Deus ex machina — rozszerzenie zapisków z łoża

Notes przy łóżku, pamiętaj o tym cholernym notesie…

O najsilniejsze inspiracje najłatwiej przed snem, w czasie snu bądź w międzyśnie, kiedy to bodźce z zewnątrz są w największym stopniu wyciszone, a myśl kołacze się gdzieś w odmętach pamięci długotrwałej. Jak grom z jasnego nieba pojawia się pomysł, człowiek potrafi ująć go z każdej strony. Jest w stanie objąć umysłem wszelkie możliwe ścieżki rozwinięcia tego pomysłu, bądź jak natchniony rozwiązuje w jednej chwili postawiony wcześniej problem.

Ileż to razy obiecywałem sobie przed zapadnięciem w sen, że jutro się nad tym olśnieniem zastanowię, a gdy jutro wreszcie nadchodziło, nie pamiętałem czym miałem się zająć! Stwierdziłem wreszcie — dosyć, nie będę dłużej marnotrawił krótkotrwałych błysków intelektu swego, muszę to notować.

Owszem, czasem zdarzało się, iż podekscytowany czymś zrywałem się na równe nogi, zaczynając i w środku nocy pracę nad materiałem objawienia, ale zazwyczaj efekt końcowy pozostawiał wiele do życzenia. Noc, poza nastrojem niezwykłości takich chwil i poczuciem rozumienia meandrów Wszechrzeczy, nie oferuje klarowności przelewania myśli w słowa. Najlepiej więc zanotować hasło czy parę skojarzeń w nadziei, że w blasku światła uda odtworzyć się wczorajszą myśl, a noc pozostawić sobie na pławienie się w wizjonerskich nastrojach. Otóż wczoraj mi się widziało, coś też zapisałem. Postaram się odtworzyć większą tego część. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Zaczęło się niewinnie. Jak zwykle. Najprawdopodobniej pod wpływem ostatniego wpisu poświęconego empatii, kolejną próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”, tym razem dotykającego genezy własnego światopoglądu, postanowiłem przemyśleć sprawę ukorzenienia idei w człowieku. Gdzie szukać początków swoich przekonań? Co determinuje, że pewna myśl staje się dla nas atrakcyjna, a inna odpychająca? Czy można zawczasu przewidzieć, które przyjmiemy, a które odrzucimy? Z pewnością w przypadku tych pytań jestem epigonem i wielu ludzi zdążyło zadać je wcześniej, być może doszli nawet do jakichś rozstrzygnięć, ja jednak w ramach swej racjonalnej ignorancji nie podjąłem nawet próby ich odnalezienia. Domyślam się, że najbliżej będzie im pewnie kognitywistyki i jej okolic, ale wolę dochodzić do pewnych rzeczy o swoich siłach, chociażbym miał wyważać otwarte drzwi.

Od czego jednak zacząć? Gdzie znaleźć punkt zaczepienia? Przyjąłem założenie, że świat w dużym stopniu jest odbiciem ludzi, którzy w nim działają. Upodabnia się więc do nich, a oni odciskają w nim swe piętno. Myśli na ogół stanowią próbę uchwycenia określonych, możliwych oddziaływań na otoczenie, czyli świat właśnie. Idee stanowią ich bardziej sformalizowane ujęcia. Ostatecznie jednak, antropiczna część świata, jak sama nazwa wskazuje, źródło swojego sensu ma w człowieku. I to w nim, jego własnościach i chęci uzgodnienia wnętrza z zewnętrzem, należy szukać źródła przywiązania do jakichś zewnętrznych względem niego samego przedmiotów. Takich jak idee, chociażby. Chodzi zatem o harmonizację obu stron swoich relacji intencjonalnych. Podmiotu z przedmiotem. To, czego nie sposób ze sobą pogodzić — odrzuca się.

Na warsztat wziąłem swoje przywiązanie do idei wolnego rynku. O ile niemożliwe jest wyznaczyć jakąś konkretną, graniczną datę, która wskazywałaby na świadomą decyzję akceptacji tej idei w formie jakiegoś przełomowego postanowienia, o tyle gdy przyglądam się swemu życiu, zauważam że w zasadzie od samego dzieciństwa nie miałem najmniejszych problemów z jej internalizacją. Nigdy też nie przeszedłem etapu sprzeciwu wobec niej, a kiedy zdawszy sobie z tego sprawę, spróbowałem taki w sobie wzbudzić (w imię osiągnięcia ideału człowieka sprawiedliwego, krytycznego względem nie tylko siebie samego, ale i swoich poglądów) efekty były doprawdy mizerne. Nie byłem w stanie wyprodukować na tyle sensownej krytyki wolnego rynku, abym potrafił się nią przekonać do istnienia jakiegoś przyczynku do jej teoretycznego odrzucenia. Szukałem więc wytworzonej przez innych i szukam jej nadal, ale wszystko co znajduję okazuje się tak samo nieprzekonujące, odległe i niemalże organicznie obce. Jedynie w ramach grzeczności, mogę udawać przy kontaktach towarzyskich, iż traktuję stanowiska opozycyjne mojemu serio. Z drugiej strony, gdy nie staram się dystansować od swoich poglądów, nawet na tę nieprzekonującą krytykę (zatem niegroźną), reaguję z rozdrażnieniem, wskazującym że został mi uczyniony jakiś osobisty afront. Tak jakby moje stanowisko, akurat ta idea, była częścią mnie, przedłużeniem mojej osoby w świecie inteligibilnym i jej krytyka jednocześnie dotykała personalnie mnie.

Wreszcie, dzięki temu nocnemu olśnieniu dotarło to do mnie jasno i wyraźnie — po części, poprzez analogię, ona jest częścią mnie! Zagadka została rozwiązana. Trzecią część swojego niedawnego cyklu introspekcyjnego poświęciłem empatii. Właśnie ona okazała się kluczowa i rozstrzygająca. Połączyłem kropki i wszystko pasuje. To co wewnątrz uzupełnia się z tym co na zewnątrz. Wiecie już, dlaczego wolny rynek jest mi tak organicznie bliski?

Dlatego, że podporządkowuje twórczość empatii. Jest zasadą wymuszającą od jednostek jej użycia na wyższym szczeblu — poziomie życia społecznego, w gospodarce. Reguły wolnego rynku skłaniają ludzi do dobrowolnego podporządkowania swoich talentów i umiejętności, ogólnie pojętej kreatywności i twórczości, potrzebom innych. Kto nie potrafi postawić się w sytuacji drugiego człowieka, wyobrazić sobie jego potrzeb i znaleźć sposobu ich optymalnego zaspokojenia, nie jest wynagradzany. Społeczność wolnorynkową tworzy się poprzez wzajemną służbę opartą o ciągłe pytanie o cudze potrzeby. Przez nasłuchiwanie ich. Stałe odgadywanie.

Kto przestaje o nie pytać, a sam zaczyna o nich mówić, definiować je, ustalać, twierdząc że je zna, dzielić na „prawdziwe i uzasadnione” oraz „fanaberie” — zrywa z wolnym rynkiem. Zrywa więc i z empatią, którą zastępuje tym, co się mu roi w głowie, usiłując wszystkich do tego dopasować. Nie interesują go już faktyczne, aktualne potrzeby innych ludzi, co najwyżej wizja tego jakimi powinny być, dyktowana przez wybraną ideologię. Wolny rynek nigdy nie zgromadzi żadnej trwałej, ponadczasowej wiedzy, dlatego stale słucha, stale szuka. Ktoś kto uznaje, że już wie — słuchać i szukać przestaje. Bo uznaje, że już wie.

Z tego jak bardzo adekwatna jest analogia między słuchaniem i mówieniem a wolnym rynkiem i etatyzmem, zdamy sobie sprawę gdy przyjrzymy się naszej smutnej teraźniejszości.

Dzisiaj się nie słucha. Dzisiaj się żąda i szantażuje, a więc mówi. Branża samochodowa w Stanach nie musiała słuchać, odgadywać potrzeb motoryzacyjnych ludzi. Ignorowała je, produkując szmelc, który sprzedawał się marnie. Czy poniosła jakieś konsekwencje w związku z tym, że nie była empatyczna wobec potencjalnych konsumentów? Nie. Wystarczyło, że bezczelnie uznała się za too big to fail, strasząc krótkoterminowymi następstwami swojego upadku i szantażując moralnie kogoś innego, kto ją wybailoutował, kradzionymi zresztą pieniędzmi.

Żyjemy w czasach, w których wielkich producentów nie obchodzą potrzeby konsumentów, a ich własne. Są wobec nich roszczeniowo nastawieni, bądź traktują ich jak następny surowiec, a sprzedaż swoich wyrobów jak kolejny etap produkcji. Jeśli coś nie schodzi, to dla nich nie informacja, iż należałoby coś zmienić i dostosować się do potrzeb innych, a że trzeba na tych innych podziałać w taki sposób, by wreszcie zaczęło schodzić bez wprowadzania jakichkolwiek zmian w ofercie. U Carsona możemy znaleźć genialny cytat z Friedenberga poświęcony właśnie temu zjawisku:

Chociaż nazywani „klientami”, członkowie „poborowych klienteli” nie są uznawani za klientów przez biurokratów, którzy ich obsługują, jako że nie mogą oni swobodnie wycofać się ani odmówić kupienia produktu, ani poszukać go gdzie indziej. Postrzegani są jako surowiec, którego sektor usługowy potrzebuje do wypełnienia swoich społecznych funkcji i do kontynuowania swojej egzystencji. Nie trzeba wielu godzin obserwacji działalności szkoły państwowej – ani szczególnej uwagi – żeby stwierdzić, iż dzieci są tam, bo to szkoła ich potrzebuje, a nie odwrotnie.

(…)

[Wydatki szkół publicznych] są pieniędzmi wydawanymi na zapewnienie dóbr i usług dla ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia o tym, czym te usługi mają być i jak mają być administrowane; i dla tych, którzy nie mają żadnego prawa, żeby odmówić tego zwyczaju przez nieuczestniczenie w nim, nawet gdy oni sami i ich rodzice czują, że to, czego szkoły dostarczają jest odrażające i szkodliwe. Daje się im podręczniki, których w przeciwieństwie do innych dzieł, od Biblii do najlichszej pornografii, żaden człowiek nie kupiłby dla własnej satysfakcji. Nie są one, ściśle biorąc, „książkami na zbyt”; raczej, komitety, których żaden członek nie kupiłby takich książek do własnej biblioteki, przyjmują je dla przymusowego użytku setek tysięcy ludzi.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s.215

tłum. Krzysztof Śledziński

Ale nie tylko wielcy producenci przesiąkają tą antyrynkową logiką. Równie roszczeniowi potrafią być ludzie ze społecznych nizin. Oni także, skupieni wyłącznie na swoich potrzebach, domagają się by to właśnie one zostały zaspokojone, a oni sami mogli pracować w tym samym miejscu, w ten sam sposób, w głębokim poważaniu mając konsumentów. Tylko taki mają produkt do zaoferowania, tylko taki chcą sprzedawać, praca istnieje zaś jedynie po to, aby dawać im pieniądze do ręki, a nie by jej efekty miały wychodzić naprzeciw czyimś potrzebom. Ludzie z nizin społecznych też mają swoją metodę na szantaż. Najczęściej sprowadza się do epatowania trudną sytuacją finansową rodziny na utrzymaniu i własną, zazwyczaj w formie masowych protestów.

To właśnie tacy ludzie zostają klientami lewicy, która później w ramach zapobieżenia lokalnej „katastrofie humanitarnej” ratuje „miejsca pracy” w postaci przedsiębiorstw, które są too big to fail, bailoutując je. Szantaż moralny buraków z dołu zostaje użyty jako karta przetargowa przez tyle samo wartych arogantów z góry i staje się trwałą częścią w stałym repertuarze zetatyzowanej kultury biznesowej. Przenosi się to następnie na politykę państw przez oczekiwania wyborców odnośnie do „tworzenia miejsc pracy”. Co z kolei stanowi dalszą zachętą dla krzykaczy nie mających najmniejszego zamiaru słuchać głosu konsumenta, ale nieodparty by narzucić mu swą wolę, traktować go jak surowiec do przerobienia na etapie sprzedaży. Nieważne czego chce, ważne że my mamy swój chłam do wciśnięcia, metody na wyciśnięcie z niego pieniędzy i gęby do wykarmienia w domu, nie?

Niezmiernie bawią mnie, gdy podawani są w małych dawkach, osobnicy przypisujący wolnemu rynkowi jakieś demoniczne cechy, oskarżający go o korumpowanie ludzkiej natury czy też okrucieństwo, czemu zapobiec może wyłącznie trzymanie go w ryzach przez jakąś instytucję rządzącą się innymi prawami, zawiadującą sprawowaniem nad nim kontroli. Może to być państwo, czasem jakaś mniej formalna część społeczności. Dosadniejszym rozwiązaniem jest całkowite wybicie kłów rynku, w postaci własności prywatnej. Tymczasem, nie. Demoralizuje głównie jego brak. To jego brak zachęca do nieliczenia się z innymi. Ułatwia odwrócenie tej relacji, stawiania na piedestale siebie, swoich zdolności wytwórczych i podporządkowywania im innych, miast dopasowywać je do czyichś potrzeb. Wodzi na bezdroża biznesowej grafomanii. Brak wolnego rynku pociąga za sobą także utratę konieczności posługiwania się empatią w znacznej części życia społecznego, konkretniej tej odpowiedzialnej za wytwórczość i jej gratyfikację.

Nie ma większego znaczenia czy od rynku odchodzimy na rzecz etatyzmu, komunizmu, syndykalizmu czy jakiegokolwiek innego -izmu. Przestajemy słuchać potrzeb innych ludzi, zaczynamy słuchać potrzeb -izmu.

Niestety, kolektywistyczne formy anarchizmu, jak syndykalizm czy wolnościowy komunizm, napotykają na ten sam problem. Bardzo dobrze kwestię tę obrazuje powieść Ursuli LeGuin The Dispossessed. Jest to historia osadzona w anarchokomunistycznym świecie Anarres, który wpadł we władanie biurokratycznej klasy rządzącej. Przemysłowe syndykaty i federacyjne ciała planistyczne na przestrzeni dłuższego czasu nieuchronnie zaczęły korzystać z usług planistów i ekspertów. Bez względu na to, jak nominalnie demokratyczne były te ciała, niezależnie od tego, że np. wybierani do nich delegaci mogli być w każdej chwili odwołani, w praktyce wybrani członkowie zawsze opierali się na ekspertyzach doradców. Syndykaty i federacje, nominalnie odpowiedzialne przed pracownikami, spełniały funkcję niby pieczątki Gosplanu. I, rzecz jasna, kiedy planowanie zastępuje rynek, nie można uniknąć podobnej ossyfikacji.

Co gorsza, przykładów podobnej degeneracji zarządzania wcale nie musimy szukać w fikcji literackiej. W fascynujących badaniach nad „niechęcią pracowników do pracy”, Michael Seidman poddał analizie identyczny proces w kontrolowanym przez pracowników przemyśle Katalonii. CNT-UGT stopniowo przyjęło managerską postawę wobec pracowników, przed którymi formalnie była odpowiedzialna; co więcej, zaczęło obsesyjnie zwalczać brak posłuszeństwa i nieobecność w pracy, narzucając dyscyplinę pracy w identycznym stylu, jak za kapitalistycznych szefów. Rada Techniczno-Administracyjna CNT, przykładowo, ostrzegała, że nastąpi katastrofa, jeśli pracownicynie wyzbędą się szkodliwych „burżuazyjnych wpływów” (co najwyraźniej oznaczało, że wybierali czas wolny zamiast dodatkowej pracy bez wynagrodzenia), a dyscyplina w pracy nie zostanie przywrócona. UGT „przekazało swoim członkom informację, żeby nie wysuwali żądań w czasie wojny i ponaglało ich do pracowania więcej”. Podobnie jak siedemnastowieczni purytanie, CNT-UGT uznało, że obchodzenie świąt religijnych przez robotników jest poważnym utrudnieniem dla osiągnięcia odpowiedniej produktywności.

W obliczu sabotażu, kradzieży, nieobecności, spóźnień, symulowania chorób i innych form oporu klasy pracującej wobec pracy i miejsca jej wykonywania, związki zawodowe i kolektywy współpracowały ze sobą w narzucaniu surowych zasad i regulacji, analogicznych do tych, które wprowadzali kapitaliści, a często nawet ostrzejszych.

 W niektórych kolektywach przemysłu odzieżowego, wyznaczano „towarzysza”, który kontrolował wejścia i wyjścia, a także wymagano bezwarunkowej akceptacji wyznaczonej pracy i poleceń.

Kevin A. Carson, „Ekonomia polityczna mutualizmu” s. 340-341

tłum. Bartosz Stopel

Paradoksalnie więc, anarchiści tak często wycierający sobie gęby budowaniem świata bardziej przyjaznego człowiekowi, nie mają większego pojęcia, czego faktycznie człowiek chce i co uznaje za przyjazne sobie. Nie pytają, nie zastanawiają się, nie proponują. Oczekują. Wymagają. Podporządkowują, nie dając szansy na z alternatywę. O „anarchistycznej empatii” okazywanej ludziom, którzy z jakichś powodów nie chcieli na wsiach przyłączyć się do kolektywów i woleli żyć po swojemu, poczytać można na blogu Włodzimierza Gogłozy, w tłumaczonym przez niego tekście Caplana „Anarcho-etatyści z Hiszpanii. Historyczna, ekonomiczna i filozoficzna analiza hiszpańskiego anarchizmu”.

Wielce przewrotne dla wszelkich pięknoduchów przychylnych ludzkości musi być spostrzeżenie, że ideologie, jakimi się fascynują, obiecujące udoskonalenie systemu ekonomicznego, uniknięcia wad czy wręcz zastąpienia wyrachowanego, bezlitosnego, barbarzyńskiego mechanizmu wolnego rynku inną metodą dystrybucji dóbr, w efekcie ich wprowadzenia, rugują to, na czym najbardziej im zależało. Wolny rynek w ogromnym stopniu może być faktycznie wyrachowany, bezlitosny i barbarzyński, ale na poziomie produkcji z całą pewnością zachęca do korzystania z empatii, eliminując producentów (czy to małych, czy wielkich) nie potrafiących identyfikować i zaspokajać potrzeb innych ludzi, tworzących nikomu nie potrzebne przedmioty i usługi. Dylemat więc tkwi w wyborze: czy decydujemy się na rozwiązanie empatyczne w formie czy treści? Wolny rynek i znacząca większość jego apologetów zdecydowanie nie jest empatyczna w formie, o czym powszechnie zresztą wiadomo. Ich idea jednak ostatecznie empatię i empatów faworyzuje. Deus ex machina. Jej przeciwnicy, wręcz przeciwnie – w pijarze cierpią za miliony żyjące w niedoli, za jaką z pewnością odpowiada swoboda gospodarcza, szczerze chcą nieść im pomoc swymi rozwiązaniami, które w konsekwencji swej treści empatię i potrzebę z niej korzystania, unicestwiają – zastępując ideologicznym posłuszeństwem.

Czy zatem dalej dla kogoś wciąż stanowi tajemnicę fakt, że ataki na tę ideę zdarza mi się traktować personalnie? Tym bardziej dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę z roli jaką w moim życiu odgrywa zdolność stawiania się w czyimś położeniu, tak emocjonalnym jak i intelektualnym? Afirmacja wolnego rynku w moim przypadku wynika w znacznej mierze z autoafirmacji – afirmacji samego siebie. Spoiwem, wspólnym mianownikiem między podmiotem i przedmiotem, moim wnętrzem a otoczeniem, w tym wypadku ideą, jest empatia właśnie. Nic innego. Stąd bierze się ten odczuwalny organicyzm koncepcji wolnego rynku, niezdolność do przyswojenia jego krytyki, uznanie tejże za całkowicie pozbawioną sensu. Nie istnieje sensowna krytyka empatii dla kogoś, kto się na niej opiera — tym bardziej gdy obserwuje świat, w jakim brakuje jej właśnie w miejscu, w którym broniona przez niego idea ją zapewnia, zapobiegając degeneracji w jednej z najistotniejszych sfer życia. Pracy.

Ona nie istnieje po to, byś otrzymywał swoje kieszonkowe, ale po to, by służyła innym ludziom. Kieszonkowe dostajesz tylko dlatego, że komuś faktycznie do czegoś się przysłużyła i zrobiła mu dobrze – za to, że domyśliłeś się czego ten ktoś potrzebuje, bądź domyślił się tego Twój szef. Jeśli przestaniesz się domyślać i wsłuchiwać w potrzeby innych, a skupisz na sobie (bądź zrobi to Twój szef), kieszonkowego najprawdopodobniej nie będzie. I będę miał w dupie, ile osób masz w domu na utrzymaniu, czy ilu ludzi wyleci na bruk, gdy upadnie nierentowne przedsiębiorstwo, produkujące jakieś gówno. Oto najdosadniejszy, najbardziej bezwzględny trening lustrzanych neuronów i zarazem gwarancja, iż ludzie chociażby dla samego zysku, będą mieli motywację do zajęcia się potrzebami kogoś innego i trafnego ich określenia. A jeśli już chociażby zasugerujesz, że jestem Ci coś winien tylko z racji, że odniosłeś porażkę, obiję Ci ten zdemoralizowany, durny ryj. Staram się pomagać ludziom, o ile widzę, że klęski czynią ich pokornymi i gotowymi do korygowania błędów. Na innych szkoda mojego czasu. Niech gryzą glebę do momentu otrzeźwienia. Dopiero wtedy porozmawiamy ponownie.

Kto sprzeciwia się wolnemu rynkowi, sprzeciwia się stosowaniu empatii na gospodarczej płaszczyźnie naszej egzystencji. Kto sprzeciwia się stosowaniu tam empatii, stawia się w opozycji do mnie, jako że ja niej bazuję. Kto staje przeciw mnie i neguje zewnętrzny przejaw tego, co uznaję za najszlachetniejszą cząstkę, zarówno samego siebie jak i innych, ten z mojej perspektywy zasługuje na bezlitosne wdeptanie w ziemię. I o ile wcześniej nie skapituluje, także na to, że pozostanę jego zaprzysięgłym wrogiem po kres mego żywota. Ze skurwysyństwem, nawet nieświadomym, jestem gotów walczyć do utraty sił. Sprawa staje się osobista, bo to co charakteryzuje wolny rynek, charakteryzuje także moją wewnętrzną budowę.

W ramach bonusowych materiałów zamieszczam treść nocnej notatki. To stanowiło zarodek bieżącego wpisu:

świat zewnętrzny jest nawarstwionym obrazem ludzkiego wnętrza, wolny rynek to empatia na szczeblu życia społeczno-gospodarczego, sformalizowana. ludzka kreatywność i twórczość podporządkowana pytaniu o czyjeś potrzeby, forowani najlepiej rozumiejący innych

Alternatywa: państwo jako zasada zaprzeczenia empatii, podporządkowywanie innych zamiast odgadywania czego pragną, nakazywanie zamiast słuchania

zastanowić się nad atrakcyjnością oczekiwań wobec organizacji społecznej pod kątem cech własnych

Nie zapomnij o notesie…

Wersja offline – PDF

Reklamy

11 thoughts on “Deus ex machina — rozszerzenie zapisków z łoża

  1. Tekst Caplana spotkał się z odpowiedzią anarchistów. Nie wspomniałeś o niej. By coś komuś sprzedać nie trzeba współczuć, tylko przewidywać zachowanie. Psychopaci doskonale nadają się do roli sprzedawcy, bo głęboko jebie ich, co czuje klient, ale mogą doskonale przewidzieć, jak zareaguje. Współczuć tak samo nie musi treser psów, ani psycholog behawioralny, by zrozumieć przedmiot swoich badań. Współczucie może wręcz przeszkodzić, zarówno treserowi, jak, i sprzedawcy, i psychologowi. Bo każdy z nich musi panować nad swoimi reakcjami, a współczucie może bezwiednie hamować lub pobudzać człowieka do działania. Ja na przykład musiałem wyłączyć współczucie, by sprzedać kobiecie po udarze telefon z ekranem dotykowym. Gdybym nim się kierował, to zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nie powinna niczego brać. Bo wiedziałem, że do niczego jej się nie przyda, jest za czuły. I wiedziałam, że jako osoba z udarem będzie cierpiała na różne sposoby, że go kupiła. Towar nigdy nie został zwrócony, jeżeli pamiętam. Jeśli nie rozumiesz: to znaczy, że wykonałem dobrze zadanie. W najlepszym wypadku dobrze odgadłem oczekiwania mojego pracodawcy. Jego uczucia miałem jeszcze bardziej w dupie jednak.
    Poza tym: empatia nie rozwiązuje wszystkich problemów, które wskaże Ci w wolnym rynku człowiek przywiązany do swojej i cudzej wolności zarazem. Na wolnym rynku, tym kapitalistycznym, jedni ludzie podlegają rozkazom drugich. W razie nieposłuszeństwa mogą spotkać się z przemocą i spotykają się. Tracą wiec wolność za nieposłuszeństwo. To jest jasna oznaka braku wolności i to jest podstawowe źródło krytyki wolnego rynku, które pominąłeś.
    Przykłady, które podajesz, te dotyczące działania kolektywów wskazują na istnienie władzy, w pierwszym rzędzie, dla anarchisty, a nie braku empatii. Mało empatyczny osobnik nie powinien mieć wpływu na innych ludzi tak dużego, jak opisany w cytacie z Carsona, tak samo, jak empatyczny. Współczujący człowiek obdarzony władzą jest po prostu dalej dla anarchisty groźny i to, że kolektywy, obdarzone władzą nad jednostkami, są groźne, nie jest żadnym zaskoczeniem dla anarchisty, przynajmniej współczesnego. Jednak zwiększenie czyjejkolwiek empatii nie musi tu nic wnieść, jeśli człowiek dalej będzie posiadał władzę nad drugim człowiekiem, bo źródłem kłopotów dla anarchisty jest, po pierwsze, władza, a nie brak empatii. Twój „wolny rynek” nie stanowi wiec żadnej alternatywy la anarchisty.

  2. Jaś Skoczowski:

    Tekst Caplana spotkał się z odpowiedzią anarchistów. Nie wspomniałeś o niej.

    Zdaję sobie z tego sprawę. Nie wspomniałem, bo zrobił to już tłumacz tego tekstu w posłowiu, a ja całkowicie otwarcie przyznając się do swego lenistwa, zamierzam jego ocenie w tej kwestii zawierzyć, bo nie za bardzo chce mi się zostawać ekspertem historycznego epizodu, w którym nie ma żadnej strony, z jaką mógłbym się utożsamiać. Tym bardziej, że obrona anarchistów McKaya w rozdziale „E. The Rural Collectives”, która najbardziej mnie interesuje, jest po prostu słaba i chociażby dlatego nie zachęca do podjęcia działań na rzecz poznania tematu głębiej, no.

    Skoro sytuacje, w których okoliczne kolektywy wywierały naciski i miały decydujący wpływ na definiowanie tego czym jest praca najemna oraz blokowały możliwość pracy członkom rodziny indywidualnego posiadacza ziemskiego, uznając ją już za taką, miały miejsce, to nie wmówisz mi, że jakoś specjalnie były przychylnie nastawione w stosunku do potrzeb tego indywidualnego posiadacza ziemskiego (i jego rodziny). No nie były. Interesowała je czysto polityczna eliminacją alternatywnego sposobu organizacji pracy i narzuceniu swojego, prawomyślnego, poprzez utrudnianie innym życia.

    Ty upatrujesz w tym wypaczenia władzą jako taką, ja natomiast – tworzenia sztywnego, ideologicznego katalogu domniemanych potrzeb człowieka, któremu [katalogowi] chce się podporządkować empirię za pomocą tejże władzy. Różni nas to prawdopodobnie, że Ty w większym stopniu uznajesz władzę możliwą do ograniczenia, a ja nie – dlatego skupiam się na tym, co za nią stoi, starając się wykluczyć jedynie bardziej zgubne jej ukierunkowania, a nie nią samą.

    By coś komuś sprzedać nie trzeba współczuć, tylko przewidywać zachowanie. Psychopaci doskonale nadają się do roli sprzedawcy, bo głęboko jebie ich, co czuje klient, ale mogą doskonale przewidzieć, jak zareaguje. Współczuć tak samo nie musi treser psów, ani psycholog behawioralny, by zrozumieć przedmiot swoich badań.

    A przewidywać zachowania najłatwiej jest wtedy, gdy potrafisz przeniknąć drugiego człowieka na wskroś i przyjąć jego perspektywę poznawczą, dzięki czemu możesz wyobrazić sobie potrzeby z jakimi ma do czynienia i im zaradzić. Empatia nie sprowadza się tylko i wyłącznie do współczucia i odwzajemniania uczuć, to tylko jeden z jej aspektów przecież.

    Bo każdy z nich musi panować nad swoimi reakcjami, a współczucie może bezwiednie hamować lub pobudzać człowieka do działania. Ja na przykład musiałem wyłączyć współczucie, by sprzedać kobiecie po udarze telefon z ekranem dotykowym. Gdybym nim się kierował, to zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nie powinna niczego brać. Bo wiedziałem, że do niczego jej się nie przyda, jest za czuły. I wiedziałam, że jako osoba z udarem będzie cierpiała na różne sposoby, że go kupiła. Towar nigdy nie został zwrócony, jeżeli pamiętam. Jeśli nie rozumiesz: to znaczy, że wykonałem dobrze zadanie. W najlepszym wypadku dobrze odgadłem oczekiwania mojego pracodawcy.

    Rozumiem. Natomiast ja zaznaczyłem, być może nie dość dokładnie, ogólność tego ukierunkowania – ona oczywiście wpływa na to, że szerokość siatki tego sita jest znaczna i o ile sporo indywidualnych przypadków przez nią przepadnie w skali mikro, to jednak nie da się zaprzeczyć, że istnieje w nim odgórny bodziec ekonomiczny skłaniający do intencjonalnego nastawienia na rozpoznanie potrzeb drugiej osoby.

    I nie zmienia wcale tego faktu, że niektórzy mogą pracować w miejscu, w jakim ich szef przy wyborze asortymentu pominął pewien target potrzebujących, natomiast zachęca do sprzedaży za wszelką cenę (być może co wyjdzie mu na szkodę, bo klient któremu źle się doradziło więcej nie przyjdzie). I tego, że na rynku będzie mnóstwo nieempatycznych egoistów próbujących się dorobić. Sęk, że bez względu na to jakimi manipulantami by nie byli, ostatecznie i tak są zobowiązani potrzebami drugiego człowieka.

    A że część ludzi nie wie czego potrzebuje, a inna część nie potrafi im doradzić, albo radzi źle? Błądzenie jest rzeczą ludzką. I lepiej już błądzić z takim nastawieniem służebnym, niż nie zagłębiając się w czyjąś sytuację podporządkować go swoim widzimisiom.

    Gdyby więcej ludzi miało lepszy wgląd w innych i siebie samych, to rzecz jasna, byłoby mniej nietrafionych transakcji i inwestycji. Co tu dużo mówić, fajniej by było. Ale jak ma nas zbliżyć do tego stanu odrzucenie ogólnej zasady aby podporządkowywać swą wytwórczość czy usługi drugiemu człowiekowi a nie odwrotnie? Moim zdaniem nie da się osiągnąć ideału gęstszych grabi, odrzucając koncept grabi w ogóle. O ich gęstość powinni zadbać już poszczególni ludzie swoją codzienną praktyką. W ten sposób empatia stanie się poniekąd uszczelniaczem w sfery ekonomicznej, poprawi wydajność. Czy to źle?

    Dla mnie te dwie rzeczy są splecione ze sobą i kompatybilne, trudne do oddzielenia i tym wyjaśniam przywiązanie do tej idei. Czy ona jest dla anarchistów alternatywą, czy nie, interesuje mnie w coraz mniejszym stopniu: im więcej ich czytam, tym mniej poważam, niestety.

    A tak w ogóle to cześć.

  3. „Nie wspomniałem, bo zrobił to już tłumacz tego tekstu w posłowiu, a ja całkowicie otwarcie przyznając się do swego lenistwa, zamierzam jego ocenie w tej kwestii zawierzyć, bo nie za bardzo chce mi się zostawać ekspertem historycznego epizodu, w którym nie ma żadnej strony, z jaką mógłbym się utożsamiać. Tym bardziej, że obrona anarchistów McKaya w rozdziale “E. The Rural Collectives”, która najbardziej mnie interesuje, jest po prostu słaba i chociażby dlatego nie zachęca do podjęcia działań na rzecz poznania tematu głębiej, no.”

    Aha, czyli spodobał Ci się artykuł Caplana i posłowie Gołgozy, nie spodobała Ci się odpowiedź McKaya, stą o niej nie wspomniałeś. To wiele wyjaśnia. Na przykład to, że zamiast przedstawić swoje gusty w sprawie, pomijasz fakty. A fakty są taie: 30% populacji nie podległo kolektywizacji, a Gołgoza to anarchokapitalista, który bez przeczytania jednej strony dotyczącej historii tego okresu, ze względu na swój anarchokapitalizm możę stwierdzić, że to i tak był etatyzm. Bo anarchokapitaliści postanowili sobie definiować po swojemu państwo, co sprawia, że każdy złodziej jest pewnego rodzaju państwem według nich. Bardzo sprytne.

    „Skoro sytuacje, w których okoliczne kolektywy wywierały naciski i miały decydujący wpływ na definiowanie tego czym jest praca najemna oraz blokowały możliwość pracy członkom rodziny indywidualnego posiadacza ziemskiego, uznając ją już za taką, miały miejsce, to nie wmówisz mi, że jakoś specjalnie były przychylnie nastawione w stosunku do potrzeb tego indywidualnego posiadacza ziemskiego (i jego rodziny).”

    Pomijając twoje fantazje na temat blokowania czegokolwiek, o których nie będę z Tobą dyskutował (wolę sobie poszukać tego w tekstach jakiś historyków), to można być nieżyczliwym i szanować czyjąś wolność.

    „Różni nas to prawdopodobnie, że Ty w większym stopniu uznajesz władzę możliwą do ograniczenia, a ja nie – dlatego skupiam się na tym, co za nią stoi, starając się wykluczyć jedynie bardziej zgubne jej ukierunkowania, a nie nią samą.”

    Nie bardzo widzę to, dlaczego to podważa mojego twierdzenia, że racji nie masz, krytykując ludzi za brak czegoś, czego nie cenią. Anarchiści cenią brak władzy, w takim stopniu, jaki jest dostępny. I jest to la nich ważniejsze od współczucia. Np. nie wierzę w istnienie anarchisty, który tak bardzo będzie uważał okazywanie współczucia/empatii za ważne, że zechce rządzić kimś ze względu na to, że mu współczuje.

    „A przewidywać zachowania najłatwiej jest wtedy, gdy potrafisz przeniknąć drugiego człowieka na wskroś i przyjąć jego perspektywę poznawczą, dzięki czemu możesz wyobrazić sobie potrzeby z jakimi ma do czynienia i im zaradzić.”

    Gdyby tak było, doskonale potrafilibyśmy przewidzieć nasze reakcje, bo sobie współczujemy doskonale, praktycznie bez pomyłek. Ludzie od dawna nie potrafią przewidzieć swoich reakcji.

    „Empatia nie sprowadza się tylko i wyłącznie do współczucia i odwzajemniania uczuć, to tylko jeden z jej aspektów przecież.”

    No moim zdaniem jednak się sprowadza, bo możliwość przewidywania ludzkich zachowań nie wskazuje na brak empatii. Chyba, że uważasz, że manipulatorzy są wyjątkowo empatyczni. Co potwierdza, jeśli tak, że nie rozumiesz, co to jest empatia.

    ” Natomiast ja zaznaczyłem, być może nie dość dokładnie, ogólność tego ukierunkowania – ona oczywiście wpływa na to, że szerokość siatki tego sita jest znaczna i o ile sporo indywidualnych przypadków przez nią przepadnie w skali mikro, to jednak nie da się zaprzeczyć, że istnieje w nim odgórny bodziec ekonomiczny skłaniający do intencjonalnego nastawienia na rozpoznanie potrzeb drugiej osoby.”

    Ale to można napisać prościej: „chociaż praktyka przeczy temu, co piszę, to ja i tak będę wierzył w to co piszę”. Miłego obcowania ze swoimi myślami. Rzecz w tym, że ile byś ich nie pieścił, nie staną się od tego prawdziwe.

    „I nie zmienia wcale tego faktu, że niektórzy mogą pracować w miejscu, w jakim ich szef przy wyborze asortymentu pominął pewien target potrzebujących, natomiast zachęca do sprzedaży za wszelką cenę (być może co wyjdzie mu na szkodę, bo klient któremu źle się doradziło więcej nie przyjdzie). I tego, że na rynku będzie mnóstwo nieempatycznych egoistów próbujących się dorobić. Sęk, że bez względu na to jakimi manipulantami by nie byli, ostatecznie i tak są zobowiązani potrzebami drugiego człowieka.”

    Kompletnie nie są. Wystarczy, że wmanipulują człowieka odpowiednio w sytuacje, a do tego czyjeś potrzeby mogą mieć w dupie. A czasem nawet muszą, bo nie mogą zwyczajnie powiedzieć; „moim zdaniem, na ile pana rozumiem, to nie mam nic panu do zaoferowania”. Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

    „A że część ludzi nie wie czego potrzebuje, a inna część nie potrafi im doradzić, albo radzi źle? Błądzenie jest rzeczą ludzką. I lepiej już błądzić z takim nastawieniem służebnym, niż nie zagłębiając się w czyjąś sytuację podporządkować go swoim widzimisiom.”

    Dopóki nie płaci się ludziom za to, że będą odradzali kupno towaru, bredzisz, bo to jest zakaz podstawowej czynności wyrażającej troskę. Tak jak można lepiej wiedzieć od kogoś, co on może chcieć, tak samo można lepiej wiedzieć, czego może nie chcieć. Ja wiedziałem, że tak kobieta mogła nie chcieć tego telefonu i nawet nie powiedziałem jej, że może być trudny w obsłudze.

    „Ale jak ma nas zbliżyć do tego stanu odrzucenie ogólnej zasady aby podporządkowywać swą wytwórczość czy usługi drugiemu człowiekowi a nie odwrotnie?”

    Nie negowałem tej zasady, jako słusznej. Stwierdziłem, że nie jest tak ważna dla mnie i anarchistów, jak ta, która zgodnie z którą należy dbać o swoją i cudzą wolność.

    „W ten sposób empatia stanie się poniekąd uszczelniaczem w sfery ekonomicznej, poprawi wydajność. Czy to źle?”

    Nie, ale rozpowszechnienie rynków nie doprowadzi do rozpropagowania empatii, bo nie jest z rozwojem empatyczności tak związane.

    „A tak w ogóle to cześć.”

    Ba, żegnam, raczej. Właśnie postanowiłem, że nie warto się do Ciebie odzywać i mam nadzieję, że wreszcie zmądrzeję. Rzeczy które piszesz są przydatne, rozmowa z Tobą – też, ale za dużo kosztują, nurzanie się w zawikłanych bzdurach powoduje, że się nimi przesiąka. Szkoda, że nie badam w dwójkę z kimś tego, co piszesz, takim kimś wartościowym. Byłoby łatwiej rozbić analizę twoich tekstów na role.

    • Sam fakt czy kolektywizacji nie podlegało 30%, 28,8% czy 32,5% nie ma najmniejszego znaczenia, bo jeśli nie zauważyłeś, sprawa rozbija się o tych, którzy podlegali jej niedobrowolnie, pod przymusem. No i w tym sęk – byli tacy. Anarchokapitaliści postanowili definiować po swojemu państwo, co sprawia że każdy złodziej jest pewnego rodzajem państwem, a anarchiści definiowali je po swojemu, w praktyce uznając za złodziei i państwo rodziny pracujące na swoich polach, nie podlegające ich organizacji, co jest bardziej absurdalne i perfidne, IMO.

      Nie powiedziałbym, że bardzo sprytne. Raczej dość przewidywalne – naprawdę miałeś dużo czasu by przywyknąć do moich poglądów. Oraz: obrona anarchistów McKaya właśnie przez jej słabość w tamtym punkcie mi się spodobała, bo sprowadziła się do rysowania szerszego kontekstu, czy czasem do odpowiedzi „a u was Murzynów biją”, ale mojemu clou zaprzeczyć w stanie nie była. Gdyby była, wtedy zagłębiłbym się w temat, z samego zdziwienia, że była.

      można być nieżyczliwym i szanować czyjąś wolność.

      Zwłaszcza gdy uznaje się ją za przekleństwo i w ramach swej nieżyczliwości wspiera innych w pozostaniu przeklętymi. Anarchiści w przypadku przymusowo kolektywizowanych nie byli w stanie wznieść się nawet na taki poziom wyrozumiałości. Masz jakieś dziwne oczekiwania wobec mojego tekstu; mnie w nim nie interesuje ustanowienie jakichś szczelnych konieczności i prawideł, które wykluczałyby możliwość czego. Więc to, że mi mówisz, że coś można, w żaden sposób ich nie podważa. I co z tego, że można? A ilu tak myśli? Wolność na ogół uznawana jest za dobro, i dużo łatwiej znaleźć nieżyczliwych, którzy jej nie szanują, niż tolerujących. Say what, say what! Z jakimi mieliśmy do czynienia w omawianym przypadku?

      Nie bardzo widzę to, dlaczego to podważa mojego twierdzenia, że racji nie masz, krytykując ludzi za brak czegoś, czego nie cenią. Anarchiści cenią brak władzy, w takim stopniu, jaki jest dostępny. I jest to la nich ważniejsze od współczucia. Np. nie wierzę w istnienie anarchisty, który tak bardzo będzie uważał okazywanie współczucia/empatii za ważne, że zechce rządzić kimś ze względu na to, że mu współczuje.

      Dziękuję bardzo za przyznanie mi racji w najistotniejszym dla mnie punkcie. Czyli jednak dobrze oceniłem sytuację. To zresztą przykre jest, o czym piszesz. Jeśli nie rozumiesz czemu priorytety anarchistów są kaprawe, to tym bardziej smutno. Pomijając już zabawy leksykalne („prawdziwy anarchista nie przestaje być anarchistą, zatem ktoś kto rezygnuje z anarchizmu w imię współczucia nigdy nim nie był, nie wierzę w istnienie takiego anarchisty”), mam rację krytykując ludzi za brak czegoś, czego nie cenią, jeśli prowadzić to będzie do nieliczenia się z potrzebami innych. A będzie, jeśli ktoś w imię swojego pierdololo, będzie je ignorował. No i miało to już miejsce, przynosząc ludziom cierpienie. A że będą tacy, którym będzie to zwisało, bo pierdololo będzie ważniejsze, to ja o tym wiem, bo już tacy byli i o tym wspomina mój tekst.

      Gdyby tak było, doskonale potrafilibyśmy przewidzieć nasze reakcje, bo sobie współczujemy doskonale, praktycznie bez pomyłek. Ludzie od dawna nie potrafią przewidzieć swoich reakcji.

      To zależy jak definiujesz słowo „doskonale”. Ja akurat w ogromnym stopniu potrafię przewidywać swoje reakcje, między innymi na tym w sporej części opierają się moje motywacje, na znajomości siebie. Empatia nie jest zdolnością pasywną, objawiającą się niezależnie od naszej woli przez 24 godziny na dobę lecz intencjonalnym aktem skierowanym na kogoś. Potrafimy ją kontrolować, decydując komu chcemy współczuć, a komu nie. Możemy się wyłączyć na czyjeś cierpienie, odwracając ją tu czy tam. Chociaż też nie perfekcyjnie. Niektórzy nie próbują się wcale zrozumieć, nie kierują na siebie uwagi, to nie potrafią przewidywać swoich zachowań. A że, współczują sobie gdy stanie im się jakaś krzywda, często staje się powodem, że w ramach życiowych porażek uczą się w końcu czegoś o sobie, zaczynają dochodzić przyczyn swojego cierpienia. Znowu wychodzi, że zawężasz to pojęcie. Nie użyłbym słowa „doskonale”, tak czy owak.

      No moim zdaniem jednak się sprowadza, bo możliwość przewidywania ludzkich zachowań nie wskazuje na brak empatii. Chyba, że uważasz, że manipulatorzy są wyjątkowo empatyczni. Co potwierdza, jeśli tak, że nie rozumiesz, co to jest empatia.

      Ja ją definiuję w bardzo podobny sposób jak Wikipedia. „zdolność odczuwania stanów psychicznych innych osób (empatia emocjonalna), umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość (empatia poznawcza).” To jest komplet jednego i drugiego. Że psychopaci w jakiejś mierze nie są pozbawieni tego drugiego komponentu, a czasem mają wręcz go wyczulony ponad miarę, jak niewidomi słuch, temu nie przeczę. Mimo wszystko, coś sporo im umyka.

      Okłamujesz siebie, bo w ogóle nie bierzesz pod uwagę, że taka odpowiedź jest karana u sprzedawcy. A jest wyrazem dbania o czyjeś potrzeby.

      To jest akcydens, może i częsty, zwłaszcza dziś, w sytuacji zetatyzowanego kapitalizmu i korporacji, ale jedynie akcydens. Taka odpowiedź nie jest karana u sprzedawcy z samej definicji wolnego rynku, jest jego indywidualną decyzją. Podobnie jak to, jaki rodzaj motywacji stosować. http://www.youtube.com/watch?v=1O7XbdYwLwk

      Nie negowałem tej zasady, jako słusznej. Stwierdziłem, że nie jest tak ważna dla mnie i anarchistów, jak ta, która zgodnie z którą należy dbać o swoją i cudzą wolność.

      Ale anarchiści ją w jakimś stopniu negują, zakładając zbędność władzy. Nie biorą pod uwagę, że władza może znajdować się w kręgu czyichś potrzeb, a nawet jeśli to wiedzą, są gotowi to ignorować. A wolny rynek nie. Jak mawiał ulubieniec Cokemana, władza to wolność, kto ma jedno ma i drugie. Pozbawienie kogoś jednego jest i naruszeniem drugiego.

      Nie, ale rozpowszechnienie rynków nie doprowadzi do rozpropagowania empatii, bo nie jest z rozwojem empatyczności tak związane.

      1. Dlaczego nie doprowadzi?
      2. Jak jest związane, w takim razie?

      Moim zdaniem doprowadzi prędzej niż alternatywa, która nie zawiera nawet w sobie tak odległej, pośredniej analogii w swej budowie.

      Ba, żegnam, raczej. Właśnie postanowiłem, że nie warto się do Ciebie odzywać i mam nadzieję, że wreszcie zmądrzeję.

      Postanawiaj sobie, w praktyce jednak ciągle do mnie wracasz, więc mógłbyś się witać, gdy już to robisz.

  4. Przeczytałem tylko początek, bo Twoje teksty to typowy przykład TLDR XD.

    Gdzieś czytałem, że ktoś podczas snu dostał olśnienia i w jednym zdaniu znalazł odpowiedź na sens życia itd. Obudził się z kołaczącym sercem, a że miał notes przy łóżku, to półsenny zanotował to i poszedł spać. Rano czyta to co napisał, a tam kompletny bełkot. Niestety nie pamiętam szczegółów, ani gdzie o tym czytałem.

    Sam często śnię jakąś muzykę, że sam niby ją gram i wydaje mi się, że osiągam wyżyny geniuszu, ale gdybym umiał ją jakoś nagrać, okazałoby się pewnie, że to 4 banalne nuty na krzyż. Człowiek podczas snu ma bardzo osłabiony zmysł krytyczego myślenia. Ale ja mówię o śnie, nie leżeniu przed snem czy po obudzeniu się.

    • johnmadlock:

      Przeczytałem tylko początek, bo Twoje teksty to typowy przykład TLDR XD.

      Jesteś człowiekiem swojej epoki. Moje teksty mają średnio około 5 stron A4 (wyjąwszy ilustracje, które też się czasem zdarzają, nawet w pdfach). To nie jest jakoś strasznie dużo. W sam raz, żeby napisać skąd?, jak?, dlaczego? i po co?, IMHO. Osobiście, staram się walczyć z symptomami chorobliwego multitaskingu, chociaż nie zawsze mam ochotę czytać czegoś dłuższego. Cóż, może gdy zostaniesz bezrobotnym i będziesz miał więcej czasu, staniesz się moim zapalonym czytelnikiem… :P

      Gdzieś czytałem, że ktoś podczas snu dostał olśnienia i w jednym zdaniu znalazł odpowiedź na sens życia itd. Obudził się z kołaczącym sercem, a że miał notes przy łóżku, to półsenny zanotował to i poszedł spać. Rano czyta to co napisał, a tam kompletny bełkot. Niestety nie pamiętam szczegółów, ani gdzie o tym czytałem.

      […]

      Człowiek podczas snu ma bardzo osłabiony zmysł krytyczego myślenia.

      Tak, zazwyczaj tak właśnie jest. Dlatego praca na bieżąco nad takim materiałem, wytworzonym nawet w stanie półsennym, i jej efekty okazują się być nad ranem niesatysfakcjonujące. Z drugiej strony, w nawiązaniu do hipotezy języka mentalskiego, o której wykład wrzuciłem na szałta, być może wtedy mamy najbardziej bezpośredni dostęp do tej maszyny Turinga w nas samych… lub najprościej tłumaczyć rezultaty jej działania na język naturalny.

      Sam często śnię jakąś muzykę, że sam niby ją gram i wydaje mi się, że osiągam wyżyny geniuszu, ale gdybym umiał ją jakoś nagrać, okazałoby się pewnie, że to 4 banalne nuty na krzyż.

      Znam przynajmniej jeden genialny utwór oparty na czterech banalnych nutach na krzyż. A riffy dziesiątków innych klasyków kopiących dupska, składają się z kombinacji niewielu więcej, równie banalnych. Zasada keep it simple potrafi zdziałać cuda. Jeśli masz sposób, by przenosić pomysły ze snów na jawę, rób to. Niewiele stracisz, jeśli okażą się nic nie warte, natomiast sporo zyskasz, gdy trafi się coś niesamowitego. Co Ci szkodzi?

      Ja w każdym razie zamierzam spisywać te rzeczy. Będąc w takim półśnie można trafić na subtelne spostrzeżenia, których nie sformułowałoby się w ciągu dnia. Zawsze to dodatkowy, ciekawy materiał do dalszej refleksji i obróbki.

  5. Kapitalny tekst, Fat. W sumie jeden z pierwszych Twoich wpisów, które udało mi się doczytać do końca. ;) Sama koncepcja, że rynek premiuje empatię nie wydaje mi się szczególnie nowatorska, ale podoba mi się, jak do tego podszedłeś. Natomiast zdaje się, że trafiłeś w sedno, jeśli chodzi o to, dlaczego ataki na wolny rynek traktujemy personalnie. Bo ja też tak mam.

    • W sumie, to też masz pewien wkład w ten tekst, bo przypomniałeś mi swym pocztowym jednolinijkowcem o poborowej klienteli i wiedziałem już, że w ten sposób zilustruję antyrynkowy egoizm.

      Chciałem nawet go wykorzystać jako motto, ale uznałem że sarkazm popsuje oniryczno-wyroczniowy charakter wpisu.

  6. Pingback: Niewidzialny chłopiec do bicia | Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s