Dzień na wyścigach

Gdzieś niedaleko stąd i niedawno temu była sobie pewna kraina. Nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród tuzina innych, sąsiednich krain. Nie była, ani wybitnie bogata, ani specjalnie biedna. Nie zamieszkiwali jej z pewnością sami geniusze, natomiast nie można było również uznać populacji za wyjątkowo ciemną. Z zaradnością i przedsiębiorczością też było tam całkiem średnio — znajdowali się ludzie, potrafiący organizować biznes, byli też tacy, którzy poświęcali się rozwojowi osobistemu do tego stopnia, że nie wystarczało im czasu na opanowanie zdolności marketingowych, dzięki jakim udałoby im się prezentować wypracowane atuty i znaleźć dla nich jakieś praktyczne ich zastosowanie. Czasem, całkiem przypadkowo, zagadnięci w karczmach znajdowali sobie impresariów, błyskając rzadkimi umiejętnościami, których tamci nie pozwalali im dłużej zachowywać wyłącznie dla siebie, znajdując dla nich zajęcie. Inni, być może nie mający tyle szczęścia lub też nie znajdujący wartości w takich propozycjach, podejmowali skromne życie pustelników, przeżywając swe dni w izolacji. Ot, życie toczyło się, jak to życie ma w zwyczaju się toczyć: trochę straconych okazji, niewykorzystanych szans, parę życiowych sukcesów, od czasu do czasu w naszej krainie bywało też całkiem heroicznie, z reguły jednak było całkiem pospolicie, swojsko i monotonnie.

Jedyną unikalną rzeczą, jedynym jej wyróżnikiem była celebracja Dnia Ruchu. A był to zwyczaj zadziwiający i jako taki, nieuchronnie musiał stać się niebywałą atrakcją turystyczną regionu. Samo wyznaczenie tego święta stawało się świętem osobnym. Odbywało się to w następujący sposób: naczelny astronom krainy wchodził na najwyższą z wież, bowiem tam zamontowano gigantyczne wahadło, mające za zadanie ilustrować ruch obrotowy planety, na jakiej leżała kraina (i zbudowana nań była wieża, po schodach której na szczyt piął się astronom). Gdy już facetowi udało się wgramolić na samą górę, a musicie wiedzieć, że czasem to się nie udawało — wszakże mieszkańcy owej krainy nie wyróżniali się także specjalną kondycją czy zdrowiem, więc zawały serca także miały w niej miejsce i przytrafiały się również astronomom forsującym swe organizmy w budynkach bez wind, którym nie mogła już pomóc całkiem zwyczajna pomoc medyczna i trzeba było wówczas wysłać kolejnego śmiałka… mianowicie gdy się już udawało, gość lał po wahadle farbę. Pod wahadłem natomiast, na specjalnej konstrukcji z biegunami, ustawiano okrągły, przypominający płytę winylową kalendarz. Następnie rozkręcano jego tarczę, wprawiano w ruch konstrukcję na biegunach i czekano aż wahadło chlapnie spływającą farbą. Farba plamiła jedno z pól na wirującym, huśtającym się na biegunach pod wahadłem kalendarzu — święto było wyznaczane przez syntezę trzech ruchów, jego nazwa była dość zobowiązująca.

Obchodzono je na okolicznym, wielofunkcyjnym stadionie. Nie była to żadna Maracana czy Wembley, nie był to także obiekt wybudowany przez rząd w ramach propagandy skoku cywilizacyjnego, nie stał więc niewykorzystany przez resztę roku. Nikt też nie przepłacił za jego wzniesienie. Jego niewątpliwą zaletą było również to, że nie posiadał dachu, więc jego konstrukcja nie umożliwiała organizatorom podejmowania błędnych decyzji dotyczących otwierania i zamykania tegoż w prestiżowych dla krainy chwilach. W każdym bądź razie, mimo tego udogodnienia, stadion nie jest najistotniejszy w tej opowieści, lecz co miało na nim miejsce.

Obchody Święta Ruchu nie zaczynały się o żadnej konkretnej porze. Chociaż motyw astronomiczny, zdawać by się mogło, powinien sugerować jakąś precyzję, rzadko zdarzało się, by znajdowali się śmiałkowie domagający się wpuszczenia na stadion o północy. Jeśli się znajdowali, zazwyczaj byli spławiani przez zaspanego zarządcę obiektu bądź ochronę, grającą podczas nocnej zmiany w różne, zapewne rozwijające, karciane gry hazardowe. Generalnie, ludzie masowo zjawiali się tam o bardziej cywilizowanych porach. Wchodzili na trybuny, rozkładali manele, część z nich odpowiednio się przebierała i ruszała na płytę boiska bądź bieżnię. Co tam robili? Gdybym powiedział po prostu, iż celebrowali ruch, nie oddałbym sedna sprawy, chociaż owszem, paradoksalnie w tym zawiera się sedno sprawo — bowiem celebrowali oni ruch. Ważne jest jednak JAK to robili.

Gdybyście zjawili się w rzeczonej krainie podczas rzeczonego święta na rzeczonych trybunach rzeczonego stadionu, Waszym oczom ukazałaby się magnetyzujący widok mozaiki ludzi, złożonej z osobników płci obojga w wieku dowolnym, uczestniczących, zdawać by się mogło, w całkowicie absurdalnym, wyjątkowo chaotycznym i kompletnie niezrozumiałym spektaklu. Na boisku spostrzeglibyście przynajmniej kilka drużyn kompletnie różnych dyscyplin rozgrywanych na trawie, starających się w tym samym miejscu jednocześnie przeprowadzić kilka meczów, według zupełnie innych zasad, wzajemnie sobie utrudniających w swych przedsięwzięciach i wykorzystujących jak przeszkody terenowe, gdzieś w środku centralnego koła znaleźlibyście mima, usiłującego wyjść z niewidzialnej skrzyni, na bieżni natomiast ludzi biegających w różnych kierunkach, niektórych przeskakujących ponad niewidzialnymi przeszkodami, a między nimi wszystkimi, lawirujących z ogromną prędkością cyklistów, ścigających się z dżokejami i jakimś zagubionym skatesurferem wyczekującym lepszego wiatru, uśmiechającym się do prezentującej swój układ choreograficzny baletnicy.

Dopiero po bliższym przyglądnięciu się temu… performensowi, być może dłuższej obserwacji, odkrylibyście sens całego tego galimatiasu, dostrzegli jego wymowę i przesłanie. Zrozumielibyście, że biorą w nim udział zarówno ci, co czasy świetności mają dawno za sobą i może to być dla nich ostatnie aktywnie uczczone Święto Ruchu, jak i dzieci, które z racji wieku mogą zachować nadzieję, że mają te dopiero przed sobą. Znaleźlibyście paru niezapomnianych mistrzów, przywołujących na myśl stare, dobre czasy i kilku obecnie noszących to zaszczytne miano arogantów, wywołujących kobiece piski na trybunach. Zaś między nimi wszystkimi, naśladowców, niezdecydowanych — szukających swojej drogi celebrowania ruchu, ale też: innowatorów mieszających podpatrzone elementy czy też twórców nowych dyscyplin bądź odmiennych form sztuki, powstających właśnie na oczach zebranej na stadionie gawiedzi, nie zdającej sobie nawet z tego sprawy.

W niedalekiej krainie istnieli oczywiście antropolodzy kultury, etnografowie i inni humaniści. Nie byli specjalnie przenikliwi, ale też nie można było oskarżyć ich o umysłową ociężałość. Przeanalizowali Dzień Ruchu, bo prawdę powiedziawszy, w ich krainie nie przetrwały żadne porównywalnie wyróżniające się obyczaje. Istniało kilka hipotez na temat jego genezy, doszukiwano się wpływów z krain sąsiednich. Dyskusje na te tematy nie miały końca, natomiast najsilniejszą opcją okazała się ta, zakładająca syntezę dawnych pogańskich zwyczajów z podejściem scjentycznym, zapoczątkowanym na tych ziemiach fizykalistycznym przewrotem, jaki wydarzył się za granicą parę wieków temu i odcisnął swe własne piętno w kulturze całego kontynentu. Święto na rzecz płodności przerodziło się w święto na rzecz twórczości i ludzkiego działania w ogóle. I chociaż wciąż można było doszukać się pradawnego, oryginalnego przeznaczenia Dnia Ruchu, gdy wieczorem płytę boiska opuszczali atleci i artyści, a zajmowały co odważniejsze pary kochanków, także przecież wykonujące, prawda, jakieś ruchy, to zakres kultywowanych aspektów ludzkiej egzystencji został z całą pewnością poszerzony od czasów pogaństwa.

Uwagi badaczy nie uszła również rola, jaką Dzień Ruchu odgrywał dla populacji ich krainy. Oprócz oczywistych korzyści finansowych płynących z turystyki i funkcji socjalizującej, immanentnej dla świąt w ogóle, stwierdzono, iż pełni on także rolę rytuału inicjacji dla młodszych, poprzez który internalizują część, obowiązujących we wspólnocie, norm. Ponieważ to święto nie było żadnym mityngiem lekkoatletycznym, przypominało raczej spontaniczny pokaz talentów, nie istniał żaden formalny podział na dyscypliny, organizatorzy nie przewidywali w ogóle jakiegokolwiek normowania ewentualnej rywalizacji i konkurencji między uczestnikami. Do takiej oczywiście dochodziło. Ot, znajdowali się osobnicy, którzy chcieli się ze sobą zmierzyć i umawiali się na jakich warunkach to zrobią, a następnie taką rywalizację przeprowadzali. Niejedna ciąża, a także małżeństwo były spowodowane odniesionym zwycięstwem w jakimś nieformalnym zakładzie. Inni, z kolei zdawali się nie dostrzegać pozostałych i w Dniu Ruchu starali się przekraczać swoje granice, bijąc osobiste rekordy wytrzymałości, utrzymując się w ruchu przez cały dzień. Często później zdobywając uznanie dla swego charakteru jednych, narażali się na zawiść drugich.

Widzicie, haniebnie bym Was okłamał, gdybym powiedział, że Dzień Ruchu był imprezą utopijnie sielską z samej natury rzeczy. Tak zdecydowanie nie było. Publiczność gromadząca się na wielofunkcyjnym stadionie w nieodległej krainie, przez całe lata, od niepamiętnych czasów, była świadkiem wielu spektakularnych upokorzeń i ludzkich dramatów. Niejeden uczestnik święta przecenił znacznie swoje umiejętności, a następnie po ambitnych przechwałkach musiał przełknąć gorycz porażki, narażając się na bezlitosny śmiech. Zdarzało się też tak, że ludzie plamili swoją reputację haniebnym zachowaniem i potem już nikt nie kłaniał im się na ulicy. Oczywiście i takie rzeczy miały miejsce. Jednak nie powinno to wpłynąć znacząco na zbyt surową ocenę, jako że bywało też tak, iż przesiadując na trybunie, ni z tego, ni z owego mogliście zostać świadkami przykładnych gestów fair play, zachowań świadczących o wielkim humanitaryzmie, skutkujących odsunięciem kwestii sportu całkowicie na bok i bezinteresownej pomocy bliźnim w tarapatach. Generalnie rzecz biorąc, Dzień Ruchu był imprezą kompletnie nieokreśloną i definiowaną przez oczekiwania uczestniczących w niej — oczekiwania względem siebie i innych partycypantów. Nadzieje i fobie. Być może dlatego zdobyła olbrzymią popularność, stanowiąc symboliczne, aczkolwiek całkiem reprezentatywne odwzorowanie ludzkiego żywota w miniaturze. Wspomnieni specjaliści akademiccy zajmujący się kulturowymi aspektami Dnia, często zresztą do tego nawiązywali, stawiając całkiem mocną tezę o pogańskim wpływie kultu przodków; mianowicie w tym święcie publiczność stanowiła metaforyczną reprezentację świata minionych pokoleń — duchów, obserwujących zmagania żywych. Póki znajdujesz się na płycie boiska czy bieżni, działasz, ruszasz się, coś robisz. Kiedy się zmęczysz i siądziesz na trybunie, to tak jakbyś umarł i zrobił miejsce do wykazania się kolejnym pokoleniom.

Ludzie celebrujący Święto Ruchu na płycie boiska przejawiali zatem wszelkie możliwe i dostępne im motywacje. Jedni chcieli się pokazać z jak najlepszej strony, drudzy za wszelką cenę zwrócić jakkolwiek na siebie uwagę, często wywołując kontrowersje, trzeci traktowali całe wydarzenie jako okazję do znalezienia życiowych partnerów lub partnerek i skonsumować swoje nowo zawarte związki tej samej nocy. Trafiali się też skauci klubów sportowych, szukający jakichś młodocianych diamentów do obróbki — niejeden talent zajaśniał, ujawniając się podczas Dnia Ruchu. Dla kolejnych święto było okazją na podglądanie techniki swoich idoli bądź zamienienia z nimi paru zdań, innych — okazją do plotkowania o przybyłych na stadion celebrytach i zdobycia autografów. Ostatnia frakcja, cóż, należący do niej, sami do końca nie wiedzieli po co tam przybyli, być może chcieli zabić po prostu nudę. Część z nich prawdopodobnie spożytkowała jakoś ten czas, pozostali uznali go za zmarnowany.

Dzień Ruchu, jak sama nazwa wskazuje, sprowadzał się do kultu możności wprowadzania jakichś przedmiotów (a zwłaszcza siebie samego) w ruch. Wiecie już, że stanowił zgrabną metaforę życia, także tego społecznego. Ale co było w nim najistotniejsze? Chyba właśnie to, że oddawał znakomicie ducha zamieszkujących niedaleką krainę, ich aktywny stosunek do życia. Część weteranów autochtonicznej starszyzny, twierdziła, że po postawie jaką ludzie prezentowali podczas tego święta, potrafiła rozpoznać, jaka ścieżka przeznaczenia ich czeka. Być może trochę w tej kwestii przesadzali, ale z całą pewnością event ten tworzył najsilniejszy kulturowy stymulant, skłaniający do zastanowienia nad strategią jaką obrać na resztę swoich dni. To tam zawierano pierwsze samodzielne przyjaźnie, ale i tam doznawano równie dziewiczych rozczarowań oraz tracono zaufanie do drugiego człowieka. To tam puszczeni w samopas przez rodziców młodzi ludzie, po raz pierwszy konfrontowali się z kompletnym przekrojem hierarchii wartości, diametralnie różnymi sposobami radzenia sobie z problemami (ale i nieradzenia sobie z nimi), próbami odpowiedzi na zasadnicze pytania wyrażonymi poprzez aktywność fizyczną, czasem tak prosto sformułowanymi jak: „A co ze mną?”, „Co będzie w moim stylu?”, „Czy się nie wygłupię, jeśli wyrażę się tak, jak mam ochotę?”. To tu, po raz pierwszy wielu dokonywało spostrzeżenia, że część ludzi od początku wie, co chce robić w życiu i jak zamierza to osiągnąć, część wie czego chce, ale nie zna dróg do tego prowadzących, jeszcze inni wiedzą jak mogliby gdzieś dotrzeć, ale nie za bardzo wiedzą, po co w ogóle chcieliby się tam znaleźć, pozostali natomiast nie wiedzą, ani jednego, ani drugiego, łudząc się jedynie, że jest inaczej. No i następującego po nim kolejnego: że ludzie z powyższych kategorii często się wykorzystują do własnych celów i wzajemnie potrzebują.

 By nie ciągnąć dłużej opisu specyfiki Dnia Ruchu, która została wystarczająco dogłębnie nakreślona i każdy może sobie wyrobić zdanie na jej temat, pognamy teraz do punktu przełomu. Spostrzegawczy być może już zauważyli, że pisząc o niedalekiej nam krainie, używam czasu przeszłego. Coś więc musiało się zmienić, prawda? I zmieniło… O nie, nie przestała ona istnieć! Stadion też wciąż stoi, gdzie stał. I wieża z wahadłem. Nie było tam żadnego trzęsienia ziemi, upadku meteorytu czy wybuchu wulkanu. Nieodległa kraina nie była też żadną cholerną Atlantydą, nie została zatem pochłonięta przez wodę, ani resztę żywiołów, dodam by być skrupulatnym. Wciąż istnieje, dotknął ją jednak inny kataklizm. Armageddon zmiany obyczajów. A co go wywołało?

 Widzicie, być może ostatnią rzeczą jakiej Wam o niej nie powiedziałem, aczkolwiek mogliście ją wywnioskować sami. Oprócz średniości charakteryzującej krainę, cechowała ją też prowincjonalność. Być może jedno wynikało z drugiego, trzeba jednak otwarcie tę prowincjonalność zaznaczyć. Za nią bowiem szła świadomość bycia prowincjonalnym, rodząca poważne kompleksy u jej mieszkańców. Oraz uniżoną postawę wobec Wielkiego Świata łącznie z bezkrytycyzmem wobec zastosowanych w nim rozwiązań i panujących zwyczajów. Zmiana, jak to często z nimi bywa, przyszła z zewnątrz.

Pewnego lata do niedalekiej krainy zawitała prawdziwa sława z Wielkiego Świata, jeden z najbardziej wpływowych filozofów. Znany był przede wszystkim ze swojej teorii sprawiedliwości, nazwijmy go zatem Wielkoświatowym Teoretykiem Sprawiedliwości. WTS przyjechał z cyklem swych wykładów. Miał je wygłosić na lokalnym, prowincjonalnym uniwersytecie znajdującym się w sercu opisywanej krainy. Na dworcu kolejowym przyjęto go z należnymi dla wielkoświatowej elity honorami, bo chociaż nie był: ani sławnym generałem, ani popularną gwiazdą kina, ani szachem perskim, chciano wyrazić jakoś estymę, jaką darzono intelekt. Pokazano mu okolice, by mógł zobaczyć jak się w niej żyje. Myśliciel okazał się bardzo sympatyczny, skromny i dobroduszny. Wtedy jeszcze nic nie zwiastowało przewrotu, jaki miał nastąpić. Wykłady filozofa okazały się wielkim tryumfem organizatorskim uczelni. Uniwersytet radził sobie znakomicie z wszystkimi nieprzewidzianymi wydarzeniami, włącznie z odparciem szturmu chętnych do wysłuchania obcjokrajowca. Trzeba także uchylić czoła przed postawą Wielkoświatowego Teoretyka Sprawiedliwości — mówił w sposób całkowicie przystępny, nie stosował trudnej terminologii, co było tak częstą skazą lokalnych, prowincjonalnych intelektualistów, nie potrafiących w jasny sposób przedstawiać swoich tez i bardzo niecierpliwiących się, gdy ktoś zdawał się nie do końca rozumieć, co mówią. Gość miał niewątpliwą klasę i także dzięki niej zdobył serca przybyłych słuchaczy. Kluczowa okazała się jednak przede wszystkim treść, nie forma.

Najpierw zapytał ludzi, czy wiedzą czym jest sprawiedliwość. Oczywiście, że wiedzieli. Przecież mieli w miasteczku areszt, komisariat policji i sąd, a gdy trzeba było, kilkanaście kilometrów dalej stało więzienie. Jakże więc mogli nie wiedzieć czymże jest sprawiedliwość? Niesprawiedliwym było krzywdzić innych, oszukiwać i zabierać ich rzeczy bez pozwolenia. Sprawiedliwym — ukarać za to, co zrobili w procesie, w którym oskarżano ich tylko o to, co zrobili, a nie o to, czy byli lubiani, czy nie, czy ładnie się ubierali, czy nie, czy byli mężczyznami, czy nie. Filozof nie oponował. Zapytał jedynie, czy na tym rzecz się kończy. Jego ton sugerował, że oczekiwał negatywnej odpowiedzi — na sali natomiast zapadła kłopotliwa cisza. Zgromadzonym zrobiło się wstyd, bo nie potrafili dostrzec do czego jeszcze można byłoby odnieść pojęcie sprawiedliwości. Oni traktowali ją jako formę symetrycznej odpowiedzi na zadaną krzywdę, wymierzaną przez kogoś neutralnego, nie mającego specjalnego interesu w złośliwym pogrążaniu jak i służalczym przymykaniu oka na zło, jakiego dokonał. Na ich szczęście bądź nieszczęście, na sali znalazł się ktoś, kto ocalił honor krainy i przerwał niezręczną ciszę, przesuwając także kryteria krzywdy, w oczekiwaną przez WTS stronę:

— Panie profesorze, bo ja mam siostrę… — odezwała się jakaś nastolatka z drugiego rzędu. — i obie… obie… pracujemy na farmie naszych rodziców. Obie pracujemy ciężko i uczymy się równie dobrze. Ale ona ma… ma łagodniejszą naturę i góruje nade mną urodą, a przez to w wolnym czasie spotyka się z całymi tabunami chłopców. Mnie nie jest o to tak łatwo. Chociaż obie robimy tyle samo, to jednak ona ma przyjemniejsze życie i łatwiej osiągać jej to, co sobie zamierzy. Uważam, że to niesprawiedliwe!

— Otóż to, proszę pani. — odpowiedział Wielkoświatowiec. — Widzicie Państwo, dysponujecie czasem pewnymi cechami, na które wcale nie zapracowaliście, a jednak… odnosicie z nich pożytek, osiągacie sukces. Inni, pozbawieni ich, nie mogą liczyć na to samo, a przecież nie powinno to w żaden sposób wpływać na ich szansę i perspektywy na przyszłość. Jeśli możemy zapobiec temu niekorzystnemu zjawisku, czy nie ciąży na nas obowiązek moralny, by to uczynić?

Filozof zaprezentował swój ideał sprawiedliwego społeczeństwa, w którym nawet pozycja najbardziej przegranych nie będzie dramatyczna, bo nie zostaną pozostawieni sami sobie. Zauważył też, że zawsze będą jacyś przegrani i wygrani, podsuwając genialny pomysł na kampanię wyborczą burmistrzowi, siedzącemu nieopodal. Wprowadził do użytku terminy takie jak „zasłona niewiedzy”, który skojarzył się szybko z opaską na oczach Temidy, umacniając przekonanie zgromadzonych, że faktycznie musi mówi o sprawiedliwości. Opowiadał o „zasadzie maksymalnego minimum”, opanowując umysły miejscowych swą zapobiegliwością i troską o los najbardziej nieszczęsnych. Wizyta Wielkoświatowego Teoretyka Sprawiedliwości była przełomowa. Ponieważ zbiegła się czasowo z organizowanym właśnie Dniem Ruchu, zabrano myśliciela na stadion, by na własne oczy zobaczył przebieg znanego święta. Szybko jednak okazało się to złym posunięciem. Pomysłodawcom zrobiło się strasznie wstyd za swych krajan. Stadion okazał się siedliskiem niesprawiedliwości.

Czy ktokolwiek miał tam szansę na równy start? Przecież już nawet w kwestii rozważań samego dojścia do stadionu, niektórzy mieli do niego dalej niż inni. Albo podczas, gdy jedni wchodzili na boisko w pełni sił, inni słaniali się ze zmęczenia i podążali ku trybunom. Patrząc wtedy, jak niekorzystnie wypadali pod względem wizualnym w porównaniu z tymi pierwszymi, gdy przechodzili obok, człowiekowi krew w żyłach się gotowała! Jak biegacze mieli się mierzyć z cyklistami? Jak sprinterzy mogli rywalizować z długodystansowcami? Kiedy wzmagał się wiatr, niewielu miało jakąkolwiek szansę z deskorolką z olbrzymim żaglem. Dlaczego ci, którzy wiedzieli w czym są dobrzy i czego oczekują od Dnia Ruchu, mieli zdobyć tak łatwo przewagę nad tymi, którzy nie wiedzieli? Czy nie rozumieli, że pyszałkowato ciesząc się ze swojej uprzywilejowanej i niezasłużonej niczym pozycji, stawali się kolejnym zarzewiem niesprawiedliwości? Organizatorzy zawstydzili się bardzo, wyprowadzili filozofa ze sportowej areny, wsadzili do wypożyczonego rawls-royce’a i odwieźli do domu w jego ojczyźnie, mając nadzieję, że chociaż trochę zrekompensują ten absmak.

Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Znaczna część mieszkańców niedalekiej krainy dziwiła się, jak mogła wcześniej nie dostrzegać tak jawnej niesprawiedliwości w tylu aspektach życia. Naprawdę byli prowincjonalni — całe szczęście, że ktoś mądrzejszy przyjechał z Wielkiego Świata i ich w tym względzie uświadomił. Dotychczasowe barbarzyństwo musiało się skończyć. Idea sprawiedliwego społeczeństwa była zaraźliwa, zwłaszcza w kręgach rządzących, którzy dzięki niej mogli przyjąć bardziej aktywną i wyeksponowaną rolę. Strażnicy sprawiedliwości i obrońcy uciśnionych, te pozy znakomicie sprzedawały się na wiecach wyborczych. Także i akademicy nagle uzyskali dodatkowe wpływy. Mieli za zadanie opracować plan transformacji społeczeństwa w pożądanym, sprawiedliwym kierunku. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście Dzień Ruchu. Uznano, że skoro to święto jest poniekąd miniaturowym odwzorowaniem stosunków społecznych, wprowadzając w nie odpowiednie zmiany, zainspiruje się ludzi do uczynienia rzeczy podobnej, tyle, że w większej skali. Wprowadzono więc kategorie wiekowe, podziały na dyscypliny i umiejętności, by amatorzy nie spotkali się z profesjonalistami (i nie zostali przez nich upokorzeni). Zwycięzcy zobowiązani byli dzielić się nagrodami z tymi, którzy byli najsłabsi. Skończyło się to haniebne targowisko próżności! Wreszcie myślano o innych.

Ludzie z uniwerku mieli oczywiście rację — Dzień Ruchu naprawdę stanowił potężny czynnik budujący kulturową tożsamość mieszkańców nieodległej nam krainy. Zmiany poczynione w zachowaniach na stadionie zaprocentowały zmianą postaw poza nim. Ludzie nie byli już bezsilni. Dawniej, gdy ktoś miał nad Wami przewagę, bo pochodził z bogatego domu, bo miał jakiś talent albo plan (najwyraźniej miał talent do planowania, skurczybyk) na życie, byliście bezsilni. Nic nie mogliście mu zrobić. I nawet nie przyszło Wam to do głowy! Teraz, gdy zapanowała w końcu sprawiedliwość — już mogliście. Wystąpić o odszkodowanie z tytułu naruszenia równości szans. Jeśli taka osoba naruszała równość szans wielu innych i nie można było zaspokoić wszystkich roszczeń, sąd decydował o alternatywnym wymiarze kary, który polegał zazwyczaj na przymusowej pracy społecznej.

Mniej więcej od tamtego czasu, zmniejszyłem częstotliwość swoich wypadów do niedalekiej krainy. Przestała odpowiadać mi mentalność jej mieszkańców. Och tak, myśleli o innych znacznie więcej niż dawniej, chociaż nie nazwałbym tego altruizmem. Dość chorobliwie zastanawiali się nad cudzymi, niezasłużonymi i niewypracowanymi atutami, by osiągnąć jakąś korzyść ich kosztem, jednocześnie kamuflując swoje, by nie narazić się na podobną odpowiedź z ich strony. Stosunki międzyludzkie zmieniły się diametralnie. Teraz przypominają wojnę lub inne podchody. Może znacie takie angielskie przysłowie: the grass is always greener on the other side of the fence? Na ogół prościej doszukiwać się silnych stron i przewagi innych nad sobą, niż odnajdywać je u siebie — a już tym bardziej ją wypracowywać. Ludzie z niedalekiej krainy, gdy otworzyła się przed nimi droga znacznie prostsza, premiująca wykorzystanie tej naturalnej skłonności, nie byli w stanie się jej oprzeć. Do dziś zdarza mi się zastanawiać, czy dziewczyna, która zabrała wtedy głos podczas wykładu, zgłosiła się do swojej, atrakcyjniejszej siostry po odszkodowanie? Czy bardziej podoba jej się ten nowy świat, do którego pomogła dołożyć pierwszą cegiełkę? Czy świat, w którym wewnętrzny rozwój, praca nad wrodzonym potencjałem stają się nieopłacalne, może się komukolwiek podobać? Czy świat, w którym ludzie wychowywani w dobrych domach, przez kochających rodziców, muszą się z tego tłumaczyć oraz płacić trybut na rzecz ludzi wychowanych w tych patologicznych, ma jakikolwiek sens?

Zadaję sobie czasem pytanie: jak to było w ogóle możliwe? Jakim cudem zdołano wpłynąć na ludzi w taki sposób, że zaczęli alienować się od tego, co owszem, zazwyczaj było niezasłużone, było efektem przypadku, ale mimo wszystko, bardzo często stanowiło najlepszą ich część? Co skłoniło ich, by alienować się od tego, co pielęgnowane mogło obrodzić niebywałymi korzyściami, korzyściami nie tylko dla nich samych, ale i otoczenia? Zamiast tego, w ramach walki o równy start, została uznana zarówno przez nich samych jak ich bliźnich za źródło zła — dawniej bowiem niesprawiedliwość oznaczała jakąś formę zła, wyrządzanego innym. Czy staliśmy się podatni na ten zabieg tylko dlatego, iż wychowaliśmy się w kulturze, jaka wydała z siebie i nie pozwoliła nam zapomnieć o koncepcie grzechu pierworodnego? Immanentnej niedoskonałości w każdym z nas, przekazywanej przez kolejne pokolenia? Mamy do czynienia z jakąś egalitarną odmianą grzechu pierworodnego, który dajemy sobie wmawiać, tak jak dawaliśmy sobie wmawiać poprzednią jego egzemplifikację? Ale jakże to zdołaliśmy zostać przekonanymi, że absolutnie każdy dar losu, jakim zostaliśmy obdarzeni, który moglibyśmy przecież wykorzystać dla dobra innych (i ostatecznie do tego by doszło, nie żyjemy wszakże w próżni), jest niesprawiedliwy i przez to zły oraz stanowi podstawę do jakichkolwiek roszczeń względem nas?

Widzicie, nie musicie wcale wybierać się do rzeczonej krainy, by zaobserwować w jakimś stopniu elementy sprawiedliwości redystrybucyjnej. Przykładem mogą być niektóre dyscypliny sportu, takie jak na przykład skoki narciarskie. Ostatnio dokonała się tam taka zmiana: premiuje się w punktacji zawodników skaczących przy niekorzystnym wietrze, uszczuplając dorobek oddających skok przy wietrze sprzyjającym. Zdarza się więc tak, że chociaż ktoś odda dłuższy skok, odnosi z niego mniejszą korzyść, niż gdyby oddał krótszy, w gorszych warunkach. Uzasadnienie jest proste: organizatorzy chcą mierzyć, przynajmniej w części, nie tyle rezultaty, co osobistą zasługę sportowców i ich wysiłki, abstrahując od środowiskowych czynników losowych, odpowiednio niwelując ich wpływ. Równie dobrze, mogliby zorganizować konkurs w zadaszonej hali, gdzie wszyscy warunki mieliby identyczne, tyle że to byłoby rozwiązanie niepraktyczne i przede wszystkim dużo droższe. I tak nie są sprawiedliwi w sposób doskonały: nie biorą pod uwagę stopnia rozjeżdżonego na skoczni śniegu i jeszcze tysiąca innych czynników. Gdyby starali się zapewnić perfekcyjnie identyczne warunki dla każdego uczestnika, koszta organizacji przewyższyły by zyski, nie byłoby sensu urządzać takiego widowiska.

 Czy warto być sprawiedliwym? Mieszkańcy nieodległej krainy po wizycie Wielkoświatowego Teoretyka Sprawiedliwości postawili sobie taki cel. Chcieli być najsprawiedliwszymi spośród wszystkich ludzi świata. Niczego i nikogo nie pomijać, do każdego przyłożyć geometryczną miarę ślepej sprawiedliwości, omiatającą swymi symetrycznymi łapskami to, co było zasłużone i odgarniającą nimi od tego, co takie nie było. W efekcie, zniszczyli jedyny atut swojej ojczyzny — siebie samych. Zaiste, była ona bardzo średnia: nie miała wielkich perspektyw na rozwój, położona była w niekorzystnym politycznie miejscu, nie znaleźlibyście tam żyznych ziem ani jakichkolwiek innych bogactw naturalnych. Ludzie ją zamieszkujący nie byli, ani najpiękniejsi, ani najmądrzejsi, ani najsilniejsi, ani najbardziej wpływowi, natomiast dopóki nie zechcieli zostać najsprawiedliwszymi pod słońcem, dążyli do tych różnych ideałów. Szukali swojej drogi, próbowali odkryć swoje zalety, zasłużone czy nie i je wyostrzyć. Jedni robili to dla zysku. Drudzy dla władzy. Trzeci dla piękna. Jeszcze inni dla całej ludzkości bądź wyłącznie siebie samych. Każdy pretekst do przekraczania siebie samych był dobry. Dziś to nieistotne. Skończyło się. Nie ma już targowiska próżności — jest sprawiedliwie. Miernie, biernie, ale sprawiedliwie. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko głośno się roześmiać. Z czego? Z zapomnianego twierdzenia Wielkoświatowego Teoretyka Sprawiedliwości. Otóż, powiedział on przecież, iż zawsze, w każdej propozycji, będą jacyś przegrani. Jeśli takowych nie potraficie wyodrębnić i wskazać palcem, oznacza to tylko tyle, że wszyscy nimi są. Ech, postęp…

Nieraz usłyszycie jeszcze ludzi akcentujących wyrównywanie szans, zapewnianie sprawiedliwego startu. Jeżeli będą zajmować się organizacją zawodów sportowych, przyznajcie im rację. Jeśli natomiast odniosą te twierdzenia do życia w ogóle, przypomnijcie sobie wtedy o losie niedalekiej krainy. Życie nie powinno być podporządkowane mierze zasługi i stawać się jakąś obligatoryjną rywalizacją pod tym względem. Nie ma większego znaczenia to, z jakiego punktu ktoś startuje. Nawet i miejsce finiszu nie jest specjalnie istotne. Nie warto zatem marnować swoich sił, na wyznaczanie linii startu i mety. Zamiast tego, należy poświęcić je na znalezienie własnej metody celebrowania Dnia Ruchu, by mieć z tego radość, może nawet by zostać zapamiętanym przez zebraną publiczność. Liczy się jedynie to, co między punktami startu i mety. Treść. To o nią powinniście się martwić. Kiedyś przyjdzie pora, by usiąść wreszcie na trybunach i odpocząć. I co wtedy zmieni fakt, że na stadion nie przyniesiono Was w lektyce, innych owszem? Życie jest wystarczająco sprawiedliwe: wszyscy się rodzą, a potem umierają. Reszta jest nadinterpretacją, na którą nie warto trwonić sił, potrzebnych do wykonania dzieła znacznie bardziej wartościowego.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s