązania leżał w Spinozie. Jak to dobrze, że o nim wspomniałem. Wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale o wolności to już następnym razem.

Wersja offline – PDF

Reklamy

5 thoughts on “Racjonalny irracjonalizm

    • Wykład faktycznie niezły. Jak na polskie standardy ciekawie poprowadzony: nie zabrakło lokalnego folkloru w postaci zachęty do eksperymentowania na wątrobie, no i niesamowity był wątek „dziedziczenia” naszych cech przez sieci; próby „oszukiwania” nauczyciela (sieci neuronowe nie lubią zamordyzmu? :) ) i wyłgania się najmniejszym kosztem. Szkoda, że profesor Tadeusiewicz tego wątku nie rozwinął.

      Poniekąd za bezsensowne uważam budowanie takich sieci i zaprzęganie ich do prognozowania, bo skoro tak złożone jak te nasze mogą generować bzdury takie jak keynesizm czy socjalizm, to czego spodziewać się po prostszych. :P

      Interesuje mnie, czy można stworzyć coś pośredniego, mieszanego. To jest sieci, która działałyby podporządkowana jakiemuś gotowemu, zewnętrznemu jej zestawowi pewników, od których by nie abstrahowała, tylko siłą rzeczy, zawsze się ich trzymała.

  1. Właściwie to nie powinnam z Tobą gadać, Myślicielu poukładany ;), ale mam swoją iluminację wolności, więc nie chcę byś zwlekał z kolejnym postem, takie ponaglenie tylko.
    A ze Światem Dysku miałam dawno do czynienia, być może to co wychynęło z głowy było tylko przypomnieniem, ale wtedy, gdy pisałam komentarz, nie zdawałam sobie sprawy z istnienia jakże podobnego zdania Terrego, tyle tytułem Twego wpisu. Wisi mi to, ten podtekst wredny :D.

    A po lekturze Racjonalnego irracjonalizmu, wybieram położną, która krótko ( bez bólu) wyciągnie to, co urodzić się chce. Opowiadanie o tygodniowym porodzie zostawiam praktycznym nudziarzom, molestujących słuchaczy swoją doskonałością wywodu.
    W końcu najważniejsze, że chciało się z innymi podzielić efektem intuicji, niech, jeśli nie wierzą ( a co mnie to obchodzi w końcu ), nurkują pod powierzchnią, ja poszukam innych wierzchołków lodowych gór. :)

    • Spokojnie, dzisiaj mnie od pracy nad kolejną notką nie odciągniesz, z tej przyczyny, że dzisiaj jej po prostu nie podejmę.

      Może się tylko zastanowię jak podzielić ten temat na mniejsze fragmenty, bo z jednego prostego spostrzeżenia, osiągam możliwość wysnucia mnóstwa niesamowitych implikacji, dotyczących bardzo wielu spraw, pokrywające ogromne przestrzenie. To jak wyjście z jaskini, przez którą mogłem iść tylko w jedną stronę, na ogromną polanę, będącą w dodatku bogatym terenem łownym. Mam teraz okazję do przedstawienia centralnej myśli, za pomocą której, wszystko co do tej pory napisałem, stanie się jasne, zrozumiałe – nawet dla nie będących w temacie lub tych, którzy nie wiedzieli skąd wzięły mi się pewne rzeczy, między innymi, takie a nie inne poglądy polityczne, wartościowania. Wiem, że ta myśl pozostanie centralną na bardzo długi czas, dlatego chciałbym już w tym jednym tekście, zaznaczyć to, jak wielką ma dla mnie wagę, ukazując jej doniosłość poprzez zaprezentowanie zasięgu jej implikacji. Z drugiej strony, zagrożeniem jest popadnięcie w nadmiar dygresji i ryzyko „gonienia za zwierzyną” rozbiegającą się z tego środkowego punktu: niewątpliwie mam ochotę wykorzystując tę myśl, zająć się przynajmniej kilkoma, jeśli nie kilkunastoma rzeczami i zastosowaniami dla niej – naraz. A to zamazałoby całą jasność wywodu. Chcę zrobić to dobrze, ale wiem, że trochę mnie rozsadza.

      Natomiast zyskałem spokój o tyle, o ile wiem już jakimi słowami mogę opowiedzieć to, co zobaczyłem już dawno temu, nie potrafiąc tego wyrazić. Teraz wiem, że jestem w stanie to zrobić i wiem jak to zrobić. Pozostaje więc tylko kwestia doboru samej formy i rozłożenia akcentów, a to chociaż jakiś problem, w porównaniu z tamtym, żaden problem. Ot, sprawa techniczna.

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s