Re: Co dziedziczymy?

Smootny wyrwał dziś swego bloga z apatii udaną, lekkostrawną notką. Ponieważ sam także zarzuciłem pisanie i zaniedbałem Ustronny Zakątek z podobnych powodów co mój imiennik (i gdzie się podziało to twoje optymistyczne założenie o tworzeniu minimum trzech wpisów miesięcznie, panie autorze?), postanowiłem wykorzystać pracę, jaką wykonał, do wydźwignięcia i mojego bloga z odmętów zapomnienia, po części stawiając kontrę w stosunku do tego, co napisał.

Zacznę też powoli i przystępnie, odnosząc się najpierw do tej kwestii obyczajowej – plakatu i stojącej za nim nagonki na celebrytów. Smootny wskazuje tutaj na pewną niesprawiedliwość, jaka dotyka te osoby, uzasadniając tezę o niej tym, że dzieci nie odpowiadają za czyny swoich rodziców. Bo też nie odpowiadają. Tyle tylko, że przy takim uchwyceniu tematu, nie za bardzo sens ma stosowanie kryterium sprawiedliwości, wynikającego po cichu z koncepcji wolnej woli. Skoro smootny ujmuje rzecz tak, że:

Lubimy myśleć, że tylko od nas zależy, kim jesteśmy. Lubimy myśleć, że sami jesteśmy sobie sterem, że jesteśmy właścicielami samych siebie – i pewnie jesteśmy, ale na bardzo ograniczonym poziomie. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że nasze postawy nie są po prostu nasze – należą do naszego niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Upraszczając, możemy powiedzieć, że wysysamy je z mlekiem matki.

przyjmuje, iż w niewielkim tylko stopniu odpowiadamy za swoje życie, czemu mielibyśmy stosować do rozstrzygania problemów moralnych, koncepcji sprawiedliwości przynależnej do zupełnie innego oglądu świata, zakładającego autonomię człowieka znacznie szerszą? Zachowajmy konsekwencję i nie mieszajmy tych dwóch porządków. Z punktu widzenia takiej deterministycznej sprawiedliwości, nagonka jest całkowicie uzasadniona: można atakować ludzi za ich pochodzenie, bo najpewniej „wyssali grzechy swoich rodziców z mlekiem matki” – w końcu nie mieli wyjścia, bo sami są sobie sterem w niewielkim tylko stopniu, a telewizyjne kariery, tak często ordynarnie stronnicze i bezczelne są ostatecznym dowodem, że perfidia jest jednym z tych grzechów.

Jeszcze lepiej podwójne standardy tego rodzaju możemy zaobserwować w innej sytuacji. Często ludzie przyjmują podobną strategię obrony innych; powołując się na ich trudne dzieciństwo. Argumentują, że przestępcy przez patologię w jakiej wzrastali, nie mieli wielu szans by wyjść na ludzi i w zasadzie byli skazani na złą drogę, której zwieńczeniem było dokonanie danego przestępstwa. Przyjmują w tym momencie optykę determinizmu, racja? Natomiast zwróćcie uwagę, że chwilę później, po przedstawieniu tak całej sprawy, odwołują się do sumienia kogoś, kto ma taką osobę sądzić, zakładając indeterminizm i jego wolną wolę. Skąd to wiadomo? Bowiem w momencie, gdy wyda skazujący wyrok, ignorując punkt widzenia obrońców, mają oni do niego pretensje, że postąpił tak, a nie przychylił się do ich stanowiska. Gdzie podziewa się ich determinizm w ocenie sędziego? Czemu nie uzasadnią wydania jego decyzji w ten sam, deterministyczny sposób? Sędzia przecież też był zdeterminowany całym dotychczasowym przebiegiem swego życiem i najprawdopodobniej odezwało się w nim wdrukowane przez rodziców przekonanie, że do morderców się strzela, a złodziei wiesza. Równie wdrukowane jak przekonanie o opłacalności popełniania przestępstw przez skazanego. Więc o co tyle krzyku, złorzeczeń i żalu? Skoro mamy panujący w świecie determinizm, to obaj byli w tym samym stopniu zdeterminowani, by zrobić swoje i nie można było wymagać od żadnego, by nie uczynił tego, co uczynił. Czemu od jednego zatem nie wymagają, a od drugiego, i owszem?

To, w jak wielkim stopniu odpowiadamy za swoje życie, nie musi mieć żadnego przełożenia na to, czy powinniśmy pewne rzeczy penalizować. Pomysł, by przyjąwszy determinizm zaniechać wyciągania odpowiedzialności wobec ludzi, którzy nie panują przecież tak naprawdę nad swoim życiem, bierze się właśnie z tego rodzaju niekonsekwencji. Przyjmujemy determinizm dla jednych, a indeterminizm dla drugich. Albo: uznajemy, że panuje determinizm, ale przykładamy do niego dawną, wolnowolą, indeterministyczną koncepcję sprawiedliwości, kompletnie doń nieprzystającą.

Nie za bardzo lubię pewne tezy. Ta, przytoczona z notki smootnego, jest jedną z nich. Nie dlatego, że nie są prawdziwe. Są. Jestem w stanie się z zgodzić, z tym co napisał. Osobiście, lubię czasem popadać w fatalizm, uznając, że wolna wola jest iluzją, moje przeznaczenie jest przypieczętowane przez potężniejsze ode mnie siły i jedyne co mogę zrobić, to się z pogodzić z tym, co mnie spotkało i spotka. Sprawia mi to taką estetyczną przyjemność, gdy rozpatruję swoje życie jak, nie przymierzając, jakąś grecką sztukę, dodając swemu żywotowi szlachetnego, tragicznego posmaku. Natomiast mimo przyjęcia prawdziwości tezy, że niewiele od nas samych zależy, protekcjonalnie uznaję, że jej rozpowszechnianie jest szkodliwe dla ogółu ludzi, ich dobrostanu i nie należy tego robić, podobnie jak czasami nie przekazuje się złych informacji ciężko chorym czy nawet już umierającym.

Ted Honderich napisał cieniutką książeczkę (mały format i tylko 160 stron) pod tytułem „Ile mamy wolności?” Między innymi problemami, omawia łączącą się z myślą o determinizmie, kwestię jej oddziaływania na ludzi. Zauważa, że wraz z przyjęciem determinizmu za obowiązujący, u wielu pojawia się pewien rodzaj rezygnacji, apatii, bierności, pesymizmu, utraty radości z życia czy nawet depresji. Z tego co pamiętam, autor podawał także strategie zapobiegania tym skutkom ubocznym, ale należy uznać, że nie są one intuicyjne i w wielu wypadkach, zwłaszcza u prostych ludzi, byłyby one nieskuteczne. Karmienie ludzi determinizmem przypomina eksperymenty Seligmana i Maiera – wywołuje wyuczoną bezradność. Ponieważ akcent przyczyny sprawczej w obu przypadkach przesuwa się poza nich samych – na otoczenie i przeszłość, przestają wierzyć, że mają kontrolę nad swoim życiem. Generuje się w ten sposób masowy problem, który nie występuje, gdy naiwnie wierzą sobie w mit całkowicie wolnej woli, pozwalający im zachować optymizm, aktywność, wiarę w siebie i to, że mogą pokonywać kolejne granice.

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Pewne prawdziwe rzeczy bywają demotywujące i należy wiedzieć, kiedy skorzystać z okazji do siedzenia cicho. :)

Mem z Obamą znalazł się tu nieprzypadkowo. Szeroko pojęta lewica, moim zdaniem, działa celująco destruktywnie pod tym względem. Zakładam najbardziej dobrodusznie jak tylko jestem w stanie, że ta próba holistycznego spojrzenia na produkcję („sami tego nie zbudowaliście”) nie miała być prymitywną metodą na usprawiedliwienie przymusowych danin, lecz była podyktowana wybitnie szczytną intencją: zwalczenia tego paskudnego egoizmu i pychy osobników dokładających zaledwie ostatnią cegiełkę. Skłonienia ludzi do dostrzeżenia także i innych, mających cichy wkład w to, co zostało wyprodukowane. Podkreślenia roli wspólnotowości, wykrzesania odrobiny ciepła i pluszu.

Sęk w tym, że nawet jeśli uznamy taką przytulaśną intencję, fakt jest faktem, że próba przeniesienia chociaż trochę akcentu na wspólnotę, jest jednocześnie przeniesieniem przyczyny sprawczej poza indywiduum. Widzicie już do czego zmierzam? Kolektywistyczne ujęcie zawarte w lewicowości, antyegoizm ją charakteryzujący, powoduje ostatecznie więcej problemów, niż rozwiązuje. Przyjęcie tej perspektywy już a priori musi wiązać się w jakimś stopniu z pozbawieniem ludzi poczucia kontroli nad własnym życiem. I przestają w tym momencie dziwić bliskie związki bezrobotnych i lewicy. Tworzy się pewnego rodzaju błędne koło; im ktoś bardziej bezradny, tym bardziej skłonny sprzedać swą duszę lewicy, która oczywiście da pocieszenie, znosząc jego odpowiedzialność i szukając nieszczęścia poza nim samym, przyczyn upatrując w systemie, innych ludziach, złych kapitalistach, natomiast jednocześnie to czyniąc, wpędzi go w tę samą bezradność co determinizm, świetnie wynajdując kolejne powody, dla których nie może mu się bez niej udać.

Istnieją takie konserwatywno-drobnomieszczańskie archetypy: self-made mana, kowala swego losu, szeryfa przywracającego w pojedynkę porządek we wsi czy innego samotnego vigilante, ochoczo obśmiewane przez bystrzachów z lewicy, mylnie traktujących je jako prawicowe opisy rzeczywistości*. Ludzie ci demaskują je tryumfalnie, wykazując, jak bardzo nie przystają one do panujących realiów, uznając za fałszywe, zbędne i szkodliwe. Sęk w tym, że to nie jest żaden opis, lecz część prawicowej mitologii, czegoś mającego działać normatywnie. Każda z tych figur, zwróćcie uwagę, kompletnie internalizuje przyczynę sprawczą. Działa więc dokładnie przeciwnie do obamowskiego „You didn’t build that.”. Jest pomnikiem pychy postawionym samodzielnej jednostce, dumnej ze swoich i wyłącznie swoich osiągnięć, który daje kopniaka kolejnej, by podjęła próbę i poszła w jej ślady.

Jeśli więc zastanawiacie się, czemu ludzie wierzą w takie naiwne bzdury jak randyzm, to jedną z podpowiedzi będzie taka: niektóre złudzenia, mitologiczne przekłamania wpływają na ludzi korzystniej niż prawda i dlatego opłaca się je zachowywać. Nie widzę sensu tłuc pospólstwu do głów tez, że życie w małym stopniu zależy od nas samych, jeśli większość zastanawiając się później nad takimi prawdami, ustali granicę swej niemocy bliżej, niż gdyby zrobiła to żyjąc w poczuciu, że jest dokładnie odwrotnie, nie wykorzystując części swoich talentów i twórcych mocy. No po co?

I teraz zgodnie z treścią tej notki, mógłbym oczywiście wskazać ponownie smootnego, jako tego, dzięki któremu ona powstała, ale zdemotywowałbym się, dzieląc się z nim chwałą i sławą, powiem więc:

To jest notka na skalę moich dzisiejszych możliwości. Wiecie co ja nią robię? Otwieram oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówię – to moje, tylko moje i to nie jest moje ostatnie słowo! (w tym miesiącu!)

I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest notka prywatna, napisana w oparciu o moje doświadczenia i przemyślenia, stoi na moim blogu, która sobie zniknie pod stertą następnych, gdy zechce mi się je napisać.

* – osobną kategorią geniuszy są prawicowcy, wierzący że te archetypy stanowią część opisu rzeczywistości…

Reklamy

16 thoughts on “Re: Co dziedziczymy?

  1. Wydawanie sądów albo podejmowanie działań z powodu wiary w determinizm jest stanowiskiem wewnętrznie sprzecznym. Nie wiem, jak można być „bystrzachem” i tego nie widzieć.

    • Pampi, język polska jest trudne przez te rodzajów płciów. W ramie walką ze stygmatyzowaniu gender, proponuję nie wgłębiowywać się w płeć bystrzach.

      Pisał to anarchista gramatyczna.

    • Nie ma czegoś takiego jak zbiegi okoliczności. ;) To przeznaczenie. :P

      Po panteistycznemu powiedzmy, że jesteśmy wszyscy procesem świadomości poznającego się Intelektu i teraz miało miejsce swego rodzaju przesilenie.

      Patrz:

      • W filmiku podlinkowanym w tamtym artykule:

        jest IMO pewna bzdura. Parafrazując wymowę wstępu – żeby coś się mieściło w paradygmacie nauki wszystko musi być zdeterminowane. Fizyka kwantowa nie jest zdeterminowana, a jest nauką.

      • Ale gdy idzie o mechanikę kwantową, też nie ma jednomyślności. Przecież czepiają się interpretacji kopenhaskiej, właśnie dlatego, że nie jest deterministyczna. I mamy na przykład, alternatywną: bohmowską.

        Paradygmaty w nauce się zmieniają, istnieją stronnictwa różnych, więc trudno powiedzieć jaka nauka ostatecznie jest.

      • Nie wiem, co to interpretacja kopenhaska, ani co to interpretacja bohmowska. Pytanie brzmi – czy istnieje jakaś fizyka kwantowa NIE oparta o równanie Schrödingera, które opisuje falowy rozkład prawdopodobieństwa materii? Bo to jedyna fizyka kwantowa, jaką znam i, o ile wiem, równania Schrödingera powszechnie obowiązują do dziś.

      • To se wygooglaj.

        Interpretacja kopenhaska jest najbardziej popularną i jest indeterministyczna, więc mechanikę kwantową znasz pewnie poprzez nią.

        The point is: zapewne znajdziesz wielu ludzi, którzy powiedzą, że taka ASE jest nienaukowa, bo nauka ma być oparta na empiryzmie. I niektórzy, czasem ją uznają za pseudonaukę. Tak samo jest w fizyce. Może ludzie, których się czepiasz, uznają że naukowość wiąże się z determinizmem i po cichu sobie wybierają Bohma, tak jak my Misesa, mimo że mainstream obstaje przy kimś innym?

  2. Widzisz, fat, celowo rzecz ustawiłem tak, a nie inaczej. Najpierw napisałem, że po naszych rodzicach dziedziczymy podstawowe wartości, postawy i przekonania, by potem próbować obronić tych kilka osób, których akurat nie lubię. Bo akcja jest taka, że jednak w wyniku socjalizacji wtórnej nierzadko przewartościowujemy nasze pierwotne postawy, buntujemy się przeciwko nim i od nich odchodzimy. Ot, przykład pierwszy z brzegu: Bronisław Wildstein.

    Sprawa nie jest po prostu taka krystaliczna i ja sam, choć napisałem, że owszem, pewne podstawy aksjologiczne dziedziczymy (i cały czas będę się tego trzymał), to jednak w trakcie życia nierzadko zdarza nam się naszą etyczną nadbudowę zmieniać. Nie wykluczam więc, że i tymże celebrytom się zdarzyło. Nie chodzi mi o to, że oni rzeczywiście nie mają takich poglądów, jak rodzice, że nie robią w dyskursie medialnym tego, co ich rodzice w politycznym. Nie chodzi o to. Chodzi o to, że oni wcale nie muszą tego robić, a próba dyskredytacji dziecka przez rodzica niekoniecznie jest prawomocna.

    Mało tego, uważam, że następny Twój akapit, w kwestii penalizacji, odkrywa nam jeszcze bardziej skomplikowaną rzeczywistość. Bo jeśli nawet założyć (pewnie nawet zgodnie z prawdą, choć nie mam zamiaru tego roztrząsać), że to, nazwijmy brzydko, „doły społeczne” górują, gdy chodzi o popełnianie przestępstw, to jednak nie zapominałbym, że przestępstwo przestępstwu nierówne. Truizm, wiem. Ale np. stwierdzenie, że ludzie „wyssali przestępstwa z mlekiem matki” jest słabą parodią tematu (nie wnikam, na ile to miała być parodia:). I może nie zawsze zakład penitencjarny jest najlepszym wyjściem.
    Zerknij sobie tutaj, do 4. rozdziału „Bez państwa” Rafała Górskiego:
    http://otworzksiazke.pl/ksiazka/bez_panstwa/rozdzial/5/

    pzdr,

    • smootnyclown:

      Widzisz, fat, celowo rzecz ustawiłem tak, a nie inaczej. Najpierw napisałem, że po naszych rodzicach dziedziczymy podstawowe wartości, postawy i przekonania, by potem próbować obronić tych kilka osób, których akurat nie lubię. Bo akcja jest taka, że jednak w wyniku socjalizacji wtórnej nierzadko przewartościowujemy nasze pierwotne postawy, buntujemy się przeciwko nim i od nich odchodzimy. Ot, przykład pierwszy z brzegu: Bronisław Wildstein.

      Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. Natomiast uznałem, że sam podejdę do tego trochę ogólniej i wykorzystam głównie motyw nie bycia odpowiedzialnym za swoje życie, które jednak jakiś kształt zdążyło osiągnąć – kształt, który mógł się komuś nie spodobać (z powodu wytworzenia takiego gustu u oceniającego, być może równie mimowolnie).

      Gdyby przyjrzeć się tak gruntownie sprawie, pozostając przy deterministycznej optyce, to i socjalizacja wtórna niewiele zmienia. Jest takim samym zewnętrznym wpływem na nas, jak socjalizacja pierwotna. A determinowani jesteśmy całkowicie z zewnątrz, bo nawet w stanie surowym, abstrahując od jakiejkolwiek socjalizacji i nasza genetyka pochodzi spoza nas, bo od naszych rodziców. Nie ma więc żadnego wnętrza, nie dysponujemy żadną faktyczną autonomią, jesteśmy jakimś programem, który na końcu życia okaże się jakiś, bo wtedy można będzie wyciągnąć ostateczne wnioski na temat tego, jakim wpływom się poddaliśmy i do jakiego stopnia, a jakim nie,

      A Wildstein, nawet jeśli dzięki socjalizacji wtórnej uciekł od potencjalnych krytyków, jakich by spotkał w życiu, gdyby pozostał przy wartościach zinternalizowanych przy socjalizacji pierwotnej i tak skazany jest na spotkanie innych, którym nie będą odpowiadały jego obecne. Podpada innemu środowisku i tyle. Zawsze się komuś za coś podpada. :)

      Nie wykluczam więc, że i tymże celebrytom się zdarzyło. Nie chodzi mi o to, że oni rzeczywiście nie mają takich poglądów, jak rodzice, że nie robią w dyskursie medialnym tego, co ich rodzice w politycznym. Nie chodzi o to. Chodzi o to, że oni wcale nie muszą tego robić, a próba dyskredytacji dziecka przez rodzica niekoniecznie jest prawomocna.

      Druga sprawa. Nawet atak na tych celebrytów możemy pół-deterministycznie, pół-niczeańsko sponiewierać, bo co oni mogli w zasadzie, wynieść z domu? Jako dzieci niewiele pewnie rozumiały, nie wiedzieli czym naprawdę zajmowali się ich rodzice, ale mogli przejąć od nich sam stosunek do życia. Pewien rodzaj stanowczości, stawiania na swoim, bezwzględności wobec drugiego człowieka i parcia do wybranego przez siebie celu. Okazać by się więc mogło, że taka Olejnik, osiągnęłaby w życiu dokładnie to samo, gdyby była córką, dajmy na to, ambitnego biznesmena, który równie bezlitośnie rozprawiałby się ze swoimi pracownikami albo konkurencją, opowiadając po powrocie w domu swojej dziewczynce, jak ostro trzeba w życiu walczyć o swoje i nie być sentymentalnym.

      W związku z tym, można pognębić tych, którzy te plakaty rozlepiają, że nie potrafili się znaleźć w miejscu, w którym zdeterminowaliby się do rozpychania łokciami, wyraźnego faworyzowania rozmówców, z którymi sympatyzują, nie zrobili więc wystarczająco wiele, by znaleźć się na świeczniku, na jakim zasłużenie znaleźli się ludzie z ich plakatów, bo mieli w domu odpowiednie po temu wzorce. :)

      Rozlepiają to zatem resentymentalne miernoty, zawistne i słabe.

      Mało tego, uważam, że następny Twój akapit, w kwestii penalizacji, odkrywa nam jeszcze bardziej skomplikowaną rzeczywistość. Bo jeśli nawet założyć (pewnie nawet zgodnie z prawdą, choć nie mam zamiaru tego roztrząsać), że to, nazwijmy brzydko, “doły społeczne” górują, gdy chodzi o popełnianie przestępstw, to jednak nie zapominałbym, że przestępstwo przestępstwu nierówne. Truizm, wiem. Ale np. stwierdzenie, że ludzie “wyssali przestępstwa z mlekiem matki” jest słabą parodią tematu (nie wnikam, na ile to miała być parodia:). I może nie zawsze zakład penitencjarny jest najlepszym wyjściem.

      Nie sądzę, aby tak było. Wydaje mi się, że „doły”, o tyle górują, że ich przestępstwa są ordynarne, wulgarne, trudne do ukrycia. „Góry” też przekraczają prawo, tyle że subtelniej, w sposób bardziej zawoalowany i elegancki, często przecież wyznaczają sobie rolę elity moralnej, więc dochodzi do tego element hipokryzji, na jaki doły nie są w tym stopniu narażone. „Ukradłem, no i co mi Pan zrobisz?” Ponieważ elity, siłą rzeczy, są rzadkie, procentowo może się okazać, że w ich klasie jest więcej przestępców niż wśród proletariatu, natomiast do przestępstw dochodzi z mniejszą częstotliwością.

      Deterministyczny wymiar sprawiedliwości i system penitencjarny. W zasadzie nie wiem jak to ugryźć. Wydaje mi się, że przy takim podejściu istnieje znacznie większe ryzyko na zaistnienie jakiejś inżynierii społecznej. Sama sprawiedliwość niewiele znaczy, bo w zależności od tego jak kto został zdeterminowany, inaczej ją rozumie. Więc zamiast walki o jej obowiązujące koncepcje, mielibyśmy do czynienia z bezpośrednimi próbami marginalizowania jakichś „podejrzanych” środowisk. Czyli co, wracamy do eugeniki i behawioryzmu, wykorzystując je do budowy pożądanego przez nas społeczeństwa, stawiając opór innym, z którymi się nie zgadzamy?

      Obejrzyjcie sobie „Kła” (oryginalny tytuł „Kynodontas”), lekki film o rodzicach-behawiorystach, warunkujących w izolacji swoje dzieci, którym opowiadają niestworzone rzeczy o zewnętrznym świecie. #takbędziewakapie ;)

  3. Gdyby przyjrzeć się tak gruntownie sprawie, pozostając przy deterministycznej optyce, to i socjalizacja wtórna niewiele zmienia. Jest takim samym zewnętrznym wpływem na nas, jak socjalizacja pierwotna.

    Jasne. Tyle że (usilnie wracając do mojego, lżejszego tematu:) to jest kolejny argument na rzecz tego, że niekoniecznie dzieci przejęły postawy rodziców:)

    A Wildstein, nawet jeśli dzięki socjalizacji wtórnej uciekł od potencjalnych krytyków, jakich by spotkał w życiu, gdyby pozostał przy wartościach zinternalizowanych przy socjalizacji pierwotnej i tak skazany jest na spotkanie innych, którym nie będą odpowiadały jego obecne. Podpada innemu środowisku i tyle. Zawsze się komuś za coś podpada. :)

    Znowu jasne. Ale mi chodziło akurat o to, że stary Wildsteina był komunistą. I to takim fest, wojskowym zresztą, o ile jeszcze pamiętam:). Wildstein tymczasem od takiej świadomej socjalizacji wtórnej (powiedzmy, że od 15. roku życia; miał 16 lat jak jego ojciec zmarł, więc wtedy już kompletnie) zrobił się antykomunistyczny-anarchistyczny. Później zrobił się antykomunistyczny-opozycjonistyczny. Związał się z KORem, Kuroniem, Michnikiem i tą ekipą, z którą po 89. zerwał. Zawsze się komuś za coś podpada, ale też samemu się wybiera komu:)

    Jako dzieci niewiele pewnie rozumiały, nie wiedzieli czym naprawdę zajmowali się ich rodzice, ale mogli przejąć od nich sam stosunek do życia. Pewien rodzaj stanowczości, stawiania na swoim, bezwzględności wobec drugiego człowieka i parcia do wybranego przez siebie celu.

    Znowu jasne.

    W związku z tym, można pognębić tych, którzy te plakaty rozlepiają, że nie potrafili się znaleźć w miejscu, w którym zdeterminowaliby się do rozpychania łokciami, wyraźnego faworyzowania rozmówców, z którymi sympatyzują, nie zrobili więc wystarczająco wiele, by znaleźć się na świeczniku, na jakim zasłużenie znaleźli się ludzie z ich plakatów, bo mieli w domu odpowiednie po temu wzorce.

    Mocno. Ja bym chyba się tak mocno nie wypowiadał, ale zgadzam się na ogólny kontekst wypowiedzi. Dodałbym tylko, że być może nie chodziło o same wzorce, czy ich brak, ale co się z tymi wzorcami zrobiło po 89:)

    Obejrzyjcie sobie “Kła” (oryginalny tytuł “Kynodontas”), lekki film o rodzicach-behawiorystach, warunkujących w izolacji swoje dzieci, którym opowiadają niestworzone rzeczy o zewnętrznym świecie.

    Obejrzę, nie omieszkam:)

    • smootnyclown:

      Jasne. Tyle że (usilnie wracając do mojego, lżejszego tematu:) to jest kolejny argument na rzecz tego, że niekoniecznie dzieci przejęły postawy rodziców:)

      To prawda. Tyle, że jak ktoś Ci przeszkadza, bo jest jakiś, to w sumie nieważne, czy jest taki z powodu: rodziców, rówieśników, wykładowców czy sam z siebie (genetycznie – czyli znowu przez rodziców). Determinista zawsze jakiś kij znajdzie.

      Tutaj akurat ludzie od plakatów, wynaleźli rodziców – czy mieli rację, tego nie wiem. Ale z pewnością wybrali sobie deterministyczny ogląd świata, do przeprowadzenia tej swojej krytyki.

      Zawsze się komuś za coś podpada, ale też samemu się wybiera komu:)

      Heh, w tym właśnie sęk, czy jakieś „samemu” w ogóle istnieje. Są ludzie, którzy łatwiej poddają się wpływom otoczenia – są zewnątrzsterowni, są też tacy, będący wenątrzsterownymi, na taką presję i jakąkolwiek krytykę bardziej odporni. Ale czy w świetle determinizmu, zarówno jedni jak i drudzy, mają jakikolwiek wybór?

      Co jeśli Wildsteinem kieruje jakaś skłonność do eksperymentowania, stałego zmieniania środowiska, jakiś masochizm i potrzeba dowartościowania wyborem trudniejszej drogi, pociąg do heroizmu i Bronisław nie ma żadnej szansy na ucieczkę od tego, bo taki po prostu jest? To jest właśnie smutne w determinizmie, że nawet ewentualne szczytne czyny są jedynie koniecznością, jak wszystko inne. Jedni są konformistami, inni nonkonformistami, bo muszą.

      Cała kategoria zasługi paruje.

      Mocno. Ja bym chyba się tak mocno nie wypowiadał, ale zgadzam się na ogólny kontekst wypowiedzi. Dodałbym tylko, że być może nie chodziło o same wzorce, czy ich brak, ale co się z tymi wzorcami zrobiło po 89:)

      Może i mocno. Dlatego już opuszczam tryb deterministyczny, bo jest przygnębiający. Chciałem tylko tą notką zaznaczyć, że jeśli stwierdzasz, że ludzie mają nikły wpływ na swoje życie, to nie ma za bardzo sensu: ani ich obrona, ani atak w nich wymierzony. Czegokolwiek by nie robili. To samo zresztą dotyczy ich oponentów – chyba, że traktujesz jedno bądź drugie wyłącznie jako bodziec i chcesz wywrzeć na nich jakiś wpływ. Ale jako sam opis czy forma moralizatorstwa?

      Wiara w istnienie wolnej woli pozwala nam nie traktować się jak, może skomplikowane, ale jednak tylko przedmioty, którymi można manipulować. I także z tego powodu, zachęcam wszystkich, by jej nie podminowywali, możemy bowiem skończyć rządzeni przez jakichś technokratów-psychopatów, traktujących nas jak grunt pod swoimi stopami. W sumie to nie jesteśmy daleko od tego…

  4. Oh, wcale nie stwierdzam, że ludzie mają nikły wpływ na swoje życie. Uważam, że mają całkiem spory, tyle tylko, że nie w retoryce libertariańskiej, a raczej w retoryce komunitariańskiej:)

    ps. znajdź sobie w księgarni zbiór opowiadań Teda Chianga „Siedemdziesiąt dwie litery”, a tam przeczytaj sobie opowiadanie: „co z nami będzie?” (ew. może w internecie jest oryginał: What’s expected of us, dosłownie 5 stron:)

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s