Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

Jak sam tytuł wskazuje, będzie miękko. Ale i bez przesady, gdyż mimo całego powabu jaki zwykło dostrzegać się w przedmiocie, na jaki rzucę trochę światła dzisiejszym wpisem, nie skupię się na ilustrowaniu jego zewnętrznych manifestacji, a zstąpię do głębi, jak to mam w zwyczaju.

Działo się to rok temu, w listopadzie. Przeżywałem jeden z poważniejszych życiowych kryzysów i było ze mną naprawdę kiepsko. W ramach auto-terapii, jaką sobie zaaplikowałem, napisałem kilka dość długich listów. Szukałem w przeszłości jakiegoś momentu zwrotnego, w którym popełniłem kluczowy błąd, od jakiego potencjalnie rozpoczął się ciąg niewłaściwych kroków, determinujących ostateczne położenie, tak bardzo dla mnie dotkliwe. Napisałem do osoby, przy której ostatni raz czułem się bezapelacyjnie szczęśliwy. Wyjaśniając jej przyczyny, a przede wszystkim kulisy przed laty samodzielnie, a przede wszystkim, arbitralnie podjętej decyzji, kończącej naszą znajomość, sporo uświadomiłem także i sobie samemu. O dawnym rozstaniu zadecydowały na spółkę: opisywana w poprzedniej części cyklu – intuicja, odpowiadająca za zdolność zachowywania szerokiej perspektywy i tworzenia modeli sieci zależności między przedmiotami jej oglądu, często dająca wewnętrzną legitymację paternalistycznej postawy (względem nieświadomych szerszego kontekstu) i dostarczająca jej, w przypadku relacji międzyludzkich, danych – empatia. Właśnie jej poświęcone zostaną następujące ustępy.

Kończąc jednak wątek autobiograficzny; uświadomiłem sobie w jak ogromnym stopniu na niej bazowałem. Przed laty zdecydowałem się zrezygnować z własnego szczęścia, gdy tylko zorientowałem się, że na dłuższą metę ten związek będzie destruktywny dla ukochanej osoby, jeśli w ogóle nie obu stron. Zresztą, w takiej sytuacji nie można mówić o szczęściu własnym — trudno o takie, gdy wnętrze podpowiada Ci, że utrzymując bliskość przyczyniasz się do zguby kogoś, na kim zależy Ci najbardziej. Nic nie poniewiera bardziej niż w pełni świadoma rezygnacja z odwzajemnionej miłości w jej imię, zwłaszcza gdy jest ona tą pierwszą i poza nią nie ma niczego na czym naprawdę zależy. Nie było w tym żadnego heroizmu, jedynie bolesna konieczność, podpowiadana przez sumienie. Po niemal dekadzie jaka zdążyła upłynąć od tamtej decyzji, obarczony piętrzącymi się wątpliwościami, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście postąpiłem słusznie. Zapytałem Jej czy jest szczęśliwa, czy spełnia się wiodąc ustatkowane, przewidywalne życie, czyli właśnie takie, co do którego byłem przekonany, że nie byłbym go w stanie zapewnić, a każde inne byłoby dla niej nieznośne. Uzyskałem twierdzącą odpowiedź, wyczerpującą w zasadzie temat. Przypatrując się naszym dalszym wyborom i losom oraz temu do czego aspirowaliśmy przez lata, musiałem wreszcie zwrócić honor młodemu, niedoświadczonemu chłopakowi kończącemu właśnie liceum, podejmującemu najtrudniejszy wybór z jakim kiedykolwiek musiał się mierzyć. Dziś już wiem, że nie popełniłem błędu, chociaż rozdarcie między powinnością odejścia a pragnieniem pozostania przy niej, oprócz samej bolesności, było wyjątkowo dezorientujące. Trafnie uchwyciłem rzeczywistą, a nie deklarowaną strukturę potrzeb, wynikającą z jej charakteru i nie pozwoliłem sobie tego zignorować, decydując tak, a nie inaczej.

Sama empatia, występująca w pojedynkę, nie stanowi dla mnie interesującego tematu: nijak nie czyni mnie unikalnym, pomijając może samo jej „stężenie”. Ale w końcu na świecie jest wielu troskliwych, życzliwych innym ludzi. Najciekawsze są jej mniej oczywiste aspekty, ujawniające się właśnie wespół z intuicją, nadającą jej przenikliwej głębi i cierpliwego, długodystansowego zasięgu. Ale i z drugiej strony — ulegającą empatii przy wyborze zagadnień, na jakie zostanie skierowana. Gdzie zmierzam? Mianowicie ku następującemu spostrzeżeniu: cała działalność intelektualna jaką parałem się w ciągu mojego życia, wyraźnie była podporządkowana zdolności odczuwania czyichś emocji i przyjmowania tychże punktów widzenia. W zasadzie to jej zaspokojenie stanowiło wieloletni motyw działania.

Nieprzekonani?

Na pierwszy rzut oka istotnie to stwierdzenie może się wydawać wielce wątpliwe. W końcu w wielu dyskusjach prezentowałem nieustępliwą, nieprzejednaną postawę, która świadczyć mogłaby o czymś dokładnie odwrotnym. Zresztą i treść jakiej w nich broniłem, według paru dyskutantów wskazywać miała na moją emocjonalną oziębłość, jeśli nie wręcz psycho- czy socjopatię, racja? Tymczasem to kwestia braku znajomości szerszego kontekstu. Ktoś obserwujący chirurga przy pracy też może dojść do wniosku, że kroi on innych ludzi, bo sprawia mu to sadystyczną przyjemność, a fakt opanowania na widok krwi uznać za ostateczny dowód na uczuciowe wybrakowanie. Wyjaśnienie, iż ów chirurg wybrał swój zawód właśnie dlatego, że był współczującym człowiekiem z talentem manualnym, a przystosowanie się do otwierania innych również nie przyszło od razu, też będzie wydawało się naciągane, jeśli przyjmie się założenie, że empatia musi objawiać się zawsze tu-i-teraz.

Sęk w tym, że nie musi. Może objawiać się także w mniej bezpośredniej formie. Takiej jak marzenia o światach lepszych, o ludziach doskonalszych, przeniesione w sferę filozofii polityki, snute poprzez proponowanie rozwiązań mających pierwsze poprawić, drugich zaś skłonić do osiągania swych szczytów. Doskonalsi ludzie żyjący w lepszych światach ostatecznie będą w mniejszym stopniu ranić się wzajemnie, więc i oszczędzą bólu także tym, co cudze cierpienia biorą do siebie i odczuwają jak swoje. Jeżeli zatem osiągnięcie tego celu, to jest: sformułowania i dalej obrony myśli, mającej nieść ludziom pomoc i poprawę, wymaga przede wszystkim dyscypliny umysłowej, zarówno gdy idzie o ścisłość jak i upór czy cierpliwość, to nie ma zbytniego sensu ujawnianie swoich emocji. Zwłaszcza gdy leżą one u podstawy podjęcia całego tego wysiłku, a mogłyby mu ostatecznie zaszkodzić bądź zupełnie zniweczyć. Oczywiście poza względami wizerunkowymi, które także mogą niweczyć bądź wzmocnić promocję idei. Ja decydowałem się nie przywiązywać do nich większej wagi, a nawet całkiem nieźle bawiłem wytworzonym wizerunkiem i mniemaniami ludzi wokół własnej osoby, zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. Ot, takie uroki internetów. W końcu jednak ubaw z dezorientacji mnie zmęczył, czemu dałem wyraz w jednym z tekstów na liberalis.pl.

 W jaki sposób wyjaśnić tę pośredniość formy w jakiej może występować empatia? Być może częściowo odpowiedzialna za to jest introwersja. Skoro ogólnie kontakty z ludźmi są wyczerpujące i rozpraszają zgromadzoną energię, to samo jeśli nie bardziej, czynią i kontakty z cierpiącymi. By minimalizować ten efekt, współczucie i pracę na rzecz innych, przenosi się w sferę, w jakiej bezpośredni kontakt z nimi jest rzadki lub niewymagany. Ale nie tylko dlatego. Kluczowe znaczenie mimo wszystko odgrywa wciąż intuicja. To ona, umożliwiając spojrzenie z lotu ptaka, pozwalające oderwać się w jakimś stopniu od ograniczającego, subiektywnego oglądu rzeczywistości, dystansowania się od swoich wąsko pojmowanych interesów, podpowiada bardziej globalne rozwiązania.  Bo owszem, możesz zająć się nieszczęśliwymi ludźmi ze swojej ulicy czy nawet dzielnicy, ale przy bezpośrednim podejściu, nie dasz rady przeskoczyć pewnej skali, a w dodatku się tym wykończysz. Zamiast tego, możesz zadziałać inaczej. Nie poświęcać bezpośrednio siebie, a swoją twórczość. Wykorzystać swój wgląd w ludzi, łącząc go z innymi umiejętnościami, zakląć je w dzieło. Ono pozbawione jest ograniczeń twórcy. Może znajdować się w wielu miejscach w jednej chwili, nie mówiąc już o przekraczaniu czasowego wymiaru żywotu autora…

Po co więc uwijać się jak w ukropie, w fizycznym świecie pośród zagubionych, poszkodowanych i cierpiących, którzy zawsze będą mieć nad Tobą przewagę liczebną, uznając wszystko co dla nich zrobisz, za niewystarczające? Czy nie lepiej napisać książkę podnoszącą na duchu każdego, kto ją przeczyta – nawet tych, których w życiu na oczy nie widziałeś, nie zdając sobie w ogóle sprawy z ich istnienia? Bądź korzystając ze zdolności tworzenia koherentnych systemów myśli, sformułować własną religię, niosącą pociechę szerokim masom w trudnych dla nich chwilach, stanowiącą punkt odniesienia — zapewniający spokój, nadający sens tym, którzy takiego potrzebują? Nie lepiej celować w dzieło zdolne przetrwać tysiąclecia, poprawiające sytuację niezliczonych? Po co więc rozmieniać się na drobne, nie wykorzystując swego potencjału, jeśli w pojedynkę można działać na skalę globalną, w ładzie rozszerzonym?

 Empatia w połączeniu z intuicją często objawia się w moralizatorstwie. Bez względu na to, czy tworzysz religię, czy jej świecki odpowiednik, myśl polityczną — moralizujesz. Gdy moralizujesz, przenosisz empatię w sferę wyobraźni. Potencjalności. Usiłujesz zapobiec możliwemu cierpieniu, które mogłoby wystąpi w wyniku popełnienia jakiegoś czynu przez kogoś, kto mógłby nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, iż przyczynia się swoim działaniem do czyjegoś nieszczęścia. Moralizator-empata jest strategiem. Z góry, z wyprzedzeniem i na zapas wynajduje krzywdy, starając się im zaradzić odpowiednimi normami, czasami dość surowymi, bardzo często niezrozumiałymi dla osób nie zdających sobie sprawy z ich genezy, nie potrafiących więc dopasować i powiązać z odpowiednią intencją neutralizacji konkretnego zarzewia ludzkiego cierpienia. Oczywiście, moralizować można mniej lub bardziej subtelnie. W pierwszym przypadku, często ujawnia się to bezpośrednio nawet w poglądach politycznych. I ja, co przyznaję, w okresie dojrzewania przeszedłem etap natchnionego arystokraty duchowego.

Teraz na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie zgryźliwie, na uwadze mając dawną narcystyczną niedyskrecję. Stanowisko to dość bezpośrednio bowiem odnosi się do moralizatorstwa. Według niego, rządy powinni sprawować niekoniecznie pragnący władzy, a raczej predestynowani do niej swymi cnotami, takimi także jak bezinteresowne (czy precyzyjniej: organiczne, a nie wyuczone) dążenie do pewnych ideałów, konstruowanych poprzez wgląd w potrzeby rządzonych. Krótko rzecz biorąc: marzyły mi się rządy empatów i doskonale zdawałem sobie sprawę, że sam zasilam ich szeregi.

Był to jednak dość krótki okres romantycznego zaczadzenia. Szybko odkryłem, że w tym stanowisku kryje się poważna skaza. Na tyle poważna, by mnie to niego kompletnie zniechęcić. Na czym polega? Otóż: arystokratyzm duchowy w praktyce nieuchronnie, ludziom cieszącym się autorytetem osobistym i nieformalnym przydaje, z racji stanowiska jakie mają pełnić, autorytetu formalnego. Problem w tym, iż autorytet formalny, wynikający z relacji władzy tak naprawdę w sporej mierze uderza i znosi autorytet nieformalny. O ile marzyło mi się panowanie charyzmatyczne, nie wynikłe z przymusu, szybko odkryłem niemożliwość pogodzenia tego z państwowością w ogóle. Świadomość, że ktoś mógłby być mi poddanym wbrew swojej woli, być może ze strachu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednoznacznie kojarzyło się to z gwałtem, uwłaczającym godności i honorowi kogoś, kto zamierzał pozostać bez zarzutu. Właśnie wtedy zakiełkowało we mnie anarchistyczne ziarno. Ku wolności skierowała mnie megalomania. :*

 Kolejny ciosem jaki wymierzyłem temu stanowisku był argument z odebrania samodzielności. Dotarło do mnie, że podporządkowanie ludzi władzy rządzącego empaty (nawet gdyby było możliwe) byłoby dla nich ostatecznie szkodliwe. Bo o ile specjalizacja jest w większości przypadków korzystna, o tyle w dziedzinie odpowiedzialności moralnej taką nie jest. To w istocie umożliwienie ucieczki od wolności i to w jednym z najbardziej newralgicznych aspektów ludzkiej egzystencji. Nie można odbierać nikomu szansy na doskonalenie moralne, której dostąpi jedynie mierząc się z dylematami tejże natury. Ustanowienie władzy rozwiązującej te problemy za niego, nawet w sposób perfekcyjny i skutecznie usuwający cierpienie innych, poskutkuje jedynie jego upośledzeniem w tej dziedzinie.

 Argument ten zresztą przewija się wielokrotnie w mojej twórczości. W różnej formie. Stosowałem go w odniesieniu do opiekuńczości państwa w każdym jej przejawie, zgłaszając swój sprzeciw.

Akcentuje on bowiem zgubną służebność: robiąc coś za kogoś instytucja uniemożliwia mu tym samym własnoręczne wykonanie tego, później refleksję nad tym i wreszcie osiągniecie biegłości. Dodatkowo dochodzą do tego wszelkie wady monopolu, degenerującego i usługę samego monopolisty. Mamy do czynienia z patową sytuacją: ten który może działać, nie jest zainteresowany, aby działać dobrze — reszcie zaś brak umiejętności w tym kierunku z racji niedoświadczenia i niemożności zdobycia go legalnymi środkami. Wspieranie tego stanu rzeczy jest działaniem destrukcyjnym, mimo najlepszych nawet intencji.

 Ostatecznie zająłem się więc tym, co dobrowolne — a zatem i jednocześnie nieuwłaczające autorytetowi nieformalnemu, ograniczając się do leseferyzmu, uprzednio będącego niewyraźnym, ekonomicznym tłem wcześniej wymarzonego ustroju. Z perspektywy czasu można więc uznać, iż moralizuję w dalszym ciągu, ale w przeciwnym kierunku. I robię to o tyle subtelniej, że nie zamierzam już bezpośrednio rozwiązywać czyichś problemów, tylko raczej życzliwie kibicuję, przyglądając się z boku tym zmaganiom, nakierowując wyłącznie ochotników, jacy się na mnie poznali, ale też nie prowadząc ich za rękę.

 Na koniec zostawiłem sprawę, co do której jestem w najmniejszym stopniu przekonany. Chodzi o nastroje. Zauważyłem, że o ile w kontaktach z ludźmi najlepiej radzę sobie sobie z ich negatywnymi emocjami, o tyle gdy coś świętują i są uradowani, odsuwam się, zachowując dystans i generalnie odnoszę wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu i to całkowicie bezradny i niekompetentny. Teoretycznie powinienem odbierać emocje w całym ich spektrum, a jednak tak nie jest i moje pasmo odbioru jest przesunięte ku dołowi. Za cholerę nie wiem czym to wyjaśnić.

Jestem też bardziej podatny na nostalgię niż melancholię, ale to akurat jest dla mnie zrozumiałe. Melancholia odnosi się raczej ku wnętrzu, to specyficznie odczuwanie swoich własnych emocji, samego siebie. Nostalgia ma zwrot skierowany przeciwnie – odnosi się do przemijających przejawów zewnętrznych. To tęsknota za ludźmi, których już nie ma, bo albo odeszli, albo się zbytnio zmienili. Ich sprawami, sytuacjami w jakie byli zaangażowani, światem czy epoką jaką tworzyli. Nostalgia jest więc taką fantomową empatią, melancholia nie. Być może więc wyjaśnieniem poprzedniej kwestii jest stwierdzenie, że i radość jest czymś co chce się kumulować w sobie, a cierpieniem dzielić z innymi? Brzmi to dosyć coelhowato, a chciałem tego uniknąć, no ale niech już zostanie.

Wersja offline – PDF

Jako, że Paul Simon świetnie oddaje specyfikę naszego charakteru, to i tym razem będzie ilustrował notkę:

Reklamy

4 thoughts on “Trylogia Introspekcyjna: „Lustro puchem obleczone”

  1. Pingback: Rzecz o stratnej kompresji historii « Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe

  2. Witaj, na Twojego bloga trafiłam przypadkiem, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie… jestem w identycznej sytuacji jak dziewczyna, z której zrezygnowałeś,chociaż bardzo ją kochałeś. Co takiego musiałaby zrobić lub powiedzieć, abyś zmienił swoją decyzję?

    • Myślę, że to nieodwracalne.

      Czegokolwiek by nie mówiła czy robiła, nie zmieniłbym już swojej decyzji. Miłość czasem przydarza się ludziom, którzy nie powinni wchodzić ze sobą w związek, bo skutkowałby on obustronną udręką. Ja nie mógłbym wieść życia, jakie byłoby dobre dla niej. Ona nie mogłaby żyć w sposób, który jest najbardziej odpowiedni dla mnie. W rzeczywistości ktoś ostatecznie by na tym ucierpiał, a nie o to przecież chodzi. Sądzę, że byliśmy po prostu dla siebie nieodpowiedni i tyle.

      A ponieważ miłość to po prostu najwyższy stopień afirmacji czyjegoś istnienia, co na ogół wyraża się w trosce o szczęście i dobrostan tego kogoś, pozostało mi go jej życzyć u boku kogoś innego. I tyle.

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s