Trylogia Introspekcyjna: „Niczym mgła”

Kiedy dążę do celu, poświęcam się mu się absolutnie i oddaję całym sobą. Podporządkowuję mu wszelkie talenty, jakimi jestem obdarzony i staram się w drodze do niego wykorzystać w jak największym stopniu każdy z nich.

Kiedy dążę do celu, moja wola jest niezłomna. Nie sposób skłonić mnie do jego porzucenia czy nawet drobnej modyfikacji. Im większą presję ktoś na mnie wywiera, z tym większym oporem z mojej strony się spotyka. Tytaniczny opór ma swoją przyczynę – każdy swój cel wybieram z pietyzmem, podobnie jak środki, wykorzystywane w swoich dążeniach do tegoż, które muszą być w pełni zgodne z wyznawaną aksjologią, także tą obecną w sferze poznania. Z tej przyczyny nie znoszę pracy zespołowej, siłą rzeczy nie moją, autorską. Chyba, że moją rolą jest koordynacja poczynań innych, wymagająca rozpoznawania ich talentów i wprowadzaniu podziału pracy, o ile oczywiście mam na tyle wolną rękę, by jakieś zadanie realizować wedle własnego uznania. Nie zwykłem afirmować działań uprzednio przeze mnie nieprzemyślanych. Nie lubię być skłanianym do improwizacji, będąc stawianym w roli łatacza pojawiających się nagle dziur.

Ale to nie wystarczy. Abym poświęcił się jakiemuś celowi, przede wszystkim muszą spodobać mi się motywy mojego działania, jakim pozwolę sobą kierować. Sama realizacja celu jako takiego, nigdy nie stanowiła dla mnie poważnej nagrody. Czasami, nawet po wykonaniu trudnego zadania, którego zakończenie innym przynosiło satysfakcję, już z samego powodu, że byli w stanie się na nim wykazać, okazywało się dla mnie bezsensowną stratą czasu i demotywującym rozczarowaniem. Cele stanowią dla mnie ledwie pretekst, symboliczne odwzorowania drogowskazów stawianych na ścieżce narcystycznej autokreacji. Aby zmotywować się do działania, muszę umiejętnie przekonać siebie samego, że czyniąc coś, stanę się w większym stopniu takim, jakim chciałbym się widzieć, bądź przynajmniej w wariancie minimalistycznym, potwierdzić wizję tego, jakim widzę się teraz. Co nie jest takie łatwe.

To zresztą dość symptomatyczne i nigdy nie stanowiło dla mnie wielkiej tajemnicy. Od dzieciństwa miałem olbrzymie trudności w samym ruszeniu z miejsca, przekonaniu się do podjęcia konkretnych działań i żadnych przy projektowaniu ideałów [moralnych], do których chciałbym dążyć czy stawać w ich obronie, gdyby zaszła taka konieczność.

Kiedy jednak dążę już do celu, przybieram formę monolitu. Cel staje się etycznym zobowiązaniem względem swojej osoby, z którego uwolnić można się jedynie poprzez jego osiągnięcie. Nie ma innej drogi, każda inna wiąże się ze sprzeniewierzeniem samemu sobie, co jest wyjątkowo dotkliwe, zatem i niedopuszczalne. A jeśli innej drogi nie ma, można wznieść się bezwstydnie na wyżyny swego fanatyzmu i z całym zapałem przeć bez zmęczenia w wyznaczonym kierunku, ignorując jakąkolwiek krytykę bądź wykorzystując ją dla swojej korzyści, czyniąc ze swych ewentualnych oponentów niegodziwców bądź idiotów [w czym pomaga uprzednie dogłębne przemyślenie celu przed jego podjęciem i między innymi jego potencjału erystycznego, zarówno defensywnego jak i ofensywnego oraz ewentualnych słabości takiego stanowiska, które mogą być wykorzystywane], mobilizować wokół siebie front ludzi, którzy zechcą uznać cel i jego uzasadnienie za szczytne i swoje.

Musicie bowiem zdawać sobie sprawę, że w połączeniu perfekcjonizmu, natchnionej nieustępliwości i absolutnie autentycznego przeświadczenia o własnej słuszności kuje się charyzmę. Kiedy do tamtych czynników dołączycie jeszcze troskę o ludzi, zaczną się wokół Was organizować i podążą, afirmując Wasze dokonania a często pomagając Wam w osiągnięciu zamierzeń.

Tak – kiedy dążę do celu i zdarzy mi się przekroczyć punkt, w którym zdołam zachwycić się swoim działaniem, byciem w drodze, która zdaje się zmierzać tam, gdzie chcę się znaleźć, stawaniem się tym, czym zamierzam się stać, zyskuje tę magiczną zdolność inspirowania. Najpierw samego siebie, co staje się dla mnie dodatkowym źródłem motywacji i wzmaga wytrwałość, następnie także zwraca uwagę i przyciąga innych, czasami zachęca ich do naśladownictwa. Możecie zapytać, czy to coś zmienia? Czy jestem szczególnie zainteresowany tego rodzaju miękką, bo miękką, ale jednak władzą? Czy sprawia mi jakąś radość wywieranie takiego wpływu na innych?

Nie, niespecjalnie. Gdybym miał to wyrazić porównaniem: mój stosunek do charyzmy jest mniej więcej taki, jak Hoppego do doświadczenia. Stanowi ona ilustrację czegoś wewnętrznego (odpowiednika teorii), a nie dowód. Nie jest czymś, na czym cokolwiek się trwale opiera, ani do czego się specjalnie dąży. Jest raczej efektem ubocznym starań, by zobaczyć się w swoich oczach wspanialszym niż było do tej pory. W swoich, nie cudzych. Inni nigdy nie będą dobrym punktem odniesienia, zwłaszcza dla introwertyka.

Oczywiście, nie jest tak, że ta sprawa jest zupełnie mi obojętna. Bo też taką być nie może. W tym sensie, iż posiadam trochę tych lustrzanych neuronów, (lekko nie dopowiadając…) więc jasną sprawą jest, że będzie mi przyjemnie, jeżeli usłyszę o tym, jak moja postawa się komuś na coś przydała, odniósł jakąś korzyść i jest mi za to wdzięczny. Przyjemnie jest wiedzieć, że Twoje niezadowolenie z obecnego stanu, skutkujące podjęciem próby udoskonalenia nie uczyniło lepszym tylko i wyłącznie Ciebie, ale w jakimś stopniu odmieniło także Twoje otoczenie. Ale nie dla otoczenia całą tę rzecz rozpoczynałeś i nie dla niego ją skończysz – to jedynie dodatek, bonus, premia. Naprawdę, intencjonalnie działasz tylko dla siebie samego.

Z mojej perspektywy przypomina to trochę relację między sportowcami i ich kibicami. Fajnie, jeśli ktoś przychodzi dla Ciebie na stadion i zdziera gardło. Ale występujesz przede wszystkim dla siebie. Kibice mają tak naprawdę gdzieś to, że zadedykujesz im zdobytą przez siebie bramkę. Woleliby, gdybyś nie dedykując żadnej, strzelił hat-tricka. Odnieśliby z niego więcej radości, a Ty pożytku. Ostatecznie, nie da się być klasą samą w sobie, grając pod publiczkę. Ażeby w ogóle aspirować do bycia klasą samą w sobie, trzeba przede wszystkim dążyć do bycia klasą samą dla siebie. Wsłuchiwać się nie w klakierów ani w krytyków, lecz wyłącznie w swoje wnętrze. Doping oczywiście pomaga, ale nie jest niezbędny i to nie dla niego jest się, czy raczej bywa się charyzmatycznym. Ludzie, którzy do Ciebie ciągną, zorganizują się na sposób śnieżnej kuli, o ile, rzecz jasna, nabierzesz odpowiedniego pędu. Ale poza wytyczeniem kierunku i pchnięciem samego siebie, nie masz już wielkiego pola manewru, jeśli idzie o władzę nad kimkolwiek. Zyskujesz oczywiście możliwość wpływu na ludzi, często oni sami zwracać się będą po rady, poświęcając im jednak zbyt wiele uwagi i przede wszystkim skupiając się na swojej władzy [zmieniasz wtedy swój intencjonalnie wybrany przedmiot dążeń, skupiasz uwagę na czymś innym], ryzykujesz nieosiągnięciem zamierzonego celu i w rezultacie: niezadowoleniem z samego siebie. Czyli utratę pędu i wreszcie integralności całego układu jaki z niego wyniknął, ostatecznie więc i charyzmę. Najistotniejszy jest zatem cel, reszta to akcydensy, które nie mogą pod żadnym pozorem go przysłonić.

Zdarzają się zazdrośnicy, więc mogę ich uspokoić – nie, w tym akurat nie ma niczego specjalnego. Nie sposób się tym cieszyć, ani napawać [robienie tego jest bezsensowne], to jedynie tło – dobrze zdawać sobie sprawę z jego istnienia, ale nie warto nim ręcznie sterować, jeśli nie ma takiej konieczności, a zazwyczaj nie ma, więc tego się nie robi. Robi się dalej swoje. Albo się cierpi.

Ta zwartość w dążeniu do celu, okupiona jest jednak pewnymi obciążeniami. W zasadzie jest to tyrania obowiązku, której ma się świadomość. Jeśli się już zdecyduję, nie ma odwrotu. Może po części dlatego nie łatwo jest mi się decydować – trudno bowiem, a z wiekiem jak obserwuję, jest coraz trudniej, wybierać cele godne takiej poniewierki. Jedne są zbyt prozaiczne, inne które teoretycznie się nadają, w zasadzie są niemożliwe do realizacji. Z drugiej jednak strony, bezcelowość, skupienie się tylko i wyłącznie na zachowywaniu status quo jest niesatysfakcjonujące. Nudne. Jestem aktualnie wilkiem stepowym i dekadencja wcale mi nie służy. Czas chyba znowu solidnie pomyśleć: „jaki chciałbym być?” i znaleźć na to pytanie solidną odpowiedź. Następnie przetłumaczyć ją i wybrać cel, którego osiągnięcie umożliwi takie postrzeżenie samego siebie.

Narcystyczna natura tej autokreacji uderza za każdym razem, gdy myślę o swoim celu głównym, któremu podporządkowuję wszystkie inne. A jest nim uczynienie ze swego życia jak najwspanialszego przedmiotu estetycznego. Ostatnią rzeczą jaką dostrzegę najprawdopodobniej będę ja sam i wszystko czym się sobie jawiłem przez cały mój czas. Warto więc postarać się, by ostatni ogląd był przeżyciem zachwycającym.

Tylko jak to zrobić? Skąd wziąć cele pośrednie? Skąd wziąć siły by dotrzeć w te mgliste dziś destynacje?

Dla mnie nie istnieje inna prawda niż: „Z wnętrza”.

Wersja offline – PDF


Reklamy

One thought on “Trylogia Introspekcyjna: „Niczym mgła”

  1. Rzeczy do przemyślenia:

    – Czy jestem podatny na doktryny zakładające jako swój model podmiotu self-made-mana właśnie dlatego, iż poniekąd sam takowym jestem?
    – Czy ewidentne problemy z motywacją i częste okresy przestojów nie predestynują mnie z drugiej strony do bycia dobrym obserwatorem?

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s