Specjalnie dla Jasia: przeciwnicy wolności, czyli o nędzy anarchizmu

Zgodnie z obietnicą złożoną Jasiowi Skoczowskiemu, w tym tekście zajmę się przypadkiem Herberta Spencera i szerzej, żenującą pretensjonalnością większości ruchu wolnościowego, z anarchizmem na czele. Nie ukrywam, iż bezpośrednią motywacją do podjęcia tego tematu, był ton w jakim Jaś się do mnie zwrócił. To jego „dalej, dalej, uznaj…” jakoś jednoznacznie skojarzyło mi się z pimkowską apologią Słowackiego rodem z „Ferdydurke”. Tak jakby uznanie, że Spencer jest przeciwnikiem wolności, miało służyć za dowód dyskwalifikującej mnie niepoczytalności, eliminującej sens dalszej rozmowy. Może Jaś sobie uważać, że Spencer wielkim przyjacielem wolności był i podnosić to twierdzenie do rangi dogmatu, może wyliczać jego zasługi dla tradycji jakiej czuje się częścią i oburzać się na tych, którzy wzruszają ramionami, zarówno nad nią jak i zasłużonymi dla niej reprezentantami. Ja niniejszym to robię, znalazłem już jakiś czas temu, w swoim mniemaniu, bardzo dobry powód, by ostatecznie uznać ją za upośledzoną i niegodną dalszego zainteresowania.

Po pierwsze, chciałbym zaznaczyć, że nie mam żadnego problemu, który wynikałby z rzekomo ograniczającej natury języka polskiego. Ramy tegoż nie są tak wąskie, jak zdajesz się sugerować. Nawet w języku polskim, wolność jest definiowalna. Stąd na przykład możliwe są przekłady nań tekstów Spinozy, Hegla, Berlina czy Nozicka. Każdy z tych panów posługując się słowem „wolność”, miał ciutkę co innego na myśli, jej koncepcje u nich się bardzo często nie pokrywały, a mimo tego, (surprise!) każdego z nich można poczytać po polsku, a nawet zrozumieć, co każdy z nich miał na myśli, nie mając problemu z ramami tego języka. Więc na początku mam prośbę – przestań bucować, narzucając mi jakąś ze swej dupy wyjętą listę dopuszczalnych w polskim zabaw językowych.

Mam i będę miał ambiwalentne uczucia przy pisaniu tego tekstu. Z jednej strony, cieszę się, że mnie sprowokowałeś do jego napisania i poszczułeś na Spencera, pozwoliło mi to wypracować nowy punkt widzenia i odrywając od tego co piszę, zestawić i zaznaczyć różnice w postrzeganiu wolności, a później, dzięki temu, wyprowadzić krytykę i pokazać skąd ona się bierze i dlaczego zakładając taki, a nie inny punkt odniesienia, jest ona sensowna. Z drugiej, jestem solidnie poirytowany. W końcu ile lat już się czytamy? Naprawdę przez ten cały czas, nie zadałeś sobie przy lekturze moich tekstów, przy tych wszystkich dyskusjach w jakie się ze mną wikłałeś, tego minimum trudu, jakim jest zastosowanie zasady życzliwości? (która pozwoliłaby Ci przyjąć na chwilę mój punkt widzenia, co z kolei ułatwiłoby jego odbiór i interpretację) No najwyraźniej nie, skoro po tych wszystkich latach, jedyne na co Cię stać, to opowiadanie pierdół o ojczystym języku. Tak, jestem rozczarowany Twoją postawą, chyba tylko dlatego, że miałem o Tobie wyższe mniemanie. Irracjonalnie, najwyraźniej.

Ale z drugiej strony, także dziękuję Ci za to, że zainspirowałeś mnie do poczynienia kilku obserwacji, które teraz wykorzystam, by jeszcze dokładniej zaznaczyć na czym polega przewaga mojej propozycji nad innymi i dlaczego zasługuje ona na miano wolnościowej i indywidualistycznej w znacznie większej mierze niż jakakolwiek inna. A co za tym idzie, dlaczego z jej perspektywy pozostałe przedstawiają się jako wrogie wolności i ją ograniczające.

Moje ujęcie wolności

Przede wszystkim, należałoby zapytać czym jest wolność w moim ujęciu. Najkrócej rzecz ujmując, jest to nazwa pewnej funkcji emancypującej. Od czego? Od przedmiotów, które się do niej podstawi. Od jakichś: iksów, igreków i zetów a także ich kombinacji. Wolność przez wielkie „W”, powszechnik wolności, możemy sobie wyobrazić jako tę funkcję ze zbiorem wszystkich możliwych podstawień do jakich może się odnosić. Nie stanowi ona jednak wolności jaką możemy cieszyć się w świecie fizycznym, a jedynie koncept, na którym ludzie operują, z którego czerpią i dokonują poprzezeń wyborów, które następnie realizują.

Wolność realną postrzegam w dwóch aspektach. Pierwszym z nich jest wolność podmiotu. Wolność podmiotu jest zdolnością dokonywania operacji na powszechniku wolności i praktycznej implementacji wybranych przez siebie podstawień. Można nazwać ją w jakimś sensie wolnością osobistą. Jesteśmy wolnymi podmiotami wtedy, gdy możemy decydować o kierunku naszej emancypacji, wybierając przedmioty (w tym stany) od których chcemy być wolni i gdy nic nie neguje naszego formalnego wyboru. Wolność podmiotu jest zatem swobodą wyznaczania i dążenia do celów, jakie ten sobie ustali.

Maksimum w jej przypadku wyznacza suwerenność jednostki.

Drugim jej przejawem jest coś, co można określić terminem wolności-w-świecie. Wpływa na granice możliwych działań jednostek i je określa. Sumarycznie wyznaczają ją zdarzenia w świecie, ogólny stan wiedzy podmiotów w nim (na przykład dostępność pewnych wynalazków, umożliwiających dążenie do jakichś celów, bez których byłoby to niemożliwe), a także sama natura świata i jego właściwości oraz relacje między jego składowymi elementami. Częściowo zależna jest od wolności podmiotów i wszelkich dokonywanych przez nich działań.

Maksimum w jej przypadku wyznacza stan krańcowego nasycenia świata w wielokierunkowe działania, powodowane wydarzenia, a co za tym idzie, istniejące w nich produkty, będące efektami końcowymi tych działań i wydarzeń oraz potencjalnymi początkami możliwych do wytyczenia kolejnych celów, czy też istniejącymi aktualnie środkami do nich.

Nawiązując do poprzedniego wpisu – wolność podmiotu odnosi się do sfery eksploracji świata inteligibilnego, stawiania celów, zamierzeń i planowania, wolność-w-świecie z kolei – wydarzeń inicjowanych w świecie fizycznym. Ponieważ opisałem jak działania w jednym z nich wpływają na drugi, nie będę do tego wracał. Istotne jest w tym momencie jedynie to, że budując jakieś systemy społeczne, nie mamy bezpośredniego wpływu na wolność-w-świecie, jedynym na co takowy mamy, jest wolność podmiotu, której stopień, możemy ograniczyć w wybranym przez siebie zakresie bądź nie.

Podsumowując – z propozycją maksymalizującą wolność w moim ujęciu, mamy do czynienia wtedy, gdy w świecie realnym jednocześnie największa liczba ludzi ma dostęp do największej liczby podstawień w funkcji emancypacyjnej. Innymi słowy, wtedy gdy rzeczywistość w największym stopniu przypomina powszechnik wolności, na który składają się wszystkie podstawienia.

Świat najbardziej wolnościowy jest zatem jednocześnie i światem najbogatszym ontologicznie.

Wolność natomiast jest fundamentalnym mechanizmem stawania się Bytu.

Ujęcie wolności Herberta Spencera i jego krytyka

Teraz zajmijmy się drugim stanowiskiem. Czym się charakteryzuje? Najistotniejsze w nim, będące niejako trademarkiem i gwarantujące miejsce Spencerowi w historii filozofii jest to, że stanowiło próbę stworzenia konsekwencjonalistycznej odmiany liberalizmu, odmiennej od tego prawonaturalnego, deontologicznego. Osiągnięte to zostało poprzez oparcie go na utylitaryzmie.

O ile, jak mniemam, tego na czym polega liberalizm, ludziom z kręgu w którym się obracam, wyjaśniać nie muszę, bo jest tam wałkowany na lewo, prawo wszerz i wzdłuż, o tyle mogę przypomnieć kim są utylitaryści. To tacy ludkowie, którzy życzą sobie, aby w sferze moralnej obowiązywała dewiza: „jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi”, czyli: aby ludzie dążyli do takiego właśnie ideału.

I już tu, pojawia się problem. Jak to ładnie ujął Aregirs, kiedy dokonujemy mariażu dwóch idei, te nawzajem się tłumaczą, precyzują i ograniczają. Ale nie tylko się. Ponieważ każda idea ma jakąś treść, implementacja jej w rzeczywistości musi wiązać się z pewnymi ograniczeniami. Skoro urzeczywistniamy ideę x, jednocześnie nie możemy urzeczywistniać idei anty-x albo tych, które by w treść idei x w jakiś sposób uderzały i ją niweczyły. Realizacja idei liberalizmu zobowiązuje zatem jednostki w sferze moralnej, aby powstrzymywały się od działań, które naruszyłyby treść idei liberalizmu, na przykład od ignorowania faktu pierwotnego zawłaszczenia dokonanego przez jakąś osobę. Każda idea ma jakieś wymagania – wiążąc ich kilka, musimy liczyć się z akumulacją wymagań. I tak, w przypadku spencerowskiego liberalizmu wzbogaconego utylitaryzmem, jednostka zobowiązana jest już nie tylko do powstrzymywania się od działań sprzecznych z samym liberalizmem, ale teraz także dodatkowo, tych sprzecznych z celami utylitaryzmu. O ile więc w liberalizmie bezdomieszkowym jednostka, mogłaby w jego ramach dążyć do swojego celu jakim, powiedzmy, jest unieszczęśliwienie ogółu, tak w liberalizmie opartym o utylitaryzm – już nie. Jej pole manewru jest więc bardziej ograniczone. Nic zresztą w tym dziwnego, skoro liberalizm Spencera ma do zrealizowania cel, z góry przez niego wyznaczony, jakim jest ewolucyjne wytworzenie doskonale moralnego społeczeństwa. Jednostka oraz jej wszelkie prawa są więc zdeterminowane i podporządkowane przez odgórnie wyznaczony cel.

Wolność w ujęciu spencerowskim jest więc sprowadzona do ideału moralnego, służącego jako wytyczna, która pozwoli osiągnąć cel, nadając pożądany przez niego kształt społeczeństwu. Na angielskiej wikipedii możemy znaleźć jedno zdanie, które lakonicznie podsumowuje spencerowskie ujęcie wolności:

‚Liberty’ was interpreted to mean the absence of coercion, and was closely connected to the right to private property.

Przypomina to coś? Oczywiście, istotę późniejszej non-agression principle, nic więc dziwnego, że Murray tak piał nad Herbertem, który w zasadzie odwalił całą robotę, stawiając fundamenty pod libertarianizm. Później wystarczyło już tylko sprecyzować czym jest to coercion i voila! Rothbardyzm mamy upichcony.

Sęk w tym, że całe szerokie pojęcie wolności w ujęciu Spencera sprowadza się tylko i wyłącznie do jednego z możliwych podstawień: od przymusu. Reszta jest zupełnie pominięta. A co się z tym wiąże? Podmioty są pozbawione możliwości decydowania o kierunku swojej emancypacji. To właśnie czyni Spencera wrogiem wolności. Kierunek emancypacji każdej jednostki zostaje bowiem ustalony przez niego samego i jest on obowiązkowy, wynika wprost z jego idei, która ma taki, a nie inny cel.

Oczywiście, oceniając moje stanowisko z punktu widzenia, opartego na tak wąsko zdefiniowanej wolności, niejednokrotnie będzie ono jawiło się jako niewolnościowe – z tego powodu, że dopuszczając i preferując możliwie najbogatszy ontologicznie świat, a przez to w jakimś stopniu – klasę postaw, czynów, a co za tym idzie, stanów rzeczy i produktów sprzecznych z wolnością od przymusu, ale na przykład zgodnych z wolnością od braku przymusu, która może być gdzieś przez kogoś lokalnie preferowana. Tyle, że w zasadzie dlaczego miałbym się tym przejmować? Końcem końców, to nie ja redukuję pojęcie wolności do jednego z wielu jej przejawów. Jasiu może upierać się, że jedynie wolność od przymusu jest wolnością prawdziwą, jedyną moralnie użyteczną (skoro tak kocha utylitarystów), możliwą do zrozumienia w języku polskim, czy co tam jeszcze chce, ale równie sensownie mógłby się upierać, że z całego zbioru liczb rzeczywistych najprawdziwszą jest 42 (bo stanowi odpowiedź na Wielkie Pytanie o Życie, Wszechświat i całą resztę), pozostałych zaś nie należy brać pod uwagę, ani używać, a stosowanie -42 powinno być surowo zabronione. Albo że odtąd za stoły będziemy uważać tylko te okrągłe, na jednej nóżce (bardziej), przykręcane do podłogi.

Środowiska wolnościowe niezbyt zasługują na swoje miano. Każde z nich zgromadzone jest wokół jakiegoś programu, mającego wyzwolić ludzi od czegoś. I owszem, te programy mają jakąś wartość emancypacyjną. Tyle, że to troszkę za mało, by z tego powodu uznawać je od razu za wielce urzeczywistniające wolność. Dlaczego? Dlatego, że generalnie wszystko, co ma jakąkolwiek treść, ma tę wartość – jest jakieś, więc jednocześnie nie jest też inne. Przez bycie określonym w jeden sposób, nie jest określone w drugi. Jeśli więc wpakujesz do ust garść malin, tak by nie zmieściła Ci się do nich ani jedna truskawka, będziesz mógł powiedzieć, że w danej chwili zapewniają wolność od truskawek. Jednak nie będzie to czynić z nich żadnego świętego artefaktu wolności. Podobnie przedstawia się sprawa takich programów. Twórcy większości z nich wskazują, że jakieś zjawiska stanowią zagrożenie dla wybranego przez nich ujęcia wolności, po czym postulują stan rzeczy, w którym będą one nieobecne – następnie podają metodę ich eliminacji albo pozostawiają to do opracowania innym. Jednostka w tych programach ma zawsze określoną rolę, narzucona jest jej implicite jakaś moralność, której ma się podporządkować, spójna z wytyczonym przez ‚programistę’ celem. Sama natomiast traci możność wybierania celów spoza spektrum nakreślonego przez ideologa. I tak, zestawiając przykładowo propozycje: Spencera, feminizmu czy też anarchosyndykalizmu, łatwo możemy dostrzec, że ta pierwsza wyrugować ze świata chce przymus, druga; między innymi – przejawy seksizmu skierowane w kierunku kobiet, trzecia: pracę najemną. Generalnie każda z nich może mieć wartość dla jakichś jednostek. Dla takich, które życzyłyby sobie żyć bez przymusu, bez złośliwych komentarzy dotyczących ich płci czy też pracy najmity. Problem jednak polega na tym, że każda z tych idei traktowana bez odpowiedniego dystansu, z łatwością staje się poprzez swoją treść następną tyranią. Oto bowiem, ich zwolennicy nie spoczną, póki do końca nie podporządkują im całego świata: póki nie zaszlachtowany zostanie ostatni zatrudniciel, sprośny typ opowiadający seksistowskie żarty czy przymuszacz. Niewiele pod tym względem różnią się słowa Herberta Spencera:

No one can be perfectly free till all are free; no one can be perfectly moral till all are moral; no one can be perfectly happy till all are happy.

 

od słów takiego Ericha Mühsama:

nikt nie będzie wolny dopóki wszyscy nie będą wolni. Wszyscy będą wolni wyłącznie, kiedy ludzkość zjednoczy się w socjalizmie.

To zresztą jest symptomatyczne dla gości, którzy są przywiązani do naiwnych, organicystycznych wizji społeczeństwa i którzy roszczą sobie wyłączne prawo do decydowaniu, co temu organizmowi wyjdzie na zdrowie. Spencer-biolog jako wzór wolnościowca? Jasiu, naprawdę?

No one my ass, you bastards!

Nie jest tak, że nikt tego nie dostrzegł. Dostrzegł to chociażby jeden z ulubieńców Jasia, Maksymilian:

Człowieku, masz bzika, brakuje Ci piątej klepki. Wyobrażasz Sobie wielkie rzeczy i wymyślasz cały świat bogów, który istnieje tutaj dla Ciebie; królestwo Ducha, do którego zostałeś powołany; ideał, który Cię przywołuje. Opętała Ciebie idée fixe! Nie myśl, że to żarty czy metafora, gdy ludzi oddanych wyższym sprawom (a należy do nich przytłaczająca większość, prawie cały świat) uważam za skończonych idiotów, prosto z domu wariatów. Cóż to bowiem jest “idée fixe”? Idea, która ujarzmiła człowieka dla siebie. Jeżeli uznacie taką idée fixe za szaleństwo, to zamykacie jej niewolnika w zakładzie dla obłąkanych. A prawda wiary, w którą nie wolno zwątpić, majestat np. narodu, którego nie można naruszyć (kto tak czyni, jest zbrodniarzem wobec majestatu), cnota, dla której cenzor nie przepuści najmniejszego słowa, by zachować czystość obyczajów – czyż nie są to idées fixes i czcza gadanina?

„Jedyny i jego własność”, s. 19

czy też współcześnie – Jason McQuinn:

All ideology in essence involves the substitution of alien (or incomplete) concepts or images for human subjectivity. Ideologies are systems of false consciousness in which people no longer see themselves directly as subjects in their relation to their world. Instead they conceive of themselves in some manner as subordinate to one type or another of abstract entity or entities which are mistaken as the real subjects or actors in their world.

Whether the abstraction is God, the State, the Party, the Organization, Technology, the Family, Humanity, Peace, Ecology, Nature, Work, Love, or even Freedom; if it is conceived and presented as if it is an active subject with a being of its own which makes demands of us, then it is the center of an ideology.

Generalnie, moje stanowisko jest w dużej mierze zbieżne ze zdaniem obu panów w tym temacie, może z małym wyjątkiem, bo nie sądzę, aby ucieczka od ideologii w ogóle, była w praktyce sensownym rozwiązaniem (ucieczka od ideologii, po stirnerowsku, też może stanowić idée fixe.) Nie, ideologie bywają pożyteczne, natomiast nie należy oddawać im we władanie całego świata. A jeśli już musimy wybrać jakąś nadrzędną – porządkującą wszelkie inne, winniśmy szukać jej według odpowiedniego kryterium: w jakim stopniu to jednostce pozostawia swobodę wyboru celów, a nie samej sobie.

Moje ujęcie wolności pozwala bardzo dokładnie dostrzec ten problem. W jego obliczu, wybór świata najbogatszego ontologicznie jest jedynym sensownym, wolnościowym posunięciem. Oparte na tym przekonaniu stanowisko indywidualistycznego propertarianizmu, stanowi natomiast propozycję, która spośród wszystkich poznanych przeze mnie do tej pory, w najwyższym stopniu, przynajmniej na razie, spełnia to kryterium.

Tak, Spencer z mojego punktu widzenia jest wrogiem wolności. Podobnie jak znacząca większość ludzi parających się anarchizmem. Wolność nie potrzebuje anarchistów, a anarchów.

Suplement

Nie mam zielonego pojęcia, czemu miałoby mnie interesować rządzenie innymi, gdyby dało się go w ogóle uniknąć. I tym bardziej nie wiem, czemu miałbym szanować chęć rządzenia u kogokolwiek, skoro oznacza akceptacje dla pozbawiania kogoś wolności. Ty wiesz i to twój problem.

Wiem, że nie masz zielonego pojęcia, Jasiu. Niestety nie będę się silił na następne merytoryczne wyjaśnienia, natomiast ten pan dobrze wytłumaczy Ci, dlaczego zrozumienie mnie dość kiepsko Ci wychodzi:

Najwyraźniej nie mogę się przebić przez Twoje chciejskie Fi, a Ty nie jesteś w stanie zrozumieć mojego Fe, dzięki któremu nie mam trudności w szanowaniu także tych ludzi, którzy przejawiają taką chęć, a także – skłania mnie do poszukiwań maksymalnie inkluzywnych rozwiązań, aby także i ich, wraz z takimi a nie innymi aspiracjami, ująć i nie pomijać, jeśli to tylko możliwe. A jest to możliwe, tylko Tobie po prostu w niesmak. Zresztą nie tylko możliwe, ale też i dość spójne (Ti). To, że nie potrafisz się wznieść ponad partykularyzm swoich upodobań nie jest moim problemem, bo z tym mamy raczej do czynienia, niźli z moją nieumiejętnością objaśniania. I tym obosiecznym ad personam kończę ten temat.

Wersja offline – PDF

I ilustracja muzyczna:

Reklamy

2 thoughts on “Specjalnie dla Jasia: przeciwnicy wolności, czyli o nędzy anarchizmu

  1. Pingback: Wiener Schnitzel Arystoklesa | Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe

  2. Pingback: Trylogia Introspekcyjna: „Tkając sieć wzajemnych powiązań” « Ustronny Zakątek pod Diadą Tego Co Nieskończenie Wielkie-i-małe

Odpowiedz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s