Ceglasty wieczór w Domu Muzyki i Tańca

Czasami marzenia się spełniają – częściej jednak robią to ich namiastki. Jeśli marzenie jest piękne, nawet spełniona jego namiastka potrafi zachwycić i oczarować. W moim przypadku coś takiego miało miejsce w ostatni piątek. Piątki oczywiście są dobre z reguły. Kiedy jednak uczestniczysz w wydarzeniu o którym fantazjowałeś, zazdroszcząc ludziom urodzonym parę pokoleń przed Tobą, swą młodość spędzających w latach ’60 i ’70 na Wyspach Brytyjskich, w wydarzeniu które zdawało się być przypisane do czasu dawno przeszłego, a jednak mimo całego nieprawdopodobieństwa, zaistniało w teraźniejszym – przypominasz sobie o regule dobra piątków, ciesząc się już samą unikalnością tego, co Ci się przytrafiło, łamiąc kompletnie przewidywalność, mającą w nawyku otępiające przedstawianie tego co możliwe jako niemożliwego.

Ian Anderson, pierwszy flet rocka, frontman Jethro Tull, kapeli której żadnego koncertu w kraju czy bliską zagranicą (Czechy) od 2004 roku nie zdarzyło mi się przegapić, zagrał w moim rodzinnym mieście. A co ważniejsze – przywiózł ze sobą to, co dla mnie w jego twórczości pozostało najcenniejsze. To, co nawet jeśli zdarzało mu się okazjonalnie grać, było sprowadzone do dwunastominutowego wycinka, streszczenia: „Thick as a Brick”. Teraz wybrzmiało w całej czterdziesto-i-trójminutowej okazałości – tak jak przed laty, w trasie koncertowej tuż po swojej premierze, w 1972. Tym razem w towarzystwie swojego nowopowstałego sequela.

Dzieła

Ludziom, którzy do czynienia z muzyką Jethro Tull nigdy nie mieli, jako jej reprezentanta pierwszego kontaktu TaaB raczej bym nie zalecał. Podrzuciłbym raczej sztampowo przełomowego dla zespołu „Aqualunga” (1971), paniom natomiast rustykalno-sielankowe, bukoliczne krótko mówiąc: „Songs from the Wood” (1978) czy „Heavy Horses” (1979) (ekhem, powiedzmy, że z autopsji wiem, że podryw na te dwa albumy i ich umiłowanie działa…). W każdym razie, albumy o dość standardowej konstrukcji – składające się z co najwyżej kilkuminutowych utworów.

„Thick as a Brick” takim zdecydowanie nie jest. Stanowi utwór-album (coś jak państwo-miasto), podzielony na dwie około dwudziestominutowe części, jako, że powstał w czasach, w których głównym nośnikiem dźwięku były płyty winylowe. Nieprzygotowanemu, współczesnemu słuchaczowi już przez sam swój „metraż” może sprawić kłopot. Tym bardziej komuś kto muzyki słuchać nie umie, traktuje ją jak tło (muzak) umilające robienie czegoś innego, przy okazji. Niestety, bądź stety i na szczęście, aby w ogóle dać szansę podobnym kompozycjom, nie mówiąc już o wyniesieniu z ich słuchania przyjemności, należy już umieć skupić się na nich. Słuchać świadomie, pamiętać poszczególne motywy, które będą powracać, podążać za artystami, próbując przewidzieć jak „wybrną” z pozornego impasu powtórzeń jakiegoś fragmentu, w co przerodzi się w niedalekiej przyszłości to, co słyszymy teraz. Innymi słowy, żeby umieć cieszyć się tego rodzaju muzyką, należy jednak na wejściu dysponować już jakimś przygotowaniem do jej odbioru. Nie, ceglasty album JT nie jest jakąś zupełnie niestrawną, atonalną awangardą. Powiedziałbym nawet, że jest jedną z przystępniejszych pozycji dla początkujących swoją przygodę rockiem progresywnym. To od tej kompozycji można się zacząć uczyć rozumienia tego rodzaju muzyki, ale cierpliwość, ciekawość i skupienie są absolutnymi minimalnymi wymaganiami.

TaaB powstało z przekory. Ian Anderson po recenzjach poprzedniego „Aqualunga” w których krytycy uznali go za album koncepcyjny, najprawdopodobniej z przewodnim motywem ascezy, jako że piosenki na nim poruszały tematy biedy, obskurantyzmu i religii, będąc w dodatku stylistycznie typowo bardowską krytyką społeczeństwa i moralitetem. Ponieważ jednak w założeniu, „Aqualung” tym nie był, Anderson postanowił pokazać krytyce jak takowybrzmiałby, gdyby rzeczywiście chciał nagrywać go celowo. Szkot postanowił więc stworzyć kompozycję, będącą absolutnym archetypem płyty o takiej konstrukcji; jak sam powiedział „matką wszystkich koncept-albumów”. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że mu się to udało. Jeśli zawitamy w progach http://www.progarchives.com/ , rzucimy okiem na ranking 100 najlepszych albumów tego gatunku muzyki, znajdziemy „Thick as a Brick” walczące o prymat na samym szczycie z „Close to the Edge” Yesu, a czasem odpierające ataki z pierwszego miejsca, w zależności od fluktuacji ocen słuchaczy. Nieźle jak na płytę, której geneza sprowadza się do trollingu dziennikarzy muzycznych, prawda?

Bo niewątpliwie ten album był jedną gigantyczną prowokacją. Takaż też była cała jej otoczka medialna. Anderson sfabrykował historię małego Geralda Bostocka, rzekomego 8-letniego autora poematu pod tytułem: „Thick as a Brick”, zwycięzcę w konkursie młodych, pisarskich talentów, którego po wybryku na antenie BBC, zdyskwalifikowano, uznano za psychicznie chorego i nagrodę ostatecznie przyznano niejakiej Mary Whiteyard, dwunastolatce – za chrześcijański esej „Umarł by uratować małe dzieci”. (Zapewne kąśliwe nawiązanie do konceptualności religijnej części „Aqualunga”) Okładka i wkładka albumu pomyślana była w formie przedruku lokalnej gazety, która opisała cały ten skandal, w którym społeczeństwo poprzez media w ramach swojego konformizmu prześladuje przenikliwe, utalentowane dziecko, „Małego Miltona”, który ośmielił się je skrytykować.

Jethro Tull w ramach protestu i nagłośnienia tej niesprawiedliwości, nagrało zatem album, będący przestrzenią dla uznanego, a potem odrzuconego tekstu Geralda Bostocka, w odwecie przeciw społeczeństwu. Trololololo.

„Thick as a Brick” jest nieprzerwanym strumieniem muzyki, która przechodzi szereg transformacji, zmian tempa i nastrojów. Perfekcyjnie uchwycona jest na niej dziecięca niewinność, naiwność i skromność, stanowiące fundamenty, na jakich osadzona jest legitymizacja dla krytyki społeczeństwa, budowa moralitetu i satyry. Co charakterystyczne dla Jethro Tull z tamtego okresu, możemy dosłuchać się energetycznej siermiężności, „deptania po akordach”, kontrastującego z delikatnością akustycznej gitary, co dla mnie stanowi muzyczną ilustrację podziału: społeczeństwo – młody poeta. Znajdziemy tu też trochę urokliwych fragmentów, chociaż nie podanych tak wprost jak na wspomnianych wyżej folkowych albumach z końca lat ’70. Instrumentarium także jest bogate, bo poza sztandarowymi instrumentami, spotkamy się tam z klawesynem, lutnią czy skrzypcami.

„Thick as a Brick” stanowi dla mnie płytą szczególną. Może poza oldfieldowskim „Ommadawn” od którego wszystko się zaczęło, jest najistotniejszą kompozycją, determinującą mój gust muzyczny, wyznaczającą dalsze kierunki poszukiwań i ostateczne zainteresowanie się prog-rockiem. Ukonstytuowała też pozycję Jethro Tull – z propozycji ojca, której ostatecznie można ewentualnie dać szansę, awansował na jeden z moich ulubionych zespołów. A to wszystko w burzliwych czasach liceum. Po latach, gdy dochodzi element nostalgii i osobistych spraw związanych z tą płytą, staje się ona jeszcze cenniejsza.

Dlatego też kiedy zobaczyłem youtube’owy klip, zwiastujący pracę nad jej sequelem, pomny tego co zrobił Lucas nowym „Gwiezdnym wojnom”, miałem ogólnie rzecz biorąc, bardzo ambiwalentne wrażenia względem tego pomysłu. Cholernie trudno mierzyć się ze swoją najlepszą pracą i porywać się na jej kontynuację. Zwłaszcza po czterdziestu latach.

Z drugiej strony, gdy Anderson udostępnił tekst części drugiej (a nawet znakomite jego polskie tłumaczenie w przekładzie Łukasza Hernika!), przejrzałem go i uznałem, że nie jest źle, a nawet całkiem w porządku. Sam pomysł uznałem za genialny. Dla tych, którzy znają moją spekulatywną naturę, umiłowanie możliwości, niezdeterminowania, nie będzie to niczym dziwnym. W końcu uwielbiam oddawać się w posiadanie „gdybaniom i byćmożom” – potencjonalności. Poświęcenie drugiego albumu rozpatrywaniom dalszych losów wyimaginowanego Geralda, przyglądnięcie się jego alternatywnym żywotom, było konceptem, jaki zwyczajniemusiał mi przypasować.

Kiedy wreszcie „Thick as a Brick 2: Whatever Happened to Gerald Bostock?” się ukazała, po jej przesłuchaniu najsilniejszym wrażeniem było u mnie poczucie niedokończenia. Nie byłem rozczarowany, bo nie jest to zły album (tak jak „A” na przykład… :P). Sęk w tym, że jeśli miał godnie nosić to samo miano co pierwsze TaaB, wypadałoby żeby miał podobną muzyczną budowę. To znaczy stanowił całość, zmienny proces, jedną długą kompozycję, która nie tyle składa się z jakichś części, co przeistacza się płynnie z jednej w drugą i kolejną i kolejną. Tymczasem sequel, mimo że niewątpliwie jest albumem koncepcyjnym (bo w całości poświęcony jest jednej idei), jest raczej zbiorem piosenek, z wyraźnie zaznaczonym początkiem i końcem. Część z nich moglibyście puścić w innej kolejności i nie miałoby to większego znaczenia. Nie wiem czy to próba uwspółcześnienia, z ukłonem dla iTunesa, sprzedającym pojedyncze piosenki, nawet jeśli, to moje oczekiwania były inne. Te piosenki zresztą nie są one złe – mamy tu trochę ładnych cegieł, brakuje po prostu między nimi zaprawy murarskiej, ciekawego wypełnienia. Stąd wrażenie słuchania zarysu, nad którym jeszcze powinna odbyć się jakaś praca. I niedosyt.

Najważniejsze jednak, że Ian Anderson nie poszedł na łatwiznę, nie zagrał oryginału wspak, nie nagrał jak żartuję, „Thick as Summerday Sands”, opartego o wiadomy motyw. Nawiązania do oryginału znalazły się, ale nie drażnią nachalnością. Chociaż lekki recykling pomysłów, tyle że z innych albumów, jednak się odbył. W „Swing it Far” i pochodnych można doszukać się „Cheerio”, „A Change of Horses” przypomina natomiast początek innej solowej kompozycji Iana, „In a Stone Circle” z „Divinities”.

Okładka, przewidywalnie przedstawiała zrzut ekranu z organem prasowym lokalnych, parafialnych społeczności St. Cleve, Linwell i Little Cruddock, tym razem w formie strony internetowej, bo XXI wiek zawitał nawet na angielską prowincję. Tutaj możemy znaleźć, postawioną jej rozszerzoną atrapę.

Spektakl

Oprócz samych wieści o premierze sequela, na oficjalnej stronie Jethro Tull pojawiła się także informacja o trasie koncertowej, mającej go promować. Było oczywiste, że zostanie zagrany wraz ze swoim wielkim poprzednikiem, dokładnie w ten sam sposób jak to bywało czterdzieści lat temu w przypadku „A Passion Play” (1973). Wtedy to, zespół przeżywał swój najbardziej nietypowy czas, jeżdżąc w trasę koncertową w zasadzie z dwoma utworami (po czterdzieści minut każdy), czasem uzupełniając repertuar o parę krótszych sztandarowych pozycji. Trudno zresztą widowiska te, okraszone mnóstwem absurdalnego humoru, nazywać było koncertami. Wiadomym było, że tym razem będzie podobnie; że będziemy mieli do czynienia raczej z czymś w formie przedstawienia, żartobliwego performance’u. Kiedy zabrałem się za poszukiwanie najbliższej mnie geograficznie lokacji, w jakiej odbędzie się jeden z takich pokazów, jakież było moje zaskoczenie a później wzruszenie, gdy zobaczyłem w rozpisce trasy miasto, w którym się urodziłem i wychowałem.

Automatycznie jednak tuż po chwili, przyszły obawy. O wokal. To zawsze są obawy o wokal. Anderson kiedyś, w połowie lat osiemdziesiątych ostro przeszarżował i uszkodził sobie struny głosowe. Od tamtego czasu nie dysponuje już dawną mocą, musiał zmienić sposób śpiewania, bardzo często podczas wyczerpujących tras koncertowych, przechodzi w zasadzie do recytacji tekstów i straszliwie męczy się, próbując interpretować swoje partie jak dawniej. O ile praca w studio nie sprawia większych problemów, to podczas koncertów zdarza się mu brzmieć dosyć żenująco, co muszę powiedzieć, mimo całej sympatii. Na ogół swe wokalne niedostatki nadrabia jednak instrumentalnie, aranżując utwory tak, by śpiew schodził na dalszy plan.

Obawy okazały się zresztą uzasadnione. Momentami, kiedy „Thick as a Brick” stawało się bardziej wymagające wokalne, było naprawdę kiepsko. Na szczęście problem ten w większości został rozwiązany poprzez zaangażowanie Ryana O’Donnella, który stał się scenicznym, młodszym alter ego Iana, przejął większość trudniejszych partii, znakomicie je interpretując. TaaB w jego wykonaniu nabrało niemalże szekspirowskiego charakteru. Był to absolutny strzał w dziesiątkę i bardzo zręczne obejście przykrej dyspozycji głosu Andersona.

Ryan O'Donnell i Ian Anderson (fot. Arkadiusz Gębka)

Ryan O’Donnell i Ian Anderson (fot. Arkadiusz Gębka)

David Goodier, Ian Anderson, Ryan O’Donnell (fot. mothclark62)

Młody Irlandczyk (jak sądzę, wnioskując po nazwisku) wykazał się zwłaszcza we fragmentach the poet & the painter i Later („I’ve come down from the upper class to mend your rotten ways.”). Muzycznie, było naprawdę bardzo dobrze. Mam co prawda zastrzeżenia do zubożonej, uproszczonej fragmentarycznie w stosunku do albumowej wersji – ścieżki perkusyjnej, ale oprócz tego, ludzie zebrani przez Szkota, odwalili kawał dobrej roboty, przywracając światu tego wieczora to dzieło, a mnie umożliwiając nacieszenie się nim w miejscu publicznym, wykonanym osobiście przez jego autora.

Druga cegła wypadła jeszcze lepiej. U wykonawców dało się zauważyć, że w przeciwieństwie do wielkiego poprzednika, to część druga jest tym naprawdę ich dziełem, w które włożyli mnóstwo pracy i znają ją jak własne kieszenie. Jako że stworzone niedawno, nie zawierało w sobie fragmentów sprawiających wokalnie Andersonowi trudności, rola O’Donnella uległa zmarginalizowaniu, chociaż jego występ w sutannie i przedstawienie kaznodziejsko-księżowskiego wcielenia Geralda na pewno zapadnie mi głęboko w pamięci.

Na ogromną pochwałę zasługuje wkład w oprawę, jaką zostaliśmy uraczeni. Całość okraszona jest wizualizacjami (z profesjonalnie przygotowanymi polskimi napisami), filmami w których Ian wciela się w różne postaci z okolic St. Cleve. A to psychiatrę dorosłego już Geralda, a to emerytowego żołnierza, który wraz ze sforą kotów i psów oprowadza nas po okolicy, przedstawiając rzeczy w większości o wątpliwej atrakcyjności turystycznej czy zaprasza nas na wspólnotową imprezę karaoke, na której repertuarem będą piosenki Phila Collinsa.

Święte oburzenie z powodu rozpustnego pierwszego rzędu (znalezienie na scenie biustonosza i zużytej prezerwatywy), płetwonurek w pełnym rynsztunku przemierzający angielską prowincję, szukający morza i w ramach kompensacji radośnie wskakujący do napotkanej samotnej kałuży, czy występ przerwany przez telefon komórkowy Andersona, rozmowa z jego ulubioną skrzypaczką, która później poprzez wideokonferencję wspiera z domu resztę artystów. Tak właśnie przedstawione zostały te dwa albumy. Z jajem, prowokacyjnie, czyli zgodnie z naturą ich samych, ale także ich genezy. Powrót do macierzy.

Słowo końcowe

Na wstępie zaznaczyłem różnicę między spełnionymi marzeniami a ich namiastkami. Nie ukrywam, że to wydarzenie należy do tej drugiej kategorii. Było realizacją namiastki, bo nadrzędne jej marzenie jest już nie do spełnienia. Wysoce wątpliwą sytuacją jest, iż kiedyś będę miał okazję użyć wehikułu czasu i zobaczyć chociaż jeden koncert z trasy A.D. 1972. Nie zobaczę swoich ulubieńców w klasycznym składzie (tu zabrakło nawet niestrudzonego Martina Barre), w najwyższej formie. Jestem skazany na co najwyżej wydania tamtych wydarzeń na płytkach czy bootlegi. Na koncerty Jethro Tull zawsze chodziłem z nastawieniem, że idę oglądać ludzi, którzy najlepsze mają za sobą, ale mimo wszystko potrafiły mi one sprawić przyjemność, gdy fragmentarycznie zbliżali się do dawnych standardów.

Oczywiście, możecie zapytać, dlaczego wydajesz kupę kasy na coś, z czego i tak nie będziesz ostatecznie zadowolony? Z tego powodu, dla którego poszedłbym na mecz w którym wzięliby dziś udział Pele, Maradona, Keegan i Best. Istnieją po prostu ludzie, którzy kiedyś byli w czymś znakomici. A ja lubię im tę dawną wielkość oddawać jako należną. Czasami zdarza się, że podczas takich występów, chwilowo ona się demonstruje w pełnej krasie. I chociażby dla tych momentów, warto iść. W piątek takich chwil było kilka. Zatem było warto.

Wersja offline – PDF

Reklamy

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s