Króciak: Niemiłosierne, dominikańskie pierdolenie.

Zazwyczaj nie komentuję bieżących wydarzeń, tym bardziej medialnych. Nie lubię także przerywać pracy nad wpisami, gdy się już za taką biorę — teraz jednak to zrobię. Oderwę się i skomentuję krótko wypowiedź, jaką miałem okazję w dniu dzisiejszym usłyszeć. A proszę, podzielę się nią z Wami, jako że rzadko coś potrafi mnie wytrącić z równowagi, tak ten bezprzykładny akt głupoty i małostkowości był w stanie to zrobić.

W roli pierdolącego: o. Paweł Gużyński, komentujący decyzję porzucenia kapłaństwa (wraz z jej uzasadnieniem) przez Jacka Krzysztofowicza. Olejmy opowiadanie się po stronach miłości abstrakcyjnej i nieabstrakcyjnej, błędy teologiczne i zajmijmy się sednem. Sedno jest takie: Gużyński ma żal do Krzysztofowicza, że ten odszedł. Mówi o błędzie redukcji wiary do poziomu uczuć i w tej kwestii może mieć nawet rację, sęk w tym, że to się nijak nie odnosi do najistotniejszej części uzasadnienia jego dawnego kolegi. Mianowicie, tego:

Mam głębokie poczucie, że ja się wreszcie odważyłem na to, żeby żyć i kochać, że ja nareszcie dojrzałem do tego, do miłości, do takiej ludzkiej, zwyczajnej miłości do czegoś, czego się bardzo bałem, przed czym się uciekałem i chroniłem w habicie, stając za ołtarzem i nim się odgradzając od świata i od ludzi.

Tego, że Krzysztofowicz, jak sam przyznał, zdecydował się na kapłaństwo ze strachu przed czymś innym. Tak ogólnie rzecz biorąc, nie jest to specjalnie szczęśliwa motywacja do robienia czegokolwiek. Jeśli ktoś miałby pracować ze mną czy dla mnie, jedynie z braku laku, wyleciałby w chwili w której bym się zorientował, że taki właśnie ma stosunek do tego, co mamy robić. Tym bardziej, jeśli dotyczyłoby to mojego sacrum.

Jeśli po ćwierćwieczu gość ostatecznie rezygnuje z czegoś, czym zajmował się z zupełnie niewłaściwych powodów, wypadałoby życzyć mu powodzenia tam, gdzie ma nadzieję się sprawdzić i cieszyć się, że nie będzie dłużej wypaczał sensu, jaki miał nadawać, zajmując się tym co do tej pory, z nieodpowiednich względów. Tymczasem tutaj pojawiają się pretensje i zarzucanie myślenia fiutem. Słyszymy Gużyńskiego traktującego całą sprawę jak jakąś grę, w której kolega przegrał, odpadł, miał pecha. Opowiadającego o innych, co mieli kryzys, ale dalej się w niej utrzymują. Bo gra polega na wytrwaniu za wszelką cenę w drużynie.

No i na koniec wywiadu ta czysta wściekłość wynikająca z bezsilności i rozczarowania postępowaniem kolegi. Żadnego namysłu nad tym, czy warto robić pewne rzeczy z niewłaściwych powodów i wbrew sobie. Żadnego namysłu nad życiem wewnętrznym innych ludzi, tylko „zabijanie śmiechem psychologicznych bajeczek”. Wszakże Ojciec Paweł najlepiej z doświadczenia wie, że wszyscy ludzie charakteryzują się tak prostą budową wewnętrzną jak on sam…

Dlatego właśnie zinstytucjonalizowana religia to niemała chujnia — przez takich plebejskich prostaczków z klapkami na oczach. Lepiej już interesować się jej peryferiami, indywidualnymi formami kultu jak mistycyzm czy gnoza, którymi zajmują się ludzie faktycznie mający jakieś predyspozycje do zajmowania się sprawami ducha, są po prostu wrażliwi, w przeciwieństwie do takich „kaprali” jak Gużyński. Tak czy owak, jego występ w tefałenwizji, bez krztyny nie tylko rozumu, ale i miłosierdzia, może pijarowsko odbić się na dominikanach wyłącznie źle. A można było wybrnąć z tego z twarzą — wystarczyła odrobina życzliwości. No ale się nie dało, trzeba było dowalić, nie?

Reklamy

2 thoughts on “Króciak: Niemiłosierne, dominikańskie pierdolenie.

  1. Trochę trudno mi zrozumieć o. Pawła Gużyńskiego. Jeśli J. Krzysztofowicz pisze prawdę, to nie miał powołania do życia konsekrowanego. Jeśli nie miał powołania do życia konsekrowanego trudno by w nim trwał. Oczywiście odejście z zakonu jest przeżyciem strasznym i być może wielkim błędem, którego nie uda mu się odwrócić już nigdy. Największą wadą tego telewizyjnego monologu jest jego ogólny charakter. Tak naprawdę w tej rozmowie Jacka Krzysztofowicza nie ma, by czegoś się dowiedzieć potrzebne byłoby poznanie jego życia.

    Jednocześnie gdyby był on w tej rozmowie byłaby ona zbyt intymna by być prowadzona publicznie. Na miejscu ojca Pawła Gużyńskiego odmówiłbym komentarza w tej sprawie wyjaśniając powody tej odmowy.

    • Ale co Jacek Krzysztofowicz miałby powiedzieć w dialogu z Gużyńskim, skoro jego poprzednia wypowiedź, wygłoszona na antenie radiowej, została odebrana przez tego drugiego, jak została odebrana? To znaczy: zupełnie zignorowana i zbagatelizowana?

      Nie sądzisz, Apfelbaumie, że nie ma większego sensu rozmowa z ludźmi, którzy uważają, że znają lepiej od Ciebie Twój stan wewnętrzny? Co miałoby przekonać ich, że tak jednak nie jest? I czemu J. Krzysztofowicz miałby ich przekonywać? Przecież nie ma obowiązku się nikomu tłumaczyć, to jest tylko jego dobra wola.

      Co się tyczy ostatniej kwestii, obawiam się, że ojciec Paweł Gużyński nie był w stanie odmówić komentarza, gdyż osobiście o udostępnienie anteny zabiegał, by takiego komentarz wygłosić. Czy zakony mają swoich rzeczników i wyżej wymieniony jest jednym z nich, czy też nie mają i mówił za siebie?

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s